Category Archives: Uncategorized

Powieść milicyjna

Podobno damami polskiego kryminału sensacyjnego, zwanego też milicyjnym, są Joanna Chmielewska, Hanna Sekuła i Barbara Gordon. Ja trochę o historiach milicyjnych już tu opowiadałem. Chodzi o kryminalny cykl „Ewa wzywa 07…”, o którym pisałem TUTAJ.

Teraz czas na kolejną serię kryminałów. Tym razem od Wydawnictwa Prawniczego i autorki Zofii Kaczorowskiej. Mam trzy jej kryminalnej opowieści. Dwa pochodzą z 1988 roku. Pierwszy to „Strzał na Mokotowskiej”. Genialny tytuł i genialna okładka.

Jej akcja dzieje się w latach 30., 60. i 80. Niestety lata 80. zajmują tylko kilka stron. Ale i tak pojawia się tu Sala Kongresowa w PKiN i nazwanie pewnej piosenkarki Madonną. Zobaczcie sami początek rozdziału…

Autorka przenosi nas też pod Hotelu Victoria, gdzie jeden ze słynnych polskich aktorów zajeżdża białą Toyotą! Jest też Bazyliszek na Rynku Starego Miasta. A żeby nie było niedomówień książka zaczyna się od standardowego: „Żadna z postaci w niej występujących nie jest autentyczna, a ewentualne zbieżności i podobieństwa mogą być przypadkowe”.

Można tu również dostrzec kto przygotował okładkę. To pojawiająca się we wszystkich wspomnianych tu książkach Zofii Kaczorowskiej Bożena Korulska. To także malarka i uznana scenografka. Więcej o niej przeczytacie TUTAJ.

I jeszcze fragment:

Druga książka, z tego samego 1988 roku, to „Szalona noc w Paryżu”. Okładka jak z żurnala…

Jednym z bohaterów jest tu paryski multimilioner. Nie trudno się domyślić co go spotka…

Książkę otwiera motto ze słowami z „Hamleta”, ale ciekawsze są nazwy rozdziałów: „Serenada Szatanów”, „Bogowie podziemia” albo „Toast morderców”.

Z kolei na tytułowej stronie widać ciekawe logo Wydawnictwa Prawniczego. Aha, jeszcze ważna rzecz. Zobaczcie u góry nakład. Niemal 140 tysięcy egzemplarzy!

I jeszcze tradycyjnie tylna okładka z fragmentem książki.

No i kolejna światowa historia, „Przesyłka do Lizbony” z 1989 roku.

Tutaj znalazłem dowód na to, że kiedyś w Hali Gwardii (ta obok Mirowskiej) odbywały się koncerty! Jest też restauracja „Pod Złotym Bażantem”, Fiat 125p, zespół Pelikany („nieomal polska Abba”), znowu Sala Kongresowa, no i duuuużo krwi. Polecam!

Reklamy
Otagowane , , , , , , , ,

Przegląd prasy

Niedziela to idealny czas na nadrobienie gazetowych zaległości. Dlatego dziś postanowiłem nie przedstawiać historii jednego przedmiotu, a przygotować autorski przegląd prasy sprzed lat. Komiksy, porady, kącik dla dzieci, program tv, coś dla dorosłych i reklamy. Czyli czym żyły gazety przed laty.

Ważne, żeby zacząć z przytupem. Tak też zaczynał się często magazyn poradniczo-hobbystyczny „Pan”, o którym pisałem TUTAJ. Dziewczyna Pan’a dobrze przygotowywała nas na resztę materiałów…

 

Po takim otwarciu krótka reklama kojących kosmetyków po goleniu (jakoś dziwnie widać twarz pani, a nie pana)… W sprzedaży były pianka Lord, płyn po goleniu Amant i krem Adam

…i może przerwa na komiks. Takie pojawiały się w kilku gazetach, m.in. w „Fantastyce”. Może dziś fragment opowieści o superglinie Funky Kovalu autorstwa grupy Polch-Rodek-Parowski.

A teraz wiadomości sportowe. Jan Furtok, Marek Koniarek, Dariusz Dziekanowski, Ryszard Tarasiewicz, Marek Leśniak, Jan Urban i trener Wojciech  Łazarek. Mówią wam coś te nazwiska? To część piłkarskiej kadry końca lat 80. Co łączy te artykuły z dzisiejszą sytuacją? No chyba nie najlepsza sytuacja warszawskiej Legii.

 

Na rozluźnienie kolejna miła reklama. Tym razem z „Przekroju” z 1961 roku.

A teraz coś dla fanów Adama Słodowego. W magazynie „Zrób Sam” z 1984 znalazłem przepis na zrobienie wytwornych kart zaproszeniowych. Potrzebne były m.in…. owoce i warzywa.

A o „Zrób Sam” przeczytacie więcej TUTAJ.

Czas na dzieci, nie chciałbym żeby poczuły się pokrzywdzone. Im proponuję komiks niezrównanego Bohdana Butenki „Wakacyjny Zyzio” z „Płomyka” z 1971 roku.

I mała przerwa na reklamy. Widać, że magazyn „Morze” też dbał o nasze zdrowie. W latach 70 zachęcali m.in. do kupienia puree ziemniaczanego błyskawicznego z zakładów w Słupsku (mieszkałem obok i pamiętam fetor ziemniaków!) oraz morskie, białe, chude ryby. Czy to wygląda smacznie zostawiam już waszemu osądowi…

To może moda. Na przykład męski strój codzienny. Chodzilibyście w tym?

Taki strój proponował „Świat Młodych” z 1970 roku, o którym więcej pisałem TUTAJ.

A gdzie porady? Są oczywiście. Może kilka z „Przyjaciółki” z końca lat 40. Jak bić wieprza i jak czyścić jaja? Proszę bardzo:

Czas na kolejną reklamę oraz na dział zagadek, również  z „Przyjaciółki”. Pamiętajcie: „bez poradnika rolnika, nie ma dobrego rolnika”. No i zagadka, kto rozwiąże?

Wreszcie coś, co lubię bardzo, program telewizyjny. Tu mam z magazynu „Ekran” ze stycznia 1984 roku. I tak, pamiętacie program rozrywkowy Wojciecha Pijanowskiego „Jarmark”?

Albo serial NRD „Wielka Przygoda Kacpra Schmercha”, albo coś takiego jak „film dla drugiej zmiany”? A może „Tik-Tak”, „Pegaz” czy „Telewizyjny koncert życzeń”?

A na finał, finałowa strona czasopisma młodzieży harcerskiej „Na przełaj”, o którym pisałem TUTAJ.

To była ważna dla nas wszystkich część muzyczna. W niej chociażby „Metal Top 20”. Oj chyba sporo tam dziś mało pamiętanych kapel…

Miłej lektury i do następnego przeglądu prasy!

 

Otagowane , , , , ,

Smutne pożegnanie

Musimy podzielić się dwiema smutnymi wiadomości. Pierwsza dotyczy zapowiadanej przez nas wyjątkowej imprezy „Salon Gier PRL”. Niestety przegraliśmy z pogodą. Imprezę musieliśmy odwołać. Ale dobra wiadomość jest taka, że jest już jej nowy termin. To 7 lipca (sobota), w godz. 14-18! Więcej info TUTAJ.

Niewspółmiernie smutniejszą wiadomość jest ta, dotycząca śmierci Marka Karewicza, najwybitniejszego polskiego fotografa muzycznego. Przez wiele lat fotografował mistrzów polskiego i światowego jazzu oraz artystów bigbeatowych. Przypomnę tu moją rozmowę z panem Markiem przeprowadzoną przy okazji premiery książki „Big-beat”.

460x237-okladka-BIG-BIT-marek-karewicz-spady-15mm.indd

Z tego, co pisze pan w książce „Big-beat”, pierwszy pana kontakt z fotografią wyniknął z chęci zarobienia paru groszy.

