Category Archives: Uncategorized

Wesołych z jajeczkiem

Nie będą to normalne święta. Mniej spotkań rodzinnych, mniej życzeń. Pewnie już za późno na kartki świąteczne, a przecież przed laty to była żelazna część każdych świąt. Wysyłanie kartek do rodziny i znajomych. Mamy kilka w kolekcji, które doskonale by się do tego nadawały. Zacznijmy od najbardziej nietypowej.

No przyznacie, że to urocza kartka, ale tak hmm, średnio świąteczna. Są pisklaki, ale czy to wystarczająco świąteczny akcent? Wydawca, czyli Krajowa Agencja Wydawnicza twierdziła, że tak. Pocztówka pochodzi z końca lat 70.

Kolejne dwie to ten sam wydawca, ale już lata 80. No i jest bardziej świątecznie. Rozbita skorupka jajka, do tego bazie. A ta podstawka ceramiczna to może na garnek z białą gotowaną…

Teraz okaz bardziej rozbudowany. Kartka przestrzenna. Po otwarciu widzimy zajączka malującego jajka. Jest też ptaszek, kurka… fakt. Ta cała scena absurdalna, ale za to rozkładana.

Wydawcą tej kartki rozkładanej jest warszawska Spółdzielnia Pracy Intrografia. Podobnie jak trzech kolejnych.

Niestety nie znany jest mi autor tych grafik, ale przyznam, że miał fantazję. Do tego są też rysunki wewnątrz.

Prawda, że urocze. No dobrze. To kartki wysłane, czas na przygotowanie jedzenia. Może przyda się taki przewodnik?

Pisałem o nim TUTAJ.

To smacznego i spokojnych świąt!

Otagowane , , , , , ,

Ładnie piszący i malujący

Było tu już kilka opowieści o naszywkach z naszej kolekcji. Na przykład TUTAJ i TUTAJ.

Czas na kolejne wyjątkowe okazy. Trochę moje własne, a trochę zdobyczne. Na przykład takie piękne naszywki „Ładnie piszę” i „Ładnie maluje”.

Niestety ja nigdy na takie nie zasłużyłem. Nie wiem w zasadzie po co dawano je uczniom. Bo to było trochę nie fair wobec innych. Ładnie maluję, to przecież pojęcie względne.

Przypominały trochę odznaki-naszywki „Wzorowy uczeń”. Miały do tego odpowiednią grafikę. Malarze mieli pędzel i kredkę, a piszący pióro i ołówek. A propos „Wzorowy uczeń”. Też mam taką naszywkę.

I to swoją własną. Tak, tak, w podstawówce byłem wzorowy, potem było już trochę gorzej. A tą podstawówką była Szkoła Podstawowa nr 14 w Słupsku.

Tutaj dwie oryginalne tarcze. Jedna starsza, ta z numerem, i nowsza, z imieniem Janusza Korczaka. Jak widać miały gumowe tłoczenia. Przyczepialiśmy je na ramieniu lub w klapie fartuszka. A z tarczą wyglądałem tak modnie.

Otagowane , , , ,

Jacuś, zrobimy razem płytę

Luty 1987 roku. Autor tekstów Jacek Cygan odbiera telefon.

„Jacuś, zrobimy razem płytę. Połowa piosenek będzie moja, połowa Alka Maliszewskiego (…) Problem jest tylko taki, że mamy na to dwa tygodnie, ale jakoś to ogarniemy” – usłyszał.

No i ogarnęli. Tym sposobem, Zbigniew Wodecki, który dzwonił wtedy do Jacka Cygan nagrał swoją drugą płytę „Dusze kobiet”. Fani czekali na to aż 11 lat.

Ok, tytuł trochę pretensjonalny. No i serduszko z boku, ale ja pana Zbigniewa zawsze uwielbiałem i wybaczam mu tytuł i serduszko. Zresztą pisałem już o jego pierwszej płycie. Miałem też okazję porozmawiać z nim i to była absolutnie wspaniała rozmowa. TUTAJ przeczytacie fragmenty.

