Category Archives: Film

Czar wspomnień 12

Kolejne wspomnienie sprzed lat sięga kwietnia 2015 roku. Odbyliśmy wtedy niesamowitą wycieczkę do Portugalii. W Porto trafiliśmy do sklepiku podobnego szalonego zbieracza jak my. Ależ miał skarby! Kilka przywieźliśmy do domu. Oto zapis tej wizyty.

Ten wpis to wynik niezwykłego spotkania w pięknym portowym mieście o wiele mówiącej nazwie… Porto. Otóż chodząc po niespecjalnie turystycznych uliczkach tego wyjątkowego miasta (chociaż Lizbona mogła by tu konkurować) natrafiliśmy przypadkowo na przesympatycznego pana, a co więcej, jego wyjątkowy sklep. Mieści się przy Rua do General Silveira 39. Z zewnątrz może nie prezentuje się zbyt okazale, ale w środku czeka na nas (tzn. zakręconych na punkcie przedmiotów sprzed lat) wiele magicznych przedmiotów.

porto9

Zacznijmy jednak od przedmiotu, który nas najbardziej zaskoczył. Nie chodzi o piękne aparaty sprzed stu lat, które miał sympatyczny Portugalczyk, ani stare samochody, lalki czy zapinak do guzików (nie wiem jak inaczej nazwać dziwne urządzenie, które nam pan pokazał). Chodzi o zdjęcie. Pan powiedział, że ma zdjęcie pewnej „słynnej” aktorki i nam je pokazał. Powiedział, że znalazł je w książce, która trafiła do niego pewnego dnia. Okazało się, że pan miał w swoich zbiorach taki wystawiony na widok okaz:

porto6

Ale nie o to przecież chodzi na naszym blogu. Skupmy się na naprawdę pięknych rzeczach. Pan ma umownie podzielone swoje skarby na działy. Jest na przykład półeczka Coca-Coli.

porto10

Laleczki, figurki i inne skarby.

porto21

Produkty apteczne i inne trucizny.

porto13

Jest też cała kolekcja gumek.

porto12

Do tego przeróżne tory wyścigowe.

porto20

I oczywiście dużo samochodzików.

porto18

porto14

Co ważne, pan właściciel sam reperuje te okazy. A nad bezpieczeństwem czuwa zestaw monitoringu. Oczywiście zabytkowy.

porto11

Właściciel ma w kolekcji przedmiot, który pamiętamy z naszego bloga.

porto16

Pisaliśmy o nim TUTAJ.

stretoskop3m

Na koniec zagadka. Co z tego uroczego składziku…

porto15

…pan właściciel trzyma w ręku?

portopan

Pozdrawiamy pana serdecznie i przy okazji przenosimy się do… kolejnego uroczego miejsca w Porto. To raj dla fanów komiksów, Tintina oraz przygód Jamesa Bonda. Wejście może nie wygląda okazale.

porto22

Ale w środku jest już raj.

porto26

Gadżetów była taka ilość, że musieliśmy szybko uciekać…

porto27    porto23

porto24

Tutaj zakupiliśmy w prezencie dla przyjaciela bloga taką piękną gazetkę „Tintin”.

porto

A oto dwa cudowne modele furgonetek, które zakupiliśmy w opisywanym sklepie w Porto. Zacznijmy delikatnie, czyli od vana z lodami.

porto7

Wyprodukowany przez założoną w latach 60. we Francji firmę Majorette model jest w skali 1/67. Choć zazwyczaj Majorette produkowało modele w 1/64.

porto5

Samochodzik produkowano w różnych kolorach. Z boku ma symbol lodów, a w środku pojemniki z lodami. Jego najpiękniejszym elementem jest wysuwana markiza.

porto8

Niestety nie wiemy dokładnie, z którego pochodzi roku. Podejrzewamy, że z początku lat 80. Może jeszcze wcześniej…

Za to kolejny samochodzik jest na pewno starszy. To model brytyjskiej firmy Corgi Juniors, Ironside Truck z przełomu lat 60. i 70.

porto1

Nie bez przyczyny niebieski model nosi nazwę Ironside (chociaż to prawdopodobnie model Forda Wagona). To bowiem model nawiązujący do amerykańskiej serii kryminalnej z przełomu lat 60. i 70. z Raymondem Burrem w roli detektywa na wózku inwalidzkim. W przemieszczaniu się pomagał mu czarnoskóry kolega.

ironside

Na początku jeździli właśnie takim pancernym furgonem. Później przesiedli na bardziej rodzinny model.

porto4

W serialu epizodyczne role w początkach swojej kariery grali m.in. Harrison Ford oraz Martin Sheen, pojawił się także sam Bruce Lee!

porto3   porto2

Jak widać na załączonych obrazkach dwóch panów i wózek wysuwa się na specjalnej platformie. Z boku samochodu jest wystający plastikowy element pomagający w wysunięciu.

Otagowane , , , ,

Mapeciątko z maskotką

Kilka dni temu nasza kolekcja, dzięki przyjaciołom powiększyła się o kilkadziesiąt wyjątkowych okazów. Wśród nich, zupełnie niespodziewanie pojawił się mały, sympatyczny gość.

