Monthly Archives: Maj 2020

Nie tylko o relaksie

Jeśli macie chwilkę wolnego czasu to polecam dwie rozmowy o książce „Czas wolny w PRL”, ale też o naszej kolekcji. Jest o działkach, kaowcach, podwórkach…

W radiowej Czwórce TUTAJ

A TUTAJ w Radio Zet, również o grach podwórkowych oraz złotej zasadzie PRL-u, czyli „zrób to sam”.

Otagowane , , ,

Czas wolny w PRL cz.5: zapiekankę proszę

– Oczywiście nie mogłam powiedzieć mamie, że wyjeżdżam z chłopakami, bo w życiu by mi nie pozwoliła. Oficjalnie jechałam z koleżankami. Pod namioty jechaliśmy kolejką. Cały sprzęt wieźliśmy ze sobą. Namioty brezentowe, strasznie ciężkie. Śpiworów wtedy nie było, pod podłogą namiotu układaliśmy siano, żeby było miękko. Do tego zabieraliśmy garnki, no i trochę jedzenia. Przede wszystkim zupy w proszku Winiary, ktoś zabrał jakieś ciasto z domu. Resztę zdobywaliśmy na miejscu – tak swoją opowieść o biwakowaniu pod namiotem w latach 60. i 70. zaczyna Krystyna, jedna z bohaterek mojej książki „Czas wolny w PRL”.

Przyjeżdżając na miejsce trzeba było też pamiętać, żeby zgłosić swój pobyt u miejscowego sołtysa. Samemu montowało się z desek stół i ławy do siedzenia. Kilka metrów od namiotu kopało się dół na śmieci i kawałek dalej biwakową toaletę.

Menu było raczej ubogie. Ziemniaki z pola gospodarza, jakaś cebula.

„Poradnik pani domu”, wydany w 1984 roku, proponował taki całodzienny jadłospis biwakowy: Śniadanie: Kawa zbożowa, płatki owsiane na mleku.
II śniadanie: Kefir, kanapka z pastą z wędzonej ryby.
Obiad: Zupa owocowa, makaron z serem, surówka z rzodkiewek i szczypiorku.
Podwieczorek: Mleko zsiadłe. Kolacja: Leniwe pierogi, herbata.

Miejsc biwakowych było bardzo mało. W 1976 roku informator PTTK podawał, że w Polskiej Federacji Campingów było zarejestrowanych tylko 217 campingów, w tym zaledwie 62 campingi I klasy. Do tego jeszcze 400 pól biwakowych. Co prawda w okresie 1950–1980 baza noclegowa w turystyce powiększyła się z kilkudziesięciu tysięcy miejsc do kilkuset tysięcy, ale i tak nie zaspokajała potrzeb. W 1980 roku campingi i pola biwakowe dysponowały łącznie nieco ponad 100 tysiącami miejsc noclegowych.

Brakowało wszystkiego, chociażby namiotów. Ale autorzy przewodnika PTTK „Camping dla wszystkich” z 1976 roku mieli na to radę: Wystarczyło dobrać się w kilkuosobowe grupy, uzgodnić harmonogram urlopów i kupić wszystko na spółkę, tak by koszty były sprawiedliwie rozłożone. W wypadku trzech wspólników jeden kupuje 4-osobowy namiot, drugi łóżka turystyczne, materace i wyposażenie kuchni, trzeci śpiwory, stół i krzesła.

Namioty miały najczęściej nazwy związane z wypoczynkiem, podróżami, przyrodą: Albatros, Jantar, Jastarnia, Bałtyk, Orchidea, Pilica, Wawel, Bielik, Relaks, Sopot, Rubin, Kraków, Narew. Podróżnicy i wędrowcy wybierali małe namioty, na przykład Mikrusa, który ważył około 3 kilogramów. Rodzinne wyjazdy wiązały się z dużo większym ciężarem. Namiot Albatros przeznaczony dla czterech osób ważył aż 23 kilogramy. Był za to wysoki na niemal dwa metry, więc można było w nim normalnie chodzić. Dobrze było mieć namiot z tropikiem. Po pierwsze lepiej wytrzymywał opady deszczu, a poza tym pomiędzy tropikiem a właściwym namiotem pozostawało wolne, osłonięte miejsce, w którym można było na przykład trzymać buty.

Osobną opowieść stanowią przyczepy campingowe. Piszą książkę spotkałem wiele fantastycznych osób, m.in. tych, którzy z przyczepami jeździli już w latach 70., i to nie tylko popularnymi „zapiekankami”, czyli Niewiadówkami N126. Camper Papa, czyli Tadeusz Sakowski to jeden z nich. Ale zdobyłem również kronikę fabryki Niewiadów (od właściciela Manufaktury Niewiadówek) i w książce opisuję wiele ciekawostek tam wyłapanych.

Kreatywność amatorów caravaningu była nieskończona. Campodent, czyli zbudowany na podwoziu mercedesa jeżdżący gabinet dentystyczny, to dzieło stomatologa Antoniego Klebieko, który leczył ludzi w miasteczkach i wsiach. Z kolei Franciszek Kopczyński z Raszyna pod Warszawą zbudował małą przyczepę ze sklejki z okienkiem w kształcie serduszka. Ważyła ledwie 200 kilogramów. Choć pan Franciszek z żoną byli „rubensowskich kształtów” (jak napisano w relacji prasowej wklejonej do kroniki), to podobno czuli się w niej znakomicie. O wygodzie swojej przyczepy zapewniał również Roman Miłoszewski. Zbudował coś, co przypominało minischronisko. Nie mniej efektowna była przyczepa, którą zbudował na wzór wagonu Orient Expressu.

