Category Archives: RTV

Historia polskiej popkultury

Polecam autorski cykl audycji „Historia Polskiej Popkultury”. Wraz z zaproszonymi gośćmi – wśród nich są m.in. znakomity kompozytor Andrzej Korzyński, dziennikarze, krytycy, kuratorzy – w wyjątkowych lokalizacjach opowiadamy o polskiej muzyce filmowej, jazzie, polskiej szkole plakatu, modzie, dizajnie, komiksie i filmie dokumentalnym.

Wszystkie audycje są dostępne za darmo w formie z obrazem (YouTube) i w formie podcastów na Spotify, iTunes oraz Soundcloud na kanałach „Historia Polskiej Popkultury”.

Cykl zrealizowany w ramach stypendium MKiDN „Kultura w sieci”.

Otagowane , , ,

Takt Music

Co to był za zespół, czy raczej projekt! The KLF, znany też jako The Justified Ancients of Mu Mu, albo The JAMs albo też w różnych innych konfiguracjach, czyli projekt Billa Drummonda i Jimmy’ego Cauty’ego to jedna z najciekawszych rzeczy, jaka wydarzyła się w muzyce. W ogóle. I to nie tylko moim zdaniem. Dlatego, kiedy w jednym z warszawskich antykwariatów, zobaczyłem ich kasetę to musiało się skończyć tak, że teraz jest w mojej kolekcji.

Autorzy takich numerów jak „€œWhat Time Is Love?”, „3 a.m. Eternal”, „€œLast Train to Trancentral”, „America: What Time Is Love?” i „€œJustified and Ancient (Stand by The JAMs)”, wypuścili ten ostatni na płycie „White Room” w 1991 roku. Choć w innej wersji The KLF grali ją wcześniej. W najbardziej znanej wersji gościnnie zaśpiewała gwiazda country Tammy Wynette.

Oto wydany rok później maxi singiel. Pojawiają się tu singlowe wersje „€œJustified and Ancient„, m.in. housowe „(Make Mine a ’99’)” i „(Let Them Eat Ice Cream)”. I są to fantastyczne wersje.

Samą kasetę wydał Takt Music, który działał zdaje się od 1991 roku.

No nie wygląda to na oryginał, ale przecież wtedy nikt się tym nie przejmował! No prawie nikt.

Charakterystyczny jest forma okładki. Tak było często w wydawnictwach Takt Music. Oryginalna okładka na pół tej, a do tego dorobione napisy. Chyba żeby z daleka było lepiej widać.

Otagowane , , ,

Amator z dwoma obiektywami

The Leningradskoe Optiko Mechanichesckoe Objedinenie – ЛОМО, czyli Łomo – (Leningradzkie Zjednoczenie Mechaniczno-Optyczne im.Włodzimierza Ilicza Lenina) tak nazywa się producent radzieckich aparatów fotograficznych powiązany z zakładami GOMZ, czyli Gosularstvennyi Optiko-Mekhanicheskii Zavod z Sankt Petersburga. Właśnie tam powstał ten piękny aparat.

Jego pełna nazwa to Lubitel 166 Universal. Pierwszy Lubitel był produkowany od końca lat 40. XX wieku, a jego radzieccy konstruktorzy wzorowali się na niemieckim aparacie średnioformatowym z 1930 roku Voigtlander Brillant.

Znalazłem informację, że pierwszy model dwuobiektywowego Lubitela (czyli amatora) sprzedał się w ponad milionie sztuk. Aparat produkowano do 1956 r. Potem pojawił się Lubitel 2 i ten sprzedał się w ponad dwóch milionach sztuk – był produkowany do 1980 roku.

Z kolei w połowie lat 70. na rynku pojawił się model 166, a potem jego wersja „universal”. Ulepszenie wobec poprzednich modeli polegało na tym, że na tylnej ściance pojawiło się drugie okienko do odczytu numeru klatki. Można było ustawić format klatki 6x6cm, a także 4,5x6cm.

Ten model pochodzi z 1988 roku. To był zdaje się ostatni rok jego produkcji, choć niektóre źródła podają połowę lat 90. – łącznie radzieccy konstruktorzy złożyli ich 400 tysięcy. Jest w oryginalnym opakowaniu z instrukcją, paskiem. No i z piękną grafiką.

