Monthly Archives: Wrzesień 2021

Klub albo Salon Gier

W 1991 roku doczekaliśmy się wreszcie w Słupsku nowego budynku dworcowego. Wcześniej męczyliśmy się w zastępczym baraku, który miał służyć kilka lat, a został na kilkanaście. Na początku nowej dekady to się zmieniło.
Chodziliśmy tam z przyjaciółmi bardzo często. Nie po to, żeby oglądać dworzec, podróżnych czy pociągi. Ale do salonu gier. Był trochę na uboczu. Po wejściu od razu czuć było zaduch i napięcie. W rogu w budce u pana z wąsem wymieniało się złotówki na żetony. Przy ścianach stały automaty. Do nich kolejka – patrzących zawsze było więcej niż grających. Oplute ekrany, spocone gałki i guziki od Mortal Kombat, Tekkena, Metal Slug. Niektórzy przychodzili z własną szmatką i płynem, żeby przetrzeć ekrany i przyciski.
Były automaty z pistoletami, kierownicami. Niektóre miały po bokach kolorowe grafiki z bohaterami gier – to były oryginały. Odgłosy wyścigów, wystrzałów, ciosów i cięć mieczem mieszały się z okrzykami i przekleństwami grających. W tle leciały przeboje Varius Manx i Jona Secady z Radia Vigor. Na ścianach plakaty z Ferrari, Porsche. Mówiliśmy, że chodzimy „na automaty”.
Niektórym grom nadawaliśmy własne uproszczone nazwy: karatecka, strzelanka, złodziej, bokser, wyścigówka.
To nie było bezpieczne miejsce. Nie pomagała nawet tabliczka: „Twoje zachowanie świadczy o twojej kulturze”. Pewnego dnia właściciel salonu złapał mojego kolegę za fraki i jego czołem rozbił szybę w drzwiach. Wkurzył się, że kolega za mocno nimi szarpie. Choć już wtedy niektórzy z nas mieli swoje atari albo commodore w domu, to wciąż chodziliśmy do salonów gier. Przegrywaliśmy tam całe kieszonkowe. Uciekaliśmy z lekcji. Kolega chodził też do „salonu” w baraku pod blokiem zamiast na trening pływania. Żeby rodzice się niczego nie domyślili, zabierał ze sobą już mokre kąpielówki i ręcznik. Niestety mama go przejrzała. Basenowe akcesoria nie pachniały chlorem, tylko papierosowym dymem, który spowijał salonowych graczy.
Jak wiele innych popkulturowych szaleństw, tak i gry video oraz salony gier dotarły do nas z Zachodu z opóźnieniem. Ale za to miały zdwojoną siłę rażenia.

Dlatego piszę o nich w swojej książce „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.” (wydawnictwo Muza).

Salony otwierano najczęściej tam, gdzie przewijało się sporo ludzi, a więc właśnie w budynkach dworcowych, na bazarach. Budy i wozy Drzymały zapraszały do gry w miejscowościach letniskowych. Przy wejściu miały namazany kolorowy napis w stylu „Salon Video” albo „Klub Gier”. Najczęściej grało się na żetony wymieniane na miejscu.

W sezonie letnim niektóre automaty były przewożone do salonów w miejscowościach nadmorskich, tam zarabiały więcej. Złoty okres salonów gier skończył się wraz ze wzrostem popularności konsol i spadkiem cen komputerów osobistych. Ich miejsca zastąpiły kafejki internetowe.

W swojej książce rozmawiam z właścicielami salonów gier, bywalcami. To właśnie w takich miejscach najczęściej padało zdanie „Daj młody, pokażę ci jak to przejść”. A Wy, pamiętacie swoje ulubione salony gier?

Otagowane , ,

Solidny skurkowaniec

Zodiak… no nie, to nie będzie o słynnym mordercy. Zodiak w tym przypadku to 11 kilogramów sprzętu radiowego.

Przytargałem go kilka dni temu do swojego magazynu. Nie sądziłem, że skurkowaniec aż tyle waży. Ale udało się! Nie tylko sporo waży, ale ma też chyba z pół metra szerokości. A co się mieści w takim dużym sprzęcie?

Ano stereofoniczny odbiornik radiowy z częstotliwościami UKF, Długie, Średnie, Krótkie I i Krótkie II. Ma moc wyjściową 2x15W, a produkowano go od roku 1980 w zakładach Diora, należących do zjednoczenia Unitra. Zodiak DSS 402 to następca modelu DSS 401. Ma min. większą moc. Obudowany jest płytą z okleiną drewnopodobną.

Jak widać sporo tu przycisków, pokręteł. Są gniazda antenowe i gramofonowe. No i jest klasyczne info, gdyby ktoś z zagranicy chciał się zaopatrzyć w takie ciężkie cholerstwo.

Takie radia były w PRL-u w wielu domach. Do lat 70. telewizja była w powijakach, jeden program. Tylko kilka audycji wartych uwagi. Bardzo popularne było radio, choć niektórzy narzekali. W latach 70. jeden ze słuchaczy mówił:

„Najbardziej gniewa mnie Popołudnie z młodością, Klub grającego krążka, studio Rytm, Radio Kurier – najgłupsza chyba audycja świata. Dla kogo? Po co? Radio musi zmieniać częściej swoje cykle, musi się liczyć ze słuchaczami”.


Były jednak audycje, które niezmiennie przez lata przyciągały przed szarotki, tatry, pioniery i inne odbiorniki tysiące fanów. Wśród nich słuchowiska. Matysiakowie swoją premierę mieli 15 grudnia 1956 roku o godz. 20.35 na antenie Programu Drugiego Polskiego Radia. Wciąż są nadawani, co czyni to słuchowisko drugą po Kronice sportowej najdłużej emitowaną audycją w Polskim Radiu. „U Matysiaków”, w barze mlecznym przy Świętokrzyskiej w Warszawie, można też było zjeść fasolkę po bretońsku, pierogi, rosół albo leniwe.

Popularność rodziny z warszawskiego Powiśla była tak duża, że dla uczczenia 10-lecia jej obecności na antenie zbudowano i nazwano imieniem Matysiaków Dom Pomocy Społecznej na warszawskiej Saskiej Kępie.

Od 1960 roku tysiące miłośników miał też teatr radiowy „W Jezioranach”, który był wiejskim odpowiednikiem miejskich Matysiaków. We wsiach i miasteczkach powstawały kluby przyjaciół słuchowiska. Niedzielna msza, rosół i „W Jezioranach” – to był cotygodniowy rytuał w wielu domach. W latach 60. znacznie więcej było w domach odbiorników radiowych niż telewizyjnych. W kolejnych dekadach to się już jednak zmieniało drastycznie, na niekorzyść radia oczywiście.

Otagowane , , ,