O Muppetach pisaliśmy już na blogu kilka razy. Mamy kilka polskich figurek Muppetów. Pisaliśmy o nich m.in. TUTAJ.

muppety1  muppety4

Wśród naszych okazów były dwa Mapeciątka, czyli bohaterowie hansonowskiej wersji Muppetów dla najmłodszych. Mamy już Gonzo i Zwierzaka.

muppety2  muppety6

Ten niespodziewany gość, o którym pisałem na początku to kolejne Mapeciątko. Jeden z moich ulubionych bohaterów Miś Fozzie, w wersji Baby Fozzie.

misfozzie

Podobnie jak dorosły Fozzie, mały chce być śmieszny, choć nie zawsze mu to wychodzi. Ale przyjaciele i tak go lubią. Boi się duchów, potworów i burzy, ale ukojenie znajduje w swoim ulubionym przytulaku, Teddym. Ma go też nasza figurka.

misfozzie1

Oczywiście jakość wykonania jest tu sprawą kontrowersyjną. Nie jest, umówmy się, najwyższa. Ale czy w połowie lat 80, kiedy Mapeciątka zadebiutowały, było to dla nas najważniejsze. Wiadomo, że nie!

Otagowane , , , ,

Czar wspomnień 9

W związku z naszą nominacją do nagrody za aranżację przestrzeni w teledysku „Cienie” na Festiwalu Polskich Wideoklipów Yach Film, o czym informowaliśmy w poprzednim wpisie, w kolejnym wspominającym skarby, o których pisaliśmy dłuższy czas temu, postanowiliśmy przypomnieć przedmioty wykorzystane właśnie na planie tego klipu.

Najpierw Telewizor Neptun z gdańskiego Unimoru. Można go było zabrać na piknik, podłączyć do niego komputer, obejrzeć Dziennik Telewizyjny.

neptun3

Wisła, Belweder, Jantar, Szmaragd, Wawel, Klejnot, Aladyn, Fiord, Fala, Szecherezada, Saturn, Rubin -€“ w Gdańsku produkowano przeróżne modele telewizorów. Zakład powstał w 1957 roku jako Gdańskie Zakłady Radiowe T-18. W 1972 roku przedsiębiorstwo zmieniło nazwę na Gdańskie Zakłady Elektroniczne „UNIMOR”. W najlepszych czasach produkowano w nich nawet kilkaset tysięcy telewizorów rocznie.

neptun2   neptun1

Telewizory Neptun zaczęto w nich wytwarzać pod koniec lat 50. Nasz pochodzi z lat 70. Warto też przypomnieć, że zakłady produkowały inne urządzenia. Strona unimor.info podaje: „Pierwszymi urządzeniami wyprodukowanymi w 1959 roku były radiołącza „Korab-3″, które znalazły zastosowanie w kraju na stacjach nadawczych i przekaźnikowych telewizji oraz były przedmiotem eksportu do ZSRR i Węgier. Produkcja tych urządzeń trwała do roku 1965. Od roku 1966 do produkcji zaczęto wprowadzać wiele nowych urządzeń takich jak: radiostacje szalupowe, radiostacje pokładowe i inne”.

Nasz Neptun 150 ma przekątną 12 cali, obraz jest czarno-biały. Można zaprogramować siedem kanałów. Ma wbudowaną antenę oraz dodatkowe gniazdo na antenę zewnętrzną. Reguluje się głośność, jasność i kontrast. Produkowano je w kilku kolorach, m.in. białym żółtym i czerwonym.

Na naszym egzemplarzy ważne są naklejki: Mega Sport i I Love Coca-Cola & Lublin. Nie zdejmowaliśmy ich, bo dobrze dopełniają całości.

Na jego podzespołach powstał Neptun 156, używany jako komputerowy monitor.Taki egzemplarz można oglądać chociażby w warszawskim Muzeum Techniki.

Nasz też może do tego służyć, oto dowód.

neptun4

Z naszej konsoli Atari 2600 odpaliliśmy grę River Raid. O konsoli pisaliśmy już TUTAJ

Ponieważ obraz jest krzywy (możliwe, że trzeba uregulować kineskop, ale tego nie potrafimy niestety) postanowiliśmy podłożyć książkę i działa, że ho ho!

neptun6

„22 lipca 1956 z taśmy montażowej hali nr 2 Warszawskich Zakładów Telewizyjnych zszedł pierwszy polski telewizor Wisła, a rok później nieco nowocześniejszy Belweder”.

„Lata 70. w WZR to okres największego postępu jakościowego, któremu od 1971 roku służy własny Zakład Doświadczalny”.

„W ubiegłym roku (1978) wyeksportowano ich 50 tysięcy, z czego 31 tysięcy do RFN”.

„W bieżącym roku (1979) z taśm zejdzie 624300 telewizorów, w tym 25 tysięcy kolorowych”.

