Category Archives: RTV

Solidny skurkowaniec

Zodiak… no nie, to nie będzie o słynnym mordercy. Zodiak w tym przypadku to 11 kilogramów sprzętu radiowego.

Przytargałem go kilka dni temu do swojego magazynu. Nie sądziłem, że skurkowaniec aż tyle waży. Ale udało się! Nie tylko sporo waży, ale ma też chyba z pół metra szerokości. A co się mieści w takim dużym sprzęcie?

Ano stereofoniczny odbiornik radiowy z częstotliwościami UKF, Długie, Średnie, Krótkie I i Krótkie II. Ma moc wyjściową 2x15W, a produkowano go od roku 1980 w zakładach Diora, należących do zjednoczenia Unitra. Zodiak DSS 402 to następca modelu DSS 401. Ma min. większą moc. Obudowany jest płytą z okleiną drewnopodobną.

Jak widać sporo tu przycisków, pokręteł. Są gniazda antenowe i gramofonowe. No i jest klasyczne info, gdyby ktoś z zagranicy chciał się zaopatrzyć w takie ciężkie cholerstwo.

Takie radia były w PRL-u w wielu domach. Do lat 70. telewizja była w powijakach, jeden program. Tylko kilka audycji wartych uwagi. Bardzo popularne było radio, choć niektórzy narzekali. W latach 70. jeden ze słuchaczy mówił:

„Najbardziej gniewa mnie Popołudnie z młodością, Klub grającego krążka, studio Rytm, Radio Kurier – najgłupsza chyba audycja świata. Dla kogo? Po co? Radio musi zmieniać częściej swoje cykle, musi się liczyć ze słuchaczami”.


Były jednak audycje, które niezmiennie przez lata przyciągały przed szarotki, tatry, pioniery i inne odbiorniki tysiące fanów. Wśród nich słuchowiska. Matysiakowie swoją premierę mieli 15 grudnia 1956 roku o godz. 20.35 na antenie Programu Drugiego Polskiego Radia. Wciąż są nadawani, co czyni to słuchowisko drugą po Kronice sportowej najdłużej emitowaną audycją w Polskim Radiu. „U Matysiaków”, w barze mlecznym przy Świętokrzyskiej w Warszawie, można też było zjeść fasolkę po bretońsku, pierogi, rosół albo leniwe.

Popularność rodziny z warszawskiego Powiśla była tak duża, że dla uczczenia 10-lecia jej obecności na antenie zbudowano i nazwano imieniem Matysiaków Dom Pomocy Społecznej na warszawskiej Saskiej Kępie.

Od 1960 roku tysiące miłośników miał też teatr radiowy „W Jezioranach”, który był wiejskim odpowiednikiem miejskich Matysiaków. We wsiach i miasteczkach powstawały kluby przyjaciół słuchowiska. Niedzielna msza, rosół i „W Jezioranach” – to był cotygodniowy rytuał w wielu domach. W latach 60. znacznie więcej było w domach odbiorników radiowych niż telewizyjnych. W kolejnych dekadach to się już jednak zmieniało drastycznie, na niekorzyść radia oczywiście.

Otagowane , , ,

Zakres przenośnych fal

„Lato z radiem” i „Chałupy welcome to” – to moje dwa dźwiękowe wspomnienia z wczasów. Zawsze gdzieś w tle leciało. Albo w aucie, albo w świetlicy z ping pongiem, albo z przenośnego radia ustawionego pod namiotem. No właśnie. Mam ich już parę. Teraz dołączyło kolejne. Piękna Ania R-613 produkcji Zakładów Radiowych Eltra.

Zgrabne, z rączką, na kabelek i baterie. Radio było produkowane w latach 80. Ma cztery zakresy fal, wyjście słuchawkowe. Odbiera w mono. Co ciekawe, w latach 70. produkowano już radio Ania, to jednak inny model.

Był jeszcze model 612 Ani, tylko z pionową skalą, a nie jak tu z poziomą. Radyjko waży niewiele ponad pół kilo, idealnie nadawało się na wypady za miasto. Zresztą wciąż się nadaje, bo działa.

