Matches for: “komputer” …

Cisza przy wgrywaniu

Posiadacze Commodore 64 czy Atari 65xe dobrze pamiętają, że podczas wgrywania gry z kasety magnetofonowej lepiej było wyjść z pokoju, by nie zakłócać przebiegu wgrywania. Tak robiłem przy grach, które teraz w skrócie przedstawię na blogu.

kasetygry6

Wiem, wiem, te gry pochodzą z 1993 roku. Ale firma, która je wyprodukowała, czyli LK Avalon powstała jeszcze w minionej epoce, komputer pochodzi z minionej epoki, no i technologia w zasadzie też. Dlatego postanowiłem dla nich zrobić wyjątek.

Wcześniej pisałem już o innych grach, nie z kaset, TUTAJ

pacman1  riverraid1

Grałem w te cuda na Atari 65xe, o którym pisałem TUTAJ, a który wygląda tak.

atara65

atari65a  atari65c

Jak widać, zajechałem na tych grach joysticki.

Obie wyprodukowała firma LK Avalon. To pionierzy polskiej technologii komputerowej. Firma mieściła się w Strzyżowie, ale podobno powstała w pobliskim Rzeszowie, w 1989 roku. Wypuszczali przede wszystkim gry na komputery 8-bitowe. To dzięki nim grałem w takie klasyki jak Robbo, Fred (ukazała się na zachodzie, na mocy porozumienia z brytyjską firmą Zeppelin Games, której gry Avalon wypuszczał w Polsce), czy właśnie Streets i Kampanię Wrześniową.

kasetygry1

Ok, przyznaję, Kampania Wrześniowa nie była moją ulubioną grą. Jakoś nigdy nie wciągnąłem się w to zdobywanie kwatery głównej nieprzyjaciela. Po wczytaniu gry (włączając komputer z wciśniętymi klawiszami Start i Option), przechodziliśmy do rozgrywki między wojskami polskimi i niemieckimi, podzielonej na 4 etapy. Więcej wyjaśnia instrukcja dołączona do kasety.

kasetygry2

U góry widać też dopisaną przeze mnie ilość jednostek, w których wgrywała się gra. Tradycyjnie okładka takiej gry była raczej umowna, nie widniały na niej screeny z gry, tylko jakieś zdjęcia ledwo przypominające cokolwiek. No grafika wtedy też nie powalała.

kampania_wrzesniowa_1 kampania_wrzesniowa_2
Screeny zaczerpnięte ze strony http://ekranownia.atari8.info.

kasetygry

Druga gra to już Streets, z tego samego roku, też LK Avalon. Tutaj we wkładce znalazły się nie tylko instrukcja i opowieść o grze, ale też nazwiska autorów.
A historia zaczynała się tak… Harry niestrudzenie patrolował ulice Megapolis… okazuje się, że został ostatnim stróżem porządku. Pytanie brzmi: czy dzielny policjant zdoła obronić swe miasto?

kasetygry4

Tutaj grafika też nie należała do wybitnych, ale było wszystko co potrzeba. Celownik, naboje, życia…

Obrazek z gry Streets - stare.e-gry.net, plik:1/streets.jpg

Screen ze strony stare.e-gry.net

kasetygry3

I jeszcze jeden dodatek. To muzyczna odpowiedź na jedną z najpopularniejszych gier wideo, Space Invaders z 1978 roku.

kasetygry5

Wydana w 1980 roku kaseta SPACE INVASION zbiera piosenki inspirowane grą albo takie, które według twórców w jakimś stopniu były z nią powiązane. Są tu tacy giganci jak Deep Purple, Elton John, Genesis czy OMD. A wśród piosenek kosmicznie brzmiące „Theme From The Space Invaders”, „Riders In The Sky”, „Dancing In Outer Space” albo „Shining Star”. Pełen zestaw wykonawców poniżej.

kasetygry8

Nie ma się co czarować, kaseta doskonale podgrzeje emocje przed kolejną rozgrywką w Space Invaders albo inny River Raid…

kasetygry7

Otagowane , , , , , ,

Czar wspomnień 10

To był jeden z najbardziej wzruszających wpisów na tym blogu. Opublikowałem go niemal równo 3 lata temu. Dotyczył zabawki, którą dostałem wraz z bratem na dzień dziecka na początku lat 80.
W tym wspominkowym wpisie postanowiłem do niego wrócić. Do innych wpisów związanych z klockami także. A było to tak…

Wreszcie udało się nam zdobyć oryginalną zabawkę z tamtych lat, dokładnie taką, z powodu której płakałem ze szczęścia widząc ją 30 lat temu w swoim pokoju. Oto zestaw Lego Space:

lego

Takie jest oficjalne logo tej serii duńskich klocków. O samej historii Lego nie będę się rozpisywał, bo zajęłoby to kilkanaście stron bloga. Skupmy się na Lego Space.

Pierwsze zestawy z tej serii pojawiły się w 1978 roku, ogółem powstało ponad 200 projektów. Najpierw były oznaczone nazwą Legoland, później, czyli na początku lat 90., zmieniono na Lego System. To one są protoplastami Lego Star Wars i Lego misja na Marsa.

lego3

Co prawda pojawiały się już wcześniej zestawy kosmiczne, jak projekt rakiety, czy zestaw z lądowania na księżycu, ale pełna seria ruszyła właśnie w 1978.