M.in. takie informacje można znaleźć w artykule o przemyśle telewizyjnym wydrukowanym w gazecie „Stolica” z lipca 1979 roku. Tekst wspomina też o nowym modelu z Warszawskich Zakładów Telewizyjnych. Chodzi o telewizor Vela. Od niedawna, dzięki przyjacielowi bloga Tomkowi, mamy model 203 w swojej kolekcji.

vela

Różne były kolory tych modeli, my mamy piękną białą, a w zasadzie kremową, sztukę w znakomitym stanie.

To przenośny telewizor z przekątną 12 cali. Łatwo się go nosi dzięki wysuwanej u góry rączce – sprawdziła się na trasie po Muranowie.

vela1   vela3

Obraz był czarno-biały, a telewizor produkowano w latach 1978-85. Model z dwoma antenami ma przykryte sprytną klapką pokrętła do ustawiania kanałów.

vela4   vela5

A oto opis techniczny z „Radioelektronika” z 1981 roku:

„Odbiornik telewizyjny VELA 203 produkowany w Warszawskich Zakładach Telewizyjnych jest nowoczesnym przenośnym odbiornikiem monochromatycznym z kineskopem o przekątnej ekranu 31 cm, zasilany z prądu przemiennego 220 V lub z akumulatora samochodowego 12 V. Umożliwia on odbiór programów emitowanych w zakresach VHF (kanały 1. .12) 1 UHF (kanały 21. . 60).
Do produkcji tego odbiornika wykorzystano obudowę i konstrukcję z OT Vela 202. Podzespoły oraz układy elektryczne są jednak nowe, bardziej nowoczesne. Dzięki temu Vela 203 charakteryzuje się, większą niezawodnością oraz znacznie lepszymi parametrami niż poprzednia jego wersja”.

A na koniec klip zespołu Super Girl & Romantic Boys, w którym pomagaliśmy przygotować aranżację.

Otagowane , , , ,

A to miła wiadomość!

Właśnie się dowiedzieliśmy, że teledysk przy którym pracowaliśmy nad aranżacją przestrzeni i do którego wypożyczyliśmy wiele przedmiotów otrzymał nominację do nagrody na Festiwalu Polskich Wideoklipów Yach Film w Gdańsku! Mamy zaszczyt znaleźć się m.in. obok twórców teledysków dla Moniki Brodki i The Dumplings. Nominację w imieniu BufetuPRL dostał Wojciech Przylipiak.

yach

Uroczystość wręczenia Yachów odbędzie się już w ten weekend w gdańskim klubie B90. Więcej informacji znajdziecie TUTAJ. Dziękujemy jurorom i wszystkim współtwórcom teledysku.

To zresztą nie pierwsze wyróżnienie dla klipu.

klip

Zakwalifikował się też do prestiżowego brytyjskiego festiwalu Aesthetica Short Film Festival!

Chodzi o klip dla polskiej legendy new romantic/disco, twórców przeboju „Spokój”, Super Girl Romantic Boys.

„Cienie” to singiel z ich najnowszej płyty „Osobno”. Wideoklip (scenariusz i reżyseria Roman Przylipiak) został zarejestrowany kamerą VHS z połowy lat 80 Quasar VM-10.

 

Na planie zostało wykorzystanych wiele naszych przedmiotów.

Zobaczycie m.in. szpulowiec Telefunken, o którym pisaliśmy TUTAJ

szpula3

Telewizory Vela oraz Neptun. O nich TUTAJ

vela  neptun3

Do tego lampki, plakaty, kasety, torby i różne gry. Chociażby takie cudo:

fokus1  fokus

O grze Fokus pisaliśmy TUTAJ

Dziękujemy wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że współpracowaliśmy z Super Girl Romantic Boys. A teraz słuchamy i oglądamy!

A na planie było tak:

klip  klip1

klip3  klip4

klip5

klip6

klip7

Zdjęcia Olga Przylipiak & Asia Łukijańczuk

Dziękujemy wszystkim twórcom, z którymi mieliśmy okazję pracować!

Otagowane , ,

Rzutowanie obrazu na popiół

Czas na kolejny mały gadżet, który niedawno zasilił nasze zasoby dzięki przyjaciółce bloga. Oto połączenie przedmiotu praktycznego i reklamowego. Popielniczka z niezwykle popularnym przed laty produktem.

popielniczkakrokus

Chodzi oczywiście o powiększalnik Krokus. Sprzedawała je powstała tuż po wojnie firma Varimex, która zresztą wciąż działa. Od razu wyjaśnienie. Nie jestem przekonany czy akurat ta popielniczka pochodzi z PRL-u. Mogła pojawić się na początku lat 90.
Sam Krokus pojawił się jednak na rynku dużo wcześniej. Od lat 50 produkowały go Warszawskie Zakłady Foto-Optyczne i te powiększalniki szybko zdobyły renomę. Produkowano różne wersje, zresztą też różne powiększalniki. Były Mewy, Meteor czy Beta. Niektóre wyglądały tak:

mewa_2  krokus4_sl_x

TUTAJ zobaczycie więcej modeli. A TUTAJ poznacie historię Warszawskich Zakładów Foto-Optycznych.