Ale wracając do „Dusz kobiet”. To nie był idealny moment na taki sentymentalny krążek. Wtedy słuchało się w Polsce rocka, Maanamu, Republiki, Lady Pank. Podobno płyta skończyła się gigantyczną klapą, choć Zbigniew był już po sukcesie „Pszczółki Mai” i „Chałupy Welcome To”. Zresztą na kolejną płytę artysty fani musieli poczekać do połowy lat 90.

Kasetę wydał specjalizujący się w wypuszczaniu albumów polskich artystów, Polmark. Kosztowała 1100 zł. Dzisiaj to rzadki okaz.

Producentem nagrań było Zjednoczone Przedsiębiorstwo Rozrywkowe, a panią manager Danuta Dobrzyńska. Okładkę z pięknym panem Zbigniewem zaprojektowała Maria Ihnatowicz, która skończyła warszawską ASP w klasie samego prof. Henryka Tomaszewskiego. Specjalizowała się w projektowaniu książek i plakatów.

No to jeszcze kołysanka z tej kasety, znaczy płyty i słynne „nnnaaa, naaaaa, tuturuuututu”…

Otagowane , , , ,

Sexy Show Programa

Czas na kolejny zestaw wyjątkowych skarbów, pamiątek po cioci z Gdańska z jej podróży zagranicznych w latach 70. Oczywiście latała samolotami i tu kilka samolotowych pamiątek.

Wywieszki przydawały się chyba na bagaż.

A na pokładzie oczywiście cukry, z takimi powietrznymi potworami.

Już na miejscu zwiedzanie. Wenecja, Capri…

A potem hotel. A w nim hotelausweis, czyli przepustka hotelowa.

A może ładny hotel Oasis w Kordobie. Zresztą wciąż w mieście istnieje hotel o tej nazwie.

Wreszcie zabawa. Poprzednie wspominałem o imprezie w klubie Piper’s. Tutaj dowód na to, że ciocia miała zniżki.

Nie zawsze trzeba było wychodzić na zabawę. Hotel Alta Vista w Maladze oferował na miejscu bar i solarium.

Spójrzcie jednak na inne atrakcje. Dla jednych zwiedzanie, a dla innych night club Cleopatra.

Klub Cleopatra oferował m.in. Sexy Show!

Czy ciocia skorzystała? Tego się już niestety nie dowiemy…

Otagowane , , , , ,

Fiesta Sudamericana

To było jak zaglądanie do świata marzeń, choć na chwilę. Kiedy przeglądaliśmy teczki cioci Lucylli niemal widzieliśmy to, co ona, jedliśmy to samo, czuliśmy. Teczki podróżnicze cioci Lucylli z Gdańska. Była nauczycielka łaciny, prowadziły różne kółka zainteresowań w gdańskim liceum nr. 1. Często, jak na tamte czasy, wyjeżdżała za granicę. Zwiedziła Egipt, pół Europy. Miała genialny pomysł. Zbierała wszystko, co się dało, z każdej podróży. Bilety lotnicze, serwetki i cukier z samolotu, bilety do muzeów, opakowania po czekoladkach, pamiątki z hoteli itp. Co za fantastyczna pamiątka, bo to przecież były podróże w latach 60, 70. Niestety, te teczki nie przetrwały do dziś. Ale jest i dobra informacja, znalazłem kilkadziesiąt takich skarbów cioci sprzed lat, jeszcze nie wklejonych do teczek. Oto kilka z nich.

Popatrzcie na taką piękną hotelową plakietkę. Najczęściej turyści przyklejali je do walizek. Zresztą mam takie walizki od cioci, pisałem o nich TUTAJ.

Ten berliński Interhotel z naklejki już nie istnieje. Przyjmował gości od 1962 do 2006 roku i był jednym z najelegantszych hoteli we wschodnim Berlinie.

Za to londyński Eccleston Hotel jeszcze istnieje, ale w nowej odsłonie i już nie z tak piękną naklejką.

A to już plakietka z Hiszpanii. Na niej Night Club w Maladze El Madrigal. Tak wyglądał w rzeczywistości.