Otagowane , , , ,

Z pewną taką nieśmiałością

Witold Pyrkosz reklamował margarynę, Andrzej Grabarczyk zupy, Bogusław Linda papierosy, Marek Kondrat stoły bilardowe, Piotr Gąsowski chipsy, a Andrzej Kopiczyński, Leonard Pietraszak i Irena Kwiatkowska – proszek do prania. Reklamy telewizyjne czasu przełomu 80/90 i lat 90. Niektóre oryginalne, inne kuriozalne i dziś trudno się je ogląda. Powracam do nich w swojej książce „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.”.

(184) Reklama stołów bilardowych ELGAZ – YouTube

„Występ w reklamach dawał rozpoznawalność. Doświadczyła tego chociażby studentka italianistyki, modelka Anna Patrycy. Słynnym sloganem – „z pewną taką nieśmiałością” – reklamowała podpaski Always. Potem produkty ze skrzydełkami zachwalała również Katarzyna Niekrasz. To był przełom, bo wcześniej w telewizji raczej omijano takie fizjologiczne kwestie. Reklama była skuteczna, sprzedaż podpasek wzrosła ponad 1000 procent w ciągu roku. Patrycy opowiadała potem, że slogan stał się tak popularny, że nawet jak chodziła z przyjaciółmi do restauracji, to ci mówili do niej: „Z pewną taką nieśmiałością, czy możesz mi podać sól?”. Jako żartobliwa odzywka stosowana w przeróżnych sytuacjach zagościł na długo w języku codziennym.

To zresztą zdarzało się często – hasła reklamowe wchodziły w uliczny obieg. Na przykład „Ociec, prać?”. Spot był dowcipny, sięgał do naszej historii, brzmiał swojsko i nie był przegadany. A to przyciągało. W pierwszej reklamie proszku nawiązywano do Sienkiewiczowskiego Potopu, w kolejnej do Krzyżaków.
W latach 90. w telewizji nie brakowało także reklam piwnych i tutaj również doczekaliśmy się haseł, które weszły do potocznego języka. Pamiętacie: „Moja babicka pochazi z Chrzanowa”, „Mariola ma oczy piwne”, „Mariola o kocim
spojrzeniu” albo „Bezalkoholowe, ale buja”? Tym pierwszym reklamowano Tyskie, dwoma kolejnymi Okocim, a ostatnim piwo Bosman. Tutaj twórcy wpadli na genialny pomysł. Od 1996 nie można było u nas reklamować napojów zawierających powyżej 1,5 procent alkoholu. W reklamie mogliśmy więc oglądać bohaterów (m.in. aktora z Ekstradycji, Pawła Wilczaka), którzy mrugali okiem, mówiąc o bezalkoholowym piwie.”

Wreszcie w telewizji pojawiły się reklamy sieci komórkowych i telefonów. Już w pierwszym roku działalności (1991) Centertel reklamował w telewizji telefony Nokia. Model Cityman 450 ważył niemal kilogram i przypominał przenośną radiostację wojskową (z powodu topornego wyglądu nazywany był „cegłą”), a kosztował – bagatela – niemal 2 tysiące dolarów. Przyłączenie do sieci kosztowało kolejne 500 dolarów – to więcej niż wynosiła wtedy średnia pensja. Płaciło się zarówno za rozmowy wychodzące, jak i przychodzące. Nic dziwnego więc, że na pierwsze komórki mogli sobie pozwolić tylko najbogatsi. Nie szkodzi, że rozmowy w analogowej sieci były często kiepskiej jakości, przerywane. I tak posiadanie telefonu komórkowego było niekwestionowanym synonimem luksusu. W 1996 roku na rynek weszła technologia GSM i nowi operatorzy. Ochoczo ruszyli do reklamowania się w telewizji. Telefony sieci Era reklamował Wiktor Zborowski, Idei (uruchomionej przez Centertel) Mann i Materna, a Simplusa, operatora Polkomtel, animowana postać z serialu La Linea”.

Bez wątpienia świat reklam telewizyjnych był w tamtym czasie wyjątkowy. Tak jak cała dekada. Więcej o niej przeczytacie w mojej książce.

