Tag Archives: Towarzystwo Naturalnego Sposobu Życia

Czas wolny w PRL cz.3: Czym dawniej było mięso, dziś są warzywa

W 1978 roku kolejka zainteresowanych własnym skrawkiem ziemi z jabłonką, porzeczkami i fasolką liczyła 70 tysięcy osób. Liczba szczęśliwych posiadaczy wynosiła z kolei wówczas ponad pół miliona. W latach 80. starało się o nią już 700 tysięcy osób – czterokrotnie więcej niż o fiata 126p.  Obywatele byli tak zdesperowani, że gdy im jej nie przyznano, tworzyli dzikie ogrody.

Chodzi oczywiście o ogródki działkowe. Nieodłączny element związany z relaksem, wypoczynkiem, czasem wolnym w PRL. Dlatego też poświęciłem im cały rozdział w mojej książce „Czas wolny w PRL”, która ukaże się 27 maja. Oto kilka smaczków związanych z działkami.

Kiedy po raz pierwszy zjadłem papierówkę z drzewa na działce babci na gdańskiej Olszynce, była połowa lat 80. Stała już altanka. Wykończona przez wujków materiałami, które udało się zdobyć w zakładach pracy. Na przykład okładzina używana do oklejania mebli została wykorzystana jako tapeta. Taras powstał dzięki różnym półfabrykatom, m.in. wyniesionym z wojska. Wujek postawił też małą szklarnię na pomidory. Po bokach miała stare okna pozostałe z rozbiórki jakiegoś domu. W ogródku była wanna na wodę, po jakimś czasie stanął grill zrobiony z drucianego dna kosza na baniak winny. „Zrób to sam” było naczelną zasadą funkcjonowania działki. Użytkownicy działek sami budowali altanki i różne udogodnienia na działkach. Pomagały w tym porady w popularnych książkach oraz czasopiśmie „Działkowiec”.

O zaletach działkowego życia śpiewano piosenki. W 1967 roku na V Krajowym Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu Andrzej Tomecki wykonał utwór „A ja sobie pomalutku”: A ja sobie – pomalutku A ja sobie w swym ogródku Sieję rzepkę, kalarepkę oraz groszek A ja zawsze pełen werwy Zdrowy wygląd – silne nerwy, Wieczna młodość, Proszę spojrzeć jak się noszę… Bo ja sieję ogóreczki, Pomidorki, brukseleczki. To mój żywioł, to jest moje hobby.
Rok później w opolskim amfiteatrze piosenkę o działkach śpiewała także Barbara Krafftówna, choć w jej „Dramacie w ogródkach działkowych” dochodzi tam do zbrodni: Na alejce posypanej świeżym piaskiem Przy rabatce obsadzonej pelargonią Ktoś udusił panią sznurkiem albo paskiem Kto? Nie wiemy. Przypuszczalnie, chyba on – ją.
A poza tym… A poza tym nic na działkach się nie dzieje, a ogródkowe życie płynie jednostajnym rytmem: […] Co niedziela działkowiczów barwny tłum Pośród kwiatów głośno dziecię się zaśmieje Bo wesoło, bo beztrosko jemu tu.

Zalety i potrzeby działki doceniało państwo. W trakcie swojego przemówienia podczas konferencji Ministerstwa Aprowizacji i Handlu w kwietniu 1946 roku minister Alfred Jaroszewicz zaznaczył: ogródki działkowe stały się koniecznością, społeczeństwo z konieczności musi się przestawić pod względem wyżywienia. Czym dawniej było mięso, dziś są warzywa.

Na działkach Polacy byli nie tylko ogrodnikami i rolnikami, ale także architektami i budowniczymi. Ogrody działkowe – niezależnie, czy miały romantyczne nazwy w stylu „Stokrotka” i „Leśna Polana”, czy mniej poetyckie jak „Mechanizacja” lub „Wodociągowiec” – pozwalały odpocząć od trudów codzienności. Stanowiły namiastkę spokojnego azylu, samodzielności i własnej przestrzeni, co było niezwykle istotne, zważywszy na ciasnotę lokalową w PRL-u. Choć posiadanie działki wiązało się z przestrzeganiem regulaminów, to jednak pozwalało na swobodne wyrażanie własnej ekspresji, przede wszystkim estetycznej, na skrawku ziemi. Działki dawały posmak wiejskiego życia, ale też pozwalały kultywować małomiasteczkowe i wielkomiejskie zwyczaje, np. wspólne spędzanie wolnego czasu. Były wytchnieniem od blokowisk z wielkiej płyty i zaniedbanych, zawilgoconych kamienic.