I jeszcze jedna pamiątka z Malagi. Oj ciocia lubiła się bawić na wyjazdach…

Ta Fiesta Sudamericana odbywała się w Maladze, w roku 1974.

Ale ciocia zbierała też bilety. Tutaj cały zestaw biletów do zwiedzania greckich skarbów.

 

No i deser. A na deser „Crema de foie gras” hiszpańskiej firmy Albo.

To nie tylko smakowało, ale wyglądało jak z innego świata.

Jutro kolejna dawka pamiątek…

Otagowane , , , , , ,

TTT – czyli bardzo ładne proporczyki

Umówmy się, nadmierne picie w PRL-u było w zasadzie normalne. Pito wszędzie i zawsze. Ale pomysłów by to ukrócić nie brakowało. Na przykład takie Towarzystwo Trzeźwości Transportowców. Miało za zadanie zajmować się prewencją trzeźwości i bezpieczeństwem. No i się zajmowało. Z jakim skutkiem? Chyba nie najlepszym. Ale proporczyki mieli super.

Jak widać, zostało założone w 1957 roku. Wydawali proporczyki okolicznościowe, jak ten powyżej i poniżej…

 

…ale też po to, by je wręczać kulturalnym kierowcom.

 

Ale przypomniałem sobie też, że czasami reklamowali samochody. Przecież kiedyś pisałem o takim breloczku z mojej kolekcji.

 

Zresztą TTT istnieje do dziś. To co, zapisujemy się?

Otagowane , ,

Powieść milicyjna

Podobno damami polskiego kryminału sensacyjnego, zwanego też milicyjnym, są Joanna Chmielewska, Hanna Sekuła i Barbara Gordon. Ja trochę o historiach milicyjnych już tu opowiadałem. Chodzi o kryminalny cykl „Ewa wzywa 07…”, o którym pisałem TUTAJ.

Teraz czas na kolejną serię kryminałów. Tym razem od Wydawnictwa Prawniczego i autorki Zofii Kaczorowskiej. Mam trzy jej kryminalnej opowieści. Dwa pochodzą z 1988 roku. Pierwszy to „Strzał na Mokotowskiej”. Genialny tytuł i genialna okładka.

Jej akcja dzieje się w latach 30., 60. i 80. Niestety lata 80. zajmują tylko kilka stron. Ale i tak pojawia się tu Sala Kongresowa w PKiN i nazwanie pewnej piosenkarki Madonną. Zobaczcie sami początek rozdziału…

Autorka przenosi nas też pod Hotelu Victoria, gdzie jeden ze słynnych polskich aktorów zajeżdża białą Toyotą! Jest też Bazyliszek na Rynku Starego Miasta. A żeby nie było niedomówień książka zaczyna się od standardowego: „Żadna z postaci w niej występujących nie jest autentyczna, a ewentualne zbieżności i podobieństwa mogą być przypadkowe”.

Można tu również dostrzec kto przygotował okładkę. To pojawiająca się we wszystkich wspomnianych tu książkach Zofii Kaczorowskiej Bożena Korulska. To także malarka i uznana scenografka. Więcej o niej przeczytacie TUTAJ.

I jeszcze fragment:

Druga książka, z tego samego 1988 roku, to „Szalona noc w Paryżu”. Okładka jak z żurnala…

Jednym z bohaterów jest tu paryski multimilioner. Nie trudno się domyślić co go spotka…

Książkę otwiera motto ze słowami z „Hamleta”, ale ciekawsze są nazwy rozdziałów: „Serenada Szatanów”, „Bogowie podziemia” albo „Toast morderców”.

Z kolei na tytułowej stronie widać ciekawe logo Wydawnictwa Prawniczego. Aha, jeszcze ważna rzecz. Zobaczcie u góry nakład. Niemal 140 tysięcy egzemplarzy!

I jeszcze tradycyjnie tylna okładka z fragmentem książki.

No i kolejna światowa historia, „Przesyłka do Lizbony” z 1989 roku.

