Wspomnienia dzieciństwa, to również wspomnienia słodkości. Moje są dosyć klasyczne, chleb z masłem i cukrem, kogel-mogel, kulki z kaszy itp. Jakoś do czekolad, cukierków itp. nie tęsknię, bo za czasów mojej młodości były po prostu podłe. Jakieś wyroby czekoladopodobne i inne koszmary. Myślę, że to jeden z nich.
Już obrazek na opakowaniu, które znalazłem w swojej kolekcji, no i sam skład pozwalają sądzić, że – delikatnie mówiąc – musiało to być raczej mało smaczne. Nie ma tu słów czekolada, batonik czy coś takiego. Jest „tabliczka mleczna”. No i skład. Nie ma kakao, jest za to ekstrakt kawy zbożowej. Hmmm…
Do tego grafika. Ten bezimienny słodki okaz ma namalowane jakieś łanie i ptaszka. Że niby co to ma oznaczać?
„Smakołyk” wyprodukowała Spółdzielnia Inwalidów Zjednoczenie z Poznania i pochodzi z końca lat 80.
Co można robić w podróży pociągiem albo pekaesem? Czytać książkę, spać, pisać list miłosny albo…
Wyjąć układankę KAW 50 części. No i spróbować ułożyć. Na przykład takie boćki, które mam w kolekcji. Mi się udało.
Takie mini cudo wydała Krajowa Agencja Wydawnicza, część konglomeratu RSW Prasa-Książka-Ruch. KAW zajmowało się wydawaniem książek, pocztówek muzycznych, ale też właśnie takich perełek. Układanka 50 elementów łatwo zmieści się na małym stoliku, książce itp. Jest z dość twardego kartonu. Idealna na podróż.
Jak pokazuje pudełko kosztowała 40 zł i jest częścią serii „Przyroda ziemi ojczystej”. Pozostałe to Polskie Krajobrazy, Mapy i Galeria Malarstwa. Tutaj mamy bociany. Jest o nich też krótki tekst, do tego o samej serii i układankach. Taka Mini-Układanka wyrabia spostrzegawczość i refleks, uczy wytrwałości i cierpliwości. Można też się nią bawić w grupie, wtedy układamy na czas. A dodatkowo: „złożona i podklejona mini-układanka może stanowić ponadto miły element dekoracyjny”. Może zawisnąć na przykład w toalecie, lub na klatce schodowej.
Opakowanie też epatuje chwytliwymi hasłami: Zabawa dla cierpliwych, Radość dla wytrwałych. i Zachęca: kolekcjonuj układanki KAW!
I zaczął się nowy rok szkolny. Pamiętam, że było to zawsze takie pomieszanie ekscytacji nowym rokiem i interakcjami w szkole z przerażeniem szkołą. No ale wiadomo, że liczyła się stylówa. Nie wiem czy pamiętacie, ale każda klasa miała inny wzór na kołnierzyku fartuszka? Tak, były fartuszki! My w SP 14 w Słupsku mieliśmy takie:
Obok, to mój ziomek z Finlandii. Z wymiany ze szkołą fińską. Od niego miałem te Nike. A tarcze szkolne, to mieliśmy takie:
No i tak, już wtedy modne były nerki. Widzicie jaką mam panterkę, na zdjęciu powyżej?! Wiem, trochę jak Cugowski wyglądam…
Tymczasem nadchodzi kolejne spotkanie autorskie. Już w najbliższy piątek będę po raz pierwszy w Puławach.
Zapraszam do Mediateki, wstęp wolny. Skupimy się na tym, jak wyglądały zakupy przed laty, rzeczywistość wielkich domów towarowych, ale też wiejskich GS-ów. Będzie o kioskach Ruchu, Składnicach Harcerskich, Peweksach itp.
Do tego prezentacja kilkudziesięciu zdjęć sprzed lat, no i tradycyjnie przywiozę wiele oryginalnych skarbów związanych z tematem.
Zgrabne, ładne i elegancko zapakowane… ale jak goli, tego nie wiem, trochę się boję. W każdym razie mam takie cudo dla golarzy. Urządzenie Charków 41 z 1987 roku.
Na kabel, z osłonką, pędzelkiem do czyszczenia i w oryginalnym opakowaniu.
Golarkę wyprodukowały Zagorskie Zakłady Optyczne i Mechaniczne (ZOMZ) znajdujące się w miejscowości Siergijew Posad oddalonej od Moskwy o kilkadziesiąt km. Słynęły z produkcji lornetek, ale takie cuda do golenia też tam produkowano.
Historia zakładu sięga jeszcze czasów sprzed II wojny. Na opakowaniach i samej golarce widać jednak logo Tento. To skrót od zajmującej się handel zagranicznym, czyli eksportem produktów poza ZSRR biurem Technointorg.
Na opakowaniu jest ciekawa rzecz. Naklejka z pomnikiem i napisem Charków. Udało mi się dojść do tego, że jest to pomnik ukraińskiego malarza i pisarza Tarasa Szewczenki. Zresztą jego pomnik został na początku XXI wieku postawiony też w Warszawie. Ten w Charkowie – wielki na kilkanaście metrów – powstał w latach 30. XX wieku. Taras tu góruje, ale są też postaci robotnicy czy górnika. Podobno do stworzenia rysów tych postaci pozowali aktorzy miejscowego Teatru Berezil. Dziś narodowego teatru dramatycznego Ukrainy. Czy dziś aktorzy golą się czymś takim? No pewnie nie. Też bym się bał.
Kto u babci nie pił herbatki ze szklanki w koszyczku, ten nie zna życia. Na przykład w takim koszyczku.
Czerwony, w różnych wzorach, z tworzywa sztucznego, idealny do herbatki.
Takie koszyczki mogły być plastikowe, albo z jakiegoś metalu. Do tego pasowały klasyczne szklanki.
Żeby koszyczki się nie pogubiły, trzeba znaleźć dla nich dobre miejsce. Najlepiej w większym koszyczku. Na przykład takim ze Spółdzielni Inwalidów Kozienice. Spółdzielnia działa od lat 50. XX wieku i oprócz takich cudów produkuje też na przykład sztuczne choinki.
No to nie pozostało nic innego, jak nalać herbatki, z cytrynką…
Kolekcję zasiliła wyjątkowa paczka od znajomej. W niej dużo różności sprzed lat. Czas zacząć o nich opowiadać.
Na początek ładny termometr i higrometr (do mierzenia wilgotności). Urządzenie do postawienia lub powieszenia w domu. Plastikowe, może lekko toporne, ale sprawne i spełniające swoją funkcję.
Wyprodukowała to Spółdzielnia Pracy Zootechnika z Krakowa. Istniała od 1950 roku i specjalizowała się w produkcji urządzeń pomiarowych. Widać też logo ze skrótem pełnej nazwy, czyli Wytwórni Sprzętu Zootechnicznego. Sprzęt dołączy do innych termometrów w kolekcji, na przykład takiego cuda.
Inna spółdzielnia i inny skarb.
Mydło z piękną panią, toaletowe, wyborowe, wyprodukowane przez Spółdzielnię Inwalidów Jedność w niewielkim Staszowie w Świętokszyskiem.
Spółdzielnia działała od 1962 roku. Produkowano tam wiele różnych rzeczy, od ozdób choinkowych, po części samochodowe. No i takie piękne mydła. Ciekawe tylko, kto jest na tym zdjęciu na opakowaniu?
W ostatnim czasie regularnie do kolekcji wpadają mi współczesne komiksy polskich twórców. W zasadzie każdy jest ciekawy, niektóre wspaniałe, inne po prostu ciekawe, ze względu na formę, scenariusz. Komplet prac Jacka Świdzińskiego zachwyca mnie w całości. Jest tu pewna podobna forma, a jednak czarują różnicami. Ostatni „Ideo” o twórcy Esperanto Ludwiku Zamenhofie, wstrząsający, ludzki obraz Warszawy pod koniec II wojny w „Brzasku”, „A niech cię, Tesla!” – wiadomo o kim. Ale bez wątpienia najcudowniejszy i związany z tematem tego bloga jest „Festiwal”. Dlatego chwilę o nim.
Ta licząca 400 stron cegła opowiada o słynnym V Światowym Festiwalu Młodzieży i Studentów odbywającym się w 1955 roku w Warszawie. Pisałem tu o tym wyjątkowym na skalę całej wtedy Europy wydarzeniu kilka razy.