Historia ogródków działkowych w Polsce zaczęła się od naturyzmu. Konkretnie od Towarzystwa Naturalnego Sposobu Życia i jego kluczowej postaci, dr. Jana Jalkowskiego. Miejscem akcji był Grudziądz. W II połowie XIX wieku miasto dynamicznie się rozwijało. Otwarto browar, uruchomiono tramwajową linię konną, a latarnie gazowe oświetlały brukowane ulice. W 1897 roku Towarzystwo dostało od miasta nieużytki obok dworca kolejowego i urządziło tam ogród, w którym można było korzystać z tzw. kąpieli słonecznych.

Tam członkowie na wpół obnażeni uprawiali gimnastykę, treningi, leżakowanie lub też brali kąpiele w specjalnie do tego celu przygotowanych wannach napełnionych mułem torfowym nagrzanym promieniami słońca – napisano w kronice ogrodu pod nazwą „Kąpiele słoneczne”. Stały się one protoplastą znanych do dziś ogródków działkowych, choć pod koniec XIX wieku teren przypominał bardziej park, nie było jeszcze wydzielonych działek z altanami. Na pół rozebrani amatorzy gimnastyki, zażywający słońca w parkach, musieli zmagać się z drwinami, a ich postawę niektórzy uważali wręcz za niemoralną. Nie przeszkodziło to jednak rozprzestrzenieniu się idei relaksacyjnych ogródków na inne rejony polskich ziem pod zaborami. Na początku XX wieku ogródki założono na warszawskim Mokotowie, w Poznaniu i Katowicach.

Przykładowa działka PRL-u opisana przez „Działkowca” pokazuje bogactwo upraw. Znalazły się na niej: 4 pienne drzewa owocowe, żywopłot, trawnik, pergola z dzikiego wina lub róż, 8 jabłoni, 2 grusze, 2 wiśnie, 2 brzoskwinie, 2 morele, 9 krzewów owocowych, do tego ogórki, ziemniaki, pomidory, cebula, kapusta, fasola, groch. W połowie lat 70. „Przekrój” podkreślał, że działki dostarczają około 11 procent krajowej produkcji owoców i 6,15 procent warzyw.

Oprócz upraw, także hodowla – z działkowego chowu pochodziło wówczas aż 8,6 procent dostępnych na rynku królików. W latach 1985–1988 przeciętnie z działki rocznie otrzymywano około 460 kg warzyw. Działkowcy uprawiali miliony drzew i krzewów owocowych. Dostarczali tony mięsa króliczego i kurzego, do tego miód, jaja. Pewien użytkownik działki, mgr Tadeusz Tajchman, chwalił się w czasopiśmie „Uroda”, że jego ogródek zaopatruje aż trzy rodziny. Wszyscy chętnie wsuwali jego winogrona, których zebrał aż 100 kg.

A kiedy już obrobiło się swój kawałek ziemi, można było zaprosić znajomych. Podczas działkowych wizyt obowiązywał specjalny savoir-vivre, a przynajmniej – według czasopism i książek z tamtego czasu – powinien obowiązywać. Oto, co zalecano w jednej z ówczesnych porad. Powinniśmy uprzedzić naszą wizytę na działce. Jeżeli wpadamy przypadkiem, to na chwilę. Podczas odwiedzin nie wolno się szarogęsić, bo to przedłużenie domu właściciela. Można rozłożyć leżak tam, gdzie wskaże gospodarz i grać w brydża albo szachy. Warto też pomóc przy pracach działkowych. Dobrze wychowani goście przynoszą placek drożdżowy. Dopuszczalne było podawanie przekąsek na „zastawie” z plastiku, ale pod warunkiem że wszystko było dobrane kolorystycznie – czarne z żółtym, czerwone z białym. Na wizytę nie należało zabierać psa. Dziecka też raczej nie, bo przecież nie wytrzyma za długo na kolanach u dziadków.

Co podać gościom? Wskazany był placek drożdżowy, ale też, na przykład, zsiadłe mleko, zupa z truskawek, sałatka z pomidorów. Dobrze było nie palić, no i nie pić alkoholu, jeśli już, to jakiś słaby koktajl. Przy pożegnaniu warto pomóc posprzątać leżaki, krzesła. Zalecana była powściągliwość w zachwytach nad urodą plonów. No i nie narzucajmy się, bo nas więcej nie zaproszą.

Ale działki to nie tylko relaks. Dochodziło też tam do przestępstw! Zobaczcie takie ogłoszenie z „Działkowca”:

A wy, jak wspominacie wizyty u dziadków na działkach?

Więcej o ogródkach działkowych przeczytacie w „Czas wolny w PRL”.

Przedsprzedaż książki TUTAJ

A za tydzień kolejna opowieść związana z tym tematem…

Otagowane , , , , ,