Zrelaksuj się po raz drugi

Niemal dokładnie rok temu pisałem o zbiorczym, nowym wydaniu komiksów z zeszytów „Relax” wydawanych na przełomie lat 70 i 80. Wtedy wpis zakończyłem zdaniem pełnym nadziei: „oby ukazały się kolejne zbiorcze wydania”. No i się udało!

Kolejne zbiorcze wydanie już na rynku. Nie będę tu opisywał historii samego magazynu „Relax”, bo wspominałem o tym już TUTAJ przy okazji pierwszej części. W drugiej… kolejne perełki.

Oto spis treści. Dla mnie jednym z ważniejszych komiksów była opowieść o pewnym blondynie, który zaczął ćwiczyć judo. Sam, kiedyś, w Słupsku, tak zaczynałem…

To opowieść „Konus” rysowana przez Marka Szyszko (m.in. „Pilot śmigłowca”) i napisana przez Krzysztofa Szweda. No umówmy się, banalna. Ale ile tam pięknych scen i obcych języków. Chociażby taki obrazek.

No i słynna odzywka a propos „dewizowców”…

A na deser, komiksowe disco! Tylko dens ma sens – jak mawiał klasyk.

Ale przyznam, że pierwszą historią jaką sobie przypomniałem była opowieść Janusza Christy (tak, to ten od Kajko i Kokosza) „Coś z ryb”, do tego „Palacze”, no i doskonałe „Bajki dla dorosłych”.

Tak jak z poprzedniego zbiorczego wydania, z tego pamiętam poszczególne obrazki, kadry, nawet nie same komiksy. Tak jest z futurystyczną historią „Tam gdzie słońce zachodzi seledynowo” z rysunkami Waldemara Andrzejewskiego i scenariuszem Stefana Weinfelda (w poprzedniej antologii była moja ulubiona „Czarna róża” jego autorstwa).

To smutna historia o tym, jak maszyna ratuje… człowieka.

Dobrze pamiętam również „Pięć kroków wstecz” o harcerzu, który za pomocą specjalnych butów przenosił się w różne epoki wstecz. Polski „Powrót do przyszłości”.

Są tu również trochę futurystyczna „Vahanara” z rysunkami Jerzego Wróblewskiego

…oraz „Opowieści nie z tej ziemi” Witolda Parzydło. Widać tu fajnie różnice między komiksami. Pierwszy bazujący na dużej ilości tekstów, drugi jednak bardziej obrazkowy.

Fajne są tu „rzeczy” Edwarda Lutczyna, chociażby „Lekcja tenisa”

i przede wszystkim „Mundial 78”. To historia tego, co śniło się panu trenerowi Jackowi Gmochowi przed mistrzostwami. Przypomnę, że podczas mistrzostw świata’78 Gmoch z reprezentacją zajął 5 miejsce.

Prawda, że podobny. A tego pana na dole to rozpoznajecie?

Tak, tak, to historia o porwaniu najlepszych piłkarzy świata.

A jeszcze na koniec taka patriotyczna, propagandowa historia wojenna o początkach II wojny światowej. Scenariusz, delikatnie mówiąc, naciągany, no i te rysunki. Ech…

Ale tu jaka niespodzianka! Rozpoznają państwo tego pana? 😉

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , ,

Wars wita was

Od dłuższego czasu szukałem wagonów i lokomotywy na makietę kolejki. O postępach w jej budowie, przedmiotach, które się na niej znajdą piszę w specjalnej zakładce MAKIETA H0. Czas na jej uzupełnienie, bo wreszcie udało mi się znaleźć takie dwa piękne okazy.

Ci, którzy tu już zaglądali wiedzą, że makietę buduję z zabawek z epoki. Nie inne są te dwa wagoniki zakupione w antykwariacie w Warszawie. Wiem, wiem. Może nie idealnie pasuje do makiety „a la PRL”, ale same modele pochodzą z tamtych lat. Poza tym, jak mógłbym nie zamontować na makiecie WARS-u.

Speisewagen, czyli wagon restauracyjny z genialnymi stolikami i lampkami, które można dostrzec przez okienka, wyprodukowała firma Schicht. Firma enerdowska została przejęta na początku lat 80. przez giganta, PIKO. To znaczy, że nasz model pochodzi zapewne z lat 70, jeszcze sprzed przejęcia firmy.