Turystyka campingowa bardzo rozwinęła się w latach 70. Podróżowano własnym samochodem i z własną przyczepą. W 1978 roku taką formę relaksu wybrało 3 procent spośród wypoczywających co najmniej siedem dni poza miejscem zamieszkania. Łączna liczba turystów indywidualnych w połowie lat 70. wynosiła około 5 milionów rocznie, to więcej niż ogółem skorzystało z wczasów zakładowych i organizowanych przez Fundusz Wczasów Pracowniczych.

Popyt na przyczepy z Niewiadowa znacznie przewyższał podaż (zwłaszcza że część produkcji szła na eksport). Produkcja roczna liczyła około 2,5 tysiąca sztuk, a na przykład tylko w ciągu dwóch dni 1980 roku do dystrybutora przyczep w Warszawie wpłynęło ponad 30 tysięcy zgłoszeń na kupno. Z powodu tak dużego zainteresowania ich ceny na giełdach były nawet trzykrotnie wyższe niż fabryczne.

Ale inne zakłady też produkowały przyczepy. Piszę o tym w książce.

Caravaningowcy spotykali się na zlotach. Pierwszy zjazd Polskiej Federacji Campingu odbył się nad Zalewem Zegrzyńskim w czerwcu 1969 roku, cztery lata po powołaniu PFC do życia. Przybyli na niego majsterkowicze, którzy sami budowali domki na kółkach. W drugim zjeździe, dwa lata później w Aninie, uczestniczyli już przedstawiciele Zakładów Sprzętu Precyzyjnego Predom-Prespol z Niewiadowa i zaprezentowali model przyczepy N126.

W 1973 roku nowo powołany Klub Caravaningu przy Automobilklubie Warszawskim, zorganizował pierwszy Zlot Polskich Caravaningowców. Odbył się na campingu „Balaton” na warszawskich Młocinach. Z przyczepami przybyło 10 załóg, w tym dwie spoza Warszawy. Głównym punktem programu był konkurs techniczny na wykonanie bądź usprawnienie przyczepy. Laureatem pierwszej nagrody ufundowanej przez Predom-Prespol został Zbigniew Węglarz. Inżynier z Piły dostał nagrodę za przyczepę teleskopową własnej produkcji. Była rozkładana i wyglądała trochę jak obudowana kuchnia polowa, ale przyczepiona do warszawy kombi prezentowała się dumnie.

Ogółem w latach 1973–1978 zorganizowano w Polsce osiem ogólnopolskich i międzynarodowych zlotów caravaningowych, w których wzięło udział 410 pojazdów caravaningowych i ponad 1500 uczestników. Kolejne dwa ważne zloty odbyły się w latach 80.

Spotkania towarzyskie (cisza nocna o godz. 23.00), konkursy, gry, giełda sprzętu turystycznego, biesiada – to tylko niektóre punkty programu weekendowego jubileuszowego zlotu Caravaning Rally’83. Z tej okazji wydano nawet okolicznościową kartę pocztową. W majowym zlocie w Ośrodku Wypoczynkowym w Rudce koło Wiązowny wzięło udział ponad 200 osób. Zaporożce z przyczepami parkowały obok dużych fiatów, zastawy obok starych mercedesów. Grała muzyka z popularnych kasprzaków ustawionych na stolikach turystycznych, wodę brało się z beczkowozu.

Dziś obraz caravaningu jest nieco inny, choć ta forma wypoczynku przeżywa renesans.

A Wy, jeździliście na wczasy pod namiot czy z przyczepą campingową?

Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

Kolejna opowieść o czasie wolnym w PRL na blogu za tydzień. Czekam również na Wasze opowieści.

Otagowane , , , , , ,

Czas wolny w PRL cz.4: Tour de Pologne 1957

Dzieje włóczykijów (10.09.1957–…) na bezdrzewnym papierze (made in Poland) spisane. Pobudką naszego dzieła nie jest ślepa żądza sławy, a jeno to, iż by od mroków zapomnienia uratować dzieło pamiętne i ważne i powszechnej wiadomości godne. Z tą też myślą dzieło to rozpoczynamy – tak zaczyna się kilkudziesięciostronicowy zapis podróży dwójki przyjaciół, Bogusława Laitla i Tadeusza Sowy. Wyruszyli w Polskę autostopem, na rok przed tym, kiedy czasopismo „Dookoła świata” ogłosiło Ogólnopolski Konkurs Turystyczny dla autostopowiczów.

Kolejną opowieść o czasie wolnym w PRL, związaną z moją książką „Czas wolny w PRL” (premiera 27 maja) poświęcę autostopowi. To ważna część książki. Udało mi się dotrzeć do Pana Bogusława Laitla i poznać jego opowieść, obejrzeć słynny „Dziennik podróży włóczykijów”.

Laitl z przyjacielem sami uszyli drelichowe spodnie. Sensację wśród tych, których spotkali na drodze, budziły wszyte w nie zamki, zamiast guzików. Dzięki temu wyglądały na amerykańskie. Do tego w rękawy kurtek wszyli sobie kolorowe wstążki oraz naszywki. Całości dopełniały bikiniarskie fryzury. Mieli ze sobą flagę na kijku, przypominającą proporczyk. Służyła im do zatrzymywania pojazdów. Na proporczyku wyszyli napisy: „Tour de Pologne A.D. 1957, Cracovia, auto-stop” oraz „Ten kierowca fajny chłop, co popiera auto-stop. Włóczykije”. W plecakach mieli zdobyty z wypożyczalni PTTK w Krakowie sprzęt na wyjazd: 1 kocher, 2 menażki, 14 śledzi do namiotów. Po podróży wszystko grzecznie zwrócili.

Sprytnie też załatwili sobie wpis na komendzie milicji w Krakowie, żeby nikt nie przyczepił się, kiedy już będą w drodze: „Komenda Milicji Obywatelskiej w Krakowie stwierdza, że student AGH ob. Sowa Tadeusz i ob. Laitl Bogusław, również student AGH w Krakowie, zgłosili swą podróż dookoła Polski samochodami – autostopem. Kraków dn. 11.IX.1957”.

Pomiędzy odwiedzinami w zakładach pracy włóczykije spali w miejscach, którym daleko do hoteli, moteli, akademików. Sprawdzili bowiem uroki noclegów na plebanii (w zamian służyli do mszy), w komendzie MO i w izbie wytrzeźwień w Poznaniu. Kierownik placówki, w której przesadnie imprezujący delikwenci dochodzili do siebie, bardzo dziękował podróżnikom za wizytę i zapewnił, że nie byli tam gośćmi w charakterze pacjentów. Nocowanie w tak nietypowych miejscach wynikało z bardzo ubogiej w owym czasie bazy noclegowej. Poza tym włóczykije szukali darmowych noclegów. Zdarzały im się jednak również chwile szaleństwa. Spali na przykład w apartamencie w sopockim Grand Hotelu i to z widokiem na molo. Umożliwił im to były kapitan statku „Batory”. Spotkali go na przyjęciu zorganizowanym po występie Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”.

W ich dzienniku, obok spisu marek samochodów, które ich zabierały, naklejek hoteli, w których spali, i opakowań słodyczy, które zjedli (na przykład toruńskie „Serca w czekoladzie” marki Kopernik i wafle nadziewane „Teatralne”), znalazły się teksty piosenek i wpisy napotkanych obywateli. Zbierali je od członków radzieckiego cyrku, pracowników barów mlecznych, w których jedli, w zakładach pracy oraz komendach MO, które odwiedzili. Czasami były to zwyczajne pozdrowienia i życzenia udanej podróży, a czasami takie perełki, jak wpis od pracowników Fabryki Pierników i Wyrobów Cukierniczych Kopernik: Krakowska dziewuszka, gdańska wódeczka, warszawski trzewiczek, toruński pierniczek i co krok litościwe auto-stop. To najlepsze rzeczy w świecie, również dla włóczykijów.

Po drodze autostopowicze odwiedzili też redakcję „Dookoła świata” i właśnie to czasopismo rok później zorganizowało specjalną akcję autostopową.

Ogłoszono ją w numerze z 20 kwietnia 1958 roku.

Uwaga łowcy przygód! Uwaga amatorzy wędrówek w nieznane! Uwaga wszyscy turyści i kandydaci na turystów – niezależnie od płci, stanu cywilnego i majątkowego, profesji i wykształcenia! Uwaga kierowcy!8 – zwracano się do czytelników zainteresowanych podróżami bez biletu. Po długich, lecz uwieńczonych pomyślnym wynikiem staraniach redakcji w odpowiednich resortach i – nieco krótszym, lecz bardziej energicznym – kołataniu do czułych na sprawy turystyki serc kompetentnych czynników, już wkrótce, tylko wiatr deszcze wiosenne rozwieje, a ziemię słońce osuszy i w ramach odgórnych planów nastąpi ciepłe lato, rozpocznie się wielki, ogólnopolski Auto-stop Dookoła świata. A wtedy… wszystkie pojazdy mechaniczne od starych Fordów do supernowoczesnych Cadillac’ów – jeśli tylko posiadać będą wolne miejsca, przewozić będą turystów… Nie będzie mandatów, nie trzeba strojów, biletów, waliz, nie trzeba nawet dewiz! Wystarczy chęć dobra i Książeczka uczestnictwa Auto-stop.

Książeczka stała się synonimem autostopu w Polsce na trzy kolejne dekady. Pierwsze na okładce miały grafikę przypominającą milicyjny lizak. Potem były też egzemplarze z grafikami samochodów, postaci, z krajobrazem. Dokument był imienny, a jego właściciel ubezpieczony od następstw nieszczęśliwych wypadków. W środku zamieszczano garść bardziej i mniej przydatnych informacji: porady dla autostopowiczów, kupony dla kierowców, ale też omówienia kolejnych zjazdów PZPR, elaboraty na temat rozkwitu rolnictwa albo wspaniałego budownictwa PRL. Do tego trzy „nieobowiązkowe zadania dla turystów” związane z wykonywaniem zdjęć turystycznych, opisywaniem obrzędów i legend ludowych.

Ogólnopolski Konkurs Turystyczny rozpoczął się 29 czerwca 1958 roku o wschodzie słońca. Organizatorem był tygodnik „Dookoła Świata”, przy współpracy Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego, redakcji bardzo popularnej audycji radiowej Muzyka i aktualności oraz tygodnika „Motor”. Wszystko odbywało się za zgodą Ministerstwa Komunikacji i Komendy Głównej MO.

W pierwszym roku akcji autostopowej liczba uczestników sięgnęła 30 tysięcy. Apogeum przypadło dwa lata później, kiedy to autostopowiczów było już 85 tysięcy.

Autostop miał swoją gwarę. Oto kilka słów przykładów z ówczesnego autostopowego słowniczka: Stopować – jeździć stopem
Stopiczka – autostopowiczka
Płacić – oddawać kupony kierowcy po skończonej jeździe
Kabriolet – odkryty samochód ciężarowy
Szafa – chłodnia, wóz meblowy
Cham – samochód ciężarowy przystosowany do przewozu koni albo bydła
Mankowicz – pogardliwa nazwa eleganckiego samochodu osobowego
Pekaes – samochód ciężarowy PKS
Wojsko – samochód wojskowy
Wojsko i pekaes cieszyły się wśród autostopowiczów największą popularnością. Ich kierowcy byli wyjątkowo przychylnie ustosunkowani do autostop.

Podróżowanie autostopem szybko pojawiło się w ówczesnej popkulturze. W komiksach, książkach, serialach, piosenkach.