Tutaj znalazłem dowód na to, że kiedyś w Hali Gwardii (ta obok Mirowskiej) odbywały się koncerty! Jest też restauracja „Pod Złotym Bażantem”, Fiat 125p, zespół Pelikany („nieomal polska Abba”), znowu Sala Kongresowa, no i duuuużo krwi. Polecam!

Otagowane , , , , , , , ,

Przegląd prasy

Niedziela to idealny czas na nadrobienie gazetowych zaległości. Dlatego dziś postanowiłem nie przedstawiać historii jednego przedmiotu, a przygotować autorski przegląd prasy sprzed lat. Komiksy, porady, kącik dla dzieci, program tv, coś dla dorosłych i reklamy. Czyli czym żyły gazety przed laty.

Ważne, żeby zacząć z przytupem. Tak też zaczynał się często magazyn poradniczo-hobbystyczny „Pan”, o którym pisałem TUTAJ. Dziewczyna Pan’a dobrze przygotowywała nas na resztę materiałów…

 

Po takim otwarciu krótka reklama kojących kosmetyków po goleniu (jakoś dziwnie widać twarz pani, a nie pana)… W sprzedaży były pianka Lord, płyn po goleniu Amant i krem Adam

…i może przerwa na komiks. Takie pojawiały się w kilku gazetach, m.in. w „Fantastyce”. Może dziś fragment opowieści o superglinie Funky Kovalu autorstwa grupy Polch-Rodek-Parowski.

A teraz wiadomości sportowe. Jan Furtok, Marek Koniarek, Dariusz Dziekanowski, Ryszard Tarasiewicz, Marek Leśniak, Jan Urban i trener Wojciech  Łazarek. Mówią wam coś te nazwiska? To część piłkarskiej kadry końca lat 80. Co łączy te artykuły z dzisiejszą sytuacją? No chyba nie najlepsza sytuacja warszawskiej Legii.

 

Na rozluźnienie kolejna miła reklama. Tym razem z „Przekroju” z 1961 roku.

A teraz coś dla fanów Adama Słodowego. W magazynie „Zrób Sam” z 1984 znalazłem przepis na zrobienie wytwornych kart zaproszeniowych. Potrzebne były m.in…. owoce i warzywa.

A o „Zrób Sam” przeczytacie więcej TUTAJ.

Czas na dzieci, nie chciałbym żeby poczuły się pokrzywdzone. Im proponuję komiks niezrównanego Bohdana Butenki „Wakacyjny Zyzio” z „Płomyka” z 1971 roku.

I mała przerwa na reklamy. Widać, że magazyn „Morze” też dbał o nasze zdrowie. W latach 70 zachęcali m.in. do kupienia puree ziemniaczanego błyskawicznego z zakładów w Słupsku (mieszkałem obok i pamiętam fetor ziemniaków!) oraz morskie, białe, chude ryby. Czy to wygląda smacznie zostawiam już waszemu osądowi…

To może moda. Na przykład męski strój codzienny. Chodzilibyście w tym?

Taki strój proponował „Świat Młodych” z 1970 roku, o którym więcej pisałem TUTAJ.

A gdzie porady? Są oczywiście. Może kilka z „Przyjaciółki” z końca lat 40. Jak bić wieprza i jak czyścić jaja? Proszę bardzo:

Czas na kolejną reklamę oraz na dział zagadek, również  z „Przyjaciółki”. Pamiętajcie: „bez poradnika rolnika, nie ma dobrego rolnika”. No i zagadka, kto rozwiąże?

Wreszcie coś, co lubię bardzo, program telewizyjny. Tu mam z magazynu „Ekran” ze stycznia 1984 roku. I tak, pamiętacie program rozrywkowy Wojciecha Pijanowskiego „Jarmark”?

Albo serial NRD „Wielka Przygoda Kacpra Schmercha”, albo coś takiego jak „film dla drugiej zmiany”? A może „Tik-Tak”, „Pegaz” czy „Telewizyjny koncert życzeń”?

A na finał, finałowa strona czasopisma młodzieży harcerskiej „Na przełaj”, o którym pisałem TUTAJ.