A jakie były wtedy WARSy? Znaczy w PRL-u? Przede wszystkim można było w nich palić i to był hardcore, bo cały wagon był zadymiony. Oczywiście lało się w nim piwko. Można było również kupić oranżadę oraz wątpliwej jakości potrawy.

Odpowiednikiem WARS-u w DDR była Mitropa.

Nasz wagon restauracyjny ma plakietkę z trasą Drezno-Brambach. Brambach to uzdrowisko w Saksonii.

Do części restauracyjnej idealnie pasował taki sympatyczny wagon. Też wyraźnie widać wnętrze. Stoliki, siedzenia. Na szczęście toaleta znalazła się za matową szybą. Można się spokojnie załatwiać.

Ciekawe, że stacją dla tego wagonu było też Drezno. Jeździł w kierunku Plauen – miejscowości w Saksonii. I uwaga. W Plauen urodził się Andre Ochodlo, które zapewne znają mieszkańcy Trójmiasta interesujący się teatrem. Andre to aktor i reżyser teatralny pracujący w sopockim Teatrze Atelier im. Agnieszki Osieckiej.

A na deser jeszcze oryginalna naklejka PIKO na opakowaniu.

Wagoniki już mam na początek. Czas na lokomotywę…

Otagowane , , ,

Przeboje z myszką

Wiem, wiem. Daaawno nie pisałem o kasetach. Czas nadrobić ten błąd. I to podwójnie, a nawet potrójnie, bo będzie nie tylko o kasetach, ale też o tym, gdzie je kiedyś trzymaliśmy. Ja, na przykład, nigdy stojaków czy pojemników nie miałem. Kasety trzymałem w szufladach i na półce. Oczywiście podpisane (na maszynie).

Ale jak takie ładne skarby znalazłem na kocyku u jednego gościa pod halą Mirowską w Warszawie, to nie mogłem się oprzeć. Kupiłem u niego dwa stojaki na kasety i przy okazji 5 ładnych kaset. Ktoś lubił porządek, bo wszystkie miejsca są elegancko podpisane na gustownych plasterkach.

Jak widać poprzedni właściciel w podpisach bawił się różnymi kolorami. No i gustował w klasyce. Bardzo też lubił „przeboje”, a czasami nawet „przeboje z myszką”.

Widać również, że fan muzyki lubił dodawać przed zespołami „the”.

Przyznam, że wyciąganie kaset z tych obrotowych stojaków nie jest jakoś specjalnie wygodne. No, ale nie można mieć wszystkiego.

Wybrałem te kasety, bo pokazują, jak wtedy sami bawiliśmy się w dekorowanie kaset. Wycięte zdjęcie z gazety, spis piosenek na maszynie, no i numery kaset.

Zdaje się, że poprzedni właściciel spisywał również jednostki z licznika ze swojego magnetofonu. To ułatwiało przewijanie na konkretną piosenkę.

A ty, jaki miałeś sposób na ułożenie swojego katalogu kaset?

Więcej o kasetach przeczytacie w specjalnej zakładce KASETY.

Klampra Apaczów

Umówmy się, kto w PRLu nie bawił się w kowbojów i Indian? U mnie na podwórku nie było takiej osoby. Co prawda, kiedy ja biegałem z pistoletami po podwórku bum na Apaczów, Karola Maya i Olda Shatterhanda już nieco przygasł, ale wszyscy pamiętali niemieckie produkcje z Winnetou w roli głównej. Grał w nich aktor, który widnieje na tej pięknej klamrze – dostałem ją niedawno od kolegi.

Pan, którego widać na zdjęciu obok pięknego konia to francuski aktor Pierre Brice, a właściwie Pierre Louis Baron de Bris. Aktor, który w latach 60 zagrał samego… Krzetuskiego we włoskiej ekranizacji “Ogniem i mieczem” Sienkiewicza.

Do Winnetou podobno trafił przypadkiem, zaczepiony na jakimś bankiecie przez reżysera filmu opartego na powieści Karola Maya. Tym sposobem aktor z Francji gra przywódcę Apaczów w niemieckiej produkcji, w której amerykańskie stepy udawały zdaje się jugosłowiańskie krajobrazy. Pierre po raz pierwszy zagrał Winnetou w 1962 roku. W kinach oglądało go kilka milionów ludzi. Z kolejnymi produkcjami o indianach i kowbojach, w których Pierre zakładał piękną opaskę z piórkiem na głowę było podobnie. Jak kilkanaście lat temu Francuz wydał biografię to nazwał ją, tu zaskoczenie, “Winnetou i ja”. Dzięki tej roli z mało znanego modela i aktora drugoplanowego stał się gwiazdą. Żeby było śmiesznie, tak jak w książce, w jednym z pierwszych filmów Winnetou ginie, ale twórcy pod presją fanów, nie zakończyli tej sagi. Pokazywali po prostu wcześniejsze przygody bohaterów.