Nasz zestaw zyskał nazwę Starfleet Voyager, numer 6929 i powstał w 1981 roku. Co ciekawe, wszędzie podawany jest z czerwonym astronautą, ale zestaw, który aktualnie mamy, ale też ten, który pamiętam z lat 80. ma białego ludzika.

lego1

Posiadamy zestaw z oryginalnym kartonem i instrukcją. W środku jest ponad 240 klocków. Wśród nich szokujące wtedy dla nas radiostacje, klocki z nadrukiem przypominającym komputer, niebieskie szyby i lampy zielone oraz czerwone. Są też zawiasy, kierownica i silniki. Oto jak wygląda oryginalny złożony zestaw według instrukcji:

lego11

I jeszcze zbliżenia na kabinę, komputery i  otwierany tył, gdzie chował się przenośny pojemnik na zapasowe części.

lego10

lego9

lego4

Niektóre klocki mają na sobie charakterystyczne ślady zębów, bo tylko tak można je było rozłączyć. Oczywiście spora liczba z tych klocków jest wykorzystywana także w dzisiejszych zestawach. A takie zestawy Legoland w latach 80. były do kupienia w Peweksie.

Z tego zestawu można też wykombinować na przykład taki rodzaj powietrznego statku:

lego12

lego2

Albo taki statek z bazą naziemną:

lego14

lego7

Cieszy nas, że ten zestaw znalazł się wśród najlepszych w historii na stronie http://lego.gizmodo.com/349929/best-lego-sets-in-history

Z kolei na tej stronie możecie obejrzeć przegląd zestawów Lego z różnych lat:

http://brickset.com/sets/theme-Space/page-1

I jeszcze przykłady starych reklam Lego Space:

————

Ale! Jak nie było nas stać na Lego, to bawiliśmy się tym.

Firma Pebe powstała niemal 10 lat po tym jak Lego ruszyło z produkcją zabawek z tworzywa sztucznego. W Polsce minionej epoki klocki z DDR były jednak łatwiej dostępne i tańsze. Ostatnio udało nam się nabyć cztery wyjątkowe maszyny złożone z klocków Pebe. Oto one:

pebe2

Najśmieszniejsze jest to, że udawało się połączyć Lego z Pebe. Różniły się one tym, że na wypustkach w Lego było ich logo i charakterystyczna rurka od spodu. Ale i tak trudno odmówić Pebe czaru.

pebe1

W Polsce można było je kupić w Składnicach Harcerskich. Klocki były wytwarzane od lat 50 w zakładach Plastica Bad Kosen. W połowie lat 80. zmieniło się logo firmy. W NRD Pebe miało zresztą konkurenta w postaci klocków Formo.

pebe3

W Pebe produkowano nie tylko auta, ale też rakiety, pojazdy wojskowe, dźwigi, budynki i mini gry.

Nam udało się zdobyć dwa autobusy niebieskie, które wyglądają trochę jak autobusy naprawcze. Do tego dwa, a la strażackie drabiniaste. Mają charakterystyczne namalowane przody.

pebe4

Tutaj można zobaczy więcej historycznych zestawów: http://www.pebe-archiv.de/sets/original.htm

—–

I jeszcze wspomnienie pewnej wystawy:

Do 27 września w warszawskim Muzeum Techniki i Przemysłu można oglądać świetną wystawę Legowisko 2014.

wystawa12

Punktem wyjścia jest co prawda rekonstrukcja zamachu w Sarajewie sprzed 100 lat, który przyczynił się do wybuchu I wojny światowej, ale na wystawie można znaleźć też genialne rekonstrukcje związane z PRLem.

Jest na przykład kilka scenek z „CK Dezerterów”, filmu Janusza Majewskiego z 1985 roku.

wystawa7

Z Lego zbudowano cały plac z koszarami podczas inspekcji, która doprowadziła do zdemaskowania papugi oberleutnanta von Nogaya (genialny Wojciech Pokora). Jest też latryna, w której doszło do kolejnej „ostrej” przygody.

wystawa1

Poza tym mała scenka Kani (Marek Kondrat) z jego dziewczyną. Jak widać do tego dołączone są teksty z filmu w dymkach.

wystawa2

Na wystawie także cała plejada różnego rodzaju pojazdów z minionej epoki. Są autobusy…

wystawa9   wystawa8

…karetki (zdjęcie wyżej), wóz ruchomego kina i piękny saturator.

wystawa0   wystawa11

Przy okazji jak już odwiedzicie muzeum to warto się po nim przejść. Są tu bowiem na przykład również stare polskie komputery, w tym genialne konstrukcje Jacka Karpińskiego, o którym pisaliśmy TUTAJ

A to zapewne nie koniec historii naszej i klocków…

Otagowane , , , , ,

Czar wspomnień 9

W związku z naszą nominacją do nagrody za aranżację przestrzeni w teledysku „Cienie” na Festiwalu Polskich Wideoklipów Yach Film, o czym informowaliśmy w poprzednim wpisie, w kolejnym wspominającym skarby, o których pisaliśmy dłuższy czas temu, postanowiliśmy przypomnieć przedmioty wykorzystane właśnie na planie tego klipu.

