Category Archives: Foto

Kiedy byliśmy solidarni…

40 rocznica Porozumień Sierpniowych – to wyjątkowe wydarzenia dla każdego Polaka i mieszkańca Europy. Przynajmniej takie powinno być. Dużo osób z mojej rodziny związana jest z Gdańskiem, z ruchem Solidarnościowym. Z tej okazji przypominam skarby związane z Solidarnością z mojej kolekcji – pochodzę one przede wszystkim właśnie od rodziny.

Dla zasłużonych działaczy ORMO, nienawidzących ich członków Solidarności, z punkowymi hasłami, ulubionych drużyn żużlowych – przypinki, piny, wpinki, buttony, metalowe znaczki.

znaczki1

Zdecydowana większość znaczków z naszej kolekcji (wszystkie „solidarnościowe”) to część naszych rodzinnych skarbów. Zbierała je ciocia Lucylla Pisarska z Gdańska. Dzięki niej możemy zobaczyć różne strony tamtego buntu. Od prześmiewczej (znaczek „Człowiek Nr 1” – chodzi oczywiście o generała Jaruzelskiego), po przypominające ważną rolę Solidarności w kształtowaniu współczesnego świata („Nobel’83” – nawiązujący do nagrody dla Lecha Wałęsy”).

Zanim opowiemy o innych znaczkach z kolekcji warto poznać w skrócie ich historię. Znaczek przypominający dzisiejsze przypinki opatentowała pod koniec XIX wieku firma Whitehead&Hoag. Przypinki zyskały wtedy ogromną popularność w USA dzięki wykorzystywaniu ich podczas wyborów prezydenckich. Potem m.in. dzięki nim zbierano fundusze na działanie wojenne w Europie podczas I Wojny Światowej. Wreszcie w latach 60. minionego wieku na dobre zainteresowała się nimi kultura. Nosił je przecież sam John Lennon. Później spopularyzował je brytyjski punk, no i wreszcie dotarły do nas.

Polska młodzież nosiła znaczki, nierzadko robione własnoręcznie, z nazwami kapel, ulubionymi aktorami czy aktorkami i różnymi symbolami. Oczywiście sporo było dzieci, które zbierały przypinki związane z wydarzeniami sportowymi lub konkretnymi klubami. Jak pokazuje nasza kolekcja przypinki były też doskonałym sposobem na wyrażenie swoich poglądów politycznych. Były wykonane z różnych materiałów, wpinane lub przypinane na a la agrafkę.

znaczki2

Mamy w zestawie nie tylko piny z samą nazwą „Solidarność„, ale też na przykład z godłem w koronie, upamiętniające wydarzenia Grudnia’80, księdza Popiełuszkę czy film „Człowiek z żelaza„. Do zestawu dorzuciliśmy przypinkę dla „Zasłużonego działacza ORMO” oraz naszywkę „Wzorowy uczeń„. Ale naszywki to już inna historia…

Trwał półtorej roku (choć po roku go zawieszono). Jest jedną z najczarniejszych kart w naszej historii. Pisząc bloga o minionej epoce nie mogliśmy go nie zauważyć. Stan wojenny wprowadzono dokładnie 32 lata temu, 13 grudnia 1981.

solidarnosc4

Poza klasycznymi z napisem Solidarność mamy znaczek przypominający ofiary w Katyniu, z Pomnikiem Poległych Stoczniowców z grudnia 70, mamy trzy lekko prześmiewcze. To „PK Pełzający Kontrrewolucjonista”, „EA Element Antysocjalistyczny” oraz „Kocham Albina”. Chodzi oczywiście o Albina Siwaka, wroga Solidarności, zasłużonego członka PZPR, a nawet człowieka roku według TVP. Te znaczki pojawiały się zresztą także w czarno-białej konfiguracji.

solidarnosc3

Następnie mamy koperty. Mają one charakterystyczne pieczątki i znaczki. Ze wspomnianym pomnikiem z Gdańska, pomnikiem Ofiarom Grudnia 1970 Gdynia, Lechem Wałęsą i informacją o Pokojowej Nagrodzie Nobla oraz satyrycznym obrazem socjalizmu.

solidarnosc8

solidarnosc11

solidarnosc5

Wreszcie mamy znaczki. Trzy zestawy kompletów. Sprzeciwiający się budowie elektrowni w Żarnowcu, upamiętniające piątą rocznicę porozumień sierpniowych oraz z Madonnami Polski. Zostały wydane przez Fundusz Oporu Solidarność, a drukowane były ręcznie.

solidarnosc7

solidarnosc12

solidarnosc6

Jak nam zdradził wujek, który w tamtym okresie pracował w Zakładzie Przemysłu Okrętowego takie znaczki i koperty można było zdobyć od podziemnej Solidarności. Znaczki są prawdopodobnie wydrukowane w stoczni gdańskiej. Na nich m.im. więźniowie sumienia.

solidarnosc9

solidarnosc10

Na koniec jeszcze jedno upamiętnienie Solidarności. Plakietka z pomnikiem koło gdańskiej stoczni. Jak można dowiedzieć się z pieczątki przygotował ją Komitet Założycielski Niezależnego Samorządowego Związku Zawodowego Solidarność Stoczni Gdańskiej im. Lenina.

solidarnosc1

solidarnosc2

To na pewno nie koniec wspomnień stanu wojennego w Polsce, choć sam pamiętam go słabo. Pamiętam, że jak mama zobaczyła generała Jaruzelskiego w telewizji to powiedziała, że będzie wojna. Pamiętam też szereg samochodów milicyjnych jakie wyjeżdżały wtedy z rodzinnego Słupska (mieści się tam szkółka policyjna) do Gdańska. Nie był to łatwy czas i na pewno do niego jeszcze wrócimy.

Otagowane , , , ,

Boskie i polskie – plakaty i komiksy

Od przedwojennych „Romantycznych przygód Hipcia z Nieszawy w Warszawie”, przez komiksy Janusza Christy, Tadeusza Baranowskiego, Papcio Chmiela, te z Funky Kovalem i kapitanem Żbikiem (jego pierwowzorem był ładny oficer MO, pan Henio), po współczesny komiks – m.in. o tym opowiadam w kolejnym odcinku autorskiej „Historii Polskiej Popkultury”, który poświęcony jest polskiemu komiksowi. Gościem specjalnym jest dziennikarz „Polityki”, autor fantastycznego bloga o komiksach Jakub Demiańczuk „Między kadrami”.
Opowieść do obejrzenia na YouTube (z obrazem) oraz do posłuchania na Spotify, iTunes i Soundcloud w formie podcastów. Szukajcie profilu „Historia Polskiej Popkultury”.
Ale to nie koniec! Jest też drugi nowy odcinek, tym razem poświęcony „Polskiej Szkole Plakatu”. Opowiada o niej kurator Muzeum Plakatu w Wilanowie (to pierwsze tego typu muzeum na świecie) Mariusz Knorowski.
Dowiecie się m.in. czym wyróżniała się w świecie „polska szkoła plakatu”, jak się narodziła, jaki jest współczesny polski plakat i na jakiej wyjątkowej imprezie w Polsce nagrodę dostał Andy Warhol.
Też do obejrzenia na YouTube.
Cykl zrealizowany w ramach stypendium MKiDN „Kultura w sieci”.
Otagowane , , , , , , , ,

Z turystycznym pozdrowieniem

Oj pisaliśmy już kilka razy o wyjątkowo popularnej imprezie w okresie PRL-u, mianowicie o Centralnym Rajdzie Szklakami Zdobywców Wału Pomorskiego. Na przykład TUTAJ. Mamy sporo skarbów związanych z tą imprezą.

