Matches for: “lot” …

LOT, czyli kosmetyki dla Ciebie

Opisywałem tu już kilka historii związanych z LOT-em, o znaku graficznym, bilecie wstępu na taras widokowy, super oryginalnej torbie (TUTAJ: https://bufetprl.com/2013/05/11/odlotowe-torby/)…

… wreszcie o bilecie na lot z Gdańska do Łodzi z 1951 roku (TUTAJ: https://bufetprl.com/?s=lot).

Naszą kolekcję powiększył kolejny skarb tego przewoźnika. Otóż nowy bilet, tym razem z roku 1980.

To bilet mojego brata Romana na lot z Gdańska do… no właśnie, gdzieś w Polsce, ale niestety już nie wiemy dokąd.

Jest doskonałym dowodem na to, jakie połączenia realizował w tamtym czasie LOT oraz że nawet na biletach – już wtedy – nie brakowało reklam. Tutaj reklama Polleny, którą najwidoczniej mały Romuś postanowił wykorzystać jako kolorowankę.

Najprawdopodobniej leciała z nim ukochana ciocia Lucylla z Gdańska. Miała taki super zwyczaj, że podczas swoich podróży zagranicznych (a w PRL jako nauczycielka zwiedziła przynajmniej kilkanaście krajów) zbierała wszelkie pamiątki. Od opakowań po miejscowych czekoladkach, przez gadżety reklamowe, po wszelkie bilety komunikacyjne, a także lotoskie. Jak ten. Pamiętam też, że z takiej podróży samolotem wzięła kiedyś zestaw plastikowych sztućców, talerzyk, do tego serwetki. Wszystko oryginalne, z logo LOT. Niestety już ich nie mam 😦 Ale ten bilet się ostał. A na nim wykaz lotów.

Ta okładka pokazuje, że LOT latał przez Atlantyk „szybko i wygodnie”. Regularne połączenia Warszawa-Nowy Jork otwarto w 1973 r. Kursy były realizowane także m.in. do Bagdadu, Damaszku, Kairu (te loty uruchomiono w latach 60.), no i oczywiście Moskwy.

Eh, polatałoby się…

Otagowane , ,

Lot do 100 dolarów

Kilka razy wspominałem tu o Polskich Liniach Lotniczych. Na przykład za sprawą biletu wstępu na taras widokowy TUTAJ albo pięknej torby LOT-u TUTAJ.

Opowiadałem również o charakterystycznym logo LOT-u TUTAJ.

Teraz czas na kolejną pamiątkę związaną z LOT-em. Bardzo wyjątkową, bo z rodzinnych archiwów. Oto bilet lotniczy mojego dziadka. Został wydany w 1951 roku i dotyczył lotu z Gdańska (wtedy z lotniska we Wrzeszczu) do Łodzi.

Jak widać na zdjęciu, bilet wydało biuro Orbisu. Ważna jest również informacja z drugiej pieczątki: „Ostatni termin zgłaszania pasażerów na lotnisku 15 minut przed odlotem”.
Oznacza to, że w latach 50. nie trzeba było być na lotnisku tak wcześnie jak dziś…

Zwróćcie również uwagę na piękne liternictwo na tym bilecie, czy właściwie książeczce.

W środku był cały plik karteczek na bilety i kwity bagażowe. Jak widać bilet został wydany na akademię lekarską w Gdańsku. Bilet kosztował 72zł.

Na tylnej okładce można znaleźć kupony na autobusy. Bardzo ciekawa jest jednak część z „warunkami umowy”. Zawiera wiele interesujących informacji.

Jest, na przykład, informacja o tym, że „godziny odlotu i przylotu, uwidocznione w rozkładach lub gdzie indziej, podają jedynie czas przybliżony”.

Albo bardzo ciekawa wiadomość o tym, że bez dodatkowych opłat można było wywieźć gotówkę wartości do 100 dolarów amerykańskich. Dzisiaj to niewiele. Wtedy też nie było majątkiem.

I jeszcze kilka zdań o lotnisku Gdańsk-Wrzeszcz.