To nie jedyny przykład gadżetu reklamowego w naszej kolekcji.
Opowiadaliśmy już m.in. o siatkach Baltony i Peweksu TUTAJ czy o brelokach TUTAJ.

baltona1  siatka pewex

znaczekcentrum  znaczek-polonez1

Wkrótce zapewne będą kolejne.

Otagowane , , ,

Czarna seria

Na te dwa filmy trafiłem zupełnie przypadkowo przeglądając, skądinąd genialny, portal z darmowymi (legalnymi!) materiałami filmowymi ninateka.pl. One spowodowały, że postanowiłem powrócić na blogu do poleceń obrazów z epoki PRLu. Oba filmy wyreżyserował znakomity dokumentalista, Kazimierz Karabasz. Więcej poczytanie o nim m.in. TUTAJ

muzykanci-karabasz

„Muzykanci” to film nakręcony w 1960 roku. Jeden z najważniejszych polskich dokumentów polskich, a według samego Krzysztofa Kieślowskiego, jeden z najważniejszych filmów w ogóle. Jego bohaterami są tramwajarze, a przede wszystkim członkowie Reprezentacyjnej Orkiestry Warszawskich Tramwajów. Ta pięknie sfilmowana, zaledwie niemal 10-minutowa opowieść, to czysty obserwacyjny obraz, bez gadających głów, wyjaśnień i dopowiedzeń. Genialna nowela z elementami humoru (szczególnie podoba mi się pan kierujący orkiestrą, który strofuje delikatnie muzyków słowami „Zygmunt nie pchać się” albo „koniecznie z kiksem musi być!„) zdobyła wiele nagród, m.in. w Wenecji. Film można obejrzeć TUTAJ

ludzie-z-pustego-obszaru3

Drugi znakomity krótki dokument jest częścią tzw. Czarnej serii polskiego dokumentu. „Ludzie z pustego obszaru” powstał w 1957 roku i Karabasz nakręcił go wraz Władysławem Ślesickim, późniejszym autorem m.in. „W pustyni i w puszczy”. Opowiada o młodych mieszkańcach warszawskiej Pragi, o których jak czyta narrator Tadeusz Łomnicki „mówią, że to młodzież cyniczna”.
Doskonałe są tu stwierdzenia towarzyszące opowieści narratora. Przykłady:
„W Barze Owocowym można poznać nowych ludzi, poflirtować, poznać faceta z forsą”.
„Jedynie kino potrafi przybliżyć marzenia, przenieść w inny świat na całe dwie godziny”.
Do tego pojedyncze słowa charakterystyczne dla tamtego okresu, jak „lipa”, „dziewczęta” czy „drętwa mowa”.
Są tu mocne zdjęcia, na przykład trupa wyciąganego z wody, ale też ujęcia z zabawy, gry w karty, bijatyki. Te obserwacje nie napawają optymizmem. „Ludzi z pustego obszaru” można zobaczyć TUTAJ

Na wspomnianym portalu można znaleźć też kilka innych obrazów Karabasza.

Zdjęcia nie są moją własnością.

Otagowane , , , , ,

Super news & Romantic klip

Nagroda dla teledysku, przy którym pomagaliśmy w scenografii!

klip

Kilka miesięcy temu pisaliśmy TUTAJ o pracy na planie klipu do nowego numeru zespołu Super Girl & Romantic Boys. Wypożyczyliśmy do niego kilka naszych skarbów. Wczoraj dotarła do nas wiadomość, że klip zakwalifikował się do prestiżowego brytyjskiego festiwalu Aesthetica Short Film Festival!

Dziękujemy wszystkim twórcom, z którymi mieliśmy okazję pracować! Oby na kwalifikacji się nie skończyło 🙂

Otagowane ,

Akademia vs kanikuła

To nie jest klasyczny wpis na blogu o jednym ze skarbów z naszej kolekcji. Tym razem chciałem polecić fanom minionej epoki dwie bardzo fajne imprezy w Warszawie, na które sam mam zamiar się wybrać. Pierwsza z nich odbędzie się w najbliższą sobotę.

Poruszałem tu już kilka razy wątek wakacyjno-wycieczkowy w PRLu. Proponowaliśmy wyjazdy do Jugosławii (TUTAJ) i w inne ciekawe miejsca (TUTAJ).

programwycieczki nrd

zsrr1  nrd1  bulgaria1

Do tego mógł przydać się taki gadżet (TUTAJ).

torba1

Specjalną imprezę, a propos wakacji, przygotował Narodowy Instytut Audiowizualny (to oni odpowiadają za znakomity, pełen ciekawych materiałów wideo serwis ninateka.pl) w swojej imponującej siedzibie, w Warszawie przy ulicy Wałbrzyskiej 3/5. „Duchologia polska | Kanikuła w NInA” związana jest z wydaniem książki „Duchologia Polska. Rzeczy i ludzie w czasach transformacji”, w której Olga Drenda opowiada o przełomie lat 80. i 90.
W ramach imprezy, od godz. 14 przewidziano:
Strefę gier retro – ze stanowiskami z kultowymi grami.
Wystawę fotograficzną „Widoki transformacji”.
Przegląd kronik filmowych z lat 1990-93.
Koncerty projektu Palcolor do filmu „Warszawa 88-89” i Lutto Lento do Archiwów Domowych.
Pop Magic ’88 – przegląd teledysków z lat 80.