– Podrzuci mnie pan do Krakowa? Muszę sprowadzić mechanika.
Tymi słowami mężczyzna w czapce zatrzymuje ciężarówkę na trasie. To poszukiwany przez milicję członek szajki, która odpowiada za kradzież w muzeum w Tarłowie. Ściga ich najlepszy milicjant PRL-u. Tak w skrócie wygląda fabuła trzeciej części przygód kapitana Żbika. Komiks „Ryzyko” – z rysunkami Zbigniewa Sobali i scenariuszem Władysława Krupki, etatowego twórcy przygód kapitana MO – po raz pierwszy ukazał się w 1968 roku.

Kilka lat później w Żbiku ponownie pojawia się autostopowy motyw. W „Złotym Mauritiusie” z 1971 roku (rys. Bogusław Polch, scen. Władysław Krupka) milicyjny as ściga sprawców napadu na konwój transportujący znaczek na wystawę filatelistyczną. „Szef grupy bandyckiej”, ksywa Czarny, najpierw ucieka pociągiem, a później – po brawurowym skoku z wagonu podczas jazdy – łapie okazję na pobliskiej szosie.

O autostopie śpiewała Karin Stanek. Za „Jedziemy autostopem” dostała nagrodę specjalną na II Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu w 1964 roku.

Serial „Podróż za jeden uśmiech”, film „Nóż w wodzie” Polańskiego, serial „Zmiennicy” – to przykłady filmowe, w których pokazany został fenomen autostopu.

Do 1988 roku z tej formy turystyki skorzystało w Polsce niemal 900 tysięcy osób, w tym ponad 12 tysięcy cudzoziemców z 31 krajów. Niemal 100 tysięcy kierowców przewiozło autostopowiczów na trasie o łącznej długości 212 milionów 909 tysięcy kilometrów.

Więcej o autostopie przeczytacie w książce „Czas wolny w PRL”.

Przedsprzedaż książki TUTAJ

A za tydzień kolejna opowieść związana z tym tematem…

Otagowane , , , ,

Co wam podać?

Ten domek zacząłem montować wcześniej. Ale teraz nabrał pełnego blasku. Jest relaks, są zwierzęta, jest Polonez.

Z góry być może wygląda to mało efektownie, ale przyjrzyjmy się, co tam się właściwie dzieje.

To taka zagroda trochę w starym stylu, zresztą akcja ma dziać się – powiedzmy – w latach 80. Jej właściciel ma swój traktor, kilka zwierząt, a obok stoi przyczepa kempingowa.

To królestwo dziadka Tadeusza (w białym kapeluszu). Ma swoją ulubioną ławeczkę, na której siadają jego żona, syn, sąsiedzi, kumple. Babcia Jaśka posadziła przy drzwiach kilka kwiatków, żeby było przyjemniej. Panowie są ze starej szkoły, zasadniczo więc czekają na to, co zostanie im podane…

Dlatego Halina wychodzi co jakiś czas przed domek i dopytuje panów, co ma wreszcie przynieść..

Ale oczywiście czasami sytuacja się odwraca i na ławeczce odpoczywa Jaśka.

A tymczasem są pewne sprawy, które trzeba załatwić w małym budyneczku z sercem w drzwiach…

W tym zestawie dobrze widać Poloneza, tzw. kioskowca, czyli autka, które w PRL-u można było kupić w kioskach Ruch-u. Pisałem o nich TUTAJ. Widać również genialny traktor enerdowskiej firmy Espewe – o nim było TUTAJ.

Żeby było jasne, otoczenie przyczepy, kwietnik, ławeczkę, daszek itp. wykonałem sam 🙂 No i to jeszcze nie skończona historia…

Pytanie też czy zauważyliście świnkę, Kubusia, który wesoło wygląda ze stodoły?

Otagowane , , , , , , , , , ,

Czas wolny w PRL cz.3: Czym dawniej było mięso, dziś są warzywa

W 1978 roku kolejka zainteresowanych własnym skrawkiem ziemi z jabłonką, porzeczkami i fasolką liczyła 70 tysięcy osób. Liczba szczęśliwych posiadaczy wynosiła z kolei wówczas ponad pół miliona. W latach 80. starało się o nią już 700 tysięcy osób – czterokrotnie więcej niż o fiata 126p.  Obywatele byli tak zdesperowani, że gdy im jej nie przyznano, tworzyli dzikie ogrody.

Chodzi oczywiście o ogródki działkowe. Nieodłączny element związany z relaksem, wypoczynkiem, czasem wolnym w PRL. Dlatego też poświęciłem im cały rozdział w mojej książce „Czas wolny w PRL”, która ukaże się 27 maja. Oto kilka smaczków związanych z działkami.

Kiedy po raz pierwszy zjadłem papierówkę z drzewa na działce babci na gdańskiej Olszynce, była połowa lat 80. Stała już altanka. Wykończona przez wujków materiałami, które udało się zdobyć w zakładach pracy. Na przykład okładzina używana do oklejania mebli została wykorzystana jako tapeta. Taras powstał dzięki różnym półfabrykatom, m.in. wyniesionym z wojska. Wujek postawił też małą szklarnię na pomidory. Po bokach miała stare okna pozostałe z rozbiórki jakiegoś domu. W ogródku była wanna na wodę, po jakimś czasie stanął grill zrobiony z drucianego dna kosza na baniak winny. „Zrób to sam” było naczelną zasadą funkcjonowania działki. Użytkownicy działek sami budowali altanki i różne udogodnienia na działkach. Pomagały w tym porady w popularnych książkach oraz czasopiśmie „Działkowiec”.