Powstało w 1910 roku w miejscu dawnego poligonu. Działało do 1974 roku. Po wojnie i modernizacji otwarto je w 1947 roku. Wówczas posiadało dwie drogi lądowania. Nie był to łatwy obiekt dla pilotów. Z jednej strony, wzgórze i stacja kolejki SKM, z drugiej Zatoka Gdańska. Ale do połowy lat 70. lotnisko działało obsługując m.in. połączenia krajowe do Łodzi czy Krakowa, ale też międzynarodowe (Kopenhaga, Berlin czy Sztokholm). Lądowało na nim wiele gwiazd goszczących na Pomorzu, m.in. Marlena Dietrich i Karel Gott.

Kiedy zamykano lotnisko we Wrzeszczu, które raziło „paździerzową” zabudową, rozwijał się już port w Rębiechowie. Ja jeszcze jeździłem na rowerze na byłym lotnisku, na terenach chyba już dzielnicy Zaspa, a w hangarze obok pamiętam dom handlowy. Teraz chyba jednak już nic nie przypomina tam o tym, że kiedyś lądowały Antonowy i inne podniebne potwory. Więcej o ciekawej historii tego lotniska przeczytacie TUTAJ.

Otagowane , , , , , ,

Knajpy, bary, kufloteki…

Nadchodzi dobra okazja by przypomnieć sobie wyjątkowe barowe przybytki pamiętające minioną epokę w Warszawie. W najbliższy wtorek (22.11) w Stacji Muranów na warszawskim Muranowie odbędzie się, zakładamy, interesujące spotkanie/wykład o smakach i knajpianym życiu w PRLu.

06_cp_muranoteka_v1b_auto_600x600

Podczas spotkania organizowanego przez bardzo ciekawy portal muranoteka.pl, o specyfice i wyjątkowych smakach okresu PRL opowie mistrz kuchni oraz zapalony podróżnik Bogdan Gałązka. Podczas spotkania będzie można spróbować kilku dań z okresu Rzeczpospolitej Ludowej.

W drugiej części, przedstawiciel BufetPRL opowie o knajpianym życiu w PRLu. Nie zabraknie historii z kultowych barów Amatorska czy Piotruś i oczywiście muranowskiego Baru Kawowego przy Kaśce.

kawowy1 kawowy4kawowy3

Więcej informacji o darmowym wydarzeniu TUTAJ.
Polecamy i do zobaczenia!

Otagowane , , ,

Rakietowe zaloty

Poniedziałek to dobry czas na piosenkę żołnierską. W śpiewaniu najlepiej pomoże taka oto książeczka, zakupiona przez nas ostatnio w warszawskim antykwariacie. To „Piosenki w stalowym mundurze” wydane w Warszawie w 1976 roku.

zolnierska

Książeczkę wypuścił Oddział Kultury I Oświaty Zarządu Politycznego Wojsk OPK, Poradnia Metodyczna. Dokładny tytuł to „Śpiewnik Żołnierzy Wojsk OKP”, czyli Obrony Powietrznej Kraju.

zolnierska1

We wstępie twórca ppłk Wiktoryn Grąbczewski tłumaczy m.in. „są tu także piosenki premierowe, które spopularyzowane zostały przez Zespół Estradowy Radar (…) piosenki opracowane są na łatwym układzie muzycznym z towarzyszeniem akordeonu lub gitary”. Mamy tutaj zestawy tekstów piosenek oraz nut do nich.

zolnierska5

Wiele mówią o nich tytuły: „Marsz Lotników”, „Pieśń Myśliwców”, „A Samoloty Nie Polecą Same”, czy pokazana wyżej na zdjęciu „Rakietowe Zaloty”. Zostały podzielone na działy: Uroczysty apel, W marszu, Podniebna estrada, Na biwaku, U przyjaciół.

zolnierska3

Jak widać towarzyszą im rysunki związane z lotnictwem i z tym, co dla lotników jest ważne…

zolnierska4

zolnierska2

Jak się nie trudno domyślić, wiele  z nich wykonywanych było na festiwalu piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu. Jednak zamiast przytaczać tu stricte materiał z tej imprezy, przypomnę fragment genialnego programu sprzed lat, „Big Zbig Show”. Fragment dotyczący właśnie piosenki żołnierskiej.