To była ważna dla nas wszystkich część muzyczna. W niej chociażby „Metal Top 20”. Oj chyba sporo tam dziś mało pamiętanych kapel…

Miłej lektury i do następnego przeglądu prasy!

 

Otagowane , , , , ,

Smutne pożegnanie

Musimy podzielić się dwiema smutnymi wiadomości. Pierwsza dotyczy zapowiadanej przez nas wyjątkowej imprezy „Salon Gier PRL”. Niestety przegraliśmy z pogodą. Imprezę musieliśmy odwołać. Ale dobra wiadomość jest taka, że jest już jej nowy termin. To 7 lipca (sobota), w godz. 14-18! Więcej info TUTAJ.

Niewspółmiernie smutniejszą wiadomość jest ta, dotycząca śmierci Marka Karewicza, najwybitniejszego polskiego fotografa muzycznego. Przez wiele lat fotografował mistrzów polskiego i światowego jazzu oraz artystów bigbeatowych. Przypomnę tu moją rozmowę z panem Markiem przeprowadzoną przy okazji premiery książki „Big-beat”.

460x237-okladka-BIG-BIT-marek-karewicz-spady-15mm.indd

Z tego, co pisze pan w książce „Big-beat”, pierwszy pana kontakt z fotografią wyniknął z chęci zarobienia paru groszy.

Zaczynałem w zasadzie od pracy laboratoryjnej przy zdjęciach, bo jeszcze zanim zdobyłem pierwszy aparat, robiłem już sporo odbitek, kopii zdjęć. Wiedza techniczna pomogła mi robić na przykład odbitki programów kinowych, które zdobywał kolega. Moje kopie sprzedawał i w ten sposób zarabialiśmy parę groszy.

Gdzie zdobywał pan fotograficzną wiedzę?

Najpierw chodziłem do liceum fotograficznego na ulicy Spokojnej. Tam egzamin zdawałem przed Heleną Dąbrowską, siostrą słynnej pisarki Marii. Sporo zawdzięczam dyrektorowi placówki Zbigniewowi Pękosławskiemu, choć moimi mistrzami byli Edward Hartwig, z którym współpracowałem i który bardzo mnie wspierał, oraz Benedykt Jerzy Dorys. Po liceum poszedłem do łódzkiej filmówki. Wycofałem się na trzecim roku, bo wiedziałem, że już filmowcem nie zostanę. Tam jednak działało prężne środowisko jazzowe. Wydział operatorski skończył chociażby saksofonista, kompozytor Duduś Matuszkiewicz.

Ale płyty jazzowe zdobywano wtedy głównie nad morzem.

Tak, poza Łodzią silnymi środowiskami jazzowymi szczyciły się Szczecin i Trójmiasto. Tam można było kupić płyty przywożone przez marynarzy ze Szwecji. Miałem kilku takich zaprzyjaźnionych dostawców w Szczecinie.

Jeszcze zanim zajął się pan fotografią, zaczął pan grać.

Najpierw były skrzypce. Bardzo nalegała na nie moja babcia wychowana w Sankt Petersburgu. A przekonał mnie do nich najlepszy przedwojenny przyjaciel mojego ojca, który sam grał na skrzypcach. Podczas wojny został wcielony do armii niemieckiej, mieszkał w pomorskim Wąbrzeźnie. Przy pierwszej okazji podczas walk na Zachodzie poddał się aliantom. Zresztą on zaraził mnie nie tylko tym instrumentem, ale muzyką w ogóle. Opowiadał mi zawsze, że spędził wojnę przy dźwiękach orkiestry Millera. Dla mnie Miller to było niemieckie nazwisko i dopiero po kilku latach dowiedziałem się, że chodziło o Glenna Millera. Zacząłem się w nim zasłuchiwać.

Skrzypce też pan porzucił.