O zaletach działkowego życia śpiewano piosenki. W 1967 roku na V Krajowym Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu Andrzej Tomecki wykonał utwór „A ja sobie pomalutku”: A ja sobie – pomalutku A ja sobie w swym ogródku Sieję rzepkę, kalarepkę oraz groszek A ja zawsze pełen werwy Zdrowy wygląd – silne nerwy, Wieczna młodość, Proszę spojrzeć jak się noszę… Bo ja sieję ogóreczki, Pomidorki, brukseleczki. To mój żywioł, to jest moje hobby.
Rok później w opolskim amfiteatrze piosenkę o działkach śpiewała także Barbara Krafftówna, choć w jej „Dramacie w ogródkach działkowych” dochodzi tam do zbrodni: Na alejce posypanej świeżym piaskiem Przy rabatce obsadzonej pelargonią Ktoś udusił panią sznurkiem albo paskiem Kto? Nie wiemy. Przypuszczalnie, chyba on – ją.
A poza tym… A poza tym nic na działkach się nie dzieje, a ogródkowe życie płynie jednostajnym rytmem: […] Co niedziela działkowiczów barwny tłum Pośród kwiatów głośno dziecię się zaśmieje Bo wesoło, bo beztrosko jemu tu.

Zalety i potrzeby działki doceniało państwo. W trakcie swojego przemówienia podczas konferencji Ministerstwa Aprowizacji i Handlu w kwietniu 1946 roku minister Alfred Jaroszewicz zaznaczył: ogródki działkowe stały się koniecznością, społeczeństwo z konieczności musi się przestawić pod względem wyżywienia. Czym dawniej było mięso, dziś są warzywa.

Na działkach Polacy byli nie tylko ogrodnikami i rolnikami, ale także architektami i budowniczymi. Ogrody działkowe – niezależnie, czy miały romantyczne nazwy w stylu „Stokrotka” i „Leśna Polana”, czy mniej poetyckie jak „Mechanizacja” lub „Wodociągowiec” – pozwalały odpocząć od trudów codzienności. Stanowiły namiastkę spokojnego azylu, samodzielności i własnej przestrzeni, co było niezwykle istotne, zważywszy na ciasnotę lokalową w PRL-u. Choć posiadanie działki wiązało się z przestrzeganiem regulaminów, to jednak pozwalało na swobodne wyrażanie własnej ekspresji, przede wszystkim estetycznej, na skrawku ziemi. Działki dawały posmak wiejskiego życia, ale też pozwalały kultywować małomiasteczkowe i wielkomiejskie zwyczaje, np. wspólne spędzanie wolnego czasu. Były wytchnieniem od blokowisk z wielkiej płyty i zaniedbanych, zawilgoconych kamienic.

Historia ogródków działkowych w Polsce zaczęła się od naturyzmu. Konkretnie od Towarzystwa Naturalnego Sposobu Życia i jego kluczowej postaci, dr. Jana Jalkowskiego. Miejscem akcji był Grudziądz. W II połowie XIX wieku miasto dynamicznie się rozwijało. Otwarto browar, uruchomiono tramwajową linię konną, a latarnie gazowe oświetlały brukowane ulice. W 1897 roku Towarzystwo dostało od miasta nieużytki obok dworca kolejowego i urządziło tam ogród, w którym można było korzystać z tzw. kąpieli słonecznych.

Tam członkowie na wpół obnażeni uprawiali gimnastykę, treningi, leżakowanie lub też brali kąpiele w specjalnie do tego celu przygotowanych wannach napełnionych mułem torfowym nagrzanym promieniami słońca – napisano w kronice ogrodu pod nazwą „Kąpiele słoneczne”. Stały się one protoplastą znanych do dziś ogródków działkowych, choć pod koniec XIX wieku teren przypominał bardziej park, nie było jeszcze wydzielonych działek z altanami. Na pół rozebrani amatorzy gimnastyki, zażywający słońca w parkach, musieli zmagać się z drwinami, a ich postawę niektórzy uważali wręcz za niemoralną. Nie przeszkodziło to jednak rozprzestrzenieniu się idei relaksacyjnych ogródków na inne rejony polskich ziem pod zaborami. Na początku XX wieku ogródki założono na warszawskim Mokotowie, w Poznaniu i Katowicach.

Przykładowa działka PRL-u opisana przez „Działkowca” pokazuje bogactwo upraw. Znalazły się na niej: 4 pienne drzewa owocowe, żywopłot, trawnik, pergola z dzikiego wina lub róż, 8 jabłoni, 2 grusze, 2 wiśnie, 2 brzoskwinie, 2 morele, 9 krzewów owocowych, do tego ogórki, ziemniaki, pomidory, cebula, kapusta, fasola, groch. W połowie lat 70. „Przekrój” podkreślał, że działki dostarczają około 11 procent krajowej produkcji owoców i 6,15 procent warzyw.

Oprócz upraw, także hodowla – z działkowego chowu pochodziło wówczas aż 8,6 procent dostępnych na rynku królików. W latach 1985–1988 przeciętnie z działki rocznie otrzymywano około 460 kg warzyw. Działkowcy uprawiali miliony drzew i krzewów owocowych. Dostarczali tony mięsa króliczego i kurzego, do tego miód, jaja. Pewien użytkownik działki, mgr Tadeusz Tajchman, chwalił się w czasopiśmie „Uroda”, że jego ogródek zaopatruje aż trzy rodziny. Wszyscy chętnie wsuwali jego winogrona, których zebrał aż 100 kg.

A kiedy już obrobiło się swój kawałek ziemi, można było zaprosić znajomych. Podczas działkowych wizyt obowiązywał specjalny savoir-vivre, a przynajmniej – według czasopism i książek z tamtego czasu – powinien obowiązywać. Oto, co zalecano w jednej z ówczesnych porad. Powinniśmy uprzedzić naszą wizytę na działce. Jeżeli wpadamy przypadkiem, to na chwilę. Podczas odwiedzin nie wolno się szarogęsić, bo to przedłużenie domu właściciela. Można rozłożyć leżak tam, gdzie wskaże gospodarz i grać w brydża albo szachy. Warto też pomóc przy pracach działkowych. Dobrze wychowani goście przynoszą placek drożdżowy. Dopuszczalne było podawanie przekąsek na „zastawie” z plastiku, ale pod warunkiem że wszystko było dobrane kolorystycznie – czarne z żółtym, czerwone z białym. Na wizytę nie należało zabierać psa. Dziecka też raczej nie, bo przecież nie wytrzyma za długo na kolanach u dziadków.