Otagowane , , , ,

Pilot myśliwca, a nawet śmigłowca

„Gdy mówimy: dzielny człowiek, kojarzy się to nam z człowiekiem w zielonym, stalowym, granatowym mundurze wojskowym. Z żołnierzem. Nie należy dziwić się temu. Społeczeństwo chce widzieć w swych żołnierzach tych najdzielniejszych , gotowych do najwyższych poświęceń. Społeczeństwo tego właśnie od nich wymaga. I ludzie w mundurach nie sprawiają zawodu” – takie złotouste odezwy można znaleźć w serii komiksowej „Pilot Śmigłowca”.

pilot smiglowca2

pilot smiglowca2a

Seria pojawiła się w połowie lat 70. i na pewno wpływ na to miała popularność komiksów milicyjnych „Kapitan Żbik”. Skoro gawiedzi spodobał się milicjant, dlaczego nie mają polubić żołnierza.

„Pilot Śmigłowca” opowiada o przygodach porucznika Sławomira Karskiego. Najpierw pilota myśliwca, a później – po bohaterskiej akcji ratunkowej, która wykluczyła go z latania – pilota śmigłowca.

pilot smiglowca1a   pilot smiglowca5

Części było 10, ostatnia ukazała się w 1982 roku. Scenarzystą wszystkich był pułkownik Witold Jarkowski. A rysowali znakomici Grzegorz Rosiński (pierwsze 5 części), Mirosław Kurzawa, Marek Szyszko i Bogusław Polch. Ten ostatni prawdopodobnie jest jednak tylko autorem okładki jednego tomu.

pilot smiglowca4   pilot smiglowca3

Bardzo ważne w komiksie są strony „niekomiksowe”. Chodzi o opowieści wojskowe oraz artykuły propagandowe opiewające na przykład fizyczność (żeglarstwo, judo) albo krwiodawstwo czy minusy palenia papierosów:

pilot smiglowca1b

pilot smiglowca1

My posiadamy 5 części. Z wydania pierwszego oraz drugiego. Ciekawe, że pierwsze 3 części z pierwszego wydania miały większy format niż pozostałe. Całość ukazywała się nakładem wydawnictwa Sport i Turystyka.

W komiksie nie brakowało brawurowych akcji, ale też pięknych kobiet. Ta końcowa strona odcinka „Kraksa” jest tego dobrym przykładem:

pilot smiglowca4a

 

Otagowane , , , , , , , ,

Odlotowe torby

Československe Aerolinie oraz Polskie Linie Lotnicze. To dla tych przewoźników przygotowano wyjątkowe torby z naszej kolekcji.

torba1

Najpierw rodzime cudo. Po znaczku na torbie wiemy na pewno, że została wyprodukowana po 1981 roku. Artyści Roman Duszek i Andrzej Zbrożek stary znak żurawia wpisali w literę O w skrócie przewoźnika. Ciekawe, że w filmie „Miś” Stanisława Barei realizowanym w 1980 roku już widniało nowe logo. Torba bez problemu zmieści sporego laptopa, choć na pewno nie po to została zaprojektowana. Ma regulowaną rączkę oraz kieszonkę na froncie za logo. Wykonana jest z trwałego przypominającego ortalion materiału. Warto pamiętać, że aż do 1938 roku polski przewoźnik nazywał się Polskie Linje Lotnicze. Dopiero wtedy wymieniono „j” na „i”. Za samego żurawia odpowiada Tadeusz Gronowski, który wygrał konkurs w 1929 roku. Oczywiście bywały przeróżne torby. Nasza to tylko jeden z przykładów. Tak jak jej czeski, a raczej czechosłowacki odpowiednik.

torba2

Czerwony kolor, podobna pojemność do torby Lotu. Do tego pasek i kieszonka z przodu na gustowny guziczek. Materiał to już skaj. To logo CSA zniesiono w 1991 roku, także torba na pewno pochodzi z lat wcześniejszych. Dzisiaj już niestety nie ma tego pięknego samolociku w logo. A szkoda…

Na koniec piękny filmik informacyjny Lotu jeszcze ze starym logo. Jak to chwalono się połączeniami między Wschodem, a Zachodem:

Otagowane , , , , , , ,

Strzał! Strzał! Kolejny trafiony

Powracam do opowieści z mojej książki „Sex, disco, kasety video. Polska lat 90.„. Opowiadam tam m.in. o salonach gier, ale też miejscach, gdzie samemu można było stać się bohaterem gry. Pamiętacie takie rzeczy?