Od nazwy tych aparatów narodził się nurt w fotografii zwany „lomografią”. Polega on po prostu na wykonywaniu zdjęć radzieckimi, amatorskimi aparatami małoobrazkowymi. Co ciekawe, w 2008 roku austriacka firma Łomografy rozpoczęła produkcję aparatu pod nazwą Lubitel 166+. Czyli on wciąż żyje…

I extra! Natomiast ja nigdy nim zdjęć nie robiłem, miałem Smienę i Zorkę. Ale ten działa, może więc…

Otagowane , , , , , ,

Historia Polskiej Popkultury odc.1

Hej, wystartowałem z nowym projektem! To cykl audycji „Historia Polskiej Popkultury”. Opowiadam w nim o polskiej szkole jazzu, szkole plakatu, komiksie, dizajnie, a na pierwszy ogień polskiej muzyce filmowej. Dwuczęściowa audycja już pojawiła się w formie podcastów (poniżej na Soundcloud, ale też m.in na Spotify) oraz w formie z obrazem na kanale YouTube („Historia Polskiej Popkultury”).

W opowieści o polskiej muzyce filmowej gościnnie występuje doskonały kompozytor Andrzej Korzyński, twórca niezapomnianych tematów do filmów A. Żuławskiego, A. Wajdy, obrazu „W pustyni i w puszczy”, serialu „Tulipan”, „Akademii Pana Kleksa”, twórca Franka Kimono. Gościem jest również dziennikarz muzyczny Marcin Cichoński. Opowiadamy o kompozytorach przedwojennych, powojennych i współczesnych. Polskich laureatach Oscara, współpracowniku Madonny, pionierach jazzu, mistrzach eklektyzmu muzycznego.

Polecam! Słuchajcie, oglądajcie, dajcie znać co myślicie! Wkrótce kolejne odcinki…

Cykl zrealizowany w ramach stypendium MKiDN „Kultura w sieci”.

Otagowane ,

Halo, tu ochrona Pałacu?

Widać go w „Niewinnych czarodziejach” i „Polowaniu na muchy” (główny bohater grany przez Zygmunta Malanowicza pracuje w księgarni ORPAN mieszczącej się w budynku) Andrzeja Wajdy. Korzystał z niego Stanisław Bareja w filmach „Mąż swojej żony”, „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”. Tu spotkał się Ryszard Ochódzki (Stanisław Tym) z ministrem na tarasie w jego „Misiu”, a Wojciech Pokora śledził sąsiadkę w „Alternatywy 4”. Pojawia się też chociażby w „Rozmowach Kontrolowanych”, serialu „Ekstradycja” i „Kilerze”. Kręcono w nim sceny do „Dekalogu VII” Krzysztofa Kieślowskiego i seriali „07 zgłoś się” oraz „Czterdziestolatek”. Jego basen zagrał w filmie „Europa Europa” Agnieszki Holland udając część szkoły Hitlerjugend. Przed laty działa w nim wypożyczalnia kaset wideo.

Chodzi oczywiście o warszawski Pałac Kultury i Nauki. To właśnie z tym miejscem związany jest kolejny wyjątkowy przedmiot, który wylądował w naszej kolekcji. Co prawda o podobnym egzemplarzu pisałem już TUTAJ, ale ten jest wyjątkowy.

Oto telefon Elektrim z Radomskiej Wytwórni Telefonów. Nowy model, prawdopodobnie w ogóle nie używany. Otrzymałem go od fanki bloga, a pochodzi właśnie z Pałacu Kultury i Nauki, należał do tamtejszej ochrony.

Były wersje z guzikami do przełączania linii, tak zwane sekretarsko-dyrektorskie. Używane też na przykład na posterunkach milicji. Jednak ten to klasyk i to w charakterystycznym szarawym kolorze, tzw. gołębim.

Jak wynika z pieczątki, którą widać na zdjęciu powyżej, pochodzi z 1979 roku. Ma pokrętło głośności. A z przodu miejsce na wpisanie numeru wewnętrznego.

Czy pamiętacie jeszcze dźwięk, który wydawały takie modele podczas wykręcania numeru?

Otagowane , , , , ,

W dniu imienin

Kiedyś to nie tylko wysyłało się kartki z życzeniami. Kiedyś to nawet kartki można było położyć na gramofonie i poczekać, aż taka zagra melodię. Taka kartka pocztowa, a tak naprawdę pocztówka dźwiękowa to było coś! Na przykład takie cudo.

Zalew Koronowski (przy rzece Brda). Wakacyjny klimat, żaglówki, łowienie ryb. Piękna pogoda. Idealny relaks. A z tyłu?

Z tyłu informacja, że kiedy zagramy pocztówkę to usłyszymy „Ostatni walc”. Wystarczył gramofon i prędkość 45 obr. Pocztówkę wyprodukowała w latach 60. pracownia pocztówek dźwiękowych w Sulejówku koło Warszawy. Podobnie jak ten okaz.

To jezioro Białe w bliskim mi Chmielnie na Kaszubach. Bliskim, bo jeździłem tam w latach 80. i 90. na wczasy, niemal co roku. Pocztówka taka trochę trójwymiarowa. A jaki ma utwór?

Ano „Spójrz, wszystko jest tak samo” z połowy lat 60. w wykonaniu Wojciecha Gąssowskiego. To kartka z dedykacją: „W dniu imienin, kochanej Urszulce”. Na kolejnej kartce treść zanikła.

Na tej kartce z ilustracją do „Baśni z tysiąca i jednej nocy” znalazł się utwór „40 Kasztanów” Violetty Villas. To również połowa lat 60.

I jeszcze niespodzianka z zagranicy. Oto dwa okazy z Węgier.

To wydawnictwa labelu Colorvox z Budapesztu. Piękne ludowe stroje, a do tego wyjątkowe utwory. Wśród autorów Bela Bartok, a wykonawców Laszlo Szalay.

Przyznacie, że graficznie, ale też jeśli chodzi o czcionkę, to wygląda to naprawdę dobrze. A jak brzmi? To już sami musicie sprawdzić…

Otagowane , , , , , , , , , , ,

Czas wolny w PRL cz.2: na trzepaku, przed tv, wideo i Atari

Czas wolny w PRL… spędzało się chyba przede wszystkim na podwórku. Przynajmniej jeśli chodzi o młodych ludzi. Trzepak, boisko, ślizgawka, huśtawka z opon samochodowych, piaskownica, klatka schodowa. To był nasz cały arsenał. Oczywiście oprócz tego, co nam przyszło do głowy. A przychodziły rzeczy dziwne.

To na trzepaku wolny czas spędzała Jagoda, córka inżyniera Karwowskiego z „Czterdziestolatka” i bohaterowie młodzieżowych seriali sprzed lat, m.in. „Dziewczyna i chłopak” oraz „Tajemnica starego ogrodu”. Dziś większość trzepaków rdzewieje na pustych podwórkach. Do lamusa odeszło również wiele zabaw, które wtedy rządziły na podwórkach, pikuty, gra w kapsle, strzelanie z procy, ze spluwki.
Oczywiście haratało się też w gałę. Chyba nie było podwórka (albo ulicy), na którym nie grano w piłkę nożną.

Najlepsze drużyny podwórkowe, szkolne brały udział w turniejach „Świata Młodych” albo o Złotą Piłkę. Od połowy lat 60. rozgrywano go na błoniach Stadionu Dziesięciolecia. Brało w nim udział nawet ponad 100 podwórkowych drużyn. Jego pomysłodawcą był sportowiec i działacz Aleksander Zaranek. Rozgrywki piłkarskie – nielegalne – organizował już podczas II wojny światowej. Był też inicjatorem pierwszego powojennego meczu w Warszawie. 25 marca 1945 roku na boisku w Parku Skaryszewskim Polonia zremisowała z Okęciem 3:3.

Do rozgrywek o Złotą Piłkę przystąpili też Perełka, Mandżaro i inni kumple Paragona z książki i serialu „Do przerwy 0:1”. Adam Bahdaj w swojej książce wydanej w 1957 roku i Stanisław Jędryka (był fanem piłki, sam grał w drugoligowej drużynie Stal Sosnowiec) w serialu oraz jego kinowej wersji z końca lat 60. opowiadają o grupie chłopców z warszawskiego podwórka, która bierze udział właśnie w takim turnieju. Do tego mógł przydać się taki podręcznik, o którym pisałem już TUTAJ.

Ale wcale niepotrzebna była piłka, tak naprawdę wystarczył zdezelowany samochód, jakieś patyki. No i oczywiście rower.