Co podać gościom? Wskazany był placek drożdżowy, ale też, na przykład, zsiadłe mleko, zupa z truskawek, sałatka z pomidorów. Dobrze było nie palić, no i nie pić alkoholu, jeśli już, to jakiś słaby koktajl. Przy pożegnaniu warto pomóc posprzątać leżaki, krzesła. Zalecana była powściągliwość w zachwytach nad urodą plonów. No i nie narzucajmy się, bo nas więcej nie zaproszą.

Ale działki to nie tylko relaks. Dochodziło też tam do przestępstw! Zobaczcie takie ogłoszenie z „Działkowca”:

A wy, jak wspominacie wizyty u dziadków na działkach?

Więcej o ogródkach działkowych przeczytacie w „Czas wolny w PRL”.

Przedsprzedaż książki TUTAJ

A za tydzień kolejna opowieść związana z tym tematem…

Otagowane , , , , ,

W dniu imienin

Kiedyś to nie tylko wysyłało się kartki z życzeniami. Kiedyś to nawet kartki można było położyć na gramofonie i poczekać, aż taka zagra melodię. Taka kartka pocztowa, a tak naprawdę pocztówka dźwiękowa to było coś! Na przykład takie cudo.

Zalew Koronowski (przy rzece Brda). Wakacyjny klimat, żaglówki, łowienie ryb. Piękna pogoda. Idealny relaks. A z tyłu?

Z tyłu informacja, że kiedy zagramy pocztówkę to usłyszymy „Ostatni walc”. Wystarczył gramofon i prędkość 45 obr. Pocztówkę wyprodukowała w latach 60. pracownia pocztówek dźwiękowych w Sulejówku koło Warszawy. Podobnie jak ten okaz.

To jezioro Białe w bliskim mi Chmielnie na Kaszubach. Bliskim, bo jeździłem tam w latach 80. i 90. na wczasy, niemal co roku. Pocztówka taka trochę trójwymiarowa. A jaki ma utwór?

Ano „Spójrz, wszystko jest tak samo” z połowy lat 60. w wykonaniu Wojciecha Gąssowskiego. To kartka z dedykacją: „W dniu imienin, kochanej Urszulce”. Na kolejnej kartce treść zanikła.

Na tej kartce z ilustracją do „Baśni z tysiąca i jednej nocy” znalazł się utwór „40 Kasztanów” Violetty Villas. To również połowa lat 60.

I jeszcze niespodzianka z zagranicy. Oto dwa okazy z Węgier.

To wydawnictwa labelu Colorvox z Budapesztu. Piękne ludowe stroje, a do tego wyjątkowe utwory. Wśród autorów Bela Bartok, a wykonawców Laszlo Szalay.

Przyznacie, że graficznie, ale też jeśli chodzi o czcionkę, to wygląda to naprawdę dobrze. A jak brzmi? To już sami musicie sprawdzić…

Otagowane , , , , , , , , , , ,

Panie kierowniku, wszystko się da!

To zawsze była zgrana ekipa. Mietek, Zdzichu i kierownik Stanisław. Dlatego spodziewali się szybko usunąć awarię. Z pomocą przyjechał jeszcze Tadek, bo trzeba było zastawić drogę wyjazdową z miasteczka.

Naprawa kanalizacji zajęła jednak trochę więcej czasu niż się spodziewali, ale udało się! A mi udało się uwiecznić pracę pana Mietka i jego kumpli na zdjęciach. No i na makiecie. Tak, tak, wróciłem do budowy makiety H0, o której możecie przeczytać w osobnej zakładce na blogu.

Makieta składa się w zdecydowanej większości z elementów sprzed lat. Z produktów, które kiedyś można było kupić w Składniach Harcerskich, kioskach ruchu. Są na przykład samochodziki niemieckiego producenta Permot (pisałem o nich TUTAJ), albo nasze rodzime kioskowce (TUTAJ).

   

Ale wracając do makiety. Staram się jak najwięcej zrobić na niej sam. I tu widać początek tej scenki. Zrobiłem studzienkę, znaki ostrzegawcze na drogę, pomalowałem ludziki.

I wyszło tak:

Ale to nie koniec działań na makiecie, wkrótce pokażę więcej…

Otagowane , , , , ,

Czas wolny w PRL cz.2: na trzepaku, przed tv, wideo i Atari

Czas wolny w PRL… spędzało się chyba przede wszystkim na podwórku. Przynajmniej jeśli chodzi o młodych ludzi. Trzepak, boisko, ślizgawka, huśtawka z opon samochodowych, piaskownica, klatka schodowa. To był nasz cały arsenał. Oczywiście oprócz tego, co nam przyszło do głowy. A przychodziły rzeczy dziwne.

To na trzepaku wolny czas spędzała Jagoda, córka inżyniera Karwowskiego z „Czterdziestolatka” i bohaterowie młodzieżowych seriali sprzed lat, m.in. „Dziewczyna i chłopak” oraz „Tajemnica starego ogrodu”. Dziś większość trzepaków rdzewieje na pustych podwórkach. Do lamusa odeszło również wiele zabaw, które wtedy rządziły na podwórkach, pikuty, gra w kapsle, strzelanie z procy, ze spluwki.
Oczywiście haratało się też w gałę. Chyba nie było podwórka (albo ulicy), na którym nie grano w piłkę nożną.

Najlepsze drużyny podwórkowe, szkolne brały udział w turniejach „Świata Młodych” albo o Złotą Piłkę. Od połowy lat 60. rozgrywano go na błoniach Stadionu Dziesięciolecia. Brało w nim udział nawet ponad 100 podwórkowych drużyn. Jego pomysłodawcą był sportowiec i działacz Aleksander Zaranek. Rozgrywki piłkarskie – nielegalne – organizował już podczas II wojny światowej. Był też inicjatorem pierwszego powojennego meczu w Warszawie. 25 marca 1945 roku na boisku w Parku Skaryszewskim Polonia zremisowała z Okęciem 3:3.

Do rozgrywek o Złotą Piłkę przystąpili też Perełka, Mandżaro i inni kumple Paragona z książki i serialu „Do przerwy 0:1”. Adam Bahdaj w swojej książce wydanej w 1957 roku i Stanisław Jędryka (był fanem piłki, sam grał w drugoligowej drużynie Stal Sosnowiec) w serialu oraz jego kinowej wersji z końca lat 60. opowiadają o grupie chłopców z warszawskiego podwórka, która bierze udział właśnie w takim turnieju. Do tego mógł przydać się taki podręcznik, o którym pisałem już TUTAJ.

Ale wcale niepotrzebna była piłka, tak naprawdę wystarczył zdezelowany samochód, jakieś patyki. No i oczywiście rower.

Ale czas wolny w PRL to nie tylko podwórko. Jak wychodziło się poza dom, to na przykład do kina. Pamiętam jak moi rodzice chodzili na słynne Konfrontacje Filmowe, czyli przeglądy najciekawszych europejskich filmów. Przy okazji dorzucano też radzieckie produkcje. Wiele kin, a dokładnie ich wystrój i jakość były, mówiąc delikatnie z innej epoki.

O Konfrontacjach pisałem TUTAJ.

 

Zdezelowane krzesła, niedziałające ogrzewanie lub wentylacja, do tego słaba jakość kopii i nagłośnienia. Zdarzało się, że widzowie zamiast na krzesełkach siedzieli na ławkach. „Express Wieczorny” z 1949 roku relacjonował, że w kinoteatrze Stylowy ludzie podczas seansu co jakiś czas podnosili nogi, bo po kinie biegały szczury. I nie był to odosobniony przypadek.

Zawsze można było posiedzieć w domu i obejrzeć telewizję. Sporo o niej piszę w książce, o najciekawszych programach, jej początkach.

Był 25 października 1952 roku, godz. 19.00. W programie wystąpił mim Jan Mroziński, który przedstawił kreacje warszawskiego pijaka i bikiniarza. Jerzy Michotek zaśpiewał Balladę o kułaku, a Maria Nowosad Latarnie gazowe. Zatańczył Witold Gruca. Wszystko w małym studiu, przez zapalone lampy nagrzanym do kilkudziesięciu stopni Celsjusza.

Narodziny polskiej telewizji mogło obejrzeć kilkaset osób na 24 odbiornikach Leningrad umieszczonych w warszawskich świetlicach i klubach. Rok później program nadawano już regularnie. Trwał tylko pół godziny i emitowano go raz w tygodniu. Od 1955 roku już trzy razy w tygodniu. Przez pierwsze lata zasięg telewizyjnych nadajników ograniczał się do okolic Warszawy, dlatego powstawały świetlice z odbiornikami dostępne dla większej grupy widzów. Sytuacja z dostępnością poprawiła się w 1956 roku po rozpoczęciu produkcji telewizorów marki Belweder i Wisła przez Warszawskie Zakłady Telewizyjne.

W styczniu 1957 roku zarejestrowano w kraju ponad 5 tysięcy telewizorów, w tym ponad dwa tysiące odbiorników Wisła. Dekadę później, 21 listopada 1966 roku wyemitowano specjalny program na cześć dwumilionowego widza, został nim Mieczysław Słowik z Krakowa. Spikerką w tym programie była niezwykle urodziwa Alicja Bobrowska, Miss Polonia 1957. Dwa lata później zarejestrowano już trzymilionowego abonenta tv. W październiku 1970 roku uruchomiono drugi program telewizji, który w zamierzeniach miał być kulturalno-oświatowy

Pod koniec lat 80. w polskiej telewizji nie brakowało fragmentów z zachodnich programów satelitarnych, m.in. za sprawą programu „Bliżej świata”, który pojawił się w 1988 roku. Można było w nim zobaczyć m.in. pokazy mody i przygody Benny’ego Hilla. W połowie lat 80. fragmenty produkcji realizowanych za murem berlińskim pokazywano też w programie „Jarmark” Wojciecha Pijanowskiego, Krzysztofa Szewczyka i Włodzimierza Zientarskiego. Puszczano tam na przykład zagraniczne teledyski.

W latach 80. w naszej rzeczywistości pojawił się też świat wideo. Również sporo o nim piszę w książce. Wiedzieliście na przykład, że pod koniec lat 80. w Polsce były tylko 32 wypożyczalnie państwowe i 100 prywatnych. W 1985 roku Przedsiębiorstwo Dystrybucji Filmów dysponowało zaledwie 10 zagranicznymi tytułami na kasetach. Dlatego też kwitł czarny rynek. W 1988 roku w Polsce było około 800 tysięcy magnetowidów, których głównymi dostawcami były Baltona i Pewex. Na 12 milionach kaset można było obejrzeć blisko 3 tysiące tytułów

Fenomen wideo w latach 80. trafnie oddaje piosenka Kapitana Nemo z 1986 roku „Wideonarkomania”: Oto nowy szał, nowy hasz dla mas dziś wiedzie prym. Biały ekran drga, jeden tylko ruch i mieszkasz w nim. Wideo, Wideo, Wideo – Wideonarkomania. To nowy chwyt. Na dzień dobry – clips, po południu garść kowbojskich scen, A po Brusie Lee trochę seksu, nim zapadniesz w se

No i komputery! To był szał. Atari, Commodore i te wszystkie gry. Pisałem o nich sporo już na blogu, m.in. TUTAJ.

 

A pamiętacie programy drukowane w „Bajtku”, albo to, że można je było pozyskać  z radia. W 1986 roku w Rozgłośni Harcerskiej pojawiła się audycja Radiokomputer, w której puszczano program komputerowy w postaci sygnału dźwiękowego, pisków, i można było go zarejestrować na kasecie na swoim kasprzaku.