„W połowie lat 90. można było nie tylko kierować bohaterem gry, ale trochę się nim stać. Nigdy nie zapomnę wizyty w takim miejscu. Nazywało się „Mega Quest” i znajdowało się w Gdyni. Uczestnicy gry dzielili się na grupy. Wkładali specjalne kamizelki z odbiornikami pośrodku. Do tego były imitacje karabinów. Po trafieniu w odbiornik strzelający dostawał punkt na plus, a trafiony na minus.
Tak strzelając, ganialiśmy się po specjalnym obiekcie z przejściami, tunelami, zakamarkami, nawet fragmentem auta. Jak uczestnicy gry. Reportaż z wizyty w podobnym miejscu ukazał się w 1997 roku w miesięczniku „Dziewczyna”:
To jest po prostu odlotowe! Po prostu bomba! Czuję, jak szybko bije mi serce. Szaleję z emocji, biegam, kieruję promień lasera z karabinu. Strzał! Strzał! Kolejny trafiony. Wydaje mi się, że wszystko dzieje się naprawdę. To lepsze od gry komputerowej. Po zakończonym seansie czuję się tak, jakby ktoś zdjął ze mnie cały ciężar stresów i napięcia. Zapominam o kłótni z ojcem, o konflikcie z dziewczyną. Jestem wolny.
Tak wizytę w klubie „Laser Drom” opisywał dziennikarce 18-letni Artur. Były tam też automaty z grami. Nimi z kolei zachwycał się 15-letni Michał.
To jest jak narkotyk. Nie interesuje mnie piłka nożna ani dziewczyny. Tutaj jest mój prawdziwy świat. Walczyć w kosmosie to jest życie. Walka w gwiezdnym pyle dodaje mi odwagi. Jestem z natury nieśmiały, a tutaj jestem bohaterem. Przeszkadza mi tylko mój brat, który też chciałby grać, ale nie mam aż tyle pieniędzy. I tak mi się już zdarzyło, że podkradałem mamie drobne pieniądze na grę. Może kiedyś rodzice kupią mi komputer, wtedy nie odejdę od niego na krok”.

Byliście w „Mega Quest” albo w „Laser Drom”?

Więcej takich opowieści w mojej książce:

Otagowane , ,

Fast food po polsku

Pamiętacie swój pierwszy fast food w życiu? Zapiekankę, bagietkę z kapustą i grzybami, hot-doga, hamburgera? Ja pamiętam budkę z bagietkami pod szkołą podstawową. Wizyty w gdańskiej restauracji „Itaka” na najlepszych hamburgerach. Pierwszą wycieczkę do Warszawy i wizytę w Mc Donald’sie. Wreszcie Mr Smarty’s w Słupsku.

Nawiązując do tego, o czym piszę w mojej książce „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.” dziś wspominam polskie fastfoody czasu przełomu.

Odwiedziłem taki lokal w latach 90. z rodzicami w Słupsku. Tak jak każdy z tysięcy młodych ludzi w mieście chciałem posmakować w Mr Smarty’s hamburgerów, frytek i odpowiednika McDonaldowego shake’a. Nie wszyscy byli zachwyceni. Tata po jednym gryzie i wyślizgnięciu się całej zawartości na plastikową tackę rzucił swoją bułkę w cholerę. Ale dla mnie ten plastik, to zamawianie w jednym punkcie, a odbieranie w drugim, te kolorowe czapeczki, ta muzyka w tle były oddechem od cuchnących budek z zapiekankami rozstawionych w różnych punktach miasta.

Była taka budka naprzeciwko Dworca Głównego w Gdańsku, jeszcze przed otwarciem w jego wnętrzu McDonalda. Wątpliwej urody pani sprzedawała w niej m.in. paje, czyli kawałek ciasta z czymś zmielonym w środku. Późną nocą wyczekiwały pod tą budką stada podpitych młodzieńców, z których przynajmniej co drugi wyznawał miłość sprzedawczyni. Kebabów nie było, więc taki paj to jedyne, co można było wrzucić na ruszt w oczekiwaniu na nocny autobus. Pajowy biznes mieścił się przy wyjściu z tunelu, obok budynku hotelu Monopol. Często po takim pożywnym posiłku, ale też przed, odwiedzało się jedyny sklep nocny w śródmieściu Gdańska, właśnie w hotelu Monopol. Najczęstsze zakupy: najlepsze chipsy świata Croky oraz piwo Holsten. Idealnie zabijały smak parującego paja.