Ale czas wolny w PRL to nie tylko podwórko. Jak wychodziło się poza dom, to na przykład do kina. Pamiętam jak moi rodzice chodzili na słynne Konfrontacje Filmowe, czyli przeglądy najciekawszych europejskich filmów. Przy okazji dorzucano też radzieckie produkcje. Wiele kin, a dokładnie ich wystrój i jakość były, mówiąc delikatnie z innej epoki.

O Konfrontacjach pisałem TUTAJ.

 

Zdezelowane krzesła, niedziałające ogrzewanie lub wentylacja, do tego słaba jakość kopii i nagłośnienia. Zdarzało się, że widzowie zamiast na krzesełkach siedzieli na ławkach. „Express Wieczorny” z 1949 roku relacjonował, że w kinoteatrze Stylowy ludzie podczas seansu co jakiś czas podnosili nogi, bo po kinie biegały szczury. I nie był to odosobniony przypadek.

Zawsze można było posiedzieć w domu i obejrzeć telewizję. Sporo o niej piszę w książce, o najciekawszych programach, jej początkach.

Był 25 października 1952 roku, godz. 19.00. W programie wystąpił mim Jan Mroziński, który przedstawił kreacje warszawskiego pijaka i bikiniarza. Jerzy Michotek zaśpiewał Balladę o kułaku, a Maria Nowosad Latarnie gazowe. Zatańczył Witold Gruca. Wszystko w małym studiu, przez zapalone lampy nagrzanym do kilkudziesięciu stopni Celsjusza.

Narodziny polskiej telewizji mogło obejrzeć kilkaset osób na 24 odbiornikach Leningrad umieszczonych w warszawskich świetlicach i klubach. Rok później program nadawano już regularnie. Trwał tylko pół godziny i emitowano go raz w tygodniu. Od 1955 roku już trzy razy w tygodniu. Przez pierwsze lata zasięg telewizyjnych nadajników ograniczał się do okolic Warszawy, dlatego powstawały świetlice z odbiornikami dostępne dla większej grupy widzów. Sytuacja z dostępnością poprawiła się w 1956 roku po rozpoczęciu produkcji telewizorów marki Belweder i Wisła przez Warszawskie Zakłady Telewizyjne.

W styczniu 1957 roku zarejestrowano w kraju ponad 5 tysięcy telewizorów, w tym ponad dwa tysiące odbiorników Wisła. Dekadę później, 21 listopada 1966 roku wyemitowano specjalny program na cześć dwumilionowego widza, został nim Mieczysław Słowik z Krakowa. Spikerką w tym programie była niezwykle urodziwa Alicja Bobrowska, Miss Polonia 1957. Dwa lata później zarejestrowano już trzymilionowego abonenta tv. W październiku 1970 roku uruchomiono drugi program telewizji, który w zamierzeniach miał być kulturalno-oświatowy

Pod koniec lat 80. w polskiej telewizji nie brakowało fragmentów z zachodnich programów satelitarnych, m.in. za sprawą programu „Bliżej świata”, który pojawił się w 1988 roku. Można było w nim zobaczyć m.in. pokazy mody i przygody Benny’ego Hilla. W połowie lat 80. fragmenty produkcji realizowanych za murem berlińskim pokazywano też w programie „Jarmark” Wojciecha Pijanowskiego, Krzysztofa Szewczyka i Włodzimierza Zientarskiego. Puszczano tam na przykład zagraniczne teledyski.

W latach 80. w naszej rzeczywistości pojawił się też świat wideo. Również sporo o nim piszę w książce. Wiedzieliście na przykład, że pod koniec lat 80. w Polsce były tylko 32 wypożyczalnie państwowe i 100 prywatnych. W 1985 roku Przedsiębiorstwo Dystrybucji Filmów dysponowało zaledwie 10 zagranicznymi tytułami na kasetach. Dlatego też kwitł czarny rynek. W 1988 roku w Polsce było około 800 tysięcy magnetowidów, których głównymi dostawcami były Baltona i Pewex. Na 12 milionach kaset można było obejrzeć blisko 3 tysiące tytułów

Fenomen wideo w latach 80. trafnie oddaje piosenka Kapitana Nemo z 1986 roku „Wideonarkomania”: Oto nowy szał, nowy hasz dla mas dziś wiedzie prym. Biały ekran drga, jeden tylko ruch i mieszkasz w nim. Wideo, Wideo, Wideo – Wideonarkomania. To nowy chwyt. Na dzień dobry – clips, po południu garść kowbojskich scen, A po Brusie Lee trochę seksu, nim zapadniesz w se

No i komputery! To był szał. Atari, Commodore i te wszystkie gry. Pisałem o nich sporo już na blogu, m.in. TUTAJ.