A o samej książce tutaj: Sex, disco i kasety video. Polska lat 90. – Księgarnia Internetowa MUZA SA

Otagowane , , ,

Hej, hej, tu NBA!

Mówią wam coś nazwiska: Michael Jordan, Magic Johnson, Larry Bird, Hakeem Olajuwon, Patrick Ewing, Clyde Drexler, Isiah Thomas, Charles Barkley, Dominique Wilkins, Patrick Ewing, Scottie Pippen, John Stockton, Karl Malone? Tak, tak, chodzi o NBA. A w zasadzie powinienem napisać: „Hej, hej, tu NBA!” – bo najczęściej takimi słowami Włodzimierz
Szaranowicz witał fanów koszykówki przed transmisją meczu najlepszej koszykarskiej ligi świata. Szaranowiczowi towarzyszył Ryszard Łabędź, czasem Wojciech Michałowicz lub Marek Rudziński. Popularność koszykówki to jeden z fenomenów Polski lat 90. Dlatego piszę o tym w swojej książce, reportażu „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.”.

A jednym z obrazów tamtej fascynacji są karty z graczami NBA. Mam jeszcze kilkanaście z lat 90.

Z przyjemnością w nowej książce piszę o tym fenomenie. A piszę między innymi tak:

„Zanim zdecydowano się na retransmisje meczów NBA, a potem transmisje i pokazywanie programu ze skrótami najciekawszych akcji NBA Action, migawki z NBA można było zobaczyć w wiadomościach sportowych, czasami w Teleranku. Posiadacze telewizji satelitarnej mecze mogli oglądać dzięki zagranicznym kanałom, chociażby niemieckiemu DSF. Nagrywało się je na kasety VHS i pokazywało kolegom. Aż wreszcie TVP zaczęła pokazywać rozgrywki koszykarskich mistrzów. Najpierw z dużym opóźnieniem, raz w tygodniu. Przesunięcie wynikało stąd, że mecz był nagrywany w Stanach i na kasecie przylatywał do Polski. Tutaj był przegrywany i montowany, i dopiero wówczas puszczany z komentarzem w telewizji.
Do fali basketmanii przyczyniły się igrzyska olimpijskie w Barcelonie w 1992 roku, gdzie złoty medal zdobyła drużyna gwiazd NBA, zwana Dream Teamem. To był też czas Michaela Jordana i jego Chicago Bulls, którzy wynieśli koszykówkę na inny poziom, także marketingowy. Dzieciaki na polskich podwórkach zaczęły grać w kosza. Dzięki koszykówce kolorowo zrobiło się na naszych ulicach. Każdy chciał mieć koszulkę albo inny gadżet swojego ulubionego zespołu. Chodziliśmy w kolorowych czapkach, koszulkach i kurtkach z barwami i logotypami drużyn. Pamiętam, że udało mi się kupić oficjalny proporczyk mojej ukochanej drużyny Phoenix Suns, w której grał Charles Barkley. Był w moim pokoju relikwią.

Na ulicach można było zobaczyć chłopaków w czapeczkach drużyn NBA, którzy wymieniali się kartami z zawodnikami. Trafiły do kiosków dzięki wydawcy komiksów superbohaterskich TM-Semic. Zbieraliśmy też naklejki NBA z gum do żucia – w warzywniaku przy szkole mieliśmy ulubioną panią Wiesię. Ona pozwalała nam podejrzeć, jaka naklejka jest w środku, zanim kupiliśmy gumę. Mimo forów nigdy nie udało mi się uzbierać wszystkich i wygrać wycieczki na mecz do USA. Marzyliśmy też o butach Nike Air „Jordanach”. Ale większość z nas zadowalała się plakatami z koszykarskich magazynów „Pro Basket”, „Magic Basketball” albo z „Bravo Sport” i „Mega sport”.

W książce wspominam też o wzroście popularności Formuły 1. Superwyścigi w Polsce zyskały popularność dzięki licznym tekstom w „Świecie Młodych” i emisjom ich fragmentów w telewizyjnych programach motoryzacyjnych Włodzimierza Zientarskiego w latach 80. Dekadę później Formułę 1 można już było oglądać w całości, na Canal+.