Chodziliśmy też do pizzerii „Bambola”. Lokale tej sieci były też w Warszawie*. Miały charakterystyczne czerwone logo z uradowanym, podrzucającym placek pizzy kucharzem, przypominającym kuchcika z cyklu przygód Baltazara Gąbki, czyli Bartoliniego Bartłomieja Herbu Zielona Pietruszka. Stołowali się tam zresztą bohaterowie serialu „Ekstradycja”.

W swojej książce przytaczam historie rodzinnego interesu zapiekankowego z Gdańska, ale też założycieli Snack Baru.

Moi bohaterowie otworzyli jedzeniowy biznes na przełomie lat 80. i 90. Nawet nie zastanawiali się nad nazwą. Nad wejściem wisiał po prostu napis „Snack Bar”. Znaleźli lokal do wynajęcia na terenie dworca PKS. Nie było to specjalnie reprezentacyjne miejsce, choć w centrum stutysięcznego miasta. Co kilka minut odchodziły stąd zabrudzone autosany* do okolicznych miasteczek i wiosek. Przewijało się sporo ludzi. Jeździli do pracy, szkoły, po zakupy. Podróżni czekali na drewnianych ławkach, czytając „Głos Pomorza” albo rozwiązując krzyżówki. Choć zimno, to i tak lepiej było na zewnątrz niż w obskurnej poczekalni. Czasami ktoś jadł kanapkę, ale nie było to specjalnie przyjemne, bo wszędzie unosił się smród spalin z wysłużonych autobusów. Można było podejść do pobliskiej restauracji „Tunek”, tyle że na początku lat 90. nie przypominała ona już tego słynnego lokalu sprzed lat z pysznymi daniami z ryb. Stała się ponurą kufloteką. Można było też zahaczyć o najstarszą w Polsce pizzerię przy barze mlecznym „Poranek”. Kierowcy woleli jednak odwiedzać Snack Bar. Było blisko, tanio i swojsko.

Popularnością cieszyły się przede wszystkim wspaniałe pierogi z mięsem – mojej mamy. Do tego mielone kotlety luzem i w bułce, wątróbka wieprzowa, sznycel z piersi z kurczaka z pieczarkami, udka pieczone, flaczki, dorsz i żeberka w sosie pomidorowym. Ależ były pyszne, do dziś je czasami robimy. Były jakieś przekąski, jednak też nie w zachodnim stylu. Nie sprzedawaliśmy chipsów, mieliśmy paluszki. Zachodnim produktem była chyba tylko pepsi. Oczywiście schodziło dużo kawy i herbaty – wspomina Renata, prowadząca Snack Bar z mężem. – Nie ma co ukrywać, nie pachniało tam specjalnie miło. Kuchnia gazowa była włączona od szóstej rano. W środku mieliśmy trzy stoliki, kuchenkę gazową, mikrofalę. Mało miejsca, słaba wentylacja, ale jedzenie pyszne. Trzeba było jeszcze jeździć na rynek po warzywa. Luksusem było to, że od jednej z firm zamawialiśmy już obrane ziemniaki. Zaczynaliśmy wcześnie rano, jak startowały pierwsze kursy pekaesów, a obiady i kawy wydawaliśmy do osiemnastej. Potem ruch zamierał. Padaliśmy z nóg, ale w domu trzeba było jeszcze przy gotować kilogramy jedzenia na następny dzień. Ciężko było, bo w zasadzie wychodziliśmy na zero.

Renata wraz z mężem i mamą długo nie wytrzymali. Miejscowa młodzież omijała odpychający dworzec PKS, który pamiętał zeszłą epokę. Zamiast żeberek – wolała jeść hot dogi i hamburgery. W mieście jak grzyby po deszczu wyrastały budki, w których można było zakupić fastfoodowe specjały. Szybko i tanio. Choć nie zawsze smacznie.

Więcej takich przygód przeczytacie w mojej książce, a już wkrótce na blogu kontynuacja o podobnych barach w latach 90.

Otagowane , , , ,

Skoczek poszukiwany

To jest wpis wyjątkowy. Związany jest bowiem z poszukiwaniem. Tak, chciałbym prosić Was o pomoc i znaleźć osobę z tych zdjęć.

Taki album ze zdjęciami wzbogacił naszą kolekcję. Przyniósł go kolega, który znalazł go na śmietniku na warszawskiej Pradze. Pomijając fakt, jak smutne jest wyrzucanie zdjęć na śmietnik (tak jak książek), to pomyślałem, że super byłoby odnaleźć bohatera tych zdjęć i poznać jego historię. Mam nadzieję, że ani on, ani jego rodzina nie obrażą się z powodu publikacji tych zdjęć. Są fascynujące i bardzo chciałbym poznać ich historię.