Piszę o tym Rajdzie znowu, bo od przyjaciela bloga dostałem kilka gadżetów. Dokładniej pocztówki oraz kopertę.

Najpierw pocztówka z 1975 roku. No nie jest to jakaś finezyjna kartka pocztowa. Co ciekawa, to de facto fotografia barwna plakatu autorstwa Jana Kotarbińskiego, syna Tadeusza, słynnego filozofa, etyka.

Kolejna to pamiątka nieco wcześniejsza, z rajdu 1972 roku. Mamy tu pozdrowienia od samego komendanta Wojciecha Jaworskiego. Przesyła on „turystyczne pozdrowienia” i zaprasza do „odwiedzenia pięknej i gościnnej Ziemi Szczecineckiej”.

A tu kolejna pamiątka z rajdu z 1975. Tym razem poznańskiej grupy „Wielkopolska”.

Swoją drogą teraz przy tym adresie mieści się salon kosmetyczny…

Ale przejdźmy do jeszcze jednej pamiątki. To pamiątkowe zdjęcie z rajdu z 1970 roku.

Widać na nim panoramę Wałcza, ale też wzór pamiątkowej chusty. Mamy kilka z nich, pisałem o nich TUTAJ.

Otagowane , , ,

Amator z dwoma obiektywami

The Leningradskoe Optiko Mechanichesckoe Objedinenie – ЛОМО, czyli Łomo – (Leningradzkie Zjednoczenie Mechaniczno-Optyczne im.Włodzimierza Ilicza Lenina) tak nazywa się producent radzieckich aparatów fotograficznych powiązany z zakładami GOMZ, czyli Gosularstvennyi Optiko-Mekhanicheskii Zavod z Sankt Petersburga. Właśnie tam powstał ten piękny aparat.

Jego pełna nazwa to Lubitel 166 Universal. Pierwszy Lubitel był produkowany od końca lat 40. XX wieku, a jego radzieccy konstruktorzy wzorowali się na niemieckim aparacie średnioformatowym z 1930 roku Voigtlander Brillant.

Znalazłem informację, że pierwszy model dwuobiektywowego Lubitela (czyli amatora) sprzedał się w ponad milionie sztuk. Aparat produkowano do 1956 r. Potem pojawił się Lubitel 2 i ten sprzedał się w ponad dwóch milionach sztuk – był produkowany do 1980 roku.

Z kolei w połowie lat 70. na rynku pojawił się model 166, a potem jego wersja „universal”. Ulepszenie wobec poprzednich modeli polegało na tym, że na tylnej ściance pojawiło się drugie okienko do odczytu numeru klatki. Można było ustawić format klatki 6x6cm, a także 4,5x6cm.

Ten model pochodzi z 1988 roku. To był zdaje się ostatni rok jego produkcji, choć niektóre źródła podają połowę lat 90. – łącznie radzieccy konstruktorzy złożyli ich 400 tysięcy. Jest w oryginalnym opakowaniu z instrukcją, paskiem. No i z piękną grafiką.

Od nazwy tych aparatów narodził się nurt w fotografii zwany „lomografią”. Polega on po prostu na wykonywaniu zdjęć radzieckimi, amatorskimi aparatami małoobrazkowymi. Co ciekawe, w 2008 roku austriacka firma Łomografy rozpoczęła produkcję aparatu pod nazwą Lubitel 166+. Czyli on wciąż żyje…

I extra! Natomiast ja nigdy nim zdjęć nie robiłem, miałem Smienę i Zorkę. Ale ten działa, może więc…

Otagowane , , , , , ,

Czas wolny w PRL cz.8: I co tu robić?

Czas na ostatnią opowieść związaną z moją książką „Czas wolny w PRL”. Finałowy rozdział poświęcam w niej problemom z czasem wolnym. Opowiadam o ludziach, którzy nie umieli albo nie wiedzieli jak wypoczywać. Poniżej fragmenty.

Budzik jak zwykle dzwoni o 4.30. Pani Teresa szybko tłumi przejmujący dźwięk. Nie chce budzić dzieci, męża, matki. Mąż Adam przewraca się na drugi bok. Teresa ubiera się i pomiędzy rozłożonymi wersalkami idzie do kuchni. W pomieszczeniu, które jest jednocześnie korytarzem i umywalnią, nie ma pieca. Gotowa do wyjścia, już w palcie i berecie – bo jest bardzo zimno – kobieta wypija kawę, gryzie kanapkę i rusza do pracy. Musi zdążyć na 5.30. Jej mąż wstaje o 7.00, odprowadza dzieci do żłobka i przedszkola, potem idzie do pracy. Przed wyjściem daje dzieciom gorące mleko. Żeby nie zapomniał, Teresa wcześniej wyjęła je z lodówki. O godz. 13.30 kobieta kończy swoją pracę w bartoszyckiej szwalni. Pracuje tam od 13 lat. Tego dnia zszyła 600 sztuk dziecięcych majtek z anilany.

Po umyciu stanowiska pracy przechodzi przez wartownię, tu jest kontrola – sprawdzają, czy nie wynosi czegoś z zakładu. Wreszcie wychodzi. Potem odbywa codzienną mozolną wędrówkę po sklepach i odstaje swoje w kolejkach. Musi kupić mięso, masło, mleko, chleb, a jak jej się poszczęści, to kupi też dżem, może cukierki dla dzieci. Teresa oblicza, że stanie w kolejkach zajmuje jej średnio 3 godziny dziennie. Po drodze do domu odbiera też dziecko ze żłobka. Synka z przedszkola odbierze mąż. Ona tylko na chwilę wstępuje do domu, bo zajęła kolejkę w mięsnym i musi do niej wrócić. Na szczęście obiadem zajmie się jej mama. Kiedy wróci do domu, nakarmi dzieci, potem napali w piecu. Dalej kolejne obowiązki: pranie, prasowanie, szycie, odkurzanie.

Mąż narzeka, że ma 28 lat i nie znajduje czasu, by spotkać się z kolegami albo pójść z żoną do lokalu czy kina. Na filmy chodzą bardzo rzadko, do lokalu – nie ma mowy, bo i za co. Wreszcie wszyscy układają się na wersalkach. Na jednej dwoje dzieci, na drugiej babcia, na trzeciej Teresa z mężem. Zasypiają, oglądając film w telewizji. Teresa lubi filmy o miłości, Adam wojenne, to z nich, które trafi na swój film i nie zaśnie, gasi telewizor. Jutro będzie dzień taki jak dzisiaj, pojutrze, taki jak jutro1. Tak wyglądała zwykła codzienność – życie młodej kobiety Teresy, opisane w reportażu Dzień jak co dzień, czyli 12 godzin z życia kobiety w tygodniku „Panorama Północy”. Był rok 1981.

To tylko jeden z przykładów tego, że dla kobiet czas wolny był wtedy luksusem. Tylko nieco ponad 30 procent mężczyzn aktywnie uczestniczyło w wychowaniu dzieci. Ich czas pracy kończył się wraz z wyjściem z zakładu. Kobiet nie, one miały drugi etat. W domu.

Ale obywatele nie tylko nie mieli czasu wypoczywać, ale też nie wiedzieli jak. To pewnie niektórych zszokuje, ale jeszcze na początku lat 70. niemal 80 procent osób przyznawało się, że nie umie wypoczywać. Dni powszednie wypełnione były obowiązkami zawodowymi i domowymi. W sobotę po pracy najczęściej spędzano czas przed telewizorem, a w niedzielę odsypiano całotygodniowy trud. Po południu znowu była telewizja, czasami prasa, spacer, rzadziej przyjmowanie gości czy wizyta u znajomych. Dzień wolny, wakacje nie kojarzyły się z wypoczynkiem. Szczególnie w początkach Polski Ludowej wiele osób nie umiało i nie wiedziało, jak wypoczywać.

Apogeum wyjazdów na dłuższy wypoczynek osiągnięto w latach największej prosperity PRL. W 1977 roku był on udziałem 45 procent społeczeństwa. Sprzyjało temu wydłużenie średniej długości urlopu dla robotników do niemal czterech tygodni oraz wprowadzanie wolnych sobót. W 1974 roku wprowadzono sześć sobót w roku wolnych od pracy, w rok później już dwanaście. Rozwój turystyki i sposobów spędzania wolnego czasu zatrzymał krach gospodarczy na początku lat 80.

Ale wtedy ludzie też marzyli o wypoczynku. Pokazuje to ankieta z czasopisma młodzieżowego „Razem” przeprowadzona w 1989 roku, już po pierwszych częściowo wolnych wyborach parlamentarnych, a na kilka miesięcy przed upadkiem muru berlińskiego. Tygodnik zapytał młodych ludzi z Brwinowa, jak chcieliby spędzić wolny czas, a jak rzeczywiście go spędzą.

Wakacje chciałabym spędzić w jakimś odległym kulturowo kraju. Mogłaby to być Japonia albo Nepal czy Etiopia – to marzenie Wioli, lat 16.

Wyjechać w nieznane miejsce z namiotem, śpiworem i fajnymi ludźmi, którzy nigdy się nie smucą i nie nudzą. Wyjechać nad czyste morze, spać na plaży, pić świeże mleko – to już pragnienie Róży, lat 18.

Chciałbym, żeby rodzice kupili mi Simsona Enduro 51S i komputer Atari 520. Chciałbym mieć bardzo dużo kaset z różnymi filmami, najlepiej z komediami. Wtedy na pewno nie nudziłbym się w wakacje. Byłoby jeszcze fajniej, gdybym mógł pojechać na całe dwa miesiące do Stanów Zjednoczonych. Tam zarobiłbym sobie na dobry samochód Adam, lat 15.

Moim marzeniem jest wyjechać na wakacje do wuja do Las Vegas, dlatego że jest tam zawsze wesoło i czysto. Są różne place zabaw, których nie można spotkać w naszej szarej i ponurej Polsce – Marcin, lat 14.

A o tym, jak naprawdę będzie wyglądał ich wypoczynek, pisały inne dzieci.

Sylwia: Tydzień nad brudnym polskim morzem, siedem dni w tygodniu.
Edyta: Na wakacje przeprowadzam się do domu mojej babci mieszkającej trzy ulice dalej w tym samym mieście. To i tak przyjemne urozmaicenie wakacyjnej, domowej nudy.
Staś: W lipcu siedzę w domu, w sierpniu jadę z rodzicami na Mazury, tam, gdzie mieszka Zbigniew Nienacki. Spróbuję go odwiedzić.

Niektórzy opowiadali o wyjeździe z rodzicami na Węgry, do Czechosłowacji, do Zakopanego, pod namiot, najczęściej jednak w planach było spędzenie wakacji w domu albo u babci. I trudno się dziwić, bo koszt wyjazdów był wysoki. Za tydzień na Hawajach trzeba było zapłacić 2 tys. dolarów + 360 tys. zł (Orbis Bis). Komputer Atari kosztował wtedy między 127 a 879 dolarów, a 8 dni na campingu w Grecji 25 tys. zł + 28 dol. (Uniwertour). Tygodnik „Razem”, chyba chcąc dobić czytelników, zaproponował im inne możliwości: wyjście do zoo za 120 zł, odwiedzenie tarasu widokowego na lotnisku na Okęciu za 20 zł lub książkę Arkadego Fiedlera „Kanada pachnąca żywicą” za 800 zł w antykwariacie.

Wiele osób się po prostu nudziło. Nuda szczególnie doskwierała młodym na wsi.

Postoją młodzi pod sklepem do 18.00 racząc się piwem, jeśli budżet pozwoli, potem podpierają kiosk, przystanek odwiedzą i koniec rozrywki – opisywała w swoim dzienniku w 1973 roku uczestniczka konkursu Ministerstwa Kultury i Sztuki oraz „Tygodnika Kulturalnego”, „Jeden miesiąc mojego życia”.

W wielu miastach nie było lepiej. Snującą się po podwórkach bez celu młodzież pokazał w serialu „Stawiam na Tolka Banana” Stanisław Jędryka. Chłopaki szukają rozróby w parku Skaryszewskim w Warszawie. Zaczepiają starsze osoby, rozbijają latarnie, wrzucają ławkę do wody. Drobne przestępstwa, lenistwo, szwendanie się, pijaństwo – tak wygląda też rzeczywistość młodych bumelantów w dokumencie Wojciecha Wiszniewskiego „Jutro. 31 kwietnia – 1 maja 1970”. Bumelanctwo łódzkiej młodzieży z proletariackimi korzeniami reżyser zestawia z komentarzem o amerykańskiej młodzieży (który słychać w tle z telewizora): Dzieci kwiaty nie wierzą w nic. Nie mają żadnego programu. Ich dewizą jest negacja wszystkiego, wszelkich norm społecznych, moralnych, politycznych. Tam zepsucie moralne, a u nas? U nas młodzież takich problemów nie ma – jeden z bohaterów filmu, snując refleksje nad kuflem piwa, mówi, że jest dumny z tego, że pochodzi z robotniczej rodziny. Twórca z gorzką ironią pokazuje ten kontrast – w wersji codziennej i odświętnej (propagandowej).

Swój pomysł na nudę miała grupa przyjaciół, studentów gdańskich uczelni pod koniec lat 60. W piwnicy kamienicy, w której mieszkał jeden z nich, w samym centrum Gdańska przy ulicy Długiej, powołali do życia Piwnicę Artystyczną Witkacy. Urządzili wnętrze, zrobili minibar, na ścianach powiesili obrazy. Przez pięć lat (1968–1973) miejsce było oazą wolności dla wielu młodych ludzi. Co prawda czasami odwiedzał ich dzielnicowy – st. sierż. Iwanek – ale głównie po to, by się z nimi napić wódeczki. To było wyjątkowe miejsce na mapie Gdańska.