 

A pamiętacie programy drukowane w „Bajtku”, albo to, że można je było pozyskać  z radia. W 1986 roku w Rozgłośni Harcerskiej pojawiła się audycja Radiokomputer, w której puszczano program komputerowy w postaci sygnału dźwiękowego, pisków, i można było go zarejestrować na kasecie na swoim kasprzaku.

No, ale wtedy komputery nie dawały jeszcze możliwości kontaktu między znajomymi, rodziną. Forum wymiany informacji i komentarzy była prasa, chociażby „Świat Młodych”, ale też na przykład „Na przełaj”. Fani różnych popkulturowych dziedzin mogli na jej łamach dzielić się swoimi doświadczeniami, informować o nowościach. W zasadzie każde młodzieżowe czasopismo miało kącik dla hobbystów. Proponowano w nim wymianę przedmiotów z kolekcji, poszukiwano skarbów, miłośników określonego gatunku muzycznego, filmów, umawiano się na spotkania. Kilka przykładów z czasopisma „Na przełaj” z 1989 roku:

Poznam miłego i przystojnego mena z Wielunia – miła i przystojna.
Kochani! Pomóżcie mi zakupić maszynę do pisania. Brakuje mi tylko 20 tysięcy złotych. Proponuję składkę po 1 zł wzwyż.
Chcę poznać ludzi rasta – nauczcie mnie siebie.
Zbieram fajne odzywki w rodzaju: schowaj się, bo na małpy polują. Za jedną prześlę pięć. Warunek – znaczek i koperta. Poza tym poznam fajną dziewczynę z Rzeszowa.

 

Dorośli mięli często inny pomysł na spędzenia wolnego czasu. Chodzi na przykład o „tradycyjne Lizanie Śledzia”, czas w salonach z automatami do gier, albo relaks przy budce z piwem.

Było to miejsce wymiany poglądów, rozwiązywania konfliktów, namiętnych romansów, a nawet edukacji. Jeden z takich słynnych kiosków znajdował się w stolicy przy Krakowskim Przedmieściu. O interdyscyplinarnej misji piwnego przybytku pisał Olgierd Budrewicz:

Liczy sobie kilka zaledwie metrów kwadratowych, ale jej zasięg kulturalny i obyczajowy przekracza daleko krąg najwspanialszego fragmentu starej Warszawy. […] Dzięki niemu to zostało uświadomionych seksualnie kilka tysięcy dzieci, przechodzących tędy do szkoły […] lub po prostu zakupujących cukierki w piwiarni. Referaty wygłaszane przez klientów lokalu odznaczają się błyskotliwością i niezrównaną plastyką opisu.

Fenomenalnie rzeczywistość pod budką z piwem uwiecznił Jerzy Gruza w filmie „Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy” z 1973 roku (premierę miał dopiero w 1980 roku), według scenariusza Jana Himilsbacha. Bohater, genialnie zagrany przez Zdzisława Maklakiewicza, pod budką z piwem odpoczywał i nabierał sił. Musiał tylko uważać, by się nie upić, bo jak mówiła jego mama, był za ciężki do rozbierania.

A wy, jak spędzaliście czas wolny?

Kolejna opowieść o czasie wolnym w PRL na blogu za tydzień. Czekam również na Wasze opowieści.

Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

A przedsprzedaż TUTAJ.

Otagowane , , , , , , , , ,

Teledyski, lody i karate

Kilka wyjątkowych wspomnień mam z kasetami wideo, tak jak pewnie każdy, kto wychowywał się na przełomie lat 80/90. U wujka na odtwarzaczu wideo, wraz z kuzynką, oglądaliśmy „Lody na patyku”. U sąsiada oglądałem jakieś pierwsze erotyki. Za to kiedy już mieliśmy własny magnetowid JVC to chodziłem do wypożyczalni kaset wideo „PACO” w domu kultury. Tam najchętniej wybierałem coś z działu sensacja, albo wojenne. Na przykład serię z Nico Toscanim (oczywiście Steven Seagal) albo „Bitwę o Anzio” z Robertem Mitchumem, „Komandosów z Navarony” i „Tylko dla orłów. I właśnie ten film znalazłem wśród kaset, które uchowały się u Staszka i Heleny.