Najpierw Telewizor Neptun z gdańskiego Unimoru. Można go było zabrać na piknik, podłączyć do niego komputer, obejrzeć Dziennik Telewizyjny.

neptun3

Wisła, Belweder, Jantar, Szmaragd, Wawel, Klejnot, Aladyn, Fiord, Fala, Szecherezada, Saturn, Rubin -€“ w Gdańsku produkowano przeróżne modele telewizorów. Zakład powstał w 1957 roku jako Gdańskie Zakłady Radiowe T-18. W 1972 roku przedsiębiorstwo zmieniło nazwę na Gdańskie Zakłady Elektroniczne „UNIMOR”. W najlepszych czasach produkowano w nich nawet kilkaset tysięcy telewizorów rocznie.

neptun2   neptun1

Telewizory Neptun zaczęto w nich wytwarzać pod koniec lat 50. Nasz pochodzi z lat 70. Warto też przypomnieć, że zakłady produkowały inne urządzenia. Strona unimor.info podaje: „Pierwszymi urządzeniami wyprodukowanymi w 1959 roku były radiołącza „Korab-3″, które znalazły zastosowanie w kraju na stacjach nadawczych i przekaźnikowych telewizji oraz były przedmiotem eksportu do ZSRR i Węgier. Produkcja tych urządzeń trwała do roku 1965. Od roku 1966 do produkcji zaczęto wprowadzać wiele nowych urządzeń takich jak: radiostacje szalupowe, radiostacje pokładowe i inne”.

Nasz Neptun 150 ma przekątną 12 cali, obraz jest czarno-biały. Można zaprogramować siedem kanałów. Ma wbudowaną antenę oraz dodatkowe gniazdo na antenę zewnętrzną. Reguluje się głośność, jasność i kontrast. Produkowano je w kilku kolorach, m.in. białym żółtym i czerwonym.

Na naszym egzemplarzy ważne są naklejki: Mega Sport i I Love Coca-Cola & Lublin. Nie zdejmowaliśmy ich, bo dobrze dopełniają całości.

Na jego podzespołach powstał Neptun 156, używany jako komputerowy monitor.Taki egzemplarz można oglądać chociażby w warszawskim Muzeum Techniki.

Nasz też może do tego służyć, oto dowód.

neptun4

Z naszej konsoli Atari 2600 odpaliliśmy grę River Raid. O konsoli pisaliśmy już TUTAJ

Ponieważ obraz jest krzywy (możliwe, że trzeba uregulować kineskop, ale tego nie potrafimy niestety) postanowiliśmy podłożyć książkę i działa, że ho ho!

neptun6

„22 lipca 1956 z taśmy montażowej hali nr 2 Warszawskich Zakładów Telewizyjnych zszedł pierwszy polski telewizor Wisła, a rok później nieco nowocześniejszy Belweder”.

„Lata 70. w WZR to okres największego postępu jakościowego, któremu od 1971 roku służy własny Zakład Doświadczalny”.

„W ubiegłym roku (1978) wyeksportowano ich 50 tysięcy, z czego 31 tysięcy do RFN”.

„W bieżącym roku (1979) z taśm zejdzie 624300 telewizorów, w tym 25 tysięcy kolorowych”.

M.in. takie informacje można znaleźć w artykule o przemyśle telewizyjnym wydrukowanym w gazecie „Stolica” z lipca 1979 roku. Tekst wspomina też o nowym modelu z Warszawskich Zakładów Telewizyjnych. Chodzi o telewizor Vela. Od niedawna, dzięki przyjacielowi bloga Tomkowi, mamy model 203 w swojej kolekcji.

vela

Różne były kolory tych modeli, my mamy piękną białą, a w zasadzie kremową, sztukę w znakomitym stanie.

To przenośny telewizor z przekątną 12 cali. Łatwo się go nosi dzięki wysuwanej u góry rączce – sprawdziła się na trasie po Muranowie.

vela1   vela3

Obraz był czarno-biały, a telewizor produkowano w latach 1978-85. Model z dwoma antenami ma przykryte sprytną klapką pokrętła do ustawiania kanałów.

vela4   vela5

A oto opis techniczny z „Radioelektronika” z 1981 roku:

„Odbiornik telewizyjny VELA 203 produkowany w Warszawskich Zakładach Telewizyjnych jest nowoczesnym przenośnym odbiornikiem monochromatycznym z kineskopem o przekątnej ekranu 31 cm, zasilany z prądu przemiennego 220 V lub z akumulatora samochodowego 12 V. Umożliwia on odbiór programów emitowanych w zakresach VHF (kanały 1. .12) 1 UHF (kanały 21. . 60).
Do produkcji tego odbiornika wykorzystano obudowę i konstrukcję z OT Vela 202. Podzespoły oraz układy elektryczne są jednak nowe, bardziej nowoczesne. Dzięki temu Vela 203 charakteryzuje się, większą niezawodnością oraz znacznie lepszymi parametrami niż poprzednia jego wersja”.

A na koniec klip zespołu Super Girl & Romantic Boys, w którym pomagaliśmy przygotować aranżację.