W tym nieformalnym klubie odbywały się wernisaże, minikoncerty, wieczorki poetyckie. (A żeby nikt się nie czepiał, jego założyciele uzyskali zgodę dyrektora Klubu Drukarza Rudy Kot – który wtedy regularnie odwiedzali i w którym prowadzili kabaret – na nazywanie swojej Piwnicy filią klubu). „Witkacego” odwiedzili m.in. brytyjski reżyser filmowy i teatralny Peter Brook, Czesław Niemen, członkowie zespołów Skaldowie i No To Co, reżyser Krzysztof Kieślowski oraz wielu trójmiejskich artystów, m.in. jazzman, współpracownik Niemena i współautor muzyki do „Dziewczyn do wzięcia” Janusza Kondratiuka, Helmut Nadolski.

Ilustracjami do tekstu są właśnie zdjęcia z owej piwnicy.

A o książce „Czas wolny w PRL” więcej przeczytacie TUTAJ.

Otagowane , , , , , , , , ,

Czas wolny w PRL cz.7: wieczorki zapoznawcze

Był kwiecień 1945 roku. Toczyły się jeszcze walki o Berlin, kiedy w Komisji Centralnej Związków Zawodowych powołano do życia wydział wczasów pracowniczych. W maju tego roku polski Rząd Tymczasowy powierzył Komisji Centralnej Związków Zawodowych organizację wypoczynku hutników, górników, nauczycieli i innych ludzi pracy na ziemiach polskich. KCZZ utworzyła w tym celu Fundusz Wczasów Pracowniczych. Początki były trudne. Setki przedwojennych obiektów turystycznych z powodu zniszczeń nie nadawało się do użytku. Wspaniałomyślny gest w stronę funduszu wykonał co prawda prezydent Krajowej Rady Narodowej Bolesław Bierut, który na potrzeby wypoczynku robotniczego przeznaczył dawną posiadłość prezydenta Ignacego Mościckiego w Spale.

To był jednak czysto pokazowy podarunek, bo rezydencja była w opłakanym stanie, do czego zresztą przyczyniły się wojska bratniej armii radzieckiej. FWP zaczął jednak przejmować budynki na swoje potrzeby.

Wyjazdy na wczasy wcale jednak nie budziły entuzjazmu wśród robotników. Przed wojną wielu z nich w ogóle nie miało wolnego i nie wiedzieli, jak z niego korzystać. Wstydzili się pokazać w towarzystwie innych grup społecznych, nie wiedzieli, jak się zachować, nie mieli funduszy na porządne ubranie, walizki i sprzęt turystyczny. W pierwszych latach po wojnie wakacyjne wyjazdy nie były dla robotników powszechną potrzebą, nie traktowano ich jako coś oczywistego. Problemem było też to, że małżonkowie nie mogli wypoczywać razem. Fundusz kierował po prostu na wczasy tylko pracowników poszczególnych zakładów. W 1949 roku tylko 2,9 tysiąca z niemal pół miliona wyjeżdżających zabrało ze sobą najbliższych7. Jeszcze w latach 60. kierowano na wczasy jedną osobę z rodziny. Wyjściem były turnusy dla matek z dziećmi, które organizował FWP. Ale tutaj pierwszeństwo też miały przodowniczki pracy. W zachęcaniu do urlopowania z FWP nie pomagały darmowe bilety kolejowe ani dotowanie wczasów. Nie wszyscy chcieli jeździć. W 1947 roku robotnicy stanowili wśród wczasowiczów korzystających z FWP tylko 31 procent8. Problemem była również baza noclegowa.

Na łamach prasy pojawiały się artykuły, w których edukowano wyjeżdżających i przybliżano im uroki wypoczynku zbiorowego. Tak w zabawny sposób „Przekrój” z 1950 roku przedstawiał typy wczasowiczek:
Hałaśliwa sąsiadka – trzyma otwarte kurki w umywalni, przesuwa meble, chrapie, nuci, zaprasza przyjaciółki.
Katastrofistka – z ponurą twarzą zaczepia i przewiduje katastrofy pogodowe, to, że ktoś się utopi itp.
Gwiazda humoru – sypie żartami z rękawa.
Miejscowa Greta Garbo – w ciemnych okularach siedzi nawet przy obiedzie, ma klipsy w uszach, pomalowane paznokcie, pali papierosa między zupą, a mięsem, nudzą ją inne kobiety.
Mama-fonograf – ma przenikliwy głos i cały czas zwraca uwagę dzieciom: nie rób tego, nie biegaj, zostaw itp.
Wczasowiczka z wymaganiami – chce pokój słoneczny, ale chłodny, duży, ale przytulny, spacer daleki, ale nie męcząc.

Najważniejszą osobą na wczasach był referent kulturalno-oświatowy, popularnie zwany kaowcem. Często to stanowisko piastowali studenci, ale też na przykład działacze związkowi, a nawet maturzyści. Zalecenia KCZZ z 1949 roku były takie, że kaowcy mieli witać wczasowiczów już na stacjach kolejowych, przystankach PKS i odprowadzać do domów wypoczynkowych. Zresztą bywało, że towarzyszyli im bagażowi, pomagający przenieść cały dobytek urlopowiczów. Do obowiązków kaowców należała nauka pieśni związkowych lub patriotycznych, organizacja przeglądów prasy (z naciskiem na informacje polityczne), pogadanek o ruchu robotniczym, zawodów i gier sportowych18. Instruktorzy kulturalno-oświatowi urządzali wieczorki literackie, konkursy czytelnicze, przedstawienia teatralne, lekcje nauki pływania, jazdy na nartach, akademie z okazji świąt państwowych.

Ja z wczasów w latach 80. ani kaowca, ani pogadanek o ruchu robotniczym już nie pamiętam. Moi rozmówcy też potwierdzają, że w latach 80. ośrodki wczasowe odchodziły od powierzania organizacji czasu wolnego w ręce kaowców. Pamiętam za to wieczorki zapoznawcze, nie tylko dla dorosłych. Dzieciaki też miały swoją imprezę na rozpoczęcie turnusu. Na stolikach królowała oranżada i paluszki. Były jakieś konkursy taneczne. To miał być zawsze wieczorek zapoznawczy, ale przecież w większości wszyscy się znali, bo jeździli do tego samego ośrodka każdego roku. – Z kawiarni, w której odbywały się zabawy taneczne, w tym wieczorek zapoznawczy, wydobywał się głos pijanych panów śpiewających „Chałupy Welcome To” Wodeckiego. Zabawy były głośne i huczne, zresztą nie tylko podczas wieczorku inaugurującego pobyt. Odbywały się w kawiarni dwa ośrodki obok, bo u nas była tylko świetlica. W kawiarni było prawie jak w peweksie.


Można było kupić pepsi, stały automaty z grami. Za to nad kawiarnią była znienawidzona przez wszystkich stołówka. Jedzenie było straszne – wspomina wczasy w jednym z zakładowych ośrodków w Chmielnie na Kaszubach Roman, który przyjeżdżał tam z rodziną w latach 80.

– W przerwach między posiłkami rozgrywaliśmy turnieje w ping-ponga. Pamiętam też konkurs rysunkowy, chyba go wygrałem. Narysowałem prom, którym płynąłem z Gdańska do stolicy Finlandii Helsinek. Z samego rana chodziliśmy na raki, a wieczorem jedliśmy je, gotując w garnku nad ogniskiem. Wydarzeniem były mecze piłkarskie między wczasowiczami z Gdańska i Gniewu. To właśnie głównie z tych miast przyjeżdżali urlopowicze, bo obok siebie były tam ośrodki zakładów z tych miast. Przed takim meczem dochodziło do tradycyjnej wymiany proporczyków. Rozgrywka toczyła się na klepisku z drewnianymi bramkami. Dookoła rodziny, podpici tatusiowe krzyczący: „Proszę nie spożywać środków dopingujących”. Tymi środkami były piwa kupowane w sklepie w Chmielnie. Mężczyźni jeździli po nie rowerami albo płynęli kajakiem. W Chmielnie znajdowała się też słynna knajpa „Józefinka” na placu Trojana, gdzie panowie chodzili na piwo. To znaczy, tak naprawdę często pili przed knajpą, bo w środku było mało miejsca. Na placu była też piekarnia i kościół, koncentrowało się więc tam całe towarzyskie miasteczkowo-wypoczynkowe życie. Wszyscy nazywali to miejsce placem Pigalle.

„Józefinka” była słynna na całą Polskę. To tutaj w 1960 roku odbyło się wesele Zbigniewa Cybulskiego i Elżbiety Chwalibóg. Jak wspominają mieszkańcy, huczna impreza trwała trzy dni. Weselnikom przygrywała orkiestra cygańska, a parze młodej wręczono żywego prosiaka. Podobno uciekł. Dziś na ścianie kamienicy, gdzie przed laty mieściła się „Józefinka”, widnieje tablica upamiętniająca to wydarzenie. W Chmielnie chodziło się też do warsztatu Neclów podglądać wyrób ceramiki. Dziś mieści się tu Muzeum Ceramiki Kaszubskiej Neclów.

PRL miał swoje specyficzne formy wypoczynku. Były na przykład wczasy językowe, turnusy dla brydżystów i szachistów. Do tego wczasy krajoznawcze na przykład szlakiem Kanałów Mazurskich i Wielkich Jezior Mazurskich. Małgorzata Szejnert w swoim reportażu „Jeśli się odnajdziemy, to cudownie” z 1979 roku opisuje turnus, w którym spotykają się dzieci z domów dziecka i chętni do adopcji rodzice. Wspólne wakacje miały umożliwić bliższy kontakt dzieci i potencjalnych rodziców i ewentualną adopcję. Kontrowersyjny temat podjął Roman Załuski, realizując w 1982 roku oparty na nim film „Jeśli się odnajdziemy” (w jednej z głównych ról wystąpił Krzysztof Kolberger).


Ewenementem, chyba na skalę światową, były wczasy wagonowe. Choć nie do końca powinno się mówić o nich w czasie przeszłym. Bo wciąż istnieją miejsca, gdzie można wybrać taką formę wypoczynku, na przykład w Darłówku. Pamiętam, że jeżdżąc na plażę do Ustki, obserwowałem wczasowiczów wylegujących się na leżakach przy wagonach stojących na bocznicy, obok stacji PKP Ustka. W wagonach spali i wokół nich spędzali większość wolnego czasu. Początkowo taki wypoczynek proponowano tylko pracownikom PKP. Dodatkowo mogli dojechać na miejsce za darmo, bo przecież nie płacili za bilety kolejowe.

Najpopularniejszą formą zorganizowanych wyjazdów wakacyjnych były w PRL-u kolonie. Podczas nich dzieci najczęściej spały w szkołach. Z sal lekcyjnych wynoszono ławki, a ustawiano w nich łóżka. Koszty kolonii w znacznej części pokrywały zakłady pracy.

Poza tym zakłady zabierały swoich pracowników i ich rodziny na wycieczki do hut, muzeów, teatrów. Dowożono ich na miejsce zakładowym autokarem. Niestety wielu wycieczkowiczom puszczały hamulce i zgodnie z hasłem „Wypij swoje pół litra w innym mieście”, upijali się już w autokarach.

Więcej o wypoczynku w PRL przeczytacie w mojej książce „Czas wolny w PRL”.

Polecam i zapraszam do dzielenia się swoimi wspomnieniami. A za tydzień kolejna, ostatnia opowieść…

Otagowane , , , , , , , , , , , ,

Czas wolny w PRL cz.6: tam wypadało bywać

Na plaży słońce praży. Tu bladość ciał zanika. Wśród tłumu wczasowiczów dziewczyna ratownika. I patrzą setki oczu, i z wody i z kocyka, gdy ona idzie plażą, wszyscy o niej marzą – śpiewały Wały Jagiellońskie.

W związku z premierą mojej książki „Czas wolny w PRL” wspominam rzeczywistość kurortów w minionej epoce. Poświęciłem im cały rozdział w książce.

Ja spędzałem każdy wolny wakacyjny czas w Ustce, autobus jechał do niej z rodzinnego Słupska jakieś pół godziny, pociąg podobnie. Stałym punktem pobytu w Ustce był przystanek przy budce z goframi. Musiał być gofr z bitą śmietaną i jagodami. Dopiero potem plaża. Przy wejściu na nią były kabiny do przebierania, restauracje i wypożyczalnie. Można było wypożyczyć sprzęt wodny, kosze wiklinowe, leżaki. Niestety nad częścią miasta unosił się fetor z zakładów produkujących konserwy rybne. Podobne atrakcje, może poza fetorem rybnym, oferowało wiele innych ośrodków wakacyjnych nad Bałtykiem.

Wyjątkowym miejscem był Sopot, a w nim Non-Stop.

Kultowe miejsce zabawy, w którym miejscowa młodzież mieszała się z miłośnikami rock’n’rolla z całej Polski i kilku sąsiednich krajów – dwa razy zmieniał swoją siedzibę. Najbardziej okazałą lokalizacją był wspomniany namiot nad morzem (w nim aż 600 miejsc siedzących). Potem przeniesiono go w pobliżu wyścigów konnych. Przez dwie dekady w klubie występowały legendy polskiej muzyki: Czerwone Gitary, Niebiesko-Czarni, Czerwono-Czarni, Czesław Niemen, Ewa Demarczyk, Michał Burano, Breakout, SBB, Kombi, a do tego goście z zagranicy, na przykład gwiazda z Czechosłowacji – Karel Gott. Non-Stop powołali do życia w 1961 roku dyrektor Państwowego Przedsiębiorstwa Przemysłu Gastronomicznego w Sopocie Mikołaj Laszkiewicz oraz Franciszek Walicki, nazywany ojcem polskiego rocka i bigbitu. Zmierzały do niego pielgrzymki miłośników „mocnego uderzenia” z całego kraju.

Borys, który bywał w legendarnym klubie na przełomie lat 60. i 70., opowiada mi o tamtych czasach i tamtym Non-Stopowym klimacie: – Proszę pana, już jak się wysiadało z eskaemki na dworcu w Sopocie, to było słychać dudnienie muzyki z lokalu – wspomina. – A nie było do niego blisko, bo mieścił się nad samym morzem, w dużym namiocie. Pędziliśmy z chłopakami w dół Sopotu w beatlesówach na nogach, słysząc muzykę z oddali, by posłuchać jak najwięcej przebojów. Grano je podczas tzw. podwieczorków tanecznych. Nie było wtedy mowy o piciu alkoholu. Na stołach królowała oranżada i pączki. Muzykę puszczano w blokach, dając tańczącym czas na przerwę. Przebojami były m.in. „Nad morzem” Czerwonych Gitar, „Puste koperty” Szczepanika, „Wiem, że nie wrócisz” Niemena. A w ostatnim bloku, zazwyczaj wypełnionym zagranicznymi przebojami, musiało polecieć „I Saw Her Standing There” Beatlesów. Tańczyliśmy rock’n’rolla w parach, czasami w kółeczku. Pamiętam, że na każdym wieczorku był taki gość, którego nazywaliśmy marynarzem. Taki miejscowy celebryta, chociaż nie wiedzieliśmy, czym się tak naprawdę zajmuje, ale zawsze miał na sobie koszulkę w paski, stąd marynarz. Zawsze wokół niego kręcił się wianuszek kobiet. Mój rozmówca podkreśla unikatowość tego muzycznego przybytku nie tylko na mapie PRL, ale i całego bloku wschodniego: – Bywało, że do lokalu przyjeżdżali turyści z zagranicy. Głównie z Czechosłowacji i Węgier. Poznaliśmy jednego chłopaka z Budapesztu. Był zachwycony, przyjechał specjalnie, by posłuchać i potańczyć rock’n’rolla. Mówił, że u nich takich miejsc nie ma.

Sopot był także miastem jazzu. To tu w sierpniu 1956 roku odbył się I Ogólnopolski Festiwal Muzyki Jazzowej, wymyślony przez znakomitego pisarza i miłośnika jazzu, Leopolda Tyrmanda. Impreza w kolejnych latach rozrosła się na całe Trójmiasto (koncerty urządzano m.in. na stadionie gdańskiej Lechii i w hali Stoczni Gdańskiej) i stała się słynna na całą Polskę.

W sezonie 1961 Sopot doczekał się kolejnej cyklicznej imprezy, która miała ściągać na polską riwierę rzesze turystów. 25 sierpnia tego roku odbył się I Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie, wymyślony przez doskonałego kompozytora, pianistę, ówczesnego szefa muzycznego Polskiego Radia, Władysława Szpilman.

Sopot to jeszcze trzy wyjątkowe miejsca. Tor wyścigów konnych, korty tenisowe i pierwsza w Polsce dyskoteka. Inauguracyjna powojenna gonitwa na sopockim torze odbyła się w lipcu 1947 roku. Zawody przyciągały tłumy widzów, bo obok gier liczbowych była to w Polsce jedyna dopuszczana przez władze forma hazardu. Oprócz wyścigów konnych rozgrywano tu także zawody w powożeniu. W 1975 roku odbyły się nawet Mistrzostwa Europy w Powożeniu Zaprzęgami Czterokonnymi. Licznie zgromadzeni widzowie mogli podziwiać księcia Filipa, męża królowej Elżbiety II, który był członkiem angielskiej ekipy.

Sopot świecił blaskiem nadmorskiego kurortu, a na przeciwnym krańcu Polski status kurortu kurortów dzierżyło Zakopane. Choć pomiędzy nimi też nie brakowało miejscowości, do których lgnęli wczasowicze chcący zażyć relaksu, zobaczyć celebrycki albo i zachodni styl życia. Sąsiadująca z Sopotem Gdynia przyciągała wspaniałą plażą, ale też delikatesami na Świętojańskiej z kolonialnym stoiskiem, przy którym ustawiały się kolejki po szynkę. Była tu Baltona i salon Mody Polskiej (otwarty w 1966 roku, trzeci po warszawskim i katowickim). Była i Hala Targowa, w której można było dostać niemal wszystko, od ryb i mięs, po dżinsy i zagraniczne wiktuały13. Zresztą hala istnieje do dziś. Zabawić się można było w Gdańsku. W „Rudym Kocie” do tańca grały bigbitowe Akordy, zespół współzałożyciela Niebiesko-Czarnych i Czerwonych Gitar – Jerzego Kosseli. Występował też Andrzej Zaucha z zespołem Telstar. Z kolei w pobliskim „Żaku” (klubie studenckim) odbywały się jam session.

W książce opisuję też wiele innych wypoczynkowych miejsc, poza Sopotem najwięcej miejsca poświęcam Zakopanemu.

Szczególne miejsce na mapie peerelowskich kurortów zajmowało miasto pod Giewontem. Do Zakopanego jechali wszyscy – zimą, wiosną, latem… Jak pisał Leopold Tyrmand w Dzienniku 1954, Zakopane było – obok warszawskiego Służewca, lokalu „Kameralna” i kortów na Agrykoli – najbardziej snobistycznym miejscem „warszawki”. Zresztą sam także często tam bywał. Pod Tatrami lubił wypoczywać także inny pisarz, filozof i futurolog Stanisław Lem. Tam się zaszywał i mógł spokojnie pracować. Czym tak przyciągało to miasto? Redakcja Polskiej Kroniki Filmowej miała na to prostą odpowiedź: Zakopane to raj dla kociaków, żadna kosmetyczka nie dokona tego, co górskie słońce.

W miejscowych lokalach pito kawę, wino, panie ubrane były w czarne kostiumy, panowie w garnitury, rzadko oglądało się stroje sportowe albo swetry. Wczasowicze, młodzież i artyści bawili się przy grających na żywo orkiestrach w lokalach „Watra”, „Jędruś” (do niego przyciągał też striptiz), „Piwnicy” i najbardziej snobistycznym „Orbisie”. W Zakopanem po prostu wypadało bywać. Podobnie jak w Sopocie, na zakopiańskich ulicach można było spotkać ludzi kultury, ale też „klasę pracującą” wypoczywającą w tutejszych ośrodkach fabryk i przedsiębiorstw z różnych rejonów Polski. Obok nich częstymi bywalcami byli świąteczno-niedzielni urlopowicze z okolic Krakowa i Katowic. Zakopane przyciągało 10 procent ruchu turystycznego w Polsce. Tłumy krążyły po Krupówkach, co widać chociażby w filmie Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego z 1960 roku „Pocztówki z Zakopanego”. Doskonale PRL-owską rzeczywistość pokazuje również film Jak to się robi Andrzeja Kondratiuka z 1974 roku. Jan Himilsbach i Zdzisław Maklakiewicz jeżdżą na nartach, odwiedzają bary i restauracje, a wszystko w poszukiwaniu kandydatek do filmu, który sobie wymarzyli. I podobnie jak Sopot, było to miasto kontrastów, tu zderzały się dwa światy. Ale było też oazą swobody w szarym PRL-u.

A wy w których kurortach wypoczywaliście? Piszcie.

Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

Kolejna opowieść o czasie wolnym w PRL na blogu za tydzień. Czekam również na Wasze opowieści.

Otagowane , , , , , , ,

W dniu imienin

Kiedyś to nie tylko wysyłało się kartki z życzeniami. Kiedyś to nawet kartki można było położyć na gramofonie i poczekać, aż taka zagra melodię. Taka kartka pocztowa, a tak naprawdę pocztówka dźwiękowa to było coś! Na przykład takie cudo.

Zalew Koronowski (przy rzece Brda). Wakacyjny klimat, żaglówki, łowienie ryb. Piękna pogoda. Idealny relaks. A z tyłu?

Z tyłu informacja, że kiedy zagramy pocztówkę to usłyszymy „Ostatni walc”. Wystarczył gramofon i prędkość 45 obr. Pocztówkę wyprodukowała w latach 60. pracownia pocztówek dźwiękowych w Sulejówku koło Warszawy. Podobnie jak ten okaz.

To jezioro Białe w bliskim mi Chmielnie na Kaszubach. Bliskim, bo jeździłem tam w latach 80. i 90. na wczasy, niemal co roku. Pocztówka taka trochę trójwymiarowa. A jaki ma utwór?

Ano „Spójrz, wszystko jest tak samo” z połowy lat 60. w wykonaniu Wojciecha Gąssowskiego. To kartka z dedykacją: „W dniu imienin, kochanej Urszulce”. Na kolejnej kartce treść zanikła.

Na tej kartce z ilustracją do „Baśni z tysiąca i jednej nocy” znalazł się utwór „40 Kasztanów” Violetty Villas. To również połowa lat 60.

I jeszcze niespodzianka z zagranicy. Oto dwa okazy z Węgier.

To wydawnictwa labelu Colorvox z Budapesztu. Piękne ludowe stroje, a do tego wyjątkowe utwory. Wśród autorów Bela Bartok, a wykonawców Laszlo Szalay.

Przyznacie, że graficznie, ale też jeśli chodzi o czcionkę, to wygląda to naprawdę dobrze. A jak brzmi? To już sami musicie sprawdzić…

Otagowane , , , , , , , , , , ,

Czas wolny w PRL cz.1: Pochody, emdeki, mpiki i kinofikacja

Czas wolny w PRL… niektórzy mieli go niewiele, inni nie bardzo wiedzieli co z nim zrobić. Wiecie, że  w badaniach, które przeprowadzono na początku lat 70. niemal 80 procent osób przyznawało się, że nie umie wypoczywać. Ja nie miałem z tym wielkiego problemu. Czy to był czas wolny w weekend, czy w tygodniu po szkole. Ale miałem to szczęście, że wychowywałem się w okresie, w którym soboty były już wolne. Warto pamiętać, że przez niemal trzy dekady tylko niedziela była wolnym od pracy dniem w tygodniu. Co obywatele robili wtedy ze swoim czasem wolnym? Co robili w dni powszednie po pracy i w soboty? Jak korzystali z tego, co oferowało im państwo?

Dziś rozpoczynam cykl wpisów poświęconych wolnym chwilom w PRL. Co tydzień będę opowiadał o innym aspekcie relaksu, wypoczynku. Przedstawię wam wiele osobistych historii, ciekawostek, cytatów z ówczesnej prasy, filmów, książek. Poznacie kilka wyjątkowych osób. A wszystko to związane z książką „Czas wolny w PRL”, która ukaże się 27 maja (także w formie ebooka). Właśnie o czasie wolnym w PRL. Miałem przyjemność ją popełnić i bardzo chętnie się z wami podzielę tym, co będziecie mogli w niej znaleźć (jeżeli zechcecie po nią sięgnąć). A na koniec 8-odcinkowego cyklu będzie mały quiz z super nagrodami z epoki.

Ja pamiętam różne niedziele. Czasami rodzice prosili bym poszedł na mszę. Potem były lody w lodziarni „Magnolia” (przed wejście stało piękne drzewo). Obiad w domu, zazwyczaj specjalny, czyli na przykład pieczony kurczak z ziemniakami i mizerią. Wieczorem zabawa klockami Lego, bajka, a pod koniec lat 80. program „Bliżej świata” z fragmentami audycji z satelity (był tam Benny Hill, moda, czasami jakiś teledysk).

Pisząc książkę „Czas wolny w PRL” znalazłem wiele materiałów, które świadczyły o tym, że była spora grupa obywateli, którzy niespecjalnie wiedzieli, jak spędzić wolną niedzielę.

„Nienawidzę niedzieli. Od siedmiu lat, tzn. od czasu kiedy rozwiodłam się z mężem, niedziela jest dla mnie dniem koszmarnym. W niedzielę zabija mnie samotność i beznadziejność […], najwięcej ukojenia psychicznego przynosi mi książka, oczywiście wartościowa. Toteż w niedzielę czytam dużo, zamknięta w czterech ścianach pokoju, ale nawet i wtedy na dnie mego serca czai się gorycz i rozdrażnienie. Taka jest moja niedziela” – zwierzała się w pewnej ankiecie urzędniczka na stanowisku kierowniczym, lat 39.

Władza starała się zrobić wiele, żeby obywatele się nie nudzili. Wiadomo, jak się nudzisz to przychodzą ci do głowy głupie rzeczy. Dlatego, na przykład, organizowano liczne festyny. Całe rodziny ciągnęły do budek z watą cukrową, wodą sodową. Można było sobie zrobić zdjęcie z małpką albo kucykiem. Odbywały się miejskie wyścigi rowerowe, potańcówki „na dechach” – skleconym z desek parkiecie tanecznym pod gołym niebem.

Nie brakowało wielu innych aktywności fizycznych, szczególnie dla młodzieży. Pokazują to okolicznościowe proporczyki, które udało mi się zebrać.

   

 

Przez całą epokę PRL-u bezsprzecznie największym świętem państwowym było Święto Odrodzenia Polski – 22 lipca – czyli rocznica ogłoszenia Manifestu PKWN. To były, tak zwane „urodziny PRL-u”. Rokrocznie ten dzień naznaczony był ważnymi wydarzeniami państwowymi. 22 lipca uchwalono konstytucję PRL (1952), w Warszawie oddano do użytku Stadion Dziesięciolecia (1955), w Bielsku-Białej rozpoczęto produkcję fiata 126p (1973). W 1955 roku tego właśnie dnia przekazano warszawiakom wielki prezent od Wielkiego Brata – Pałac Kultury i Nauki.

Z kolei imieninami był 1 maja. Podobnie, jak 22 lipca, dzień wolny od pracy. Na głównych placach i wzdłuż reprezentacyjnych arterii miast ustawiano wtedy trybuny dla przemawiających sekretarzy partii. Przed nimi defilowali robotnicy, rolnicy, nauczyciele, członkowie różnych organizacji, sportowcy, artyści, uczniowie. Sam pamiętam kilka takich przemarszów. Jako członek sekcji judo milicyjnego klubu sportowego Gryf w Słupsku szedłem z całą sekcją w pochodzie. Wcześniej pod nasz klub sportowy podjeżdżała nyska z flagami. Staraliśmy się wybierać te biało-czerwone, ale niektórym trafiały się czerwone, na cześć naszego „przyjaciela” zza wschodniej granicy. Niektórzy mieli jednak jeszcze gorzej, musieli nieść transparenty. I dźwigać nad głowami ciężar propagandowych haseł: „Dokerzy gdyńscy zawsze z tobą, towarzyszu Wiesławie”, „Ręce precz od Wietnamu!”, „Niech żyje Chińska Republika Ludowa – potężny kraj pokoju i socjalizmu!”.