Więcej o tej darmowej imprezie przeczytacie TUTAJ.

Tego samego dnia, w warszawskim kinie Iluzjon, w ramach festiwalu Warszawa Singera wystartuje przegląd filmów o przygodach Pana Kleksa. Oczywiście już wspominaliśmy TUTAJ i TUTAJ o przygodach Golarza Filipa, Wielkiego Elektronika i innych. Czas zobaczyć ich na kinowym ekranie.

akademia kleksa

27.08 w Iluzjonie będzie można obejrzeć „Akademię Pana Kleksa„, dzień później „Podróże Pana Kleksa”, a 29.08 „Tryumf Pana Kleksa”. Więcej informacji na stronie Iluzjonu.

Do zobaczenia!

Otagowane , , , ,

Jak pić sok pomidorowy

To będzie wyjątkowy wpis na blogu. Tak jak wyjątkowa była rozmowa z jego bohaterem. Kojarzony jest przede wszystkim z piosenką do serialu „Pszczółka Maja” i „Chałupy welcome to”, ale poza nimi kryje się, a ostatnio na szczęście co raz bardziej ujawnia, całe spektrum możliwości wokalnych, muzycznych, interpretacyjnych i klimatycznych, Zbigniewa Wodeckiego.

Spotkałem się z nim robiąc wywiad do dodatku „Kultura” DGP. Pan Zbigniew (od razu zaproponował przejście na „ty”, jednak nie wyobrażałem sobie takie formy wobec pana Zbigniewa, ja pozostałem więc przy wersji „pan”) okazał się niezwykle czarującym, sympatycznym, otwartym człowiekiem. Sypał anegdotami, żartował, a do tego, wreszcie przekonał mnie do picia soku pomidorowego. Wyszła z tego bardzo ciekawa rozmowa, o muzyce w minionej epoce oraz tym, jak pan Zbigniew odnajduje się dzisiaj. A odnajduje doskonale, o czym przekonała fanów jego wspólna płyta z kolektywem Mitch & Mitch, na której zagrał materiał ze swojego debiut sprzed 40 lat.

Poniżej zapis tej rozmowy oraz notka o płycie, które kilka dni temu miała swoją premierę. To doskonała ścieżka dźwiękowa do serialu „Pszczółka Maja”, autorstwa Karela Svobody.

wodecki1

Stojąc pod sceną podczas pana koncertu z Mitch & Mitch na tegorocznym Open’erze, odniosłem wrażenie, że bawi się pan nie gorzej niż publika. Spodziewał się pan tego, co dzieje się wokół waszej wspólnej płyty, na której powraca pan do debiutu sprzed 40 lat?

Pan Zbigniew Wodecki: Na Open’erze po raz kolejny czułem się dość dziwnie, widząc kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi słuchających i bujających się do moich piosenek sprzed lat. Przecież to pokolenie, które mnie w ogóle nie kojarzy, coś tam może słyszało o „Pszczółce Mai” albo „Chałupach”, ale przecież urodziło się już w innej rzeczywistości. Do tego w Gdyni szukali muzyki alternatywnej. Tak było w Trójce, jak graliśmy ten materiał trzy lata temu, i później na katowickim Off Festivalu. Byłem przerażony, bo po mocnych alternatywnych rockowych koncertach miałem wyjść z jakimiś moimi balladami. Widząc szalejących ludzi pod sceną i Macio Morettiego z Mitchów, myślałem, że to jakaś ukryta kamera. W szkole mnie uczyli, żeby cały czas wygrywać, zajmować pierwsze miejsce, żeby odnieść sukces. I przez kilkadziesiąt lat starałem się być na topie. A muzycy Mitch & MItch nauczyli mnie czy raczej przypomnieli to, co czułem jako siedemnastolatek, że muzyka to jest balanga, żeby się nią bawić. Ciężko było mi do tego wrócić, bo w pewien sposób „skażony” komercją, „Chałupami” i „Pszczołą” musiałem zagrać repertuar, którego nikt nie pamiętał, łącznie ze mną. Mój kolega, który był na naszym występie podczas pewnej gali w Teatrze Wielkim, gdzie publiczność nie była łatwa i ciężko nam się grało, trafnie to zwerbalizował: podobało mi się, bo wy nie gracie piosenek, żeby rozbawić ludzi, tylko żeby oni tego słuchali. To jest może tajemnica tego wydarzenia.

Podobno nie chciał pan zaśpiewać „Chałupy Welcome to”, gdy to panu zaproponowano, tak jak „Pszczółki Mai”. Z Mitchami było podobnie?

Te dwa stare przeboje to nie były moje kompozycje i wykonanie obu było przypadkowe. Pewna pani z postsynchronu „Pszczółki Mai” się uparła, żebym to ja zaśpiewał. Nie chciałem kopiować Karela Gotta, który to wykonywał w oryginalne w wersji niemieckiej, bo mam niższy głos. Musiałem sobie poradzić falsetem. Nagrałem to szybko, w zasadzie na próbę, żeby pokazać, że to nie moja tonacja, ale nie udało mi się ich przekonać, że nie pasuję (śmiech). Spodobało się i tak zostałem Pszczołą. „Chałupy Welcome to” też zaśpiewałem przez przypadek i stały się przebojem głównie przez teledysk z golizną. W propozycji Mitchów z kolei spodobało mi się to, że oni przestali mnie traktować jako piosenkarza popularnego. Macio Morettiego pewnie by szlag trafił, jakbym chciał z nimi na scenie wykonać „Pszczółkę Maję”. Te piosenki mają swoje miejsce, ale nie w tym projekcie. Powracając do debiutu po 40 latach, musiałem go się na nowo nauczyć, nie pamiętałem tych numerów. To jest fajnie zagrana muzyczka, bez nadęcia, przebojowa, ale wtedy praktycznie w ogóle nie była wylansowana. Okazało się, że teraz przyszedł na nią czas.

Wodecki_Mitch

Na okładce płyty „1976: A Space Odyssey” w ogóle nie widać pana twarzy. To celowy zabieg, by podkreślić tutaj znaczenie całego zespołu?

To był znakomity pomysł Macia Morettiego. Pomijając fakt, że w moim wieku najlepiej wychodzę na zdjęciach tyłem, to pokazuje to kwintesencję naszej współpracy. Liczy się tu cały zespół, nie tylko Zbigniew Wodecki. A warto podkreślić, że to bardzo dziwni ludzie. Nie jedzą mięsa, nie palą, nie piją, przynajmniej niektórzy (śmiech). A przy tym olewają popularność, spełniają się w wielu dziwnych, bardzo alternatywnych projektach dla wąskiego grona odbiorców. Im nie chodzi o pieniądze i pewnie też dlatego tak dobrze mi się z nimi gra.

Dlaczego w PRL-u, przez okres ponad 20 lat kariery, nagrał pan tylko dwie solowe płyty? Nikt ich wtedy nie chciał?

Chciałem być znanym piosenkarzem, ale czułem, że to nie do końca jest mój czas, że jestem za bardzo romantyczny i może to zabrzmi nieskromnie, ale za bardzo wykształcony muzycznie. Od piątego roku życia siedziałem w filharmonii i słyszałem, jak ojciec gra Bacha, Beethovena, Szymanowskiego, Czajkowskiego. Potem przez kilka lat w szkole muzycznej w Krakowie sam codziennie grałem repertuar klasyczny. Musiałem zagrać dyplom na skrzypcach, udało mi się wykonać Karłowicza, romantyczny koncert na skrzypce. Bardzo trudny, a zagrałem go z wyróżnieniem. W tym samym niemal czasie jeździłem po świecie, grając z Ewą Demarczyk, z Anawą, w Piwnicy pod Baranami. Z jednej strony była cyganeria krakowska, a z drugiej paryska Olimpia. Targały mną sprzeczne emocje. Tu gram Karłowicza, Paganiniego, a obok mam zaśpiewać parę ładnych piosenek. To nie zabrzmi odkrywczo, ale jest różnica między zaśpiewaniem zwrotki i refrenu a „Kaprysem 9” Paganiniego. Można go ćwiczyć całe życie i nigdy dobrze nie zagrać. Miałem rozterki, bo zależało mi, żeby te moje pierwsze kompozycje były dobre, żeby koledzy, wybitni muzycy, się ze mnie nie śmiali. Tak jak potem nie czułem się dobrze z tym, że zaśpiewałem „Pszczółkę Maję” i na tym zarabiałem dużo więcej niż moi koledzy z orkiestry. Dzisiaj jestem nareszcie w sytuacji, w której nie muszę się starać komuś przypodobać, tylko chcę nauczyć publiczność słuchania tego, co mi się podoba. Dzięki temu czuję się potrzebny.

wodecki2

Powiedział pan jakiś czas temu, że jest tylu fantastycznych młodych muzyków nagrywających płyty, że pan postanowił sobie odpuścić. Niedawno się to jednak zmieniło. Pracuje pan nad nową płytą.