Jest tu cały przekrój tego, co oglądało się przed laty i przegrywało od kolegów. Filmy wojenne, karateckie, „Lody na patyku”, western, ale też bardzo ważna rzecz, teledyski.

Podczas zagranicznych wyjazdów Staszek nagrywał MTV na kasety VHS, jak leci. Programy muzyczne, teledyski. I potem przywoził to do Polski i jego córki wraz z koleżankami oglądały z wypiekami na twarzy.

Filmy też nagrywało się podczas zagranicznych pobytów. Z tamtejszych telewizji. Stąd potem w domach całe rodziny wraz z sąsiadami oglądały „Rambo” po holendersku, albo „Rocky’ego” mówiącego po niemiecku.

Do przegrywania potrzebne były kasety i te były różnej długości. Tu widać przykład 180, 195, 240, ale były też dłuższe. Produkowały je uznane firmy, jak Panasonic, Sony albo Fuji, ale jak widać na zdjęciu firm było znacznie więcej. Czasami egzotycznych. A wśród firm produkujących kasety u nas Polskie Nagrania (czarna kaseta, druga z prawej).

Co do kaset VHS Polskich Nagrań to TUTAJ możecie zobaczyć wiele znakomitych okładek filmów, które dystrybuowali.

Natomiast szczytem marzeń było mieć taki zestaw kaset gotowych do nagrywania ulubionych filmów.

Na swoim blogu zresztą również opisywałem już kilka historii związanych z kasetami z mojej kolekcji. Zapraszam TUTAJ.

Wśród nich miałem kasetę z „Cobrą”.

I uwaga, sam się za niego przebierałem na szkolne zabawy.

Ten po lewej to ja. Zresztą kolega obok też się przebrał za Cobrettiego.

A o kasetach VHS przeczytacie również w mojej książce „Czas wolny w PRL”, która ukaże się 27 maja. Można już ją zamawiać TUTAJ. Polecam!

Otagowane , ,

Czas wolny w PRL cz.1: Pochody, emdeki, mpiki i kinofikacja

Czas wolny w PRL… niektórzy mieli go niewiele, inni nie bardzo wiedzieli co z nim zrobić. Wiecie, że  w badaniach, które przeprowadzono na początku lat 70. niemal 80 procent osób przyznawało się, że nie umie wypoczywać. Ja nie miałem z tym wielkiego problemu. Czy to był czas wolny w weekend, czy w tygodniu po szkole. Ale miałem to szczęście, że wychowywałem się w okresie, w którym soboty były już wolne. Warto pamiętać, że przez niemal trzy dekady tylko niedziela była wolnym od pracy dniem w tygodniu. Co obywatele robili wtedy ze swoim czasem wolnym? Co robili w dni powszednie po pracy i w soboty? Jak korzystali z tego, co oferowało im państwo?

Dziś rozpoczynam cykl wpisów poświęconych wolnym chwilom w PRL. Co tydzień będę opowiadał o innym aspekcie relaksu, wypoczynku. Przedstawię wam wiele osobistych historii, ciekawostek, cytatów z ówczesnej prasy, filmów, książek. Poznacie kilka wyjątkowych osób. A wszystko to związane z książką „Czas wolny w PRL”, która ukaże się 27 maja (także w formie ebooka). Właśnie o czasie wolnym w PRL. Miałem przyjemność ją popełnić i bardzo chętnie się z wami podzielę tym, co będziecie mogli w niej znaleźć (jeżeli zechcecie po nią sięgnąć). A na koniec 8-odcinkowego cyklu będzie mały quiz z super nagrodami z epoki.

Ja pamiętam różne niedziele. Czasami rodzice prosili bym poszedł na mszę. Potem były lody w lodziarni „Magnolia” (przed wejście stało piękne drzewo). Obiad w domu, zazwyczaj specjalny, czyli na przykład pieczony kurczak z ziemniakami i mizerią. Wieczorem zabawa klockami Lego, bajka, a pod koniec lat 80. program „Bliżej świata” z fragmentami audycji z satelity (był tam Benny Hill, moda, czasami jakiś teledysk).

Pisząc książkę „Czas wolny w PRL” znalazłem wiele materiałów, które świadczyły o tym, że była spora grupa obywateli, którzy niespecjalnie wiedzieli, jak spędzić wolną niedzielę.