Uroczyście odchodzono nie tylko święta państwowe, ale też branżowe – dzień górnika, metalowca, pracowników handlu, stoczniowca itp. A do tego centralne dożynki.

Od 21 lipca 1973 roku obywatele mieli jeszcze jeden pretekst do świętowania. To była pierwsza wolna sobota w PRL-u.  Ale, żeby jednak nie było tak łatwo, to wolne soboty należało odpracować.

Do pracy władza zaganiały obywateli podczas czynów partyjnych i społecznych. Bardzo często te akcje związane były ze świętami państwowymi i zjazdami partii. Na przykład w 1986 roku chwalono się, że dla uczczenia X Zjazdu PZPR w zakładach sprzętu grzejnego Wrozamet we Wrocławiu kilkudziesięciu członków organizacji młodzieżowej wraz z załogą zakładu zrobiło 200 kuchenek gazowych typu Ewa13.

Na szczęście władza organizowała czas wolny obywatelom nie tylko wysyłając ich na pochody i „zapraszając” na czyny społeczne. Domy kultury – były to wyjątkowo żywe obiekty skupiające przede wszystkim młodzież, organizowały im czas. W takich domach dzieciaki mogły nauczyć się modelarstwa, fotografii, obejrzeć filmy (pamiętam pokazy filmów z Sylwestrem Stallone z kaset vhs), zapisać się do teatrów amatorskich. Piszę o nich w książce. Opowiadają mi o nich jedni z wyjątkowych bohaterów, do których udało mi się dotrzeć.

Pan Jerzy Lach, który w połowie lat 80. stworzył jeden z najlepszych teatrów amatorskich w Polsce, czyli Teatr im. Alberta Tison w Żninie.

Pan Tadeusz Sakowski, który pierwszy teatr zorganizował w kotłowni swojego bloku na Saskiej Kępie, jak był jeszcze nastolatkiem. Po latach realizował pasję w domu kultury swojej dzielnicy. Pana Tadeusza kojarzą na pewno też miłośnicy caravaningu, bo to słynny „Papa Camper”. I o początkach polskiego caravaningu też piszę w książce.

 

Ale domy kultury nie służyły tylko teatrom, modelarzom. W jednym z takich ośrodków w Częstochowie muzyczną karierę zaczynał Muniek Staszczyk z zespołem T.Love. W 1983 roku, w studiu w Miejskim Domu Kultury, nagrali swój pierwszy materiał demo. Następnie w Domu Kultury Stradom zagrali pierwszy koncert pozaszkolny, organizowali tam też festiwal Punk Arena.

W maju 1985 roku Dom Sztuki na warszawskim Ursynowie odwiedzili bohaterowie niezwykle popularnego brazylijskiego serialu „Niewolnica Isaura”, czyli Lucelia Santos i występujący w roli okrutnego Leoncia – Rubens de Falco. Gwiazdy popijały wodę mineralną oraz napój „Ptyś”.

Wyjątkowe były nie tylko domy kultury, ale też ośrodki „Praktyczna Pani” organizowane przez WSS „Społem” i coś o czym w „Baedekerze warszawskim” Olgierd Budrewicz pisał tak: „Ta instytucja to takie bary mleczne dla ludzi z potrzebami kulturalnymi”.

Chodzi o Klub Międzynarodowej Prasy i Książki, zwany w skrócie MPiK-iem Pierwszy otwarto w Warszawie w 1948 roku w okazałym gmachu przy placu Unii Lubelskiej (róg Bagateli). Potem otwierano kolejne. Do dziś działa ten przy palmie. Przez pierwsze 10 lat istnienia klubów przewinęło się przez nie około 5 milionów osób. Cieszyły się ogromną popularnością, m.in. dlatego, że można tam było poczytać zagraniczną prasę, i to nie tylko radziecką.

Z kolei na wsiach działały kluby „Ruchu” i Kluby Rolnika. Można było w nich poczytać gazety, pograć w gry planszowe, obejrzeć telewizję. Na wsie przyjeżdżało też kino objazdowe (furmanki, nysy) oraz teatry.

Po wsiach jeździły specjalnie przygotowane kinowozy, samochody marki Lublin (w środku było nawet miejsce do spania dla kierowcy-operatora i piecyk do ogrzania wnętrza), a potem Nysa. Standardowy model przerobiono tak, by mógł przewieźć bezpiecznie urządzenia do projekcji filmów. Niektóre modele tylko przewoziły sprzęt, a kierowca, i zarazem operator, ustawiał go na miejscu w świetlicy wiejskiej albo remizie. W takiej „sali kinowej” było duszno i gorąco, często niewiele też było widać (z powodu palonej machorki) i słychać (słaba jakość aparatury). Za to nierzadko te przyjazdy kończyły się po seansie wspólną balangą widzów.

Więcej o objazdowej kulturze też przeczytacie w mojej książce.

Polecam`ją tym, którzy przeżyli tamten czas i pewnie odnajdą w niej fragmenty swoich przeżyć, ale też tym, którzy PRL-u nie pamiętają. Dzięki niej poznacie, mam nadzieję, kilka ciekawych opowieści o tym, jak różne oblicza miał wtedy czas wolny. Jedni zdawali się na to, co proponowały władze. Inni nie pozwalali się zamknąć w sztywnych ramach peerelowskiego „jedynie słusznego” relaksu i płynęli osobnym nurtem.

Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

A przedsprzedaż TUTAJ.

Kolejna opowieść o czasie wolnym w PRL na blogu za tydzień. Czekam również na Wasze opowieści.

Otagowane , , , , , , ,

Sexy Show Programa

Czas na kolejny zestaw wyjątkowych skarbów, pamiątek po cioci z Gdańska z jej podróży zagranicznych w latach 70. Oczywiście latała samolotami i tu kilka samolotowych pamiątek.

Wywieszki przydawały się chyba na bagaż.

A na pokładzie oczywiście cukry, z takimi powietrznymi potworami.

Już na miejscu zwiedzanie. Wenecja, Capri…

A potem hotel. A w nim hotelausweis, czyli przepustka hotelowa.

A może ładny hotel Oasis w Kordobie. Zresztą wciąż w mieście istnieje hotel o tej nazwie.

Wreszcie zabawa. Poprzednie wspominałem o imprezie w klubie Piper’s. Tutaj dowód na to, że ciocia miała zniżki.

Nie zawsze trzeba było wychodzić na zabawę. Hotel Alta Vista w Maladze oferował na miejscu bar i solarium.

Spójrzcie jednak na inne atrakcje. Dla jednych zwiedzanie, a dla innych night club Cleopatra.

Klub Cleopatra oferował m.in. Sexy Show!

Czy ciocia skorzystała? Tego się już niestety nie dowiemy…

Otagowane , , , , ,