Zaczynałem w zasadzie od pracy laboratoryjnej przy zdjęciach, bo jeszcze zanim zdobyłem pierwszy aparat, robiłem już sporo odbitek, kopii zdjęć. Wiedza techniczna pomogła mi robić na przykład odbitki programów kinowych, które zdobywał kolega. Moje kopie sprzedawał i w ten sposób zarabialiśmy parę groszy.

Gdzie zdobywał pan fotograficzną wiedzę?

Najpierw chodziłem do liceum fotograficznego na ulicy Spokojnej. Tam egzamin zdawałem przed Heleną Dąbrowską, siostrą słynnej pisarki Marii. Sporo zawdzięczam dyrektorowi placówki Zbigniewowi Pękosławskiemu, choć moimi mistrzami byli Edward Hartwig, z którym współpracowałem i który bardzo mnie wspierał, oraz Benedykt Jerzy Dorys. Po liceum poszedłem do łódzkiej filmówki. Wycofałem się na trzecim roku, bo wiedziałem, że już filmowcem nie zostanę. Tam jednak działało prężne środowisko jazzowe. Wydział operatorski skończył chociażby saksofonista, kompozytor Duduś Matuszkiewicz.

Ale płyty jazzowe zdobywano wtedy głównie nad morzem.

Tak, poza Łodzią silnymi środowiskami jazzowymi szczyciły się Szczecin i Trójmiasto. Tam można było kupić płyty przywożone przez marynarzy ze Szwecji. Miałem kilku takich zaprzyjaźnionych dostawców w Szczecinie.

Jeszcze zanim zajął się pan fotografią, zaczął pan grać.

Najpierw były skrzypce. Bardzo nalegała na nie moja babcia wychowana w Sankt Petersburgu. A przekonał mnie do nich najlepszy przedwojenny przyjaciel mojego ojca, który sam grał na skrzypcach. Podczas wojny został wcielony do armii niemieckiej, mieszkał w pomorskim Wąbrzeźnie. Przy pierwszej okazji podczas walk na Zachodzie poddał się aliantom. Zresztą on zaraził mnie nie tylko tym instrumentem, ale muzyką w ogóle. Opowiadał mi zawsze, że spędził wojnę przy dźwiękach orkiestry Millera. Dla mnie Miller to było niemieckie nazwisko i dopiero po kilku latach dowiedziałem się, że chodziło o Glenna Millera. Zacząłem się w nim zasłuchiwać.

Skrzypce też pan porzucił.

Tak, bo w zasadzie mogłem na nich grać wyłącznie na weselach. Po nich był kontrabas, okazał się jednak za duży, nie mieścił się na skuterze i ciężko było go zapakować do taksówki. Zacząłem więc grać na trąbce. Ją z kolei porzuciłem po tym, jak w radiu na Myśliwieckiej w Warszawie nagrałem z zespołem cztery utwory. Jak je posłuchałem, to wiedziałem, że lepiej zająć się czymś innym. Wychodząc z radia, oddałem trąbkę kibicom Legii na sąsiadującym z Myśliwiecką stadionie. Później grałem już tylko sporadycznie, na przykład podczas festiwalu Jazz nad Odrą.

Wspomniał pan o skuterze. W latach 60. panowała w Polsce na nie niesamowita moda w artystycznym towarzystwie.

Ja miałem polską Osę, nie do zdarcia. Mój przyjaciel, twórca wielu znakomitych okładek Rosław Szaybo jeździł z kolei włoską lambrettą, którą kupił od Komedy. Ten z kolei miał ją od Jana Zylbera.

komeda

A propos Zylbera. W książce „Big-beat” przytacza pan pewną anegdotę, jak to m.in. z nim zostaliście poczęstowani wódką przez pewnego księdza.