Otagowane , , , ,

Jak pić sok pomidorowy

To będzie wyjątkowy wpis na blogu. Tak jak wyjątkowa była rozmowa z jego bohaterem. Kojarzony jest przede wszystkim z piosenką do serialu „Pszczółka Maja” i „Chałupy welcome to”, ale poza nimi kryje się, a ostatnio na szczęście co raz bardziej ujawnia, całe spektrum możliwości wokalnych, muzycznych, interpretacyjnych i klimatycznych, Zbigniewa Wodeckiego.

Spotkałem się z nim robiąc wywiad do dodatku „Kultura” DGP. Pan Zbigniew (od razu zaproponował przejście na „ty”, jednak nie wyobrażałem sobie takie formy wobec pana Zbigniewa, ja pozostałem więc przy wersji „pan”) okazał się niezwykle czarującym, sympatycznym, otwartym człowiekiem. Sypał anegdotami, żartował, a do tego, wreszcie przekonał mnie do picia soku pomidorowego. Wyszła z tego bardzo ciekawa rozmowa, o muzyce w minionej epoce oraz tym, jak pan Zbigniew odnajduje się dzisiaj. A odnajduje doskonale, o czym przekonała fanów jego wspólna płyta z kolektywem Mitch & Mitch, na której zagrał materiał ze swojego debiut sprzed 40 lat.

Poniżej zapis tej rozmowy oraz notka o płycie, które kilka dni temu miała swoją premierę. To doskonała ścieżka dźwiękowa do serialu „Pszczółka Maja”, autorstwa Karela Svobody.

wodecki1

Stojąc pod sceną podczas pana koncertu z Mitch & Mitch na tegorocznym Open’erze, odniosłem wrażenie, że bawi się pan nie gorzej niż publika. Spodziewał się pan tego, co dzieje się wokół waszej wspólnej płyty, na której powraca pan do debiutu sprzed 40 lat?

Pan Zbigniew Wodecki: Na Open’erze po raz kolejny czułem się dość dziwnie, widząc kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi słuchających i bujających się do moich piosenek sprzed lat. Przecież to pokolenie, które mnie w ogóle nie kojarzy, coś tam może słyszało o „Pszczółce Mai” albo „Chałupach”, ale przecież urodziło się już w innej rzeczywistości. Do tego w Gdyni szukali muzyki alternatywnej. Tak było w Trójce, jak graliśmy ten materiał trzy lata temu, i później na katowickim Off Festivalu. Byłem przerażony, bo po mocnych alternatywnych rockowych koncertach miałem wyjść z jakimiś moimi balladami. Widząc szalejących ludzi pod sceną i Macio Morettiego z Mitchów, myślałem, że to jakaś ukryta kamera. W szkole mnie uczyli, żeby cały czas wygrywać, zajmować pierwsze miejsce, żeby odnieść sukces. I przez kilkadziesiąt lat starałem się być na topie. A muzycy Mitch & MItch nauczyli mnie czy raczej przypomnieli to, co czułem jako siedemnastolatek, że muzyka to jest balanga, żeby się nią bawić. Ciężko było mi do tego wrócić, bo w pewien sposób „skażony” komercją, „Chałupami” i „Pszczołą” musiałem zagrać repertuar, którego nikt nie pamiętał, łącznie ze mną. Mój kolega, który był na naszym występie podczas pewnej gali w Teatrze Wielkim, gdzie publiczność nie była łatwa i ciężko nam się grało, trafnie to zwerbalizował: podobało mi się, bo wy nie gracie piosenek, żeby rozbawić ludzi, tylko żeby oni tego słuchali. To jest może tajemnica tego wydarzenia.

Podobno nie chciał pan zaśpiewać „Chałupy Welcome to”, gdy to panu zaproponowano, tak jak „Pszczółki Mai”. Z Mitchami było podobnie?

Te dwa stare przeboje to nie były moje kompozycje i wykonanie obu było przypadkowe. Pewna pani z postsynchronu „Pszczółki Mai” się uparła, żebym to ja zaśpiewał. Nie chciałem kopiować Karela Gotta, który to wykonywał w oryginalne w wersji niemieckiej, bo mam niższy głos. Musiałem sobie poradzić falsetem. Nagrałem to szybko, w zasadzie na próbę, żeby pokazać, że to nie moja tonacja, ale nie udało mi się ich przekonać, że nie pasuję (śmiech). Spodobało się i tak zostałem Pszczołą. „Chałupy Welcome to” też zaśpiewałem przez przypadek i stały się przebojem głównie przez teledysk z golizną. W propozycji Mitchów z kolei spodobało mi się to, że oni przestali mnie traktować jako piosenkarza popularnego. Macio Morettiego pewnie by szlag trafił, jakbym chciał z nimi na scenie wykonać „Pszczółkę Maję”. Te piosenki mają swoje miejsce, ale nie w tym projekcie. Powracając do debiutu po 40 latach, musiałem go się na nowo nauczyć, nie pamiętałem tych numerów. To jest fajnie zagrana muzyczka, bez nadęcia, przebojowa, ale wtedy praktycznie w ogóle nie była wylansowana. Okazało się, że teraz przyszedł na nią czas.

Wodecki_Mitch

Na okładce płyty „1976: A Space Odyssey” w ogóle nie widać pana twarzy. To celowy zabieg, by podkreślić tutaj znaczenie całego zespołu?

To był znakomity pomysł Macia Morettiego. Pomijając fakt, że w moim wieku najlepiej wychodzę na zdjęciach tyłem, to pokazuje to kwintesencję naszej współpracy. Liczy się tu cały zespół, nie tylko Zbigniew Wodecki. A warto podkreślić, że to bardzo dziwni ludzie. Nie jedzą mięsa, nie palą, nie piją, przynajmniej niektórzy (śmiech). A przy tym olewają popularność, spełniają się w wielu dziwnych, bardzo alternatywnych projektach dla wąskiego grona odbiorców. Im nie chodzi o pieniądze i pewnie też dlatego tak dobrze mi się z nimi gra.

Dlaczego w PRL-u, przez okres ponad 20 lat kariery, nagrał pan tylko dwie solowe płyty? Nikt ich wtedy nie chciał?

Chciałem być znanym piosenkarzem, ale czułem, że to nie do końca jest mój czas, że jestem za bardzo romantyczny i może to zabrzmi nieskromnie, ale za bardzo wykształcony muzycznie. Od piątego roku życia siedziałem w filharmonii i słyszałem, jak ojciec gra Bacha, Beethovena, Szymanowskiego, Czajkowskiego. Potem przez kilka lat w szkole muzycznej w Krakowie sam codziennie grałem repertuar klasyczny. Musiałem zagrać dyplom na skrzypcach, udało mi się wykonać Karłowicza, romantyczny koncert na skrzypce. Bardzo trudny, a zagrałem go z wyróżnieniem. W tym samym niemal czasie jeździłem po świecie, grając z Ewą Demarczyk, z Anawą, w Piwnicy pod Baranami. Z jednej strony była cyganeria krakowska, a z drugiej paryska Olimpia. Targały mną sprzeczne emocje. Tu gram Karłowicza, Paganiniego, a obok mam zaśpiewać parę ładnych piosenek. To nie zabrzmi odkrywczo, ale jest różnica między zaśpiewaniem zwrotki i refrenu a „Kaprysem 9” Paganiniego. Można go ćwiczyć całe życie i nigdy dobrze nie zagrać. Miałem rozterki, bo zależało mi, żeby te moje pierwsze kompozycje były dobre, żeby koledzy, wybitni muzycy, się ze mnie nie śmiali. Tak jak potem nie czułem się dobrze z tym, że zaśpiewałem „Pszczółkę Maję” i na tym zarabiałem dużo więcej niż moi koledzy z orkiestry. Dzisiaj jestem nareszcie w sytuacji, w której nie muszę się starać komuś przypodobać, tylko chcę nauczyć publiczność słuchania tego, co mi się podoba. Dzięki temu czuję się potrzebny.

wodecki2

Powiedział pan jakiś czas temu, że jest tylu fantastycznych młodych muzyków nagrywających płyty, że pan postanowił sobie odpuścić. Niedawno się to jednak zmieniło. Pracuje pan nad nową płytą.

Pomyślałem sobie, że skoro sukces odniosła płyta nagrana 40 lat temu, to może na kolejny nie warto czekać drugie tyle, że teraz uda się wcześniej (śmiech). Mam masę pomysłów, do tego genialnych instrumentalistów. Chcę z tego skorzystać. Postanowiłem sobie trochę ułatwić pracę i nagrać płytę z numerami, które same będą niosły, żeby się ludzie dobrze bawili, ale nie rezygnować przy tym ze znakomitych aranży i wybitnych muzyków. To świetny zestaw, bo w pewnym sensie gwarantuje, że jak wychodzisz na scenę, to wiesz, że ta muzyka musi zadziałać. A jak nie, to znaczy, że publiczność jest mało muzykalna (śmiech). Z jednej strony cieszę się, że po ponad 40 latach wrócił mi luz grania. Z drugiej strony czuję w sobie jakieś posłannictwo. Wychodząc na scenę, chcę pokazać ludziom, że to są skrzypce, nie skrzypki, jak się gra fugę, że Bach był tak naprawdę jazzmanem. Uważam, że strasznie się zapuściliśmy w nauce słuchania muzyki. Jest duża przepaść między artystami a odbiorcami, dlatego ci pierwsi często zaniżają swoje umiejętności. To zresztą dzieje się nie tylko u nas. Na szczęście są jaskółki zmian, płyta z Mitchami pokazuje, że ludzie chcą słuchać muzyki. A tego trzeba się uczyć, tak jak oglądania obrazów, żeby odróżnić Bruegla od jelenia na rykowisku. Jak to się mówi: „trzeba poszerzać wachlarz doznań”. Uczyć powinni zresztą nie tylko artyści, ale też media, telewizja powinna kształcić ludzi. Kilka razy w tygodniu powinien być pokazywany taki występ, jak koncert niemieckiego big-bandu radiowego WDR Big Band z gdańskiego festiwalu Solidarity Of Arts z zeszłego roku. Zespół, która tak gra, to najlepszy pokaz muzycznych możliwości. Ja też się przecież przez lata uczyłem muzyki. Przed dłuższy czas byłem fanem zespołów typu Chicago czy Blood, Sweet & Tears (w tym momencie pan Wodecki zaczyna śpiewać, a w zasadzie naśladować instrumenty z jednej z piosenek Chicago). To się zmieniło, kiedy pewnego razu zachorowałem na trasie. Kolega zostawił mi kasetę big-bandu nieżyjącego już puzonisty niemieckiego Petera Herbolzheimera. Miałem anginę, zapaliłem więc sporta, wypiłem piwo i tego posłuchałem. Fascynowało mnie, jak kilkadziesiąt osób może razem grać. Jaką oni mają świadomość wspólnej kreacji. Tak też poczuliśmy się z Mitchami.