Pomyślałem sobie, że skoro sukces odniosła płyta nagrana 40 lat temu, to może na kolejny nie warto czekać drugie tyle, że teraz uda się wcześniej (śmiech). Mam masę pomysłów, do tego genialnych instrumentalistów. Chcę z tego skorzystać. Postanowiłem sobie trochę ułatwić pracę i nagrać płytę z numerami, które same będą niosły, żeby się ludzie dobrze bawili, ale nie rezygnować przy tym ze znakomitych aranży i wybitnych muzyków. To świetny zestaw, bo w pewnym sensie gwarantuje, że jak wychodzisz na scenę, to wiesz, że ta muzyka musi zadziałać. A jak nie, to znaczy, że publiczność jest mało muzykalna (śmiech). Z jednej strony cieszę się, że po ponad 40 latach wrócił mi luz grania. Z drugiej strony czuję w sobie jakieś posłannictwo. Wychodząc na scenę, chcę pokazać ludziom, że to są skrzypce, nie skrzypki, jak się gra fugę, że Bach był tak naprawdę jazzmanem. Uważam, że strasznie się zapuściliśmy w nauce słuchania muzyki. Jest duża przepaść między artystami a odbiorcami, dlatego ci pierwsi często zaniżają swoje umiejętności. To zresztą dzieje się nie tylko u nas. Na szczęście są jaskółki zmian, płyta z Mitchami pokazuje, że ludzie chcą słuchać muzyki. A tego trzeba się uczyć, tak jak oglądania obrazów, żeby odróżnić Bruegla od jelenia na rykowisku. Jak to się mówi: „trzeba poszerzać wachlarz doznań”. Uczyć powinni zresztą nie tylko artyści, ale też media, telewizja powinna kształcić ludzi. Kilka razy w tygodniu powinien być pokazywany taki występ, jak koncert niemieckiego big-bandu radiowego WDR Big Band z gdańskiego festiwalu Solidarity Of Arts z zeszłego roku. Zespół, która tak gra, to najlepszy pokaz muzycznych możliwości. Ja też się przecież przez lata uczyłem muzyki. Przed dłuższy czas byłem fanem zespołów typu Chicago czy Blood, Sweet & Tears (w tym momencie pan Wodecki zaczyna śpiewać, a w zasadzie naśladować instrumenty z jednej z piosenek Chicago). To się zmieniło, kiedy pewnego razu zachorowałem na trasie. Kolega zostawił mi kasetę big-bandu nieżyjącego już puzonisty niemieckiego Petera Herbolzheimera. Miałem anginę, zapaliłem więc sporta, wypiłem piwo i tego posłuchałem. Fascynowało mnie, jak kilkadziesiąt osób może razem grać. Jaką oni mają świadomość wspólnej kreacji. Tak też poczuliśmy się z Mitchami.

Wiele zaszło zmian w ciągu kilkudziesięciu lat pana grania. Jakie widzi pan najważniejsze?

Zawsze ważna była świadomość tego, co się robi i żeby nie było wstydu. Tego mnie nauczyło granie na skrzypcach. Mam nadzieję, że tak samo mają muzycy dzisiaj. Oczywiście teraz „prostuje” się wszystko komputerem, przed laty trzeba było działać w zespole, nie liczyć na poprawki technologiczne. Żeby śpiewać, trzeba było po prostu umieć śpiewać. Teraz niekoniecznie będąc wybitnym muzykiem, ale znając się na technice, można tworzyć. Teoretycznie każdy może nagrać płytę. Gdyby Wagner miał takie możliwości, jakie są dzisiaj po wciśnięciu jednego klawisza, toby oszalał. Na szczęście jest też dużo fajnej muzyki i dużo młodych ludzi, którzy są artystami, ale widzę, że ciężko im się żyje. Szczęście, że mają gdzie grać. Jeżdżąc jako dziewiętnastolatek z Ewą Demarczyk pod koniec lat 60., występując w Kolonii, Hamburgu czy Paryżu, czułem inne zapachy, wdziałem inne sklepy, ale przede wszystkim sale koncertowe. Zazdrościliśmy im. Teraz my mamy najpiękniejsze sale na świecie. Wielu ludzi bało się, komu takie sale jak NOSPR w Katowicach są potrzebne, że nikt nie będzie przychodził. Powstały i są zabukowane na kilka miesięcy, nie ma miejsc. Ludzie potrzebują sacrum artystycznego. Dogoniliśmy pod tym względem Zachód. Przed laty, grając w takich miejscach na świecie, nie sądziłem, że będę grał w podobnych albo i lepszych w Polsce, i to przy wypełnionych salach. Tak było z Mitchami we wspomnianym NOSPR.

A propos technologii. Ma pan cały czas swój słynny mały kalendarzyk, nie korzysta z komputerów przy planowaniu koncertów?

Oczywiście. (Wodecki wyciąga z kieszeni mały, pogięty kalendarzyk i przewraca zapisanymi kartkami). Bogu dziękować wypełniony.

Był czas, kiedy ten kalendarzyk bywał pusty?