Wszystko zaczęło się od sesji dla zespołu Silna Grupa pod Wezwaniem na krakowskim Wawelu. Grał w nim Kazimierz Grześkowiak. Był też z nami ich menedżer, ale też perkusista, który grał z Komedą, właśnie Jan Zylber. Nie wiem jakim cudem, ale udało mu się załatwić wejście na Wawel. Po pracy jak zwykle trzeba było napić się wódeczki. Trafiliśmy do Piwnicy pod Baranami, ale tam panował przykry zwyczaj. O czwartej rano barman mówił: „Panowie, ja też mam dom”, zamykał bar i kończył zabawę. Wyszliśmy na miasto, a tu wszystko zamknięte. Grześkowiak, który chodził do seminarium, przypomniał sobie, że niedaleko swoją kurię ma późniejszy biskup Franciszek Macharski. Poszliśmy tam o czwartej rano, wierząc, że ma schowaną jakąś wódeczkę. Otworzył nam młody ksiądz i po wymianie zdań zawołał Macharskiego słowami: „Tu jest jakiś Grześkowiak, pijany, ale nieszkodliwie”. Macharski powiedział, że u niego dostaniemy wszystko oprócz wódki. Nalegając, wyjaśniłem, że przecież w naszej trójce – Zylber, Grześkowiak i ja – jest Żyd, człowiek po seminarium i ewangelik. To wyjątkowa okazja na pojednanie. Wtedy Macharski przypomniał sobie, że obok mieszka pewien ksiądz Karol i on może coś mieć. Karol zaprosił nas do swojego pokoju. Polał 90-procentową śliwowicę, ale sobie tylko połowę kieliszka, bo o szóstej rano miał mszę i nie chciał chuchać na staruszki. Tak wypiliśmy buteleczkę. 10 lat później siedzę sobie na festiwalu w Opolu, a tu nagle biegnie Grześkowiak i krzyczy: „Marek, Marek!”. Pytam, co się stało, a on na to, że ten Karol, u którego piliśmy wódkę, został właśnie papieżem.

U papieża udało się załatwić wódkę, ale w książce „Big-beat” jest też opowieść o tym, jak zespół Budka Suflera w zaskakujący sposób załatwił sobie armaturę sanitarną.

Kiedy członkowie Budki zdobyli popularność, postanowili się pobudować. Mieli jednak problem, bo na rynku brakowało wanien, klozetów itp. Wymyślili więc scenografię na swoją trasę, która składała się właśnie z armatury. Wystąpili o nią do ministerstwa i dostali sprzęt. Najpierw grali pomiędzy tymi wannami, a później odkupili je po niższych cenach jako sprzęt zużyty.

W książce stawia pan tezę, że jazz, rock’n’roll i rock zaistniały i rozkwitły w Polsce, a nie w innym kraju socjalistycznym, głównie dlatego że u nas pewna grupa ludzi zwietrzyła w tym interes?

Oczywiście, że nie wynikało to z idei, ale z tego, że każdy chciał zarobić pieniądze. To był zwyczajny zawód. Kiedy spytałem Tadeusza Nalepę, dlaczego gra i śpiewa, odpowiedział bez zastanowienia, że przecież zwyczajnie nic innego nie umie robić.

Dlaczego takie postaci jak Nalepa, Czesław Niemen czy Józef Skrzek nie zrobili kariery za granicą, nie potrafili iść na kompromisy?

Karierę zrobili tylko jazzmani, bo oni mieli potencjał, jak Komeda czy Michał Urbaniak. Z muzyków rockowych, bigbeatowych nikt. Kończyło się to tak jak z Niemenem. Wydał kilka płyt w Anglii, ale na ważne spotkanie promocyjne nie poszedł, bo się zorientował, że w tym samym czasie jest gdzieś niedaleko promocja opon samochodowych i pojechał, żeby je kupić. Na spotkanie już nie zdążył.

Wspomniał pan o jazzmanach, zdaje się, że nie przepadali za bigbeatowcami?

Bo ich poziom muzyczny był dużo wyższy. Dobry muzyk bigbeatowy marzył, żeby nagrać płytę z jazzmanem.

Czy kariery zespołów bigbeatowych były w jakiś sposób przewidywalne. Od czego zależało, że ktoś zyska sławę?

Trzeba było być dobrym i pić wódkę. A jak się udawało, to się modlili, żeby Pagart (ówczesna agencja artystyczna) załatwił im granie na statku. Grając przez pół roku do tańca, można było odłożyć pieniądze na willę pod Warszawą.