Wiele zaszło zmian w ciągu kilkudziesięciu lat pana grania. Jakie widzi pan najważniejsze?

Zawsze ważna była świadomość tego, co się robi i żeby nie było wstydu. Tego mnie nauczyło granie na skrzypcach. Mam nadzieję, że tak samo mają muzycy dzisiaj. Oczywiście teraz „prostuje” się wszystko komputerem, przed laty trzeba było działać w zespole, nie liczyć na poprawki technologiczne. Żeby śpiewać, trzeba było po prostu umieć śpiewać. Teraz niekoniecznie będąc wybitnym muzykiem, ale znając się na technice, można tworzyć. Teoretycznie każdy może nagrać płytę. Gdyby Wagner miał takie możliwości, jakie są dzisiaj po wciśnięciu jednego klawisza, toby oszalał. Na szczęście jest też dużo fajnej muzyki i dużo młodych ludzi, którzy są artystami, ale widzę, że ciężko im się żyje. Szczęście, że mają gdzie grać. Jeżdżąc jako dziewiętnastolatek z Ewą Demarczyk pod koniec lat 60., występując w Kolonii, Hamburgu czy Paryżu, czułem inne zapachy, wdziałem inne sklepy, ale przede wszystkim sale koncertowe. Zazdrościliśmy im. Teraz my mamy najpiękniejsze sale na świecie. Wielu ludzi bało się, komu takie sale jak NOSPR w Katowicach są potrzebne, że nikt nie będzie przychodził. Powstały i są zabukowane na kilka miesięcy, nie ma miejsc. Ludzie potrzebują sacrum artystycznego. Dogoniliśmy pod tym względem Zachód. Przed laty, grając w takich miejscach na świecie, nie sądziłem, że będę grał w podobnych albo i lepszych w Polsce, i to przy wypełnionych salach. Tak było z Mitchami we wspomnianym NOSPR.

A propos technologii. Ma pan cały czas swój słynny mały kalendarzyk, nie korzysta z komputerów przy planowaniu koncertów?

Oczywiście. (Wodecki wyciąga z kieszeni mały, pogięty kalendarzyk i przewraca zapisanymi kartkami). Bogu dziękować wypełniony.

Był czas, kiedy ten kalendarzyk bywał pusty?

Tak, kiedy rozwiązałem umowę z Radiokomitetem i bojkotowało się telewizję po stanie wojennym. Pojechałem do Poznania i tu popełniłem błąd ideologiczno-socjalny, bo rozwiązałem umowę za obopólną zgodą, nie dałem się wyrzucić. Stałem się człowiekiem wolnym, co znaczyło, że nie musiałem występować w ramach etatu. To nie było łatwe, bo były z tego, nieduże, ale jednak, pieniądze, a miałem na utrzymaniu rodzinę. Ale Bogu dzięki grałem tak zwane chałtury, czy dzisiaj byśmy nazwali joby, i to z wybitnymi artystami. Pieniędzy nie było z tego dużych, ale przynajmniej sporo śpiewałem. I całe szczęście, wciąż mogę to robić.

gadcd044-COVER-600-wpcf_571x571

Pszczółka Maja | Karel Svoboda | GAD Records
Z serialem o Mai, Guciu i innych małych bohaterach najbardziej kojarzony jest u nas utwór tytułowy Zbigniewa Wodeckiego. Jak pokazuje jednak właśnie wydany soundtrack z tej telewizyjnej serii, muzycznie „Pszczółka Maja” miała dużo więcej do zaoferowania. Poza znakomitymi wokalizami Wodeckiego (także w „Piosence Konika Polnego”) i polskim wkładem w soundtrack, czyli „Piosenką Gucia” z tekstem Wojciecha Młynarskiego w wykonaniu Jana Kociniaka, jest tu ponad 20 doskonałych instrumentalnych tematów muzycznych Karela Svobody. To pokaz kunsztu jednego z najpopularniejszych czeskich kompozytorów, porównywanych do naszego Andrzeja Korzyńskiego.

Płyta ukazała się w limitowanym nakładzie 500 sztuk. Więcej info TUTAJ

Otagowane , , , , ,

Wszyscy Razem

Na naszym blogu pisaliśmy już o wielu gazetach, także muzycznych. Był m.in. „Jazz”, był „Non Stop”. Ostatnio naszą kolekcję powiększył egzemplarz czasopisma niekoniecznie muzycznego, ale poruszającego tematy popkulturowe. Oto „Razem”.

razem

Tygodnik wychodził w latach 70 i 80, a wydawała go Młodzieżowa Agencja Wydawnicza. Nasz numer pochodzi z 1989 roku, kosztował wtedy 140zł. Przeglądając stopkę redakcyjną można poznać nie tylko dziennikarzy w nim pracujących, ale też na przykład kierowniczkę hali maszyn.

razem12

Na pokazanej ostatniej rozkładówce widać reklamy, ale też krzyżówkę i ciekawy kącik czytelników. Z niego dowiadujemy się na przykład, że:

„Piotr Suswał z Ćmielowa interesuje się piłką nożną, kocha Sandrę”.