Pisałem tu już o skokach spadochronowych, to za sprawą takich kasków, które mam w kolekcji. Pisałem o nich tutaj: Bezpieczne lądowanie tylko w Czechosłowackim kasku | Bufet PRL

Są podobne do tych, które widać na zdjęciach z albumu. Jest tu przegląd kilkunastu lat życia tej osoby. Powyżej zdjęcie ze skoków w Starej Wsi z 1978 roku. Wciąż istnieje tam lotnisko, to wieś w województwie podkarpackim.

W albumie jest sporo zdjęć ze skoków, z nauki, przygotowań, po lądowaniu itp.

Poza Starą Wsią pojawiają się tu Katowice, w których bohater też skakał. Są również fotografie z warszawskiego Okęcia z 1978 roku.

Im dalej, tym są wcześniejsze zdjęcia bohatera. Z Poznania (1977), Gocławia (1977), Białołęki (1968).

Ze zdjęć wynika, że chłopak był harcerzem i uczęszczał do Szkoły Podstawowej nr 51 na warszawskiej Pradze.

Był tam członkiem 300 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej i Zuchowej, której bohaterem był Janusz Kusociński.

W albumie są wreszcie piękne zdjęcia z dzieciństwa, z Zakopanego, z Poronina, z jego podwórka.

Może ktoś z Was zna osoby z tych zdjęć?

Otagowane , , ,

Czas wolny w PRL cz.8: I co tu robić?

Czas na ostatnią opowieść związaną z moją książką „Czas wolny w PRL”. Finałowy rozdział poświęcam w niej problemom z czasem wolnym. Opowiadam o ludziach, którzy nie umieli albo nie wiedzieli jak wypoczywać. Poniżej fragmenty.

Budzik jak zwykle dzwoni o 4.30. Pani Teresa szybko tłumi przejmujący dźwięk. Nie chce budzić dzieci, męża, matki. Mąż Adam przewraca się na drugi bok. Teresa ubiera się i pomiędzy rozłożonymi wersalkami idzie do kuchni. W pomieszczeniu, które jest jednocześnie korytarzem i umywalnią, nie ma pieca. Gotowa do wyjścia, już w palcie i berecie – bo jest bardzo zimno – kobieta wypija kawę, gryzie kanapkę i rusza do pracy. Musi zdążyć na 5.30. Jej mąż wstaje o 7.00, odprowadza dzieci do żłobka i przedszkola, potem idzie do pracy. Przed wyjściem daje dzieciom gorące mleko. Żeby nie zapomniał, Teresa wcześniej wyjęła je z lodówki. O godz. 13.30 kobieta kończy swoją pracę w bartoszyckiej szwalni. Pracuje tam od 13 lat. Tego dnia zszyła 600 sztuk dziecięcych majtek z anilany.

Po umyciu stanowiska pracy przechodzi przez wartownię, tu jest kontrola – sprawdzają, czy nie wynosi czegoś z zakładu. Wreszcie wychodzi. Potem odbywa codzienną mozolną wędrówkę po sklepach i odstaje swoje w kolejkach. Musi kupić mięso, masło, mleko, chleb, a jak jej się poszczęści, to kupi też dżem, może cukierki dla dzieci. Teresa oblicza, że stanie w kolejkach zajmuje jej średnio 3 godziny dziennie. Po drodze do domu odbiera też dziecko ze żłobka. Synka z przedszkola odbierze mąż. Ona tylko na chwilę wstępuje do domu, bo zajęła kolejkę w mięsnym i musi do niej wrócić. Na szczęście obiadem zajmie się jej mama. Kiedy wróci do domu, nakarmi dzieci, potem napali w piecu. Dalej kolejne obowiązki: pranie, prasowanie, szycie, odkurzanie.

