Category Archives: AGD

Czyści jak Jacek i Agatka

Takie to skarby trafiły do mojej kolekcji od fantastycznej klubokawiarni Kicia Kocia na warszawskim Grochowie.

Mydła, pisałem już o nich trochę, m.in. tutaj: Sprawa mydła | Bufet PRL

Mamy ich sporo w kolekcji…

…no ale nie takie piękne i świecące jak te nowe. For You pochodzi z Polleny w Stargardzie. Jest klasy II, kosztowało 5 zł.

Z kolei Jacek i Agatka to mydło Klasy I, przetłuszczone, łagodne, perfumowane, z Polleny z Raciborza.

Różne były opakowania mydeł Jacek i Agatka, ale to chyba jest najbardziej efektowne. A postaci to oczywiście bohaterowie słynnej bajki emitowanej w TVP1 na przełomie lat 60. i 70. Bohaterów wymyśliła Wanda Chotomska.

Jacek i Agatka – odc. 01 – Gąsior – YouTube

Głosu obu postaciom, a także pojawiającej się gościnnie w serii Pani Zosi użyczyła Zofia Raciborska, która dubbingowała wiele animowanych postaci w tamtym czasie. Laleczki zaprojektował Adam Kilian, laureat Orderu Uśmiechu z 1974 roku. A pomysł na ten order zrodził się właśnie pośrednio z serii „Jacek i Agatka”.

Po tej bajce nazwano nie tylko mydła, olejki, ale także kilka szkół dostało imię Jacka i Agatki.

To co, myjmy się!

Otagowane , , ,

Automatic kaseta

Kto nie nagrywał na nim całych płyt z radia albo programów? Kto nie przygotowywał własnych składanek typu „the best of”? Wreszcie kto nie wkładał baterii i nie zabierał na biwak albo nie nagrywał koncertów trzymając to ciężkie cholerstwo w ręku? Tak, tak, to on, Radiomagnetofon Kasprzak.

O dziwo dopiero teraz dołączył do naszej kolekcji sprzętu grającego sprzed lat. Został znaleziony przy śmietniku. Stan wyjątkowo dobry.

Radiomagnetofon RM-222 Automatic był produkowany przez warszawskie Zakłady Radiowe im Marcina Kasprzaka na licencji firmy Grundig. W przeciwieństwie do modelu RM 221 z potencjometrami suwakowymi, ten ma potencjometry obrotowe. Do tego czterozakresowe radio, funkcję auto stop, wejście na gramofon, wyjście na słuchawki. Wreszcie charakterystyczną pomarańczową kropkę na przycisku „zapis”.

Miał różne kolory, na przykład czerwony, ale ten nasz był chyba najpopularniejszy. Nie jest lekki, waży ponad trzy kilo, trzymanie go przez cały koncert było więc niezłym wysiłkiem. Ciekawe, że ma wytłoczoną nazwę producenta, ale też dodany skrót „PRL”, czyli „wykonane przez Unitra ZRK PRL”.

Kasprzak ma swój urok, choć umówmy się, był ciężki i niespecjalnie nowoczesny.

I ciekawostka: wiecie, że wokalistka Urszula ma na nazwisko Kasprzak? 🙂

Otagowane , ,

Zapach z Frutaromy

Ma trochę zapach bimbru, trochę płynu do mycia naczyń, ale też słodkiego perfuma. No ale wtedy musiał być szałem. Wtedy, czyli kilka dekad temu.

Woda kolońska „Jean”. Produkowała ją firma polonijna należąca do jednego z najbogatszych Polaków okresu PRL-u Zakład Produktów Aromatycznych Inter Fragrances.

Ignacy Soszyński (rocznik 1914) swoją pierwszą firmę perfumeryjną założył w Poznaniu tuż przed wybuchem II wojny światowej. Otwierał kolejne zakłady w Polsce, by w latach 50. wyjechać do Francji. Potem trafił do Maroka, aż wreszcie pod koniec lat 70. ponownie do Polski.

Otwiera kolejne zakłady Frutaroma, Oceanic, Herbaroma, Mazowsze, Euro-Benelux. Ten pierwszy w Krakowie w 1982 roku i to właśnie tam produkowanabyła woda kolońska „Jean”. Firma sprowadzała zagraniczne perfumy, podjęła współpracę z Miraculum. Oskarżony o spekulację Soszyński trafił do więzienia. Oczyszczono go z zarzutów, ale w 1985 roku wyjechał do Niemiec i tam zmarł dwa lata później.

Jego firmy produkowały nie tylko kosmetyki, ale też zioła, przetwory, chemię gospodarczą. W 2017 roku firma ogłosiła upadłość. Dziś jego spadkobiercy prowadzą firmę Oceanic, znaną chociażby z kosmetyków AA. Z powodzeniem sprzedają je w kilkudziesięciu krajach.

Etykietę ledwo widać przez butelkę, ale poza nazwą firmy i adresem zakładu Frutaroma w Krakowie (w Nowej Hucie) jest cena 620 zł. Taki był koszt zapachu „w zachodnim stylu”.

Otagowane , , , , , ,

Idealna na prezent

Szukacie dobrego prezentu? Nieskromnie polecam swoją książkę 🙂

„Czas wolny w PRL” (wydawnictwo Muza) to opowieść o różnych formach wypoczynku. Jak odpoczywaliśmy po pracy, po szkole, na podwórku, jak wyglądały wakacje, wycieczki pod namiot, z przyczepą kempingową, autostopem, zajęcia w Domach Kultury, w czym pomagały kluby Praktycznej Pani, czym były Empiki, jak kultura docierała na wsie, czym były czyny społeczne, pierwsze komputery, telewizje satelitarne, kultura wideo… dużo tematów i dużo zdjęć.

Chcecie książkę z autografem i z limitowaną pocztówką? A przede wszystkim w dobrej cenie? Zapraszam do kontaktu. Mam kilka ostatnich sztuk i chętnie oddam w dobre ręce 🙂

Więcej o książce, wraz z fragmentami, przeczytacie w zakładce: Czas wolny w PRL.

Otagowane , ,

Agatka i Agatka

Jacek i Agatka – to chyba najpopularniejsze mydełko dla dzieci z PRL-u. Jeszcze nie mam go w swoim zestawie mydeł, o którym pisałem m.in. tutaj:
https://bufetprl.com/2014/04/29/sprawa-mydla/

Ostatnio do kolekcji dołączyło kolejne mydło, właśnie dla dzieci. Nazywa się po prostu „Mydło dla dzieci toaletowe”. Podobnie jak pokazane na zdjęciach wyżej waży 100 g. Jego cena to 3.20 zł.

Mydło wyprodukowały poznańskie zakłady Pollena Lechia, które taką nazwę noszą od 1970 roku i mydło zapewne pochodzi z lat 70.

Najfajniejszy w tym mydełku jest dizajn, a dokładnie grafika na opakowaniu. Dwie dziewczynki, jedna w długich, jasnych włosach, druga ma krótkie i ciemne. Czyli mydełko dla każdego, czy też każdej.

No to czas na mycie!

Otagowane , , ,

Z Krakowa do Żywca

Uwielbiam takie wizyty w sklepach z tzw. gadżetami. We Lwówku Śląskim jest takich miejsc kilka, tam skarby z zagranicy, ale też z naszych stron. Ostatnio znalazłem taki zestaw piwnych szklanek, pokali. No jak mogłem się im oprzeć.

Różne browary, różne piwa, okoliczności. Wśród nich chociażby szklanka na uczczenie 140-lecia Browaru Kraków, czyli z 1980 r. Browar krakowski, wcześniej Johna (od właściciela, bogacza Juliusza Augusta Johna), był największym w Galicji. W 1968 roku przeszedł pod zarząd zakładu piwowarskiego Okocim, a linię rozlewniczą sprowadzono z NRD. Piwo musiało być dobre :). Teraz browar jest zabytkiem.

Niestety do dziś nie przetrwał Browar Niemodlin na Dolnym Śląsku. Został założony w 1884 roku, przez wiele lat PRL-u był częścią zakładu w Głubczycach.

Kolejny ciekawy browar, czyli Browar Obywatelski Tychy, jak widać na szklance, założony w 1897 r. Przez lata zmieniał się jego właściciel, przez jakiś czas konkurował z tyskim browarem książęcym. Nie przerwał do dziś. Teraz działa tu jednak jakaś gastronomia.

Teraz młody browar, bo z lat 70. XX wieku i słynny za sprawą piosenki Wańki Wstańki z tekstem „najlepsze piwo to leżajski full gul gul gul – gul gul gul. Takiego piwa nie pił nawet król gul gul gul – leżajski full„. Oto Zakłady Piwowarskie w Leżajsku.

Leżajsk jest dziś częścią Żywca. A to właśnie tu rozlewano też takiego Portera.

Częścią Żywca jest też browar Warka, jak Leżajsk, powołany do życia w latach 70. Co widać na szklance.

I jeszcze jedna szklanka z browaru tego potentata, czyli piwo marcowe. To piwo dolnej fermentacji typu lager. A dlaczego marcowe? Wywodzi się bowiem z Niemiec, browarnicy zaczynali je warzyć właśnie w marcu, by było gotowe na ciepłe miesiące.

A Ty, jakie lubisz piwo?

Otagowane , , , , , , , , , , ,

Halo, tu ochrona Pałacu?

Widać go w „Niewinnych czarodziejach” i „Polowaniu na muchy” (główny bohater grany przez Zygmunta Malanowicza pracuje w księgarni ORPAN mieszczącej się w budynku) Andrzeja Wajdy. Korzystał z niego Stanisław Bareja w filmach „Mąż swojej żony”, „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”. Tu spotkał się Ryszard Ochódzki (Stanisław Tym) z ministrem na tarasie w jego „Misiu”, a Wojciech Pokora śledził sąsiadkę w „Alternatywy 4”. Pojawia się też chociażby w „Rozmowach Kontrolowanych”, serialu „Ekstradycja” i „Kilerze”. Kręcono w nim sceny do „Dekalogu VII” Krzysztofa Kieślowskiego i seriali „07 zgłoś się” oraz „Czterdziestolatek”. Jego basen zagrał w filmie „Europa Europa” Agnieszki Holland udając część szkoły Hitlerjugend. Przed laty działa w nim wypożyczalnia kaset wideo.

Chodzi oczywiście o warszawski Pałac Kultury i Nauki. To właśnie z tym miejscem związany jest kolejny wyjątkowy przedmiot, który wylądował w naszej kolekcji. Co prawda o podobnym egzemplