Monthly Archives: Maj 2014

Niekoniecznie udana kreska

Czas troszeczkę ponarzekać. Wielokrotnie pisaliśmy tu o ciekawych komiksach z epoki PRLu. Były absolutnie genialne komiksy Tadeusza Baranowskiego https://bufetprl.com/2012/08/07/absurdalny-humor-sila-dobrej-kreski/. Oprócz tego mniej udany wizualnie, ale kuriozalnie wciągający „Pilot śmigłowca” https://bufetprl.com/2013/11/28/pilot-mysliwca-a-nawet-smiglowca/

Pojawiało się u nas również nazwisko rysownika Bogusława Polcha, znanego przede wszystkim z cyklów „Kapitan Żbik” albo „Funky Koval”. Teraz nadszedł czas na kompletnie nieudane serie pana Polcha. Pierwsza z nich to przygody Tomka Grota.

poscig1

To pierwsza częśc trzyodcinkowego cyklu science fiction z grafikami, ale też tekstem Polcha (pozostałe dwie nie zostały wydane, co też daje do myślenia). Wydany w 1989 roku komiks nie wciąga ani historią, ani rysunkami, a do tego został wypuszczony w czarno-białej wersji i na bardzo słabym papierze, przez co nie nadaje się nawet na kolorowankę.

Nakład tego był zabójczy – 100 tysięcy egzemplarzy – ale nie znam fana komiksów, który bardzo cenił by serię o pilocie statku kosmicznego.

poscig2

Pierwsza strona pokazuje kuriozalne nazwiska postaci. Dalej nie jest lepiej, bo pojawia się straszna ośmiornica albo zły przypominający Jokera z Batmana.

poscig3     poscig5

Ostateczne rozbawienie daje ostatnia strona, z reklamą. Tekst „Kończysz szkołę, marzysz o atrakcyjnej pracy, przyjdź do Waryńskiego. Zakłady Koparek i Hydrauliki” chyba nie wymaga komentarza.

poscig4

Na przełomie lat 70. i 80. Polch wypuścił jeszcze jedną serię, którą chyba też nie powinien się specjalnie chwalić. To „Bogowie z kosmosu”, znana u nas bardziej jako „Według Ericha von Danikena”. Seria oparta była bowiem na jego tezach. Co ciekawe, została najpierw przygotowana na rynek niemiecki.

bunt1

Polch przygotował ją razem z Arnoldem Mostowiczem, dziennikarzem i popularyzatorem nauki. „Bunt olbrzymów” to częśc serii wydana w 1986 roku w liczbie 300 tysięcy egzemplarzy. Jednak już okładka pokazuje, że z rysunkami nie jest najlepiej. Bohater przypominający Micka Jaggera – mam wątpliwości, czy o to chodziło autorom.

bunt2     bunt3

Do tego dochodzą naprawdę złe teksty w stylu rozmowy ze scanu po prawej stronie:
On: „Chyba Doświadczenie Jest W Niebezpieczeństwie”.Ona: „Zrobimy Wszystko, Aby Temu Zapobiec. Na Szczęście Teraz Jesteśmy Razem”.

Do tych serii najpewniej już nie powrócimy, ale Pana Bogusława Polcha przypomnimy jeszcze nie raz.

 

Otagowane , , , , , , ,

Mistrz estrady, czyli Pan Ludwik

Na naszym blogu o płytach analogowych http://winylowetrzaski.wordpress.com/ piszemy o kolejnym ciekawym krążku z naszej kolekcji, który został wydany w PRLu. To płyta mistrza estrady Ludwika Sempolińskiego. Polecamy!

sempolinski

Otagowane , ,

Kruszący się PRL i futbolowa euforia

Właśnie wszedł do kin wyjątkowy dokument Michała Bielawskiego „Mundial. Gra o wszystko”. Autor zderzył w nim świat sportu i świat opozycji w czasie stanu wojennego. Z jednej strony mamy internowanych, którzy oglądają hiszpański mundial w 1982 roku, a z drugiej genialnych polskich piłkarzy, którzy rozgrywają turniej życia. Dla dodatku „Kultura” DGP przeprowadziłem rozmowę z autorem tego ciekawego filmu. Oto jej zapis:

Mundial1

W dokumencie„Mundial. Gra o wszystko” widać sportowców, internowanych, dziennikarzy;brakuje jednak na przykład więziennych klawiszy. Ich historia, opowieść o tym,jak oni przechodzili okres stanu wojennego i samego mundialu, jak to wyglądało z ich punktu widzenia, musiałaby być nie mniej fascynująca. Zresztą w filmie pojawia się wiele innych wątków, które zapewne zasługują na osobną opowieść.