Mąż narzeka, że ma 28 lat i nie znajduje czasu, by spotkać się z kolegami albo pójść z żoną do lokalu czy kina. Na filmy chodzą bardzo rzadko, do lokalu – nie ma mowy, bo i za co. Wreszcie wszyscy układają się na wersalkach. Na jednej dwoje dzieci, na drugiej babcia, na trzeciej Teresa z mężem. Zasypiają, oglądając film w telewizji. Teresa lubi filmy o miłości, Adam wojenne, to z nich, które trafi na swój film i nie zaśnie, gasi telewizor. Jutro będzie dzień taki jak dzisiaj, pojutrze, taki jak jutro1. Tak wyglądała zwykła codzienność – życie młodej kobiety Teresy, opisane w reportażu Dzień jak co dzień, czyli 12 godzin z życia kobiety w tygodniku „Panorama Północy”. Był rok 1981.

To tylko jeden z przykładów tego, że dla kobiet czas wolny był wtedy luksusem. Tylko nieco ponad 30 procent mężczyzn aktywnie uczestniczyło w wychowaniu dzieci. Ich czas pracy kończył się wraz z wyjściem z zakładu. Kobiet nie, one miały drugi etat. W domu.

Ale obywatele nie tylko nie mieli czasu wypoczywać, ale też nie wiedzieli jak. To pewnie niektórych zszokuje, ale jeszcze na początku lat 70. niemal 80 procent osób przyznawało się, że nie umie wypoczywać. Dni powszednie wypełnione były obowiązkami zawodowymi i domowymi. W sobotę po pracy najczęściej spędzano czas przed telewizorem, a w niedzielę odsypiano całotygodniowy trud. Po południu znowu była telewizja, czasami prasa, spacer, rzadziej przyjmowanie gości czy wizyta u znajomych. Dzień wolny, wakacje nie kojarzyły się z wypoczynkiem. Szczególnie w początkach Polski Ludowej wiele osób nie umiało i nie wiedziało, jak wypoczywać.

Apogeum wyjazdów na dłuższy wypoczynek osiągnięto w latach największej prosperity PRL. W 1977 roku był on udziałem 45 procent społeczeństwa. Sprzyjało temu wydłużenie średniej długości urlopu dla robotników do niemal czterech tygodni oraz wprowadzanie wolnych sobót. W 1974 roku wprowadzono sześć sobót w roku wolnych od pracy, w rok później już dwanaście. Rozwój turystyki i sposobów spędzania wolnego czasu zatrzymał krach gospodarczy na początku lat 80.

Ale wtedy ludzie też marzyli o wypoczynku. Pokazuje to ankieta z czasopisma młodzieżowego „Razem” przeprowadzona w 1989 roku, już po pierwszych częściowo wolnych wyborach parlamentarnych, a na kilka miesięcy przed upadkiem muru berlińskiego. Tygodnik zapytał młodych ludzi z Brwinowa, jak chcieliby spędzić wolny czas, a jak rzeczywiście go spędzą.

Wakacje chciałabym spędzić w jakimś odległym kulturowo kraju. Mogłaby to być Japonia albo Nepal czy Etiopia – to marzenie Wioli, lat 16.

Wyjechać w nieznane miejsce z namiotem, śpiworem i fajnymi ludźmi, którzy nigdy się nie smucą i nie nudzą. Wyjechać nad czyste morze, spać na plaży, pić świeże mleko – to już pragnienie Róży, lat 18.

Chciałbym, żeby rodzice kupili mi Simsona Enduro 51S i komputer Atari 520. Chciałbym mieć bardzo dużo kaset z różnymi filmami, najlepiej z komediami. Wtedy na pewno nie nudziłbym się w wakacje. Byłoby jeszcze fajniej, gdybym mógł pojechać na całe dwa miesiące do Stanów Zjednoczonych. Tam zarobiłbym sobie na dobry samochód Adam, lat 15.

Moim marzeniem jest wyjechać na wakacje do wuja do Las Vegas, dlatego że jest tam zawsze wesoło i czysto. Są różne place zabaw, których nie można spotkać w naszej szarej i ponurej Polsce – Marcin, lat 14.

A o tym, jak naprawdę będzie wyglądał ich wypoczynek, pisały inne dzieci.

Sylwia: Tydzień nad brudnym polskim morzem, siedem dni w tygodniu.
Edyta: Na wakacje przeprowadzam się do domu mojej babci mieszkającej trzy ulice dalej w tym samym mieście. To i tak przyjemne urozmaicenie wakacyjnej, domowej nudy.
Staś: W lipcu siedzę w domu, w sierpniu jadę z rodzicami na Mazury, tam, gdzie mieszka Zbigniew Nienacki. Spróbuję go odwiedzić.