„Jacek Brykalski z Katowic interesuje się muzyką italo disco, szuka przyjaciół”.

Wróćmy jednak do początku gazety. Pierwsza rozkładówka pokazuje graficzną fantazję twórców.

razem1

Po lewej są aktualności w stylu: „W Czechosłowacji zmiana cen. Drożeją m.in. (…) zapałki i kompoty. Tanieją wideokasety, kasety magnetofonowe…”.

Dodatkowo na dole można znaleźć ogłoszenie o pracy dla maszynistki. A po prawej startuje artykuł opowiadający o wymarzonych wakacjach młodych Polaków. Joanna lat 17 ma ciekawe marzenie: „ciekawie byłoby przeżyć wszystko co najpiękniejsze jednego dnia i w tym jednym dniu znać przeszłość i przyszłość ludzi, a potem o tym zapomnieć”.

Robert 13 lat ma bardziej przyziemne: „chciałbym zwiedzić różne kraje Europy jeżdżąc TIREM”.

Niestety tygodnik pokazał swoje brutalne oblicze publikując obok dział Realia, a do tego ceny niektórych marzeń.

razem10

18 dni w Amazonii kosztuje 3300 dolarów i 600 tysięcy zł, to cena wycieczki Orbis BIS. Bilet na film „Sztuka kochania” do warszawskiego kina Luna to koszt 400zł. Bilet wstępu na taras widokowy na Okęciu – 20zł, a bilet PKP Warszawa-Jarocin (festiwal, wiadomo) ulgowy 490zł. Atari ma rozbieżne ceny, od 127 do 879 dolarów. Na koniec: wizyta u psychoterapeuty 3-15 tysięcy zł.

razem4

Przejdźmy do rozkładówki. Tutaj mamy uczestników żużlowych mistrzostw świata w Lesznie’89. Jak oni wtedy genialnie wyglądali.

razem6

Są genialni Hans Nielsen, Henrik Gustafsson albo Simon Wigg. Do tego Polacy: Roman Jankowski i wciąż jeżdżący Piotr Świst. Nam spodobali się też Węgrzy. Dlatego daliśmy ich bliżej:

razem5

Niestety Polacy zajęli wtedy ostatnie miejsce, wygrali Duńczycy.

W magazynie nie mogło zabraknąć recenzji książkowych, teatralnych, kinowych i wideo.

razem0

Jest też poważnie. przykładem wywiad z byłym szefem KGB.

razem8

Czytelników bardzo ucieszyła też na pewno gra Trivia, w której można było wygrać komputer Atari 65xe. Oczywiście mamy taki w kolekcji. Poczytacie o nim TUTAJ.

Wreszcie muzyka. Są plotki, sylwetki, lista przebojów.

razem7

Jest też zajawiony na okładce muzyczny bohater „Razem” David Bowie. To wszystko w dodatku dla fanów Rytm, redagowanym przez Krzysztofa Domaszczyńskiego i Wiesława Weissa. Znalazł się tu nawet plakat Bowiego. Niestety jego jakość jest, delikatnie mówiąc, kontrowersyjna.

razem2

No i to co chłopcy lubili najbardziej. Ostatnia strona z magazynem Osobno. Zdjęcie pokazuje dlaczego tak bardzo ją lubiliśmy.

razem3

Otagowane , , , ,

Pewex gwarantuje

w 2012 roku pisaliśmy na blogu o wyjątkowym urządzeniu sprzed lat, które było marzeniem wieeeelu dzieciaków. Dostałem to cudo wraz z bratem na gwiazdkę 1987 roku i przetrwało do dziś. To komputer Atari 65xe, o którym pisałem TUTAJ.

atara65

Ostatnio przeglądając szpargały u rodziców znalazłem wyjątkowy dokument związany z tym komputerem. Oto karta gwarancyjna tego komputera.

gwarancja atari

Jak widać komputer został zakupiony w Peweksie w Koszalinie tuż przed świętami 1987 roku. Nie wyrwane bloczki gwarancyjne dowodzą, że sprzęt nigdy się nie zepsuł. Faktycznie działa do dziś bez zarzutu!

Ten model Atari został zaprezentowany zaledwie dwa lata wcześniej. Jakaż to była radość zagrać na nim w „River Raid” albo „Pole Position”.

gwarancjaatari1

A na kompie szaleliśmy tak, że po jakimś czasie joysticki stawały się takie:

atari65c

Otagowane , , , ,

Asembler, mnemoniki i inne…

Naszą kolekcję (dzięki przyjaciółce Magdzie) powiększyły 3 wyjątkowe wydawnictwa z końca lat 80. z serii „Informatyka Mikrokomputerowa”

ksiazkaatari

Pisaliśmy już o komputerze Atari z naszej kolekcji TUTAJ. Teraz czas na trochę teorii.