Ciekawi mnie, kto wtedy wymyślał nazwy zespołom. Niektóre były dość kuriozalne, jak Szwagry albo Tarpany?

Menedżerowie wymyślali. Specjalistą był Franek Walicki, który dla swojej muzycznej postaci też wymyślił pseudonim Jacek Grań. Zresztą pseudonimy to było coś normalnego, bo jak na przykład Jacek Zerhau mógł występować pod swoim nazwiskiem. W życiu nie zrobiłby kariery. Przyjął pseudonim Jacek Lech. Takich przypadków jest mnóstwo.

Zrobił pan około 2 tys. okładek płyt, miał pan jakiś klucz do ich tworzenia, dlaczego to właśnie pańskie projekty wygrywały tak często?

Odbywało się to tak, że Polskie Nagrania w swojej siedzibie na ulicy Długiej wywieszały w gablocie ogłoszenie o konkursie. Trzy osoby wystawiały prace do komisji i ta wybierała najlepszą. Nie miałem specjalnej metody na dobrą okładkę, ale prawda jest taka, że moje projekty odrzucono tylko dwa razy. Raz przegrałem z okładką autorstwa Jerzego Dudy-Gracza dla Wojciecha Młynarskiego, a drugiej nie pamiętam.

Obok robienia zdjęć i projektowania okładek zajmował się też pan prowadzeniem imprez. Skąd wtedy wiedzieliście, jak wygląda praca DJ-a, na kim wzorowali się polscy DJ-e w latach 70.?

Wielką szkołę dał nam Alan Freeman z Radia Luxembourg. Przyszedł do pierwszej dyskoteki w Sopocie i z zaledwie 10 singli potrafił zrobić godzinną zabawę. Od niego się uczyłem i potem grałem przez 32 lata w warszawskim Remoncie, m.in. z reżyserem Jackiem Bromskim.

Jak miałby pan wskazać najważniejsze płyty jazzowe w swoim życiu?

Na pewno materiał, który Louis Armstrong nagrał z Ellą Fitzgerald. Poza tym płyta genialnego saksofonisty Earla Bostica. To od niego wielu polskich jazzmanów uczyło się grać, notując dźwięki na kartkach.

Nie wymienił pan Milesa Davisa, któremu przecież robił pan znakomite zdjęcia.

Nie, lepszy był Louis. Od Milesa mam za to w szafie marynarkę.

Wywiad przeprowadziłem dla dodatku Kultura DGP

Jesteśmy tam!

Hej, wreszcie jesteśmy na instagramie! Zapraszamy TUTAJ.

Czar wspomnień 8

Czas na kolejną porcję wspomnień wyjątkowych przedmiotów z naszej kolekcji, o których pisaliśmy wiele miesięcy temu. Oto Projektor Ruś.

Klara Rumyanowa i Anatolij Papanow – czy wiecie, że to właśnie ich głos towarzyszył wielu dzieciom w bloku wschodnim w latach 70. i 80.? To oni bowiem użyczali głosów Zającowi i Wilkowi, bohaterom wyjątkowej bajki realizowanej od 1969 roku przez Sojuzmultfilm. Oczywiście przygody Wilka ganiającego Zająca były odpowiedzią ZSRR na bajki „Tom i Jerry” oraz Myszkę Miki.

IMG_3047

Bajki z cyklu „Wilk i Zając” powstawały jeszcze w 2005 roku. My mamy dwa odcinki: 4 „Na stadionie” oraz 13 „Olimpiada 1980 w Moskwie”. Posiadamy je na taśmach 8mm, a cena każdej z nich to 6 rubli i 70 kopiejek. Trudno o lepszy sprzęt do ich wyświetlania niż radziecki projektor Ruś.

IMG_3050

IMG_3052

Nasz sprzęt pochodzi z 1988 roku. W pełni sprawny, z instrukcją i pięknym pokrowcem. Podczas emisji wydaje niezapomniany dźwięk. Taśmy można przewijając w obie strony, obsługiwane są 8mm i Super 8mm. Projektor został wyprodukowany w Leningradzie w zakładzie OMO, naturalnie imienia Lenina.