Niektórzy opowiadali o wyjeździe z rodzicami na Węgry, do Czechosłowacji, do Zakopanego, pod namiot, najczęściej jednak w planach było spędzenie wakacji w domu albo u babci. I trudno się dziwić, bo koszt wyjazdów był wysoki. Za tydzień na Hawajach trzeba było zapłacić 2 tys. dolarów + 360 tys. zł (Orbis Bis). Komputer Atari kosztował wtedy między 127 a 879 dolarów, a 8 dni na campingu w Grecji 25 tys. zł + 28 dol. (Uniwertour). Tygodnik „Razem”, chyba chcąc dobić czytelników, zaproponował im inne możliwości: wyjście do zoo za 120 zł, odwiedzenie tarasu widokowego na lotnisku na Okęciu za 20 zł lub książkę Arkadego Fiedlera „Kanada pachnąca żywicą” za 800 zł w antykwariacie.

Wiele osób się po prostu nudziło. Nuda szczególnie doskwierała młodym na wsi.

Postoją młodzi pod sklepem do 18.00 racząc się piwem, jeśli budżet pozwoli, potem podpierają kiosk, przystanek odwiedzą i koniec rozrywki – opisywała w swoim dzienniku w 1973 roku uczestniczka konkursu Ministerstwa Kultury i Sztuki oraz „Tygodnika Kulturalnego”, „Jeden miesiąc mojego życia”.

W wielu miastach nie było lepiej. Snującą się po podwórkach bez celu młodzież pokazał w serialu „Stawiam na Tolka Banana” Stanisław Jędryka. Chłopaki szukają rozróby w parku Skaryszewskim w Warszawie. Zaczepiają starsze osoby, rozbijają latarnie, wrzucają ławkę do wody. Drobne przestępstwa, lenistwo, szwendanie się, pijaństwo – tak wygląda też rzeczywistość młodych bumelantów w dokumencie Wojciecha Wiszniewskiego „Jutro. 31 kwietnia – 1 maja 1970”. Bumelanctwo łódzkiej młodzieży z proletariackimi korzeniami reżyser zestawia z komentarzem o amerykańskiej młodzieży (który słychać w tle z telewizora): Dzieci kwiaty nie wierzą w nic. Nie mają żadnego programu. Ich dewizą jest negacja wszystkiego, wszelkich norm społecznych, moralnych, politycznych. Tam zepsucie moralne, a u nas? U nas młodzież takich problemów nie ma – jeden z bohaterów filmu, snując refleksje nad kuflem piwa, mówi, że jest dumny z tego, że pochodzi z robotniczej rodziny. Twórca z gorzką ironią pokazuje ten kontrast – w wersji codziennej i odświętnej (propagandowej).

Swój pomysł na nudę miała grupa przyjaciół, studentów gdańskich uczelni pod koniec lat 60. W piwnicy kamienicy, w której mieszkał jeden z nich, w samym centrum Gdańska przy ulicy Długiej, powołali do życia Piwnicę Artystyczną Witkacy. Urządzili wnętrze, zrobili minibar, na ścianach powiesili obrazy. Przez pięć lat (1968–1973) miejsce było oazą wolności dla wielu młodych ludzi. Co prawda czasami odwiedzał ich dzielnicowy – st. sierż. Iwanek – ale głównie po to, by się z nimi napić wódeczki. To było wyjątkowe miejsce na mapie Gdańska.

W tym nieformalnym klubie odbywały się wernisaże, minikoncerty, wieczorki poetyckie. (A żeby nikt się nie czepiał, jego założyciele uzyskali zgodę dyrektora Klubu Drukarza Rudy Kot – który wtedy regularnie odwiedzali i w którym prowadzili kabaret – na nazywanie swojej Piwnicy filią klubu). „Witkacego” odwiedzili m.in. brytyjski reżyser filmowy i teatralny Peter Brook, Czesław Niemen, członkowie zespołów Skaldowie i No To Co, reżyser Krzysztof Kieślowski oraz wielu trójmiejskich artystów, m.in. jazzman, współpracownik Niemena i współautor muzyki do „Dziewczyn do wzięcia” Janusza Kondratiuka, Helmut Nadolski.

Ilustracjami do tekstu są właśnie zdjęcia z owej piwnicy.

A o książce „Czas wolny w PRL” więcej przeczytacie TUTAJ.

Otagowane , , , , , , , , ,