Książki wydał mieszczący się wówczas na ulicy Hożej w Warszawie Stołeczny Ośrodek Elektronicznej Techniki Obliczeniowej. Przerażają już same tytuły: „Mapa pamięci Atari XL/XE, procedury wejścia/wyjścia” czy „Asembler 6502”.

ksiazkaatari4 ksiazkaatari2 ksiazkaatari1

Kompletnie nie mam pojęcia o czym te książki mówią, nie rozumiem żadnych określeń, ale muszę przyznać, że te są urocze. W spisach treści są takie pozycje jak:

„Tablica skoków względnych wstecz”, „Adresy procedur OS” czy „Inicjowanie magnetofonu”. Przykładowa strona spisu treści wygląda tak:

ksiazkaatari3

O czym są poszczególne pozycję mówią wstępy:

ksiazkaatari6

A w środku takie hieroglify:

ksiazkaatari5

Te książki zostały wydane na bardzo kiepskim papierze i co ciekawe tylko w nakładzie 1700 egzemplarzy („Asembler 6502”). Zaskakująco mało jak na ówczesną popularność komputerów.

W serii ukazały się jeszcze pozycje o komputerach Amstrad oraz ZX Spectrum.

Otagowane , , , , , ,

Joystick, Atari, C=64…

Niedzielna impreza w Stacji Muranów to także święto fanów komputerów. Przypominamy, że będzie można nie tylko wziąć udział w I Mistrzostwach Muranowa w River Raid, ale też zobaczyć oraz zagrać w komputerowe przeboje z minionej epoki. Więcej informacji w naszym dziale IMPREZA/WYPRZEDAŻ PRL. Zapraszamy!

c649

atarimm

atari3male

elektronika2

Otagowane ,

Specjalna premiera!

Niedzielna impreza zbliża się wielkimi krokami. 14 czerwca w Stacji Muranów w Warszawie przy ulicy Andersa 13 od godziny 11 potrwa wyprzedaż gadżetów PRL (wciąż można się zgłaszać ze swoim stoiskiem), a od godz. 14 wystawa komputerów oraz turniej w grę River Raid.

Dodatkowo szykujemy wyjątkową premierę tego dnia. Będzie to pierwsza „produkcja” BufetuPRL! Co dokładnie to będzie, niech pozostanie niespodzianką do niedzieli. Zdradzimy tylko tyle, ile widać na zdjęciu…

stół okladk malei

Więcej o wydarzeniu w naszej specjalnej sekcji IMPREZA/WYPRZEDAŻ PRL. Do zobaczenia w niedzielę!

Otagowane

TV do ręki

Można go było zabrać na piknik, podłączyć do niego komputer, obejrzeć Dziennik Telewizyjny. Telewizor Neptun z gdańskiego Unimoru niedawno zasilił nasze zasoby (podziękowania dla szwagra).

neptun3

Wisła, Belweder, Jantar, Szmaragd, Wawel, Klejnot, Aladyn, Fiord, Fala, Szecherezada, Saturn, Rubin -€“ w Gdańsku produkowano przeróżne modele telewizorów. Zakład powstał w 1957 roku jako Gdańskie Zakłady Radiowe T-18. W 1972 roku przedsiębiorstwo zmieniło nazwę na Gdańskie Zakłady Elektroniczne „UNIMOR”. W najlepszych czasach produkowano w nich nawet kilkaset tysięcy telewizorów rocznie.

neptun2   neptun1

Telewizory Neptun zaczęto w nich wytwarzać pod koniec lat 50. Nasz pochodzi z lat 70. Warto też przypomnieć, że zakłady produkowały inne urządzenia. Strona unimor.info podaje: „Pierwszymi urządzeniami wyprodukowanymi w 1959 roku były radiołącza „Korab-3″, które znalazły zastosowanie w kraju na stacjach nadawczych i przekaźnikowych telewizji oraz były przedmiotem eksportu do ZSRR i Węgier. Produkcja tych urządzeń trwała do roku 1965. Od roku 1966 do produkcji zaczęto wprowadzać wiele nowych urządzeń takich jak: radiostacje szalupowe, radiostacje pokładowe i inne”.

Nasz Neptun 150 ma przekątną 12 cali, obraz jest czarno-biały. Można zaprogramować siedem kanałów. Ma wbudowaną antenę oraz dodatkowe gniazdo na antenę zewnętrzną. Reguluje się głośność, jasność i kontrast. Produkowano je w kilku kolorach, m.in. białym żółtym i czerwonym.

Na naszym egzemplarzy ważne są naklejki: Mega Sport i I Love Coca-Cola & Lublin. Nie zdejmowaliśmy ich, bo dobrze dopełniają całości.

Na jego podzespołach powstał Neptun 156, używany jako komputerowy monitor.Taki egzemplarz można oglądać chociażby w warszawskim Muzeum Techniki.

Nasz też może do tego służyć, oto dowód.

neptun4

Z naszej konsoli Atari 2600 odpaliliśmy grę River Raid. O konsoli pisaliśmy już TUTAJ

Ponieważ obraz jest krzywy (możliwe, że trzeba uregulować kineskop, ale tego nie potrafimy niestety) postanowiliśmy podłożyć książkę i działa, że ho ho!

neptun6

Otagowane , , , , , ,