Zresztą o tym fenomenie trochę pisałem już na blogu. Mam „formułowe” skarby. Tutaj więcej: Lauda, Ickx, Prost… | Bufet PRL

Wracają do lat 90. i książki. Wspominam w niej też o telegazecie. Sam pamiętam jak sprawdzałem w niej wyniki sportowe itp.

W stadium prób była już w połowie lat 80., ale na dobre wystartowała w Polsce pod koniec tej dekady. Było tam wszystko. Informacje dnia, sport, program tv, repertuar kin i teatrów, informacje o koncertach i wydarzeniach kulturalnych, recenzje filmów, kursy walut, przepisy, ogłoszenia, w tym matrymonialne. Telegazeta, czyli teletekst pokazywany na ekranie telewizora. Początki tego systemu sięgają lat 70. i stacji BBC. Po pojawieniu się w Polsce szybko stała się popularna. Polska Kronika Filmowa ze stycznia 1994 roku podawała, że redakcja telegazety publikowała wówczas około tysiąca stron artykułów dziennie. Do jej odbioru było przystosowanych ponad sześć milionów telewizorów. Zresztą telegazeta działa do dziś. I to z powodzeniem. Kilka lat temu poprzez ogłoszenia towarzyskie poznali się na niej moi sąsiedzi. Dziś małżeństwo z dwójką dzieci, chomikiem, dwoma psami i rybkami…

Historia telegazety trwa, do książki i lat 90. jeszcze wrócę. Więcej o niej tutaj: Sex, disco i kasety video. Polska lat 90. – Księgarnia Internetowa MUZA SA

Otagowane , , , ,

Zachód z talerza

Może pamiętacie oznaczenia na parapetach przy oknach mieszkań znajomych, którzy mieli telewizję satelitarną? Były to po prostu miejsca, w których trzeba było ustawić talerz tak, by łapał właściwego satelitę. Satelita, jeden z symboli lat 90., o tym też piszę w swojej nowej książce „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.”.

Jeśli chodzi o telewizję satelitarną to nie mogłem nie wspomnieć o kultowej już Sky Orunia. Założył ją Zbigniew Klewiado. W książce historia zaczyna się tak:

„Mieszkał w dzielnicy Orunia, tuż przy kanale Raduni. Orunia słynęła wtedy z tego, że po zmroku lepiej było się w nią nie zapuszczać. Zresztą dzisiaj niektóre rejony dzielnicy mają podobną reputację. Klewiado miał warsztat naprawy telewizorów. Z papierosem pod bujnym wąsem siedział w kineskopach całe dnie. I jako jeden z pierwszych w dzielnicy miał talerz do odbioru telewizji satelitarnej. Oglądał zachodnie kanały. Pewnego dnia pomyślał sobie: a macie, ludzie, też sobie pooglądajcie. Programy z satelity nagrywał na kasety. Skonstruował nadajnik i materiał z kaset puszczał dalej. Sąsiednie mieszkania wypełniła niebieska poświata z telewizorów, w których leciały zachodnie filmy, teledyski z kaset Zbigniewa. W tym niezwykle popularne erotyki. Podobno nawet ksiądz z ambony się oburzał, że ktoś grzeszne filmy ogląda. Ciekawe, skąd wiedział…
W każdym razie Zbigniew zaczął puszczać coraz więcej i sygnał miał coraz większy zasięg. Obejmował dzielnicę, potem sąsiednie, a nawet doszedł do podgdańskiego Pruszcza. W końcu Klewiado wraz z grupą znajomych wpadli na pomysł, że pokażą coś swojego. Tak na przełomie lat 80. i 90. narodziła się pierwsza prywatna telewizja w Polsce, a Klewiado zyskał ksywę „pirat z Oruni”.

Następnie opisuję przygody na planie różnych programów Sky Orunia. Opowiadają mi o tym jej ówczesne pracownice. Słynna była wpadka z programem na żywo.
„– Klewiado wymyślił letnie studio – opowiada Monika. – Posadził naszego kolegę w swoim ogródku. Żeby nie było widać zabudowań, zawiesił maskujące siatki wojskowe. Ale kiedy prowadzący, zresztą w okularach słonecznych, bo takie mocne było słońce, czytał wiadomości, siatka spadła i widzom ukazała się kobieta rozwieszająca pranie na sznurku. Program szedł na żywo. Takich wpadek było dużo, ale i tak cieszyliśmy się, że możemy robić telewizję”.

To był czas, kiedy Trójmiasto było mocnym ośrodkiem telewizyjnym. Bo to nie tylko Sky Orunia, ale chociażby TTK Gdynia i TV Siesta, a dokładniej TV Siesta Trójmiejska Telewizja Rozrywkowa. Zaczęła nadawanie w 1994 roku.
Puszczała zagraniczne i polskie filmy, miała też ofertę własną. Mariusz, którego ojciec w połowie lat 90. miał agencję ochrony, dobrze pamięta TV Siesta. Jej siedziba mieściła się w baraku, obok biura agencji taty. Pokój z biurkiem, tapeta, kwiaty, kamera VHS – skromnie to jest chyba najlepsze słowo. Tak też rodziła się telewizja.

„W Trójmieście narodziła się jeszcze jedna telewizja, zupełnie inna od barakowego projektu TV Siesta czy pasjonackiej, sąsiedzkiej Sky Orunia. To Prywatna Telewizja El-Gaz. Jej właściciel Janusz Leksztoń w latach 90. próbował niemal wszystkiego. Był wówczas najbarwniejszą postacią polskiego biznesu. Człowiekiem z bajeru – jak głosi tytuł książki, którą w latach 90. napisał o nim jego rzecznik prasowy, Jerzy Mazur. Dużo mówi już sama jej okładka. Biznesmen pozuje z otwartą walizką wypełnioną plikami pieniędzy”.

Tak, o Januszu Leksztoniu nie mogłem nie wspomnieć. Jego kariera dobrze pokazuje szalone lata 90.

W 1991 roku znalazł się na piątym miejscu na liście stu najbogatszych Polaków według tygodnika „Wprost”. Ale
przesadny rozmach inwestycyjny i niepłacone kredyty spowodowały, że kilka miesięcy później firma ogłosiła upadłość. Potem jeszcze, pod koniec ubiegłego wieku, Leksztoń wydawał m.in. polską edycję czasopisma erotycznego
„Hustler”, a wreszcie trafił do aresztu.

Lata 90. to był niesamowity czas pirackich telewizji. Ludzie nie chcieli już oglądać tylko państwowej telewizji.

„Dobrze wyraził je jeden z rozmówców Polskiej Kroniki Filmowej z 17 lutego 1993 roku, pytany o oczekiwania wobec telewizji prywatnych: Ja bym się spodziewał atrakcyjnych, rozrywkowych, ładnych programów, broń Boże jakiejś nudy albo narzuconych historyjek. Ja tylko korzystam z Dziennika, który też nie jest wyczerpujący. Patrzę, bzdury jakieś tam wtykają, ja muszę telewizor wyłączać, bo mnie to denerwuje. Ja jestem człowiek wolny i chcę to, co ja chcę”.

Więcej o prywatnych telewizjach i historiach z satelity przeczytacie w mojej książce.

Otagowane , , , ,

Hity z widea

Pewnie już wiecie. Od miesiąca w księgarniach (w formie ebooka) również, dostępna jest moja nowa książka. Po „Czasie wolnym w PRL” napisałem reportaż o popkulturze w Polsce przełomu 80/90 i lat 90. „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.” to m.in opowieść o kulturze video, kasetach, filmach, wypożyczalniach kaset. I od tego chciałem zacząć krótkie przedstawianie historii z książki i zachęcić do zajrzenia do niej.

Tak to się zaczyna. Wspomnieniem o dramacie i radościach młodych chłopaków 🙂

„Odbywało się losowanie, bo każdy z nas bał się pójść. Choć może nie do końca bał, a wstydził. Chodziło przecież o erotyk. Nieważne jaki, ważne, żeby był. Z kolegami z klasy siedzieliśmy na murku przed wypożyczalnią Paco, która mieściła się na parterze Młodzieżowego Centrum Kultury. Chodziłem tam wielokrotnie, miałem swoją kartę. Na weekendy brałem wojenne klasyki, żeby oglądać z tatą, niektóre po kilka razy: Bitwa o Anzio, Działa Navarony, O jeden
most za daleko
. W tygodniu – sensacyjne i „obyczaje”. Ale wreszcie nadszedł czas na erotyka. Fakt, widziałem już kilka razy takie filmy. Byłem u sąsiada, jak puszczał jakieś erotyki z Niemiec. No i z kuzynką oglądałem Lody na patyku.
Ale to nie to samo. Ucieszyłem się, bo zapałkę wylosował kolega Tomek. To znaczy on miał pójść do wypożyczalni. Całe szczęście, bo wyglądał na najstarszego. Musiał przejść do magicznego regału z napisem „Dla dorosłych” i wybrać dla nas film. Dział był schowany w rogu wypożyczalni, za czarną kotarą. Samo wybieranie na podstawie okładek mogło doprowadzić nastolatka do zawału serca. Zupełnie nie wiem, dlaczego kolega pożyczył akurat bawarskie kino erotyczne. Chociaż wiem, na okładce była pani z baaardzo bujnym biustem. Wyszedł z wypożyczalni cały
czerwony, ale się udało! Pobiegliśmy do mnie do domu.

Mama miała wrócić z pracy dopiero za dwie godziny. Drżącymi rękami odpaliłem nasz odtwarzacz
video z możliwością nagrywania – w ciszy i napięciu oglądaliśmy zabawy dorosłych z jodłowaniem w tle. Palec cały czas trzymałem na pilocie, na guziku „stop”, żeby zdążyć wyłączyć, gdyby mama wróciła wcześniej. Udało się obejrzeć do końca, a potem szybko oddaliśmy kasetę z powrotem do Paco, żeby pozbyć się dowodów. Trzeba było ją przewinąć do początku, bo za oddanie nieprzewiniętej płaciło się karę. Takie były wtedy, na początku lat 90., doświadczenia seksualne pewnie setek tysięcy chłopaków, przynajmniej tych, którzy mieli w domu video albo kolegę dysponującego takim magicznym sprzętem”.

Fot. Dwa hity video lat 90.: „Terminator” był u nas przetłumaczony na „Elektronicznego mordercę”. „Callanetics” z Mariolą Bojarską sprzedał się w 3 milionach egzemplarzy. Mowa tylko o oryginalnych kopiach.

W książce opowiadam o wypożyczalniach kaset video. To tam całe dnie spędzali fani kina. Nie wiem czy wiecie, jest kilka wciąż działających. W Warszawie na pewno dwie. I tu powróćmy do książki.

„TAO, wbrew nazwie, nie jest azjatyckim barem. To wypożyczalnia filmów, dziś głównie na DVD, ale gdy rozpoczynała działalność, wypełniały ją kasety VHS. Od lat 90. mieści się na parterze bloku na warszawskich Bielanach. To
jedno z ostatnich takich miejsc, nie tylko w stolicy. Niełatwo tam trafić, z ulicy jej nie widać. Wchodzi się od podwórka. Na szybie szyld z napisem „Wypożyczalnia filmów”. Właściciel przesiaduje tutaj kilka godzin dziennie. Otwarte od poniedziałku do piątku w godzinach popołudniowych.
Oglądam kasety VHS, które zajmują górną półkę. Są przeboje lat 90.: Życie Carlita, Speed, Kasyno. Właściciel ma też katalog z okładkami filmów schowanych na zapleczu. Rozmawiamy oczywiście o filmach, o wypożyczalni.
Czuję, że trzyma ten interes dla kontaktu z ludźmi, z sąsiadami, którzy przychodzą do niego od lat. Kiedy pytam o zarobki, śmieje się. Zapisuję się, mam numer 1490. Wypożyczam film. Można go zobaczyć w serwisach streamingowych, niedawno był w kinach, ale przecież nie o to chodzi. W latach 90. byłby dostępny tylko w takiej wypożyczalni.
Właśnie wtedy w świat filmów video wkroczyli Anna i Zenon. (…) Po wielu u nieprzespanych nocach w czerwcu 1991 roku otworzyli swoją wypożyczalnię kaset. Nad wejściem wisiał szyld z nazwą: „Magic”.