Tak, bo w zasadzie mogłem na nich grać wyłącznie na weselach. Po nich był kontrabas, okazał się jednak za duży, nie mieścił się na skuterze i ciężko było go zapakować do taksówki. Zacząłem więc grać na trąbce. Ją z kolei porzuciłem po tym, jak w radiu na Myśliwieckiej w Warszawie nagrałem z zespołem cztery utwory. Jak je posłuchałem, to wiedziałem, że lepiej zająć się czymś innym. Wychodząc z radia, oddałem trąbkę kibicom Legii na sąsiadującym z Myśliwiecką stadionie. Później grałem już tylko sporadycznie, na przykład podczas festiwalu Jazz nad Odrą.

Wspomniał pan o skuterze. W latach 60. panowała w Polsce na nie niesamowita moda w artystycznym towarzystwie.

Ja miałem polską Osę, nie do zdarcia. Mój przyjaciel, twórca wielu znakomitych okładek Rosław Szaybo jeździł z kolei włoską lambrettą, którą kupił od Komedy. Ten z kolei miał ją od Jana Zylbera.

komeda

A propos Zylbera. W książce „Big-beat” przytacza pan pewną anegdotę, jak to m.in. z nim zostaliście poczęstowani wódką przez pewnego księdza.

Wszystko zaczęło się od sesji dla zespołu Silna Grupa pod Wezwaniem na krakowskim Wawelu. Grał w nim Kazimierz Grześkowiak. Był też z nami ich menedżer, ale też perkusista, który grał z Komedą, właśnie Jan Zylber. Nie wiem jakim cudem, ale udało mu się załatwić wejście na Wawel. Po pracy jak zwykle trzeba było napić się wódeczki. Trafiliśmy do Piwnicy pod Baranami, ale tam panował przykry zwyczaj. O czwartej rano barman mówił: „Panowie, ja też mam dom”, zamykał bar i kończył zabawę. Wyszliśmy na miasto, a tu wszystko zamknięte. Grześkowiak, który chodził do seminarium, przypomniał sobie, że niedaleko swoją kurię ma późniejszy biskup Franciszek Macharski. Poszliśmy tam o czwartej rano, wierząc, że ma schowaną jakąś wódeczkę. Otworzył nam młody ksiądz i po wymianie zdań zawołał Macharskiego słowami: „Tu jest jakiś Grześkowiak, pijany, ale nieszkodliwie”. Macharski powiedział, że u niego dostaniemy wszystko oprócz wódki. Nalegając, wyjaśniłem, że przecież w naszej trójce – Zylber, Grześkowiak i ja – jest Żyd, człowiek po seminarium i ewangelik. To wyjątkowa okazja na pojednanie. Wtedy Macharski przypomniał sobie, że obok mieszka pewien ksiądz Karol i on może coś mieć. Karol zaprosił nas do swojego pokoju. Polał 90-procentową śliwowicę, ale sobie tylko połowę kieliszka, bo o szóstej rano miał mszę i nie chciał chuchać na staruszki. Tak wypiliśmy buteleczkę. 10 lat później siedzę sobie na festiwalu w Opolu, a tu nagle biegnie Grześkowiak i krzyczy: „Marek, Marek!”. Pytam, co się stało, a on na to, że ten Karol, u którego piliśmy wódkę, został właśnie papieżem.

U papieża udało się załatwić wódkę, ale w książce „Big-beat” jest też opowieść o tym, jak zespół Budka Suflera w zaskakujący sposób załatwił sobie armaturę sanitarną.

Kiedy członkowie Budki zdobyli popularność, postanowili się pobudować. Mieli jednak problem, bo na rynku brakowało wanien, klozetów itp. Wymyślili więc scenografię na swoją trasę, która składała się właśnie z armatury. Wystąpili o nią do ministerstwa i dostali sprzęt. Najpierw grali pomiędzy tymi wannami, a później odkupili je po niższych cenach jako sprzęt zużyty.

W książce stawia pan tezę, że jazz, rock’n’roll i rock zaistniały i rozkwitły w Polsce, a nie w innym kraju socjalistycznym, głównie dlatego że u nas pewna grupa ludzi zwietrzyła w tym interes?

Oczywiście, że nie wynikało to z idei, ale z tego, że każdy chciał zarobić pieniądze. To był zwyczajny zawód. Kiedy spytałem Tadeusza Nalepę, dlaczego gra i śpiewa, odpowiedział bez zastanowienia, że przecież zwyczajnie nic innego nie umie robić.

Dlaczego takie postaci jak Nalepa, Czesław Niemen czy Józef Skrzek nie zrobili kariery za granicą, nie potrafili iść na kompromisy?

Karierę zrobili tylko jazzmani, bo oni mieli potencjał, jak Komeda czy Michał Urbaniak. Z muzyków rockowych, bigbeatowych nikt. Kończyło się to tak jak z Niemenem. Wydał kilka płyt w Anglii, ale na ważne spotkanie promocyjne nie poszedł, bo się zorientował, że w tym samym czasie jest gdzieś niedaleko promocja opon samochodowych i pojechał, żeby je kupić. Na spotkanie już nie zdążył.

Wspomniał pan o jazzmanach, zdaje się, że nie przepadali za bigbeatowcami?

Bo ich poziom muzyczny był dużo wyższy. Dobry muzyk bigbeatowy marzył, żeby nagrać płytę z jazzmanem.

Czy kariery zespołów bigbeatowych były w jakiś sposób przewidywalne. Od czego zależało, że ktoś zyska sławę?

Trzeba było być dobrym i pić wódkę. A jak się udawało, to się modlili, żeby Pagart (ówczesna agencja artystyczna) załatwił im granie na statku. Grając przez pół roku do tańca, można było odłożyć pieniądze na willę pod Warszawą.

Ciekawi mnie, kto wtedy wymyślał nazwy zespołom. Niektóre były dość kuriozalne, jak Szwagry albo Tarpany?

Menedżerowie wymyślali. Specjalistą był Franek Walicki, który dla swojej muzycznej postaci też wymyślił pseudonim Jacek Grań. Zresztą pseudonimy to było coś normalnego, bo jak na przykład Jacek Zerhau mógł występować pod swoim nazwiskiem. W życiu nie zrobiłby kariery. Przyjął pseudonim Jacek Lech. Takich przypadków jest mnóstwo.

Zrobił pan około 2 tys. okładek płyt, miał pan jakiś klucz do ich tworzenia, dlaczego to właśnie pańskie projekty wygrywały tak często?

Odbywało się to tak, że Polskie Nagrania w swojej siedzibie na ulicy Długiej wywieszały w gablocie ogłoszenie o konkursie. Trzy osoby wystawiały prace do komisji i ta wybierała najlepszą. Nie miałem specjalnej metody na dobrą okładkę, ale prawda jest taka, że moje projekty odrzucono tylko dwa razy. Raz przegrałem z okładką autorstwa Jerzego Dudy-Gracza dla Wojciecha Młynarskiego, a drugiej nie pamiętam.

Obok robienia zdjęć i projektowania okładek zajmował się też pan prowadzeniem imprez. Skąd wtedy wiedzieliście, jak wygląda praca DJ-a, na kim wzorowali się polscy DJ-e w latach 70.?

Wielką szkołę dał nam Alan Freeman z Radia Luxembourg. Przyszedł do pierwszej dyskoteki w Sopocie i z zaledwie 10 singli potrafił zrobić godzinną zabawę. Od niego się uczyłem i potem grałem przez 32 lata w warszawskim Remoncie, m.in. z reżyserem Jackiem Bromskim.

Jak miałby pan wskazać najważniejsze płyty jazzowe w swoim życiu?

Na pewno materiał, który Louis Armstrong nagrał z Ellą Fitzgerald. Poza tym płyta genialnego saksofonisty Earla Bostica. To od niego wielu polskich jazzmanów uczyło się grać, notując dźwięki na kartkach.

Nie wymienił pan Milesa Davisa, któremu przecież robił pan znakomite zdjęcia.

Nie, lepszy był Louis. Od Milesa mam za to w szafie marynarkę.

Wywiad przeprowadziłem dla dodatku Kultura DGP

Jesteśmy tam!

Hej, wreszcie jesteśmy na instagramie! Zapraszamy TUTAJ.