W Piasecznie, w drugiej połowie lat 70. rusza produkcja kolorowych kineskopów. Na wielkie Zakłady Kineskopów Kolorowych składały się huty szkła, wydziały produkcyjne, zaplecze energetyczne, wodne, magazyny, laboratoria, biurowce. Całość zamknięta na powierzchni kilkunastu hektarów. Piaseczyńskie zakłady wraz z Warszawskimi Zakładami Telewizyjnymi, Gdańskimi Zakładami Telewizyjnymi i zakładami Diora w Dzierżoniowie odpowiadały za przemysł telewizji w Polsce. Rozwijający się, czego wynikiem było wiele różnych modeli odbiorników. A dokładniej, te w Piasecznie nazywały się Unitra-Polkolor.
Wspominam o tym, bo jak widać na zdjęciu, udało mi się zdobyć (od starszej pani przy Hali Mirowskiej), taką uroczą czapkę. Kolorowa, z logo zakładów Polkolor.
Co prawda historia polskiej telewizji zaczyna się jeszcze przed II wojną światową (w 1935 r. w Państwowym Instytucie Telekomunikacyjnym w Warszawie pod okiem dyrektora, geniusza szykowanego do Nobla, prof. Janusza Groszkowskiego zainicjowano prace badawcze nad telewizją), to czapeczka pochodzi z czasów końca PRL, zapewne lat 80., bądź końca 70. Wtedy to już w naszych domach zaczęły pojawiać się kolorowe telewizory, na czele z tym nieszczęsnym, cholernie ciężkim, radzieckim Rubinem.
Na szczęście takiego telewizora już nie mam, ale za to czapkę tak i pasuje idealnie…
Żłobek, szkoła, lecznica, Zakładowy Dom Kultury, w którym odbywały się zajęcia edukacyjne, grano w brydża, szachy, warcaby. Uczono gry na instrumentach, języków obcych, odbywały się zajęcia baletowe, teatralne, fotograficzne, spotkania Koła Łowieckiego Łoś, zakładowego koła filatelistów. Do tego biblioteka, jadalnia, sklep, bar, zakładowe radio, kino, no i wiele sekcji sportowych. To tylko część tego, co działo się w Zakładach Radiowych im. M. Kasprzaka na warszawskiej Woli. Utworzono je pod nazwą Warszawskie Zakłady Wytwórcze Urządzeń Radiowych. Uroczyście otwarto 22 lipca 1951 roku akademią w zakładowej stołówce… A dlaczego o nich w ogóle piszę?
A dlatego, że taki cudowny zestaw dostałem od byłego pracownika zakładu. Rozmawiałem z nim do powstającej nowej książki i usłyszałem masę cudownych opowieści o samym zakładzie, który był ogromny! Do tego o kultowych sprzętach, magnetofonach w nim produkowanych. Również tych na licencji Grundiga. Zresztą to tam produkowano pierwszego polskiego walkmana Kajtka.
Jak widać zakład miał nie tylko swój radiowęzeł i swoją gazetę („Radiowiec”), ale też wiele gadżetów reklamowych. Na przykład koperty i teczki z logo i adresem zakładu.
ZRK należały do zjednoczenia Unitra, dla którego wspaniałe logo powstało w Ośrodku Wzornictwa Przemysłowego PTH UNITECH w 1969 r., a projektantami byli Janusz Ferenc i Wiesław Wencel.
Mam jeszcze czapeczkowy skarb, czyli taką materiałową czapkę z daszkiem rozdawaną na przykład na pochody pierwszomajowe.
Prawda, że piękna?
A o samych zakładach będzie już niedługo duuużo więcej, w tym o trudach i zaletach pracy tam, skąd wzięła się nazwa walkmana Kajtek i jak Polscy inżynierowie byli lepsi od tych zachodnich. Ale nie zawsze 🙂
Frutella, Ania, Mandarynka, Fructo-Lemon, Cytrynówka, Cytrus, Citro, Cytrovit, Florida, Tropik Coctail Egzotyczny, Fructo Cassis Porzeczkowy, Frukton Jabłko-Wiśnia, Truskaweczka, Jagódka, Jantar… napojów owocowych w PRL produkowano baaaardzo wiele. Nawadnialiśmy się nie tylko klasycznymi oranżadami, ale właśnie takimi wynalazkami. Butelki po kolejnych trafiły do mojej kolekcji.
Po lewej to przykład wariacji na temat coli. Zanim do Polski w latach 70. weszły Coca-Cola i Pepsi, a nawet potem, mieliśmy swoje odpowiedniki. Najbardziej popularna z nich była Polo-Cockta (z recepturą bazującą na jugosłowiańskim napoju Cockta), która reklamowała się jako „napój gazowany słodzony z dodatkiem naturalnych substancji smakowo-aromatycznych, barwiony, zawierający kofeinę”. Rozpoznawalna przede wszystkim po premierze filmu Juliusza Machulskiego „Kingsajz” w 1987 roku. Produkowano też jednak inne ciekawostki, jak Club Cola, Quick Cola czy Polo Cola. Produkowana przez Łódzkie Zakłady Spożywcze Przemysłu Terenowego nie miała klasycznej papierowej etykiety, tylko nadruk na samej butelce. Ta była wyższa, pękata i trzymało się ją lepiej niż te od klasycznych oranżad. Trwałość szacowano na 30 dni i kosztowała 2.80 zł.
Miała też klasyczne kapslowe zamknięcie. Za to drugi napój, jeszcze ze starszym, ale ciekawe, że nie ceramicznym, ale korkiem ze szkła.
Ta Mandarynka produkowana przez zakład zrzeszony w PSS kosztowała 2.30, ale kaucja wynosiła aż 3 zł.
Musiała mieć jakiś dziwny, albo bardzo naturalny skład, bo trwałość obliczono zaledwie na 6 dni.
Na etykiecie jest jakaś pieczątka, pewnie z jakiegoś zakładu, ale nie mogę rozszyfrować, może Wy…
Czas powrócić do kolekcji wyjątkowych graficznych perełek. Etykiety zapałczane. Pisałem o nich kilka razy, prezentując fantastyczne etykiety z reklamami, kulturalno-społeczne, sportowe, firmowe itp. Dziś graficzne perełki z różnych wytwórni zapałek. Na początek klimat morski.
Fabryka zapałek w Gdańsku (z historią jeszcze z końca XIX wieku) w PRL była jedną z największych. Różnice w cenach tych zapałek świadczą o różnych latach produkcji. Różna też była ich ilość w pudełku, od 48, do 64. No i klimat morski. Statki, żaglówka, foka, no i wesoły kapitan.
Kolejny zestaw, to różne wersje dwóch wzorów etykiet z zakładów w Bystrzycy i Czechowicach. Tą drugą uruchomiono w 1919 roku. Wytwarzała zapałki zwykłe, ale też świecowe, grillowe, kominkowe, długie, dymne, sztormowe i inne produkty, chociażby do kominków. Z tej wielkiej fabryki zapałki szły na eksport m.in. do Afryki.
Powyżej zestaw z ptakami, z różnych fabryk, w tym w Częstochowie i Sianowie. Historia tej pierwszej sięga końca XIX wieku.
Poniżej kolejne „zwierzęce” etykiety. Także z Sianowa, kolejnego wielkiego producenta zapałek z historią z XIX wieku.
Teraz przykłady zapałek, które mogły iść na eksport, albo do Peweksów i najlepszym hoteli.
Jeszcze taki fajny projekt o dynamicznej nazwie „Jet”.
Na koniec super graficzne przykłady.
Wreszcie na finał mój ulubiony projekt. Zadowolony palacz na etykiecie wytwórni z Częstochowy.
Kultura, sport, moda, dizajn, życie codzienne… różne były tematy poruszane w wyjątkowym czasopiśmie lat 70. i 80. Chodzi o magazyn „Brytania” wydawany przez ambasadę Wielkiej Brytanii w Warszawie. Oczywiście miesięcznik rozprowadzany przez RSW Prasa, Książa, Ruch, czy dokładniej jego treść była konsultowana ze stroną Polską, nie zmienia to faktu, że było to wyjątkowe wydawnictwo. Mam dwa numery.
Oba pochodzą z 1974 roku. Stosunki polsko-brytyjskie były wtedy na niezłym poziomie. Jak zresztą z innymi zachodnimi krajami podczas epoki Gierka. Co prawda wymiana handlowa nie była tak duża jak z RFN czy Francją, ale zbliżyliśmy się. Kupowaliśmy od nich licencje (na przykład na ciągniki rolnicze, miała być też na autobusy Leyland, ale wygrał francuski Berliet), w Londynie z wizytą pojawił się premier Jaroszewicz. Ociepleniu stosunków towarzyszył druk tego magazynu.
Jego bohaterami były rozpoznawalne na Wyspach i nie tylko postaci ze sportu, muzyki, opisywano ich biografie, przedstawiano jakieś zjawiska. Myślę, że na tamte czasy mało było takich informacji w innych magazynach.
Są tu super reportaże o Formule 1, o mistrzach olimpijskich, rzeźbiarzach, historii rugby, rodzinie królewskiej, architekturze, motoryzacji itp.
Są teksty po polsku, ale też po angielsku, do tego specjalne dodatki, na przykład plakat Led Zeppelin. Wśród autorów chyba sami Brytyjczycy.
W kwietniu 1979 roku odbył się tu legendarny koncert promocyjny zespołu Kombi. Było to wydarzenie na skalę wtedy niespotykaną. Muzycy nie ponieśli żadnych kosztów, wszystko odbyło się w ramach barteru z hotelem. W hotelu zespół zrealizował też sesję zdjęciową, której autorem był Tomasz Tomaszewski, znakomity fotograf, przez lata współpracujący z „National Geographic”. Może dlatego Kombi śpiewało o Victorii – bo o tym miejscu mowa – w swoim utworze „Hotel twoich snów”: „Victoria Hotel, hotel twoich snów/ Tutaj jak w telewizorze/ Masz niebo i stereo raj./ Dziś twa szansa, możesz złapać ją sam”.
A wspominam o Victorii nie bez powodu. Zbudowany w latach 70. hotel był synonimem luksusu, nie tylko na skalę warszawską, ale ogólnopolską. Wystrój, bar, jego zaopatrzenie przyciągały bogatych turystów, obywateli Polski Ludowej, no i ludzi kultury, filmowców. Tu kręcono sceny do odcinków „07 zgłoś się”, do takich filmów jak „Wielki Szu”, „Piłkarki poker” czy „Miś”.
A ten powód, to takie dwie podstawki, zwane waflami. Hotel Victoria, jak inne tego typu luksusowe obiekty, miał swoje gadżety. Jednymi z nich były właśnie takie podstawki.
Zdobyłem je w małym, cudownym sklepie vintage na krakowskim Kazimierzu. Plastikowe podstawki z rantami mają logo hotelu i jego nazwę. Autorem tej genialnej identyfikacji wizualnej, jest mistrz Roman Duszek, autor również identyfikacji LOT-u czy Telewizji Polskiej.
Z takiej podstawki nawet kompot smakuje jak pyszny nektar…
Nadchodzi sylwester, czas zabaw karnawałowych itp. Oferuję pomoc w przygotowaniach. A pomoże w nich na pewno takie cudo.
Wydane w 1976 roku przez zrzeszające kilkanaście zakładów zrzeszenie Pollena. Całość okraszona cudownymi rysunkami Małgorzaty Wickenhagen, autorki ilustracji do wielu książek, ale też grafik do kosmetyków.
Już sam zestaw produktów jest tu cudowną lekturą. Ceny, producenci, no i nazwy kosmetyków, wśród nich kremy, mleczka, pudry, toniki, kredki itp. itd.
Jest kilka złotych porad i zasad ładnego malowania. Zaczynając od starannego czyszczenia skóry, a na używaniu odpowiednich kosmetyków kończąc. Oczywiście od Polleny.
Znalazły się tu konkretne przykłady, na konkretne wyjścia i okazje. Chociażby makijaż wieczorowo-balowy. Jaki podkład, jak oczy malować, jak usta. Wreszcie porady dla kobiet dojrzałych, szatynek, blondynek…
Sztuka upiększania nie jest najłatwiejszą ze sztuk, ale takie wydawnictwa na pewno w tym pomagały.
Zdarzyło się już kilka razy, że wspominałem tu kryminalną serię wydawniczą „Ewa wzywa 07”. W latach 1968-89 ukazało się 146 części cyklu wydawnictwa Iskry, a autorami byli m.in. Janusz Głowacki, Andrzej Szczypiorski, Zygmunt Zeydler-Zborowski (jeden z współtwórców Teatru Sensacji Kobra) czy Andrzej Szypulski (scenarzysta seriali „Stawka większa niż życie” i „Życie na gorąco”). Powracam z cyklem, bo mam coraz więcej części w kolekcji.
Z tyłu okładkom towarzyszył wizerunek milicyjnego radiowozu (najpierw Warszawy, potem Dużego Fiata) oraz rozpiska dostępnych części. Ale co tam działo się z przodu, na okładkach!
Przygotowywał je legendarny grafik Marian Stachurski. Ma na koncie ilustracje do setek książek, za które dostawał nagrody, m.in. „Najpiękniejsza książka roku”. Ilustrator, który robił dyplom na warszawskiej ASP u samego Henryka Tomaszewskiego, projektował również plakaty dla Centrali Wynajmu Filmów.
Skupię się tutaj jednak na okładkach serii. Są wspaniałe! Oto mały wernisaż.
„Ekipa telewizyjna przyjechała do Bielska z zamiarem pokazania nowego sklepu, ale w obliczu tego, co zastaliśmy na miejscu, sama sprawa sklepu przestała być ważna. Tu rozegrał się po prostu ludzki dramat” – takim zapisem wypowiedzi reportera zaczynam w swojej książce „Zakupy w PRL” opowieść o domu handlowym Klimczok.Otwarty w grudniu 1988 roku w Bielsku-Białej, był wtedy jednym z najnowocześniejszych w Polsce. Stoi do dziś. Odwiedziłem go ostatnio i już – pisząc delikatnie – najlepsze lata ma za sobą.
Wciąż działa tam sklep Społem, jakieś stoiska odzieżowe, księgarnia, kwiaciarnia, no ale wszystko zalatuje dawnymi czasami.
Wracając do otwarcia, tak opisuję je w swojej książce „Zakupy w PRL”:
Tłumy ciągnęły się przez parking i wylewały aż na chodnik po przeciwległej stronie ulicy. Na parkingu milicyjne samochody, sami funkcjonariusze kryli się za drewnianą barierą, która dzieliła ich od napierającego, dzikiego tłumu. Ktoś mdleje, słychać gwizdy, krzyki: „Uważajcie…”, „Ratunku…”, „Jezu!”. Niektórym udaje się ominąć milicyjną blokadę: wspinają się po schodach, przeskakują przez barierki i omijając milicjantów, dobiegają do drzwi. Inni próbują wspinać się po rosnącym obok schodów drzewie. Spragnieni zakupów ludzie depczą sobie po nogach, ktoś gubi czapkę, komuś tłum urywa paski w plecaku, walają się zagubione parasole, rękawiczki, szaliki, okulary. Tych, którym udaje się przedostać przez balustrady, milicjanci przerzucają na drugą stronę. Przypomina to strefę wojny*, a przecież tylko otwierają nowy sklep. „Tylko” warto jednak wziąć w cudzysłów. To czas kulminacji kryzysu gospodarczego, w sklepach brakuje dosłownie wszystkiego. Stąd nie dziwi odpowiedź młodego człowieka, którego reporter łapie tuż po tym, jak tamtemu udało się przedrzeć przez kordon milicji: – Tak szybko, ale po co? Ten zdyszany, w amoku, krzyczy w biegu: – Jak po co, po wszystko! Jest poniedziałek 19 grudnia 1988 roku. Zimno, gdzieniegdzie zalega zamarznięty, brudny śnieg. Niektórzy zgromadzeni pod domem towarowym będą nim nacierać twarze, żeby nie zemdleć, dodać sobie energii. Podobno ludzie gromadzą się już od początku grudnia, codziennie. Aby nie wywołać paniki, nie podano dnia otwarcia. Za to w jednym z wywiadów dyrektor domu handlowego powiedziała nieroztropnie, że będzie tam dostępny chodliwy towar. To wystarczyło, by ludzie czekali na jego otwarcie. Wieczorny Dziennik Telewizyjny poda tego dnia informacje o posiedzeniu komisji kontrolno-rewizyjnej PZPR, trzęsieniu ziemi w Armenii, dwóch golach Diego Maradony w meczu jego drużyny Napoli w lidze włoskiej. Reportaż o otwarciu jednego z najnowocześniejszych i największych domów towarowych w Polsce, Spółdzielczego Domu Handlowego Klimczok w Bielsku-Białej, zostanie wyemitowany pod koniec wydania. W materiale widać zmarznięty tłum przy budynku z neonami „Społem” oraz „SDH”, a także stojące co kilka kroków grupki milicjantów. Po tym, jak reporter wypowie słowa o ludzkim dramacie, zostaną jeszcze pokazane scenki z udziałem klientów. – Bardzo się pani spieszy do tego sklepu? – Nie, ja chcę już wyjść – odpowiada zdyszana pani. – Ale co pani chciałaby tu kupić? – Nic już nie chcę kupić! Niech pan mnie puści. – Zirytowana, odsuwa mikrofon. W środku tłumy napierają na stoiska z napisami: RTV, Dywany, Pościele… Jeden ze szczęśliwych klientów próbuje dźwigać dwa dywany naraz. Kupowane są czarno-białe telewizory (kolorowych nie wystawiono), kurtki jugosłowiańskie, majtki bawełniane, futra, motory… Ludzie okutani w ciepłe czapy, kożuchy, zimowe buty Relaks wynoszą to, co akurat udało się zdobyć. Przyjechali z całej Polski, nawet ze Szczecina, Lublina, Słupska. Są tak zaaferowani, że zapominają o bożym świecie. Podobno jeden z klientów zostawił w przymierzalni portfel z milionem złotych i 250 dolarami. W tle migoczą gdzieniegdzie choinki, trwa przecież okres świąteczny…