To prawda. Przygotowując się do filmu, długo przekopywałem różne archiwa, dokumentowałem temat. Było kilka wątków, które zostały w filmie niewykorzystane, nierozwinięte, ale planuję do nich jeszcze powrócić. Jeśli chodzi o klawiszy, to sprawa wygląda tak, że po prostu już nikt z nich nie żyje. Rozmawiałem z synem jednego z nich, który pracuje w Białołęce. Okazało się, że ze względu na wysoki poziom stresu, pokolenie pracujących w więziennictwie w tamtym okresie bardzo szybko odchodziło. Ale jak już mówiłem, jest wiele ścieżek, którymi film mógłby jeszcze pójść. Sporo opowieści do niego nie weszło, choć pewnie mogłoby go wzbogacić. Chociażby ta o powrocie polskich piłkarzy samolotem z mundialu. Maszyna, która wystartowała w Madrycie, niemal się rozbiła. Pilot musiał zawrócić na lotnisko. Poznałem sporo historii na temat konfrontacji piłkarskich reprezentacji z „bratnich” krajów, podtrucia Polaków przez Niemców z NRD, przetaczania krwi przez sportowców z NRD przed spotkaniami, czego dowodem miały być, symbolicznie moim zdaniem, czerwone białka oczu. Zwrócono mi uwagę, że powinienem takie fakty zbadać, najlepiej w Berlinie, w aktach Stasi. Gdybym słuchał takich uwag i sprawdzał każdy wątek tej historii, to pewnie film robiłbym do dzisiaj.

W twoim filmie nie pojawiają się też politycy związani z obozem władzy.

I tak jest w nim już spora liczba bohaterów. Polityków takich jak Jerzy Urban, Wojciech Jaruzelski czy Czesław Kiszczak nie umieściłem, bo chciałem, żeby władza pozostała bezosobowa, żeby przeciwnik nie miał konkretnej twarzy. Jego twarzą była w tym czasie telewizja, co sprawiało wiele problemów, między innymi dla tych, którzy telewizję bojkotowali, ale też chcieli oglądać mistrzostwa. Wydaje mi się, że film spełnia się poprzez złączenie dwóch światów i dwóch historii: sportowej i opozycyjnej. Szalenie ciekawa wydaje mi się też opowieść o tamtej Polsce, kruszący się świat peerelu zderzony z euforią, z kibicowskim, pozytywnym doświadczeniem. Sporej części internowanych zależało na oglądaniu mundialu. To podnosi wymowę filmu, bo włącza się on w ciągnącą się od lat debatę o tym, co jest kolaboracją, sprzedawaniem się wrogom, a co nie.

Czy internowani opozycjoniści mieli kłopot z tym, że piłkarze odcinali się od polityki? Czy wyczekiwano jakiegoś gestu poparcia z ich strony?

Mówi o tym w filmie Stefan Szczepłek. Wielu czekało na jakiś gest, na przykład odmowę przyjęcia orderów po powrocie do Polski. Piłkarze woleli milczeć i niczego nie komentować. Niektóre ich zachowania budziły też skrajne reakcje. Chociażby to, co zrobił Zbigniew Boniek po meczu z ZSRR. Koszulka Związku Radzieckiego, którą zdobył, dla jednych, była dowodem na to, że zagraliśmy na nosie wrogowi, a dla drugich świadectwem uległości, koniunkturalizmu.

Wielu piłkarzy pewnie bało się wykonywać jakiekolwiek gesty, bo przecież byli w najlepszym okresie kariery, mieli szansę wyjazdu na Zachód, co na pewno by się nie wydarzyło, gdyby włączyli się w jakąś polityczną akcję.

Sportowcy nie są od tego. Oni skupiają się na wykonaniu zadania. Dużo więcej o ich grze myślą i dopisują sobie obserwatorzy. Kiedy rozmawiałem na ten temat z piłkarzami, nie było im łatwo o tym mówić, bo przecież w latach 80. osiągnęli życiowy sukces. Usłyszałem kilka razy, że dla wielu „Solidarność” była oczywiście ważna, ale sportowiec, gdy wychodzi na swoją arenę, to chce wykonać pewne zadanie. Nie można od nich oczekiwać, że zamienią się w husarię, obwieszą się flagami „Solidarności” i ruszą do ataku. Zawodnik nie może przed wykonaniem karnego myśleć, że robi to dla Polski czy by uczcić górników z kopalni „Wujek”. Trener Antoni Piechniczek mówił, że oni zdawali sobie sprawę, że mogą swoim mundialem dać Polakom trochę radości. Internowani raczej doceniali to, że piłkarze milczeli i nie zajmowali się polityką.

Film był pokazywany w wielu krajach. Jak został przyjęty za granicą?

Bardzo dobrze. Zresztą w wielu miejscach dochodziło do podobnych sytuacji jak ta w moim filmie. Mistrzostwa w Argentynie też przecież były oglądane przez tamtejszych więźniów politycznych. Z kolei w Urugwaju pułkownicy zorganizowali mundialito, mini mistrzostwa zrobione właśnie po to, by dać upust emocjom zbiorowości. Tego typu wydarzenia wszędzie znaczą coś więcej, rozwiązują psychologiczne potrzeby zbiorowości. W tym wielbionym przez masy sporcie pojawia się bardzo szeroka płaszczyzna interpretacji. Podczas Euro w Polsce też dochodziło do nieprawdopodobnej kumulacji emocji w związku z meczem Polska-€“Rosja. To się zamieniało w spotkanie innego wymiaru. Pomyślmy co by było dzisiaj, kiedy Putin odkleił kawałek swojej maski. Mecz Rosji z Ukrainą miałby wielki podtekst polityczny.

mundial2

Widzowie za granicą nie mieli problemu ze zrozumieniem, czym był stan wojenny?

Cień, który rzucał na nas Związek Radziecki, jest z pewnością bardziej czytelny dla nas niż dla ludzi spoza byłego bloku sowieckiego, ale zakładam, że widzowie poza granicami coś o świecie jednak wiedzą. Piłka nożna jest sportem globalnym, ludzie znają jej reguły. Wszyscy też nadal wiedzą, co znaczy być więźniem politycznym. Trzeba było tylko pokazać, jak do tego doszło, jakie są mechanizmy w tym konkretnym świecie. A o tym, jak uniwersalna jest to historia świadczy fakt, że jednym z ludzi, którzy w pewnym momencie mi pomagali w pracy nad tym projektem, był reżyser, wykładowca szkoły scenariuszowej z Finlandii.

Bardzo ciekawy jest w filmie wątek ówczesnej telewizji, cenzury. To też osobny temat na film.

Środowisko telewizyjne jest specyficzne, zamknięte, bo ciąży na nim spuścizna działania dla reżimu. Ta współpraca wielu ludziom krępowała, a czasem nawet do dziś krępuje ruchy. Wielu pracowników telewizji nie chciało rozmawiać przed kamerą, bo wciąż mają z tamtym czasem jakiś problem. Wynika to w pewnej mierze z absurdu polityki historycznej, która musi ustawiać ludzi na jakichś listach, sprawdzać kto co podpisał, a kto nie, tropić winnych i piętnować podejrzanych. Atmosfera wokół przeszłości i niechęć do zrozumienia jej mechanizmów bardzo utrudniały początek prac nad filmem. Kilka lat później, w 1989 r., liczna grupa ludzi oczekiwała rozliczenia z przeszłością, jasnego podziału. Scenariusz symbolicznego zarżnięcia ofiarnego został wybrany w Rumunii, u nas nie. Te rzeczy wciąż na nas wpływają.

Stąd pośrednio pomysł na twój kolejny film, dokument o latach przełomu „1989”?

Tak, bo rok totalnego chaosu, zamętu, zagubienia, to bezcenny czas do obserwacji. Ludzie robią w nim i mówią rzeczy wbrew sobie, bardziej się odsłaniają. Mają szansę zaprezentować swoje prawdziwe postawy. Ten film, mimo że tworzony w całości z archiwaliów, stara się te momenty szczerości wyłapać.

Za kilka miesięcy będzie miał premierę jeszcze inny twój dokument, czysto sportowy – „Drużyna”, o polskich siatkarzach.

Pracę nad „Drużyną” zacząłem jeszcze w zeszłym roku. Jeździłem wtedy na zgrupowania siatkarzy do Spały. Fascynujące jest to, jaką mecze siatkówki cieszą się w Polsce popularnością, zupełnie niespotykaną na świecie. „Drużyna” będzie jednak przede wszystkim o tym, jaką drogę trzeba przebyć zanim wyjdzie się na boisko. Pokaże, że równie ważne jest przygotowanie, a nie tylko wynik. Chciałbym, żeby widz rozpoznał to humanistyczne przesłanie, wpisane w każdy sport, o czym dzisiaj często zapominamy, zarazem by miał wrażenie, że ma wstęp do świata, którego wcześniej nie znał. Piękno sportu polega właśnie na wypracowywaniu efektu, nikt nie jest przecież pięknie umięśniony albo supersprawny, bo tak ma od urodzenia. Moim zdaniem istota sportu tkwi w ciągłym dochodzeniu do maksymalnego wyniku, nie zaś w samym wyniku. W „Mundialu. Grze o wszystko” mówię o tym z perspektywy przeszłości, bo wynik już jest od dawna znany. W „Drużynie” pozostaje sprawą otwartą. Premiera filmu planowana jest na sierpień, przed mistrzostwami świata w Polsce.

mundial3

Więcej o filmie tutaj: http://www.mundial82.pl/

Otagowane , , , , , , , ,

Kilka lat od teraz

Czas na przypomnienie sobie kolejnego hitu z epoki kaset VHS. Oto w jaki genialny sposób zaczęła się kariera pewnego australijskiego aktora…

madmax4

W przyszłym roku ma wejść do kin nowa część „Mad Maksa”. Nie zagra w niej niestety Mel Gibson, dla którego pierwszy film serii był przepustką do kariery.

Legenda głosi, że Gibson trafił na casting do filmu „Mad Max” przez przypadek, towarzyszył bowiem koledze. Miał poobijaną twarz po bójce w barze zeszłej nocy. Jak zobaczyli go producenci, zaprosili na próby, mówiąc, że potrzebują wariatów. Mel Gibson wrócił po trzech tygodniach i dostał główną rolę. Australijczyk był wtedy (plan zdjęciowy trwał pod koniec 1977 roku) raczkującym aktorem. Kiedy obraz trafił do amerykańskich kin, w trailerze Mel nie pojawił się ani razu. Zamiast jego nieznanej nikomu twarzy pokazano w nim fragmenty kraks i pościgi. Mało tego, „Mad Max” wszedł do kin z amerykańskim dubbingiem, bo obawiano się, że widzowie nie przebrną przez australijski akcent.

madmax1

Obraz kosztujący zaledwie kilkaset tysięcy dolarów stał się wielkim hitem, i to nie tylko w Australii. Pobił rekord Guinnessa jako najbardziej dochodowy film w historii, zarabiając miliony dolarów. Dla samego Gibsona stał się przepustką do sławy.

„Mad Max” przedstawia wyjątkowo mroczną wizję nieokreślonej przyszłości – zaczyna się od słów: „Kilka lat od teraz”. Ciekawe jednak, że kwestię, dlaczego świat, czy to konkretne miejsce, został doprowadzony na skraj upadku, film pozostawia niedopowiedzianą. Gibson gra Maksa Rockatansky’ego zwanego Mad Maksem. Jest członkiem oddziału pościgowego policji, pustynne drogi patroluje żółtym fordem falconem XB sedan. Brutalnie rozprawia się z członkami motocyklowego gangu, ale też ci równie ostro traktują innych uczestników drogi, a co gorsze – przyjaciela Maksa z pracy. Rockatansky zaczyna dostrzegać, że sam staje się częścią tego brutalnego cyrku i upodobnia się do gangsterów. Postawia poświęcić się rodzinie, ale do czasu. Kiedy gang dopada jego rodzinę, Max wsiada w zabójczego, podrasowanego do granic możliwości forda falcona XB GT coupe i bierze krwawy odwet.

madmax2
Film George’a Millera (później wyreżyserował m.in. „Babe -€“ świnka z klasą” i „Czarownice z Eastwick”) wciąga duszną atmosferą. Okrucieństwo, bezprawie, wszędobylski pył i beznadzieja tworzą tu niepokojący, uwierający klimat. Dobrze wpasował się w to zimny (choć jak trzeba, potrafiący być czułym dla żony) Mel Gibson. Jako Max pojawił się jeszcze w dwóch częściach.
W czwartej, której premiera planowana jest na maj przyszłego roku, Maksa zagra Tom Hardy (ostatnio można go oglądac w znakomitym filmie „Locke” – o którym bardzo ciekawie pisze przyjaciel naszego bloga na: http://filmavenue.wordpress.com/2014/05/11/filmowy-tydzien-9-i-10/). Na pewno zagra go genialnie, ale to jednak inna bajka niż zły pan Gibson.

madmax3

Tekst o filmie napisałem do dodatku „Kultura” DGP

Otagowane , , , , ,

Materiały biurowe i nie tylko

Czas na garść kolejnych gadżetów przekazanych do naszej kolekcji przez przyjaciela Mateusza, do którego chodziłem w czasach szkoły podstawowej na jajecznicę i cukierki ze słupskiej Pomorzanki. Trochę rzeczy biurowych i coś na poprawę kondycji rąk.

biurowe1

Zacznijmy od kremu do rąk. Firma Annex z Reguł koło Warszawy wypuściła krem ochronny do rąk jak sama pisze „posiadający miły zapach i kolor”. Nie sprawdziliśmy tego, bo krem ma kilkadziesiąt lat, ale wierzymy na słowo. Co ważne „krem usuwa podrażnienia wywołane pracą zawodową i w gospodarstwie domowym”. Prawdopodobnie pochodzi z lat 80. Kosztował 95zł.

biurowe6

A teraz piękne ołóweczki, a właściwie ołówki „do podpisu”, barwne, kopiowe. 10 sztuk w cenie 0.90zł za jedną. Wyprodukowane przez niezwykle zasłużone Pruszkowskie Zakłady Materiałów Biurowych. Historia firmy sięga roku 1889. Założył ja inżynier Stanisław Jan Majewski. Była pierwszą fabryką ołówków w Królestwie Polskim. O jakości wyrobów dobrze świadczy fakt, że jej ołówki zostały nagrodzone na Wystawie Światowej w Paryżu w 1937 roku.

biurowe2

Po wojnie, w 1948 roku, firma została upaństwowiona i przyjęła nazwę Pruszkowskie Zakłady Materiałów Biurowych. W latach 90. na szczęście powrócono do dawnej nazwa i firma działa do dziś. Zmienił się tylko adres firmy, z ulicy Ołówkowej przeniosła się na Kredkową.

biurowe3

I ciekawostka. Pinezki czy pineski – jak się prawidłowo pisze? Mamy zagwozdkę, bo znam wiele opakowań, na których widnieje napis „pinezki”, ale my mamy „pineski”. Pineski łączone, gatunek 1, w cenie 9zł, wykonane według normy z 1967 roku.

biurowe7

Wykonała je Krakowska Spółdzielnia Inwalidów Niewidomych, której znak firmowy prezentował się tak:

biurowe8

Mamy pineski, mamy też Gwoździe ozdobne. 100 sztuk w cenie 15zł. Wykonała je firma Ślusarstwo Usługowo-Produkcyjne W.Wróbel i St. Kędzierski z Częstochowy-Kiedrzyna.
Opakowanie ujawnia jedną ciekawą rzecz, jak wyglądały ówczesne numery telefonów. To zaledwie 5 liczb.