„Nienawidzę niedzieli. Od siedmiu lat, tzn. od czasu kiedy rozwiodłam się z mężem, niedziela jest dla mnie dniem koszmarnym. W niedzielę zabija mnie samotność i beznadziejność […], najwięcej ukojenia psychicznego przynosi mi książka, oczywiście wartościowa. Toteż w niedzielę czytam dużo, zamknięta w czterech ścianach pokoju, ale nawet i wtedy na dnie mego serca czai się gorycz i rozdrażnienie. Taka jest moja niedziela” – zwierzała się w pewnej ankiecie urzędniczka na stanowisku kierowniczym, lat 39.

Władza starała się zrobić wiele, żeby obywatele się nie nudzili. Wiadomo, jak się nudzisz to przychodzą ci do głowy głupie rzeczy. Dlatego, na przykład, organizowano liczne festyny. Całe rodziny ciągnęły do budek z watą cukrową, wodą sodową. Można było sobie zrobić zdjęcie z małpką albo kucykiem. Odbywały się miejskie wyścigi rowerowe, potańcówki „na dechach” – skleconym z desek parkiecie tanecznym pod gołym niebem.

Nie brakowało wielu innych aktywności fizycznych, szczególnie dla młodzieży. Pokazują to okolicznościowe proporczyki, które udało mi się zebrać.

   

 

Przez całą epokę PRL-u bezsprzecznie największym świętem państwowym było Święto Odrodzenia Polski – 22 lipca – czyli rocznica ogłoszenia Manifestu PKWN. To były, tak zwane „urodziny PRL-u”. Rokrocznie ten dzień naznaczony był ważnymi wydarzeniami państwowymi. 22 lipca uchwalono konstytucję PRL (1952), w Warszawie oddano do użytku Stadion Dziesięciolecia (1955), w Bielsku-Białej rozpoczęto produkcję fiata 126p (1973). W 1955 roku tego właśnie dnia przekazano warszawiakom wielki prezent od Wielkiego Brata – Pałac Kultury i Nauki.

Z kolei imieninami był 1 maja. Podobnie, jak 22 lipca, dzień wolny od pracy. Na głównych placach i wzdłuż reprezentacyjnych arterii miast ustawiano wtedy trybuny dla przemawiających sekretarzy partii. Przed nimi defilowali robotnicy, rolnicy, nauczyciele, członkowie różnych organizacji, sportowcy, artyści, uczniowie. Sam pamiętam kilka takich przemarszów. Jako członek sekcji judo milicyjnego klubu sportowego Gryf w Słupsku szedłem z całą sekcją w pochodzie. Wcześniej pod nasz klub sportowy podjeżdżała nyska z flagami. Staraliśmy się wybierać te biało-czerwone, ale niektórym trafiały się czerwone, na cześć naszego „przyjaciela” zza wschodniej granicy. Niektórzy mieli jednak jeszcze gorzej, musieli nieść transparenty. I dźwigać nad głowami ciężar propagandowych haseł: „Dokerzy gdyńscy zawsze z tobą, towarzyszu Wiesławie”, „Ręce precz od Wietnamu!”, „Niech żyje Chińska Republika Ludowa – potężny kraj pokoju i socjalizmu!”.

Uroczyście odchodzono nie tylko święta państwowe, ale też branżowe – dzień górnika, metalowca, pracowników handlu, stoczniowca itp. A do tego centralne dożynki.

Od 21 lipca 1973 roku obywatele mieli jeszcze jeden pretekst do świętowania. To była pierwsza wolna sobota w PRL-u.  Ale, żeby jednak nie było tak łatwo, to wolne soboty należało odpracować.

Do pracy władza zaganiały obywateli podczas czynów partyjnych i społecznych. Bardzo często te akcje związane były ze świętami państwowymi i zjazdami partii. Na przykład w 1986 roku chwalono się, że dla uczczenia X Zjazdu PZPR w zakładach sprzętu grzejnego Wrozamet we Wrocławiu kilkudziesięciu członków organizacji młodzieżowej wraz z załogą zakładu zrobiło 200 kuchenek gazowych typu Ewa13.

Na szczęście władza organizowała czas wolny obywatelom nie tylko wysyłając ich na pochody i „zapraszając” na czyny społeczne. Domy kultury – były to wyjątkowo żywe obiekty skupiające przede wszystkim młodzież, organizowały im czas. W takich domach dzieciaki mogły nauczyć się modelarstwa, fotografii, obejrzeć filmy (pamiętam pokazy filmów z Sylwestrem Stallone z kaset vhs), zapisać się do teatrów amatorskich. Piszę o nich w książce. Opowiadają mi o nich jedni z wyjątkowych bohaterów, do których udało mi się dotrzeć.