Fot. To jest wejście do wciąż działającej wypożyczalni filmów w Warszawie TAO.

W książce piszę też o pokazach filmów z kaset video (w kinach, a nawet na komendzie policji), piractwie, pierwszych polskich kasetach video, polskich magnetowidach, Polskiej Partii Posiadaczy Magnetowidów, pokazach filmów video w pociągach oraz gazetach poświęconych kulturze vhs.

A tu przykłady perełek, czyli opisów filmów z katalogu „The Best of Video” z 1990 roku:

„Pokaz najnowocześniejszych technik filmowo-elektronicznych. Błyskotliwa reżyseria, głośni aktorzy. Szlagier finansowy sezonu 1988/89 – to opis Batmana z 1988 roku”.
„Dużo przemocy, gwałtu i obsceniczności nie było zapewne tym, na co czekali miłośnicy ekranowego straszenia – tak opisany jest horror Powrót do miasteczka Salem”.
„Grupa uczniów college’u postanawia spędzić noc w niezwykłym miejscu. Nie jest to szczęśliwy wybór – to o horrorze pod interesująco przetłumaczonym tytułem Schronienie przeznaczenia (oryg. Doom Asylium)”.
„Zrealizowane na fali sukcesów „Conana” nudziarstwo z mnóstwem bójek, dymu i nagich torsów, ale niewnoszące niczego nowego – tak „zachwalano” Żelaznego wojownika z 1987”.

A jakie są Wasze wspomnienia związane z kulturą video?

Więcej o video, ale nie tylko przeczytacie w mojej książce. W następnym wpisie o telewizji tamtego okresu, m.in. o kultowej Sky Orunia.

Otagowane ,

3 x K: Kasety, Kajtek, Kasprzak

Był Polonez na kablu, był gramofon Bambino, były kasety vhs… czas na kolejny wyjątkowy przedmiot sprzed lat.

Tym razem na naszej wystawie „Przedmiot tygodnia” bohaterem jest kaseta magnetofonowa.

Kaseta – nośnik opatentowany przez koncern Philipsa w 1963 roku. W Polsce rządził na przełomie lat 80. i 90. Oj u mnie też rządził. Robiłem na kasetach własne składanki, nagrywałem własne audycje, sam projektowałem okładki, numerowałem je. Też tak robiliście?

Mam ich setki. Oryginały, podróbki, składanki, tak, to był dziki czas. Pamiętam, że w moim rodzinnym Słupsku można je było nawet przegrać w bibliotece miejskiej. Znaczy przegrać u nich płytę z CD na kasetę.

Na wystawie w oknie Stacji Muranów przy ulicy Andersa 13 w Warszawie (dostępna 24/7) przez tydzień zobaczycie nie tylko ciekawe kasety z mojej kolekcji, ale też kilka przedmiotów.

Są tu kasety z muzyką, grami komputerowymi, stojak, gazety muzyczne, oryginalny Kasprzak i pierwszy polski walkman Kajtek.

O kulturze muzycznej związanej z kasetami opowiadam też w swojej nowej książce „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.” (Wydawnictwo Muza), którą oczywiście polecam 🙂

Ale zapraszam też na mini wystawę, może mieliście/macie podobne kasety?

Otagowane , , ,

Morderca i Callanetics na kasecie

I jest, trzecia odsłona naszej (wraz ze Stacją Muranów) wystawy „Przedmiot Tygodnia”. Tym razem jest nim:

No dobra, nie Terminator, to znaczy Elektroniczny Morderca, ale kasety vhs.

Na warszawskim Muranowie, w oknie Stacji Muranów w pięknej kamienicy przy Andersa 13 możecie zobaczyć (24/7) spoooro gadżetów dotyczących vhsów.

Magnetowid, przewijak do kaset, czasopisma, no i same kasety. Jest kilka kultowych tytułów.

Wpadajcie obejrzeć, powspominać, poczytać trochę o historii kaset vhs.

A kto wyłapie wszystkie tytuły z wystawy?