biurowe4    biurowe5

A na deser ochronny plastik, w który na przykład wkładało się kartę rowerową – coś o czym dzisiaj wielu rowerzystów pewnie nie ma pojęcia. To ten niebieski przedmiot po prawej jakby co.

biurowe1

Otagowane , , , , , , , , , , ,

Doktor Jones zakłada kapelusz

Ponieważ TVP przypomni w przyszłym tygodniu przygody Indiany Jonesa, postanowiliśmy też wspomnieć je na naszym blogu. Przecież w latach 80. VHS z filmem „Poszukiwacze Zaginionej Arki” to było coś!

arki5

Lata 30. minionego wieku. Profesor archeologii porzuca tweedowe marynarki na rzecz kowbojskiego kapelusza, skórzanej kurtki i bicza i wyrusza na poszukiwanie Arki Przymierza. Po drodze doktor Jones musi odnaleźć swoją przyjaciółkę Marion Ravenwood. W poszukiwaniach przeszkadzają mu inny łowca przygód Rene Belloq oraz naziści. Tak w skrócie wygląda fabuła filmu stworzonego przez Stevena Spielberga i George’a Lucasa.

arki4

Lucas wymyślił „Poszukiwaczy Zaginionej Arki” niemal w tym samym czasie co „Gwiezdne Wojny”. Opowieść o Vaderze i gwiezdnych rycerzach nakręcił sam. Przygody Indiany Jonesa dał wyreżyserować koledze. Panowie od początku chcieli zrobić niespecjalnie skomplikowany film przygodowy. Najpierw do głównej roli brali pod uwagę Toma Sellecka, ale miał on już zobowiązania związane z serialem „Magnum”.

arki2

Wtedy rolę dostał Harrison Ford i razem z występem w „Gwiezdnych Wojnach” jako Han Solo postać Jonesa stała się jego przepustką do ogromnej sławy. Ford idealnie pasował do nowego typu bohatera. Sam Spielberg w dokumencie o powstawaniu filmu przyznał, że marzył wtedy o nakręceniu obrazu o przygodach Bonda. Stając za kamerą „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”, przyczynił się jednak do powstania zupełnie innego typu herosa. Już wygląd zewnętrzny bardzo ich różni. Jones to cały czas pokryty pyłem kowboj, Bonda charakteryzuje niezwykła elegancja. Obaj potrafią żartować, z tym że Jonesowi zdarzają się głupie wpadki i gafy. Dobitnym punktem różniącym bohaterów jest stosunek do kobiet. Jones zachęcany przez dziewczynę do zbliżenia… zasypia, co Bondowi na pewno by się nie zdarzyło.

Polish Poster

Indiana przeżywa jednak nie mniej ciekawe przygody i jak trzeba, potrafi działać niekonwencjonalnie i na granicy życia i śmierci. Przykładem znakomita scena przeskakiwania Jonesa z konia na jadący samochód i potem przejścia pod autem podczas jazdy. Lucas przyznaje, że to jego ulubiona sekwencja i pracując nad Jonesem, zaczął właśnie od niej. Podobnych kultowych scen w „Poszukiwaczach Zaginionej Arki”  jest więcej, chociażby ucieczka Jonesa przed ogromną kulą, ujęcia z tysiącem węży czy scena, w której Jones strzela z rewolweru do przeciwnika popisującego się przed nim umiejętnościami władania mieczem.

arki1

Film stał się przebojem lat 80., zdobył też pięciu Oscarów. Nie powinno więc dziwić, że doczekał się trzech kinowych kontynuacji. A to nie koniec przygód Indiany Jonesa…

SLOWA KLUCZOWE:

Na deser dokument o filmie: http://www.youtube.com/watch?v=UG7HOs3bq-c

Tekst napisałem dla dodatku „Kultura” DGP

Otagowane , , , , , ,

Układa i trąbi zespół Kombi

Ukazała się właśnie nowa zespołu Kombii… ale nie o tym. Tutaj jest miejsce na prawdziwe Kombi. Takie jak na tym pudełku puzzli.

kombi3

W latach 80. zespół założony przez Sławomira Łosowskiego był, mówiąc delikatnie, mega gwiazdą. Te puzzle z połowy lat 80. są tego najlepszym przykładem. Widzieliście puzzle z George’em Michaelem, Madonną albo Ireną Santor? A Kombi swoje ma.