Tak, kiedy rozwiązałem umowę z Radiokomitetem i bojkotowało się telewizję po stanie wojennym. Pojechałem do Poznania i tu popełniłem błąd ideologiczno-socjalny, bo rozwiązałem umowę za obopólną zgodą, nie dałem się wyrzucić. Stałem się człowiekiem wolnym, co znaczyło, że nie musiałem występować w ramach etatu. To nie było łatwe, bo były z tego, nieduże, ale jednak, pieniądze, a miałem na utrzymaniu rodzinę. Ale Bogu dzięki grałem tak zwane chałtury, czy dzisiaj byśmy nazwali joby, i to z wybitnymi artystami. Pieniędzy nie było z tego dużych, ale przynajmniej sporo śpiewałem. I całe szczęście, wciąż mogę to robić.

gadcd044-COVER-600-wpcf_571x571

Pszczółka Maja | Karel Svoboda | GAD Records
Z serialem o Mai, Guciu i innych małych bohaterach najbardziej kojarzony jest u nas utwór tytułowy Zbigniewa Wodeckiego. Jak pokazuje jednak właśnie wydany soundtrack z tej telewizyjnej serii, muzycznie „Pszczółka Maja” miała dużo więcej do zaoferowania. Poza znakomitymi wokalizami Wodeckiego (także w „Piosence Konika Polnego”) i polskim wkładem w soundtrack, czyli „Piosenką Gucia” z tekstem Wojciecha Młynarskiego w wykonaniu Jana Kociniaka, jest tu ponad 20 doskonałych instrumentalnych tematów muzycznych Karela Svobody. To pokaz kunsztu jednego z najpopularniejszych czeskich kompozytorów, porównywanych do naszego Andrzeja Korzyńskiego.

Płyta ukazała się w limitowanym nakładzie 500 sztuk. Więcej info TUTAJ

Otagowane , , , , ,

Bajki o sporcie

„Pohádka o Raškovi”, „Plná bedna šampaňského”, „Syn celerového krále” – m.in. takie dzieła ma na koncie jeden z najciekawszych pisarzy czeskich, a w zasadzie czechosłowackich Ota Pavel. Choć pisarz to za małe słowo, to był też genialny reporter sportowy, komentator.

pavel_ota

Nie mam tu w zwyczaju pisania o książkach, tym bardziej zagranicznych. Pretekst jednak jest wyjątkowy, bo niedawno ukazał się genialny zbiór reportaży sportowych naszego południowego sąsiada. Powstawały w minionej epoce, opisują blaski i cienie komunistycznego sportu, Wyścig Pokoju. Uznałem, że to wystarczający powód, żeby napisać o niej na blogu i szczerze polecić.

otapavel

„Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe”, która ukazała się w serii Mariusza Szczygła „Stehlik” to mała, niepozorna książka, które wciągnie momentalnie nie tylko fanów reportaży, czy opowieści sportowych. Ota Pavel nie skupia się na rezultatach, statystykach, tym wszystkim co można znaleźć w każdej książce, zestawieniach, a dzisiaj w internecie. W niemal bajkowy sposób opisuje historie znakomitych czeskich sportowców.

Dokłada do tego, charakterystyczne dla czeskiej literatury, poczucie humoru, często związane z ich ukochanym piwem. Padają tu na przykład tak piękne stwierdzenia jak: „jak wiadomo, piwo, którego się nie wypije, mija się ze swoim powołaniem”.

raska
Jiří Raška

Książkę zaczyna najdłuższa w niej opowieść o najsłynniejszym skoczku czechosłowackim. Opis tego jak pracował na złoto olimpijskie Jiří Raška pełna jest tyle wzruszających, co zabawnych chwil. Pan Jiří, na przykład, sam wystrugał sobie narty. Niesamowite, jak wtedy wyglądały treningi i jakie pieniądze zarabiali najlepsi sportowcy. Krótko mówiąc, żadne.

Ota Pavel wspomina też słynnych kolaży z Wyścigu Pokoju, m.in. Jana Vesely. Jeden z symboli tego wyścigu, po wycofaniu się podczas jednej z edycji (został do niej wciągnięty na siłę, mimo choroby), został odsunięty od jazdy na kilka lat. Przeżywał dramatyczne chwile. Na szczęście został potem zrehabilitowany.

Pisałem już zresztą o Wyścigu Pokoju m.in. TUTAJ i TUTAJ. To za sprawą takich skarbów w kolekcji.

wazon3  k-csrr

Są tu też czescy hokeiści, piłkarze ręczni (ich trener rzucał złotymi myślami w stylu: „grajcie tak, jak ustaliliśmy. Tylko zmienimy trochę taktykę”), czy wreszcie najsłynniejszy biegacz Emil Zátopek.

vesely
Jan Vesely

O Zátopku Ota Pavel przytacza genialną anegdotę jak ścigał się z psem. Tak wymęczył wilczura, że na drugi dzień jak pies zobaczył, że Zátopek idzie biegać schował się pod stołem, by ten nie zabierał go na wspólny trening.

Żeby napisać te wszystkie reportaże Ota Pavel spędzał ze sportowcami czasami kilka miesięcy. Jeżdżąc w ich rodzinne strony, spędzając z nimi czas na zawodach, trenując (z Zátopkiem tylko jeden dzień, bo więcej nie dał rady).

Mariusz Szczygieł o książce pisze: „Czescy krytycy byli zgodni: historią narciarza Raški Ota Pavel wzleciał w niebo jak ptak z rodziny ptaków morskich. Niebywały tekst!”. Pozostaje tylko przyznać rację. Polecam gorąco.

A to przykład jak biegał Zátopek:

Otagowane , , , , ,