Efektem popularności Winnetou i indiańskich przygód było masę gadżetów związanych z dzikim zachodem, które również sami wykonywaliśmy. Jakieś obrazki i inne duperele albo takie klamry. Wystarczyło zdjęcie ze “Świata Młodych” czy “Zarzewia”, stara klamra i już miało się wyjątkowy okaz. Jak ten.

A oto próbka filmowego Winnetou

Otagowane , , , ,

A tymczasem w Kawowym

Niewiele pozostało knajp, tych naprawdę wartościowych, które mają swój rodowód w PRLu. Mówię tu o Warszawie, ale pewnie podobnie jest w innych miastach. Na portalu igimag.pl przyglądam się niektórym z nich. Polecam tekścik. W nim m.in. o moim ulubionym Barze Kawowym przy placu Bankowym.

Oto fragment o Kawowym:

„Oszklony budynek ujawnia swoje piękne wnętrze przez lekko rozchylowen firanki. W środku sporo drewna. Jest nim obłożona m.in. lodówka garmażeryjna. W niej ciastka w-z, pączowe, torciki i inne. Ceny sięgają kilku złotych i uwieżcie mi, ciastka dają radę. Do tego kawka albo herbatka w nieodłącznej szklance. Zawsze się zastanawiam, jak ją złapać, żeby nie poparzyć się wrzątkiem. Na taki zestaw popołudniami często przychodzą panie na plotki albo panowie pogadać o starych Polakach. Każdy, kto wchodzi ładnie wita się ze wszystkimi (nawet jak się nie zna), czego chyba trudno doświadczyć w barach udających klimat z PRLu. Nikt tu nie siedzi z nosem w telefonie, a jednocześnie nikogo nie dziwi widok samotnego pana, który po prostu spokojnie pije sobie piwko i rozwiązuje krzyżówki. Szybko też zawiązują się przyjaźnie, nikt nie ma problemu z pogadaniem sobie z osobą, siedzącą przy drugim stoliku. Zdarzyło mi się, że poznałem starszego (po 70-tce) pana, który przyniósł do baru Kawowego kuszę i opowiadał, jak to jest mistrzem naciągów i posługiwania się tą bronią. Raz pomagałem sympatycznemu smutnemu panu pisać list do ukochanej. Wieczorami do Kawowego trafiają również młodzi ludzie, żeby nadziwić się, że można w knajpie siedzieć bez telefonu, porobić zdjęcia i wrzucić je na fb, ale też spokojnie pogadać. Do piwka, wódeczki i innych trunków można zamówić najprostrze jedzenie, niestety odgrzewane w mikrofali. Ale za to, kiedyś pani specjalnie dla mnie zrobiła jajecznicę. Nie miała w karcie, ale powiedziała, że ma jajka i może mi zrobić. Co wy na to!” 

  

Więcej na wspomnianej stronie TUTAJ. Polecam!

Otagowane , ,

UFO-logia

Było już kosmicznie na blogu. I to kilka razy.

Za sprawą takiego pięknego pojazdu księżycowego, o którym pisałem TUTAJ.

 

Chwaliliśmy się też gwiezdnymi pinami z naszej kolekcji TUTAJ

Wreszcie pokazywaliśmy wyjątkowe kosmiczne zabawki, znaczki, książki, modę itp TUTAJ

 

Za sprawą pewnej bardzo ciekawej książki powracamy do tematu, ściślej do sprawy UFO. Oto 18 część Bilblioteczki Skrzydlatej Polski, czyli „UFO i prawdziwe latające talerze”. Pasjonująca lektura.

Książeczka z 1982 roku, przygotowana przez Wydawnictwo Komunikacji i Łączności, to opowieść samolotach bezskrzydłowych, ufopodobnych, o załogach UFO, mechanice lotu i wreszcie o przypadkach „spotkań” z ufoludkami i latającymi talerzami. Wiele wyjaśnia spis treści i notka na stronie z boku.