150 części układanki wyprodukowała Spółdzielnia Rzemieślnicza „Elektrospółdzielnia” z Gdyni. Ten sam zakład produkował na przykład figurki z „Gwiezdnych Wojen”.

kombi2    kombi1

Puzzle kosztowały 330zł. Opakowanie jest dość zużyte co świadczy o tym, że wielokrotnie były układane.
Jak się dobrze przyjrzeć członkowie Kombi byli wystrzałowo ubrani. Łosowski ma na koszulce napis „LA Factory”, a Tkaczyk „I’m a big boy”. Skawiński jest za to obwiązany kilkoma pasami i ma nieodzowne okulary.
Nie pozostaje nic innego jak ułożyć te piękne puzzle, a wtedy prezentują się tak:

kombi4

 

Otagowane , , , , ,

Ty naprawdę jesteś wariatem

Psychopatyczny biały glina Martin Riggs i jego partner, czarnoskóry, spokojny Roger Murtaugh, czyli Mel Gibson i Danny Glover ruszają do walki z przestępcami – to znaczy, że czas na kolejną opowieść o kinie jakie w latach 80. poznawaliśmy dzięki kasetom VHS.

lethal-weapon1

Komediowych historii z białymi i czarnoskórymi gliniarzami w kinie lat 80. nie brakowało. Zanim pojawiła się pierwsza część „Zabójczej broni” (1987), podziwialiśmy już „Gliniarza z Beverly Hills” i szalonych partnerów z „48 godzin”. O tym, jak dobrze poradziły sobie te historie w kinie, świadczy to, że każdy z tych filmów doczekał się kontynuacji.
Mocny początek „Zabójczej broni” wcale nie przygotowuje na pełen humoru kryminał. Oto naga blondynka bierze kolejną porcję narkotyków. Po czym skacze z kilkunastopiętrowca i ląduje na dachu samochodu. Kiedy do gry wkraczają Roger i Martin, zaczyna się jednak robić śmieszniej. Postać graną przez Gibsona dobrze opisuje zdanie z oficjalnego trailera: „He is a criminals worst nightmare, a cop who enjoys the danger!”. Jego partner określa go równie trafnymi słowami: „Ty nie udajesz wariata, żeby dostać rentę! Ty naprawdę jesteś wariatem!”.

lethal-weapon2

Policjanci, obaj są weteranami wojny w Wietnamie, zostają partnerami w jednostce w Los Angeles. Mają rozwiązać sprawę śmierci prostytutki Amandy Hunsaker (tej z pierwszej sceny). Amanda to córka potentata bankowego, przyjaciela Murtaugha z czasów wojny w Wietnamie. Szybko śledztwo zamienia się w walkę policjantów z międzynarodową mafią narkotykową. Na linii Riggs i Murtaugh ciągle dochodzi do spięć, bo pierwszy po śmierci żony ma niewiele do stracenia. Z kolei prowadzący ułożone życie rodzinne partner odlicza dni do emerytury.
W „Zabójczej broni” nie brakuje spektakularnych strzelanin, pościgów i wybuchów.

Największą zaletą filmu jest jednak para świetnie dogadujących się głównych aktorów. Gibson był już po rolach w serii „Mad Max” i „Buncie na Bounty”. Z kolei Glover zachwycił wcześniej w „Kolorze purpury”. Na uwagę zasługuje muzyka, za którą odpowiadają Eric Clapton i Michael Kamen. Przy okazji warto przyjrzeć się scenie, kiedy Murtaugh dzwoni do swojej żony, by powiedzieć o śmierci Amandy. Użyto w niej po raz pierwszy w kinie telefonu komórkowego. Obraz doczekał się aż trzech kontynuacji, ale trudno powiedzieć, by któraś z nich dorównała oryginałowi.

Mój tekst ukazał się w dodatku Kultura DGP z 30.04.14

A na deser piękna scena z filmu: http://www.youtube.com/watch?v=bvAvNfCbQJk

 

Otagowane , , , , ,