IMG_3054

Całość pakuje się w takie cudeńko:

IMG_3055

Wciąż jeszcze można kupić wiele taśm 8mm z różnymi filmami. Bez większego problemu można też kupić takie projektory. Zapewniam, że seans na takim sprzęcie to niezapomniane przeżycie.

IMG_3045  IMG_3044

Spójrzcie zresztą sami:

Otagowane , , , ,

Czar wspomnień 4

Jeszcze przez kilka dni Europa będzie żyła futbolem. My też. Z tej okazji kolejną część wspomnień z naszego bloga o skrywanej przez nas w domu kolekcji, poświęcamy… piłkarzykom. Mamy ich różne rodzaje. A pisaliśmy o nich tak:

fussball6

Ulf Kirsten, Jurgen Pommerenke, Hans-Jurgen Dorner – czy ci wielcy piłkarze DDR grywali w domu w takie cudo, o jakim dzisiaj piszemy? Na pewno.

fussball2

Oto kolejne piłkarzyki z naszej kolekcji, tym razem wyprodukowane we wschodniej części Niemiec.

Fussball Spiel charakteryzuje się tym, że można tą zabawkę złożyć w podręczny kartonik. Boisko jest bowiem zwijane. Na końcach przytrzymują boisko kawałki drewienka. W niej wkłada się bramki.

Każda z drużyn ma dwóch zawodników: bramkarza i piłkarza w polu. Bramkarz jest sterowany przez kawałek plastiku z tyłu. Bardzo ciekawie strzela się piłkarzem w polu. Naciska się bowiem głowę piłkarza w dół i wtedy rusza się jego noga i piłkarz strzela.

fussball4

Swoją drogą bramkarze wyglądają jakby robili przysiady, a na głowach mieli czapki. Ciekawa jest piłka, która nie jest okrągła. Dzięki temu jednak zatrzymuje się na boisku. Okrągła cały czas by wypadała za pole. Mamy do tych piłkarzyków oryginalne pudełko.

fussball1

W środku wszystko pięknie ułożone.

fussball5

Piłkarzyki wyprodukowano najprawdopodobniej w latach 70. Odpowiada za nie zakład w niewielkim mieście we wschodniej części Niemiec – Aschersleben.

Największe sukcesy piłka nożna w DDR odnosiła właśnie w latach 70. Co ciekawe, pierwszy mecz reprezentacja DDR rozegrała z Polską, w Warszawie w 1952 roku. Wygraliśmy 3-0.

fussball3

————–

pilka1

Jak widać po kartonie, te piłkarzyki wiele przeszły. Prawdopodobnie były używane jako strzelnica. Nie są w idealnym stanie, ale wszystko jest na miejscu i działa. Znaleźliśmy je przed domem na śmietniku. Nie żebyśmy specjalnie tam czegoś szukali, po prostu leżały na wierzchu i czekały na nas.

pilka2

Plastikowe boisko, żółte i czerwone piłkarzyki i zabawa na całego.

Piłkarzyki wyprodukowała firma o ciekawej nazwie: Przetwórstwo Tworzyw Sztucznych i Zabawkarstwo Ewa i Stanisław Dróżdż z Częstochowy. Na kartonie interweniuje bramkarz w czapce. To nie powinno dziwić, bo przed laty wielu w nich grało. Chociażby legendarny radziecki bramkarz Lew Jaszyn. Nie zdziwiłbym się jakby to nim inspirowali się twórcy tej grafiki. Ciekawe, że w przeciwieństwie do poprzednich opisywanych przez nas piłkarzyków te nie mają napisu „Piłka nożna”, ale zachodnie słowo „Football„.

pilka3

————–

Piłkarzyki na sprężynach – gole przy nietypowych dźwiękach

Specyficzny brzdęk przy odbijaniu i kulki wyciągane z łożysk – to pierwsze wspomnienia jakie pojawiają się, gdy patrzę na piłkarzyki na sprężynach. 22 zawodników, drewniane boisko z zagłębieniami przy piłkarzach, metalowe brameczki i gra całymi nocami.