Kilkadziesiąt tysięcy ludzi z całego świata podziwiało wtedy Warszawę, świeżo oddany Pałac Kultury i szalało z Polkami i Polakami. Pisały o tym gazety, informowała Kronika Filmowa.
Piętnaście dni zabaw, igrzysk, wystaw, spotkań było cudownym oddechem dla obywateli od szarej rzeczywistości.
Choć pewnie nie dla wszystkich. Właśnie o tym jest komiks „Festiwal” nagrodzony Paszportem Polityki 2023. Świdziński pracował nad nim trzy lata. Przekopał się chyba przez wszystkie dostępne archiwa. Pojawiają się tu wątki ukazane w ówczesnej prasie, znane postaci.
Przede wszystkim są jednak zwykli ludzie, ich traumy, marzenia, problemy, zabawa…
Doskonale narysowane, ale też napisane. Cudowne dialogi i perełki tekstowe.
Całość czytałem w zasadzie pół roku, zaglądając co jakiś czas. Polecam go, nawet tym, którzy nie mieli w ogóle, albo bardzo małą styczność z komiksami i kojarzą je wyłącznie z rozrywką dla dzieci. Ten, jak inne komiksy Świdzińskiego taki nie jest.
Polecam nie na zasadzie współpracy reklamowej itp. Po prostu jest to wciągająca historia, szczególnie dla tych, zanurzonych w historii sprzed lat.
Już za momencik zaczną się wyjazdy nad jeziora, na wieś do babci i dziadka, nad rzeki, morza, zbieranie jagód i grzebanie patykami w piaskach. Czas wolny, trochę inaczej spędzaliśmy go przed laty.
Na przykład tak, jak moi rodzice na plaży w Ustce. Tak, tak, te boskie stroje kąpielowe są z Peweksu.
Będzie okazja powspominać. Już w najbliższą niedzielę, 14 czerwca o godz. 16 w Kinie Cytadela w Muzeum Historii Polski w Warszawie. Zapraszam na ostatni pokaz w ramach cyklu „Szperamy w archiwach”. Tym razem przygotowałem dla Was pokaz wspaniałych archiwalnych krótkich metraży z Wytwórni Filmów Oświatowych, łódzkiej Filmówki i WFDiF w Warszawie. Od lat 40. do 90. XX wieku, fabuły, kroniki, dokumenty. A wszystko związane z czasem wolnym i tym jak go spędzaliśmy przed laty. Szczegóły i rezerwacja biletów tutaj: https://muzhp.pl/kino-film/szperamy-w-archiwach-hurra-wakacje
Wpadnijcie, miło będzie jak po raz ostatni spotkamy się w tym super kinie. Będę miał dwa was prezenty. Trochę słodkości, ale też moje książki „Czas wolny w PRL”.
W Piasecznie, w drugiej połowie lat 70. rusza produkcja kolorowych kineskopów. Na wielkie Zakłady Kineskopów Kolorowych składały się huty szkła, wydziały produkcyjne, zaplecze energetyczne, wodne, magazyny, laboratoria, biurowce. Całość zamknięta na powierzchni kilkunastu hektarów. Piaseczyńskie zakłady wraz z Warszawskimi Zakładami Telewizyjnymi, Gdańskimi Zakładami Telewizyjnymi i zakładami Diora w Dzierżoniowie odpowiadały za przemysł telewizji w Polsce. Rozwijający się, czego wynikiem było wiele różnych modeli odbiorników. A dokładniej, te w Piasecznie nazywały się Unitra-Polkolor.
Wspominam o tym, bo jak widać na zdjęciu, udało mi się zdobyć (od starszej pani przy Hali Mirowskiej), taką uroczą czapkę. Kolorowa, z logo zakładów Polkolor.
Co prawda historia polskiej telewizji zaczyna się jeszcze przed II wojną światową (w 1935 r. w Państwowym Instytucie Telekomunikacyjnym w Warszawie pod okiem dyrektora, geniusza szykowanego do Nobla, prof. Janusza Groszkowskiego zainicjowano prace badawcze nad telewizją), to czapeczka pochodzi z czasów końca PRL, zapewne lat 80., bądź końca 70. Wtedy to już w naszych domach zaczęły pojawiać się kolorowe telewizory, na czele z tym nieszczęsnym, cholernie ciężkim, radzieckim Rubinem.
Na szczęście takiego telewizora już nie mam, ale za to czapkę tak i pasuje idealnie…