Otagowane , , ,

Wystawa w oknie

Tak, tak, trwa nasza wyjątkowa, okienna wystawa w Stacji Muranów w Warszawie. W oknie tego wyjątkowego miejsca na pięknym warszawskim Muranowie pokazujemy klasyczne przedmioty z naszej kolekcji. Po Polonezie na kablu, przyszedł czas na gramofon Bambino.

Bambino produkowały Łódzkie Zakłady Radiowe Fonica. W latach 1963-1972 powstały cztery wersje. Nasz, model numer 3 odsługiwał trzy prędkości 33, 45 i archaiczną 78 (takie siedmiocalowe płyty powstawały w latach 20., 30. i 40.). Model 4 już tej prędkości nie miał. Bambino 3 waży jakieś 8 kilo i jest wyposażone w głośnik Tonsil Unitra. To oczywiście sprzęt mono, lampowy, z korekcją tonów. Przy pomocy kabla ekranowanego (DIN) można go podłączyć do magnetofonu, by zgrać piosenki na taśmę. Jego typową cechą jest kratka wentylacyjna przy nagrzewającej się lampie. Całość zamykała się w charakterystycznej skrzyneczce.

Rocznie produkowano jakieś 160 tysięcy sztuk. W sklepach bywały też walizkowe gramofony Rytm albo Mister Hit. W latach 70. zaczął pojawiać się już sprzęt stereofoniczny: Adam Artur, Bernard. Bambino doczekał się nawet swojego pomnika. Od dwóch lat stoi on w Olsztynie. Ważącą sto kilo replikę autorstwa rzeźbiarza Jacka Adamasa można oglądać w Amfiteatrze Czesława Niemena.

My pokazujemy go wraz z płytami oraz opisem. Polecamy zajrzeć. Okienko otwarte 24/7, oczywiście bezpłatnie. Wpadajcie, róbcie zdjęcia, a już za tydzień kolejny kultowy przedmiot sprzed lat.

Otagowane , ,

Megatony

Przyznaję, mam słabość do pirackich okładek kaset. Dlatego podczas niedawnej wyprzedaży w warszawskim Antykwariacie Grochowskim zakupiłem spooooro kaset. Niektóre tylko dla okładek, inne połowicznie.

Na przykład taka Martika, uwielbiam ją!

Wchodzą na polską stronę Martika.pl traficie na wytwórnię wędlin, ale mi oczywiście chodzi o Martę Marrero, wokalistkę. Amerykanka kubańskiego pochodzenia w 1988 roku wydała debiutancki album „Martika”. I na kasecie znalazł się materiał właśnie z niego. Jest tu największy hit Martiki „Toy Soldiers”. Doskonały to album. Ale wydawca, czyli firma o ładnej nazwie Megaton jednak się do wydania tej kasety nie przyłożyła.

Pomijam samą okładkę. To zresztą był częsty pomysł wydawców kaset przełomu lat 80. i 90. Na okładce umieszczali oryginalną okładkę danego albumu, a do niej dokładali jakąś grafikę. Tutaj ten przedziwny prostokąt z napisem „Martika”.

W środku jest jeszcze ciekawiej. Piosenka „See If I Care” zmieniła się w „IEE If I Care”, a „I Feel The Earth Move” w „I Fall The Earth Move”. No cóż, niby nie dużo, ale jednak kurde brak znajomości języka wyszedł.

W przypadku drugiej kasety takich błędów nie ma.

Błędów nie ma, bo to porządny wydawca. Bułgarska firma wydawnicza Balkanton, której początki sięgają roku 1952. Kaseta z 1987 roku z przebojami Lionela Richie, tytułowym, ale też „Ballerina Girl” i „Say You, Say Me”.

Tutaj nie ma co się przyczepić do okładki, w końcu oryginał. Za to w przypadku trzeciego dziś przykładu żartów nie ma.

To wydawnictwo widmo z przebojami w wersjach weselnego zespołu Szarotka. Nie ma ani wydawcy, ani nic. Jest za to naga pani, częsty sposób na zwrócenie uwagi klienta. Po prostu wrzucenie na okładkę takiego zdjęcia, nawet nie ważne co było na kasecie, okładka przyciągała.

Przyznaję się, mnie też przyciągnęła…

Otagowane , , , ,