Pan Jerzy Lach, który w połowie lat 80. stworzył jeden z najlepszych teatrów amatorskich w Polsce, czyli Teatr im. Alberta Tison w Żninie.

Pan Tadeusz Sakowski, który pierwszy teatr zorganizował w kotłowni swojego bloku na Saskiej Kępie, jak był jeszcze nastolatkiem. Po latach realizował pasję w domu kultury swojej dzielnicy. Pana Tadeusza kojarzą na pewno też miłośnicy caravaningu, bo to słynny „Papa Camper”. I o początkach polskiego caravaningu też piszę w książce.

 

Ale domy kultury nie służyły tylko teatrom, modelarzom. W jednym z takich ośrodków w Częstochowie muzyczną karierę zaczynał Muniek Staszczyk z zespołem T.Love. W 1983 roku, w studiu w Miejskim Domu Kultury, nagrali swój pierwszy materiał demo. Następnie w Domu Kultury Stradom zagrali pierwszy koncert pozaszkolny, organizowali tam też festiwal Punk Arena.

W maju 1985 roku Dom Sztuki na warszawskim Ursynowie odwiedzili bohaterowie niezwykle popularnego brazylijskiego serialu „Niewolnica Isaura”, czyli Lucelia Santos i występujący w roli okrutnego Leoncia – Rubens de Falco. Gwiazdy popijały wodę mineralną oraz napój „Ptyś”.

Wyjątkowe były nie tylko domy kultury, ale też ośrodki „Praktyczna Pani” organizowane przez WSS „Społem” i coś o czym w „Baedekerze warszawskim” Olgierd Budrewicz pisał tak: „Ta instytucja to takie bary mleczne dla ludzi z potrzebami kulturalnymi”.

Chodzi o Klub Międzynarodowej Prasy i Książki, zwany w skrócie MPiK-iem Pierwszy otwarto w Warszawie w 1948 roku w okazałym gmachu przy placu Unii Lubelskiej (róg Bagateli). Potem otwierano kolejne. Do dziś działa ten przy palmie. Przez pierwsze 10 lat istnienia klubów przewinęło się przez nie około 5 milionów osób. Cieszyły się ogromną popularnością, m.in. dlatego, że można tam było poczytać zagraniczną prasę, i to nie tylko radziecką.

Z kolei na wsiach działały kluby „Ruchu” i Kluby Rolnika. Można było w nich poczytać gazety, pograć w gry planszowe, obejrzeć telewizję. Na wsie przyjeżdżało też kino objazdowe (furmanki, nysy) oraz teatry.

Po wsiach jeździły specjalnie przygotowane kinowozy, samochody marki Lublin (w środku było nawet miejsce do spania dla kierowcy-operatora i piecyk do ogrzania wnętrza), a potem Nysa. Standardowy model przerobiono tak, by mógł przewieźć bezpiecznie urządzenia do projekcji filmów. Niektóre modele tylko przewoziły sprzęt, a kierowca, i zarazem operator, ustawiał go na miejscu w świetlicy wiejskiej albo remizie. W takiej „sali kinowej” było duszno i gorąco, często niewiele też było widać (z powodu palonej machorki) i słychać (słaba jakość aparatury). Za to nierzadko te przyjazdy kończyły się po seansie wspólną balangą widzów.

Więcej o objazdowej kulturze też przeczytacie w mojej książce.

Polecam`ją tym, którzy przeżyli tamten czas i pewnie odnajdą w niej fragmenty swoich przeżyć, ale też tym, którzy PRL-u nie pamiętają. Dzięki niej poznacie, mam nadzieję, kilka ciekawych opowieści o tym, jak różne oblicza miał wtedy czas wolny. Jedni zdawali się na to, co proponowały władze. Inni nie pozwalali się zamknąć w sztywnych ramach peerelowskiego „jedynie słusznego” relaksu i płynęli osobnym nurtem.

Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

A przedsprzedaż TUTAJ.

Kolejna opowieść o czasie wolnym w PRL na blogu za tydzień. Czekam również na Wasze opowieści.

Otagowane , , , , , , ,