Nasz egzemplarz wyprodukowały Krakowskie Zakłady Przemysłu Maszynowego Leśnictwa Krakpol. Co ciekawe, firma Krakpol nadal działa i produkuje zabawki. Oczywiście piłkarzyki pojawiały się w różnych wersjach. Jak nasze – z napisem Piłka Nożna na kartonie – albo z napisem Football. Sami piłkarze też się zmieniali. W naszej wersji to pomalowane tyczki, ale były też takie z sylwetkami bardzo przypominającymi prawdziwych piłkarzy.

Oczywiście bardzo szybko gubiło się piłki do gry, ale wyjście z tego było banalnie proste. Używaliśmy bowiem kuleczek z łożysk rowerowych. Czasami piłki wylatywały za boisko, ale jak się strzela jak Tarasiewicz to nie dziwne. Nasz egzemplarz jest trochę zużyty, ale nie znaczy to, że nie da się grać. Co widać zresztą na filmie. Co prawda, piłka jest większa niż przystało, ale za to komentarz jaki:

Mistrz estrady, czyli Pan Ludwik

Na naszym blogu o płytach analogowych http://winylowetrzaski.wordpress.com/ piszemy o kolejnym ciekawym krążku z naszej kolekcji, który został wydany w PRLu. To płyta mistrza estrady Ludwika Sempolińskiego. Polecamy!

sempolinski

Otagowane , ,

Blog roku, a może i więcej…

Postanowiliśmy wystartować w konkursie na Blog Roku 2013.

Za głosowanie serdecznie dziękujemy, odwiedzającym i jurorom podziękowania również gwarantujemy.

nak1

Więcej o konkursie na stronie:

http://blogroku.pl/2013/kategorie/bufetprl-nieoczywisty-l-wiat-minionej-epoki,7bl,blog.html

BlogRoku2013-Ten_blog_bierze_udzi

Niewykorzystane bilety do „raju”

Kilka dni temu wzbogaciliśmy się o absolutnie unikatowe pamiątki (dar od naszego przyjaciela Kuby). Pisaliśmy na naszym blogu o igrzyskach w Moskwie 1980 https://bufetprl.com/tag/moskwa-80/, ale wtedy nie mieliśmy jeszcze oryginalnych biletów na ceremonię otwarcia i zamknięcia. I to niewykorzystanych! Oto one:

bilet1

Otwarcie miało miejsce na stadionie Lenina w Moskwie. Bilety są na miejsce w pierwszym rzędzie, bardzo więc możliwe, że ich posiadacz był wtedy wyjątkową szychą, albo miał po prostu szczęście. Fakt jest jednak taki, że z tych biletów nie skorzystał. Czy kiedykolwiek dowiemy się dlaczego?

A to rewers z piękną mapką:

bilet1a

Zwróćcie uwagę na to, że na bilecie na otwarcie znicz jest zapalony, a na poniższym, na zamknięcie, już zgaszony.

bilet2

Otagowane , , , , , , , ,

Romans wszech czasów w Przyjaciółce

Pierwszy rocznik Przyjaciółki, numer z 11 lipca 1948 roku:

przyj1

To jedno z mocniejszych otwarć Przyjaciółki. W Filmowej Opowieści czas na romans wszech czasów, czyli „Casablankę”. Ciekawe, że w tej historii zaczerpniętej z filmu Michaela Curtiza z 1942 roku, ani razu nie pojawiają się nazwiska aktorów, czyli Humphreya Bogarta i Ingrid Bergman. Oczywiście sama opowieść na tym nie traci…

przyj2

Dalej zwracamy uwagę na tekst z dołączonym pięknym rysunkiem. Oto jak się zachować w kinie, kawiarni, poczekalni…

przyj3

Wreszcie wyjątkowe porady jak przerobić stare meble. Obok porady odnośnie suszenia owoców. A na deser czy wiecie, że„korkować butelki wilgotnymi”.

Polecamy też piękną reklamę, na dole w rogu.

przyj4

A już w następnym numerze na okładce sam prezydent Bolesław Bierut!

 

Otagowane , , , , , ,
Reklamy