No, ale wtedy komputery nie dawały jeszcze możliwości kontaktu między znajomymi, rodziną. Forum wymiany informacji i komentarzy była prasa, chociażby „Świat Młodych”, ale też na przykład „Na przełaj”. Fani różnych popkulturowych dziedzin mogli na jej łamach dzielić się swoimi doświadczeniami, informować o nowościach. W zasadzie każde młodzieżowe czasopismo miało kącik dla hobbystów. Proponowano w nim wymianę przedmiotów z kolekcji, poszukiwano skarbów, miłośników określonego gatunku muzycznego, filmów, umawiano się na spotkania. Kilka przykładów z czasopisma „Na przełaj” z 1989 roku:

Poznam miłego i przystojnego mena z Wielunia – miła i przystojna.
Kochani! Pomóżcie mi zakupić maszynę do pisania. Brakuje mi tylko 20 tysięcy złotych. Proponuję składkę po 1 zł wzwyż.
Chcę poznać ludzi rasta – nauczcie mnie siebie.
Zbieram fajne odzywki w rodzaju: schowaj się, bo na małpy polują. Za jedną prześlę pięć. Warunek – znaczek i koperta. Poza tym poznam fajną dziewczynę z Rzeszowa.

 

Dorośli mięli często inny pomysł na spędzenia wolnego czasu. Chodzi na przykład o „tradycyjne Lizanie Śledzia”, czas w salonach z automatami do gier, albo relaks przy budce z piwem.

Było to miejsce wymiany poglądów, rozwiązywania konfliktów, namiętnych romansów, a nawet edukacji. Jeden z takich słynnych kiosków znajdował się w stolicy przy Krakowskim Przedmieściu. O interdyscyplinarnej misji piwnego przybytku pisał Olgierd Budrewicz:

Liczy sobie kilka zaledwie metrów kwadratowych, ale jej zasięg kulturalny i obyczajowy przekracza daleko krąg najwspanialszego fragmentu starej Warszawy. […] Dzięki niemu to zostało uświadomionych seksualnie kilka tysięcy dzieci, przechodzących tędy do szkoły […] lub po prostu zakupujących cukierki w piwiarni. Referaty wygłaszane przez klientów lokalu odznaczają się błyskotliwością i niezrównaną plastyką opisu.

Fenomenalnie rzeczywistość pod budką z piwem uwiecznił Jerzy Gruza w filmie „Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy” z 1973 roku (premierę miał dopiero w 1980 roku), według scenariusza Jana Himilsbacha. Bohater, genialnie zagrany przez Zdzisława Maklakiewicza, pod budką z piwem odpoczywał i nabierał sił. Musiał tylko uważać, by się nie upić, bo jak mówiła jego mama, był za ciężki do rozbierania.

A wy, jak spędzaliście czas wolny?

Kolejna opowieść o czasie wolnym w PRL na blogu za tydzień. Czekam również na Wasze opowieści.

Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

A przedsprzedaż TUTAJ.

Otagowane , , , , , , , , ,

Teledyski, lody i karate

Kilka wyjątkowych wspomnień mam z kasetami wideo, tak jak pewnie każdy, kto wychowywał się na przełomie lat 80/90. U wujka na odtwarzaczu wideo, wraz z kuzynką, oglądaliśmy „Lody na patyku”. U sąsiada oglądałem jakieś pierwsze erotyki. Za to kiedy już mieliśmy własny magnetowid JVC to chodziłem do wypożyczalni kaset wideo „PACO” w domu kultury. Tam najchętniej wybierałem coś z działu sensacja, albo wojenne. Na przykład serię z Nico Toscanim (oczywiście Steven Seagal) albo „Bitwę o Anzio” z Robertem Mitchumem, „Komandosów z Navarony” i „Tylko dla orłów. I właśnie ten film znalazłem wśród kaset, które uchowały się u Staszka i Heleny.

Jest tu cały przekrój tego, co oglądało się przed laty i przegrywało od kolegów. Filmy wojenne, karateckie, „Lody na patyku”, western, ale też bardzo ważna rzecz, teledyski.

Podczas zagranicznych wyjazdów Staszek nagrywał MTV na kasety VHS, jak leci. Programy muzyczne, teledyski. I potem przywoził to do Polski i jego córki wraz z koleżankami oglądały z wypiekami na twarzy.

Filmy też nagrywało się podczas zagranicznych pobytów. Z tamtejszych telewizji. Stąd potem w domach całe rodziny wraz z sąsiadami oglądały „Rambo” po holendersku, albo „Rocky’ego” mówiącego po niemiecku.

Do przegrywania potrzebne były kasety i te były różnej długości. Tu widać przykład 180, 195, 240, ale były też dłuższe. Produkowały je uznane firmy, jak Panasonic, Sony albo Fuji, ale jak widać na zdjęciu firm było znacznie więcej. Czasami egzotycznych. A wśród firm produkujących kasety u nas Polskie Nagrania (czarna kaseta, druga z prawej).

Co do kaset VHS Polskich Nagrań to TUTAJ możecie zobaczyć wiele znakomitych okładek filmów, które dystrybuowali.

Natomiast szczytem marzeń było mieć taki zestaw kaset gotowych do nagrywania ulubionych filmów.

Na swoim blogu zresztą również opisywałem już kilka historii związanych z kasetami z mojej kolekcji. Zapraszam TUTAJ.

Wśród nich miałem kasetę z „Cobrą”.

I uwaga, sam się za niego przebierałem na szkolne zabawy.

Ten po lewej to ja. Zresztą kolega obok też się przebrał za Cobrettiego.

A o kasetach VHS przeczytacie również w mojej książce „Czas wolny w PRL”, która ukaże się 27 maja. Można już ją zamawiać TUTAJ. Polecam!

Otagowane , ,