Wiele jest przypadków „spotkań” z UFO z Polski, m.in. z 1979 roku, kiedy to kontroler na lotnisku w Rębiechowie pod Gdańskiem dostrzega błyszczące UFO.
A to przykład raportu z innego kraju:
W Wenezueli, w 1954 roku, trzej wieśniacy widzieli małego człowieka, który ich obserwował z zarośli, a następnie uciekł do świecącego UFO. Od niego dowiedzieli się, że na Ziemi przebywa pod ludzką postacią ponad dwa miliony kosmitów z planety Orion.

Genialne są w książce grafiki. Na przykład „latający ludzie” albo „ufonauci i kosmici”.

Do tego projekty dziwnych statków powietrznych oraz opis czegoś, co nazywało się Magnetolot. Brzmi jak pojazd z przygód Tytusa.

Dalej takie fascynujące rozkładówki.

Są również zdjęcia, ale te są wątpliwej jakości.

Szkoda, że przynajmniej niektóre projekty pokazane w tej książce nie doczekały się realizacji. Działo by się na naszym niebie, oj działo.

Otagowane , ,

Bohumil, Frantisek i cała reszta

Jeszcze tylko miesiąc z kawałkiem, w jednym z moich ulubionych warszawskich miejsc, Domu Spotkań z Historią – trwa wystawa pięknych przedmiotów produkowanych dekady temu za naszą południową granicą. Polecam wszystkim ekspozycję „Czechosłowacki dizajn. Od Expo 1958 do inwazji 1968”.

Meble, zabawki, sprzęt AGD, porcelana – m.in. takie rzeczy można zobaczyć w DSH. Jak piszą organizatorzy: Czechosłowacki dizajn cieszył się największą popularnością w dekadzie tuż po sukcesie na Expo 1958 w Brukseli. Styl „brukselski” zapanował w całej Czechosłowacji, ale przenikał też do innych krajów i inspirował zagranicznych twórców. Dziś wraca do łask i znowu staje się inspiracją dla projektantów. Wystawa w DSH – autorski projekt ołomunieckiego kolekcjonera Jana Jeništy, przygotowany dla Czeskiego Centrum – zaprezentuje piękno i uniwersalność stylu, który powstał w ograniczonych warunkach gospodarki socjalistycznej.

Są takie aranżowane miejsca jak na zdjęciu wyżej. Ale też wyróżnione pojedyncze przedmioty, jak żelazko z 1964 roku z firmy Elektro-Praga albo telefon zwany „trumną” z lat 60 projektu Bohumila Mira.

Jednym z moich ulubionych przedmiotów jest projektor AM8 z lat 50 (na zdj.). Zamykany w pięknej metalowej skrzynce wygląda na prostszą konstrukcję niż nasz Rus. Ale o nim niżej.

Bardzo fajny jest też zestaw harmonijkowych zabawek. Wśród nich, m.in. zwijany kot i lew.

To nie jest jakaś wielka wystawa, ale naprawdę jest na niej kilka perełek. Zresztą my też mamy kilka skarbów zza naszej południowej granicy.

Chociażby hokej, o którym pisałem TUTAJ

Albo takie autka, jak TUTAJ

Aha, jeszcze wspomniany projektor z naszej kolekcji.

Więcej o nim TUTAJ

Otagowane , ,

Studio z telefonem

Wyjechaliśmy na gościnne występy… na inny portal. Na stronie igimag.pl opowiadamy o „Dzienniku Telewizyjnym”.

Programie, z którego można było dowiedzieć się m.in., że:

W sklepach proszków do prania jak na lekarstwo. W bydgoskiej Pollenie taśma chodzi od świtu do nocy, a magazyny pełne. Dlaczego? Po prostu trzeba płacić za proszek potwierdzonym czekiem albo żywą gotówką. Pollenę zmusili do tego opieszali klienci i nieruchawe banki. Tylko co nas to obchodzi?”.
Prowadzący informował też o złodziejach w Łodzi, którzy w jednym z bloków ukradli styki do wszystkich wind. Na deser zostawili wyryty na ścianie napis: „Włamałem się”.
Pojawiła się także informacja o tym, że na łódzkiej Malince skradziono, uwaga, narciarski wyciąg.

Przy okazji, polecamy opowieści o telewizorach, na których można było wtedy oglądać „Dziennik Telewizyjny”

O Veli pisaliśmy TUTAJ

A o Neptunie z naklejkami TUTAJ

Otagowane , ,

Czar wspomnień 13

Czas na kolejne bufetowe wspomnienie. Tym razem przypominamy wyjątkową książkę (a właściwie dwie) i przy okazji wyjątkowe konstrukcje, które, uwaga, sami wykonaliśmy.

swieta4

Pomysły zaczerpnęliśmy z „Vademecum Zrób Sam” z 1984 roku. Z grubsza wystarczą nożyczki, klej, nitka i papier kolorowy.

Otwieramy książkę i patrząc na propozycje szykujemy na przykład takie ozdoby na święta.

swieta5

Sklejając kawałki papieru składamy takie cuda.

swieta6

Następnie dodajemy nitki, żeby można było je powiesić na choince.

swieta7

Po chwili mamy piękne ozdoby.

swieta8

W książce można też znaleźć sposób na stojak do choinki. To już nieco bardziej skomplikowana sprawa.

My na szczęście już mamy.

swieta2

swieta1

Z naszego „Vademecum Zrób Sam” zaczerpnęliśmy również pomysł na taki piękny wagonik. To zabawka dość skomplikowana, jej budowa została pokazana aż na 4 stronach.

zrob1  zrob2

zrob4  zrob3

Najtrudniejsze jest skonstruowanie silnika. Dlatego my zrobiliśmy wersję „ręczną”.

Oto zestaw z jakiego korzystaliśmy w naszej konstrukcji. Użyliśmy rzeczy dostępnych w tym czasie w mieszkaniu.

zrob5

Zaczęliśmy od narysowania i wycięcia wagonika.

zrob6

zrob7

Następnie skleiliśmy wagonik. Kołowrotek zaczepiliśmy na sznurku przywiązanym do nici. Te przymocowaliśmy do krzesła i fragmentu stolika. I oto jest!

zrob9

Pierwsi klienci naszej kolejki byli bardzo zadowoleni.

zrob10

A na deser polecamy książkę mistrza majsterkowania, Adama Słodowego. Oto „Lubię majsterkować” z 1984 roku.

W książce m.in. sposoby na domowy odkurzacz albo zdalnie sterowany pojazd księżycowy.

  

Otagowane , ,

Złaz i alert

I jeszcze jeden, i jeszcze raz… przecież świat naszywek nigdy się nie znudzi. Dlatego dzisiaj zwracamy uwagę na kolejne wyjątkowe okazy z naszej kolekcji. W tłumie naszywek uwagę zwracają m.in. takie okazy z nocnych rajdów „Nietoperzy”. Jak widać pochodzą z lat 60 z Hufca ZHP Warszawa Praga Płd, powstałego w 1961 roku. Z pierwszego i drugiego rajdu. I teraz pytanie, bo nigdy nie byłem harcerzem. Sądzicie, że kształt naszywek to kształt trasy pokonanej podczas danego rajdu przez harcerzy?

Tu się rodzi również pytanie: co to za kot na naszywce po lewej, jakiś ryś może?

Kolejna naszywka to kolejna piękna historia. Najpierw genialne słowo „złaz”. To określenie rajdu czy też inaczej mówiąc imprezy, podczas której uczestnicy schodzą się z różnych miejsc do określonego punktu.

Zdaje się, że mamy tu nawiązanie do ballady Adama Mickiewicza „Lilije” – mówi nam o tym zdanie „tam gdzie pani zabiła pana”. Złaz organizowało Staromiejskie Koło Terenowe z Warszawy, powstałe w połowie lat 50. Obok siekierki najbardziej w tej naszywce podoba mi się jej kształt.

Z kolei dzieło poniżej nie powala kształtem, ale ma ładny nadruk. PW to zapewne chodzi o Politechnikę Warszawską. Domyślam się, że w programie rajdu było strzelectwo.

I kolejny zestaw zagadek. XII Alert „Olimpijski start” naczelnik ZHP ogłosił w 1976 roku. Było to zapewne związane z Igrzyskami Olimpijskimi, które w tamtym roku odbyły się w Montrealu, w Kanadzie. Bojkotowały je kraje afrykańskie. Polska zdobyła 7 medali, złote krążki wywalczyli m.in. Irena Szewińska i Jacek Wszoła. 

A na koniec perełka z zagranicy. Naszywka międzynarodowego związku skupiającego krajowe federacje zajmujące się… warcabami. FMJD powstała w 1947 roku. Jej członkiem jest oczywiście Polski Związek Warcabowy.

Chyba na chwilę zrobimy przerwę w naszywkowych opowieściach. A może jednak nie….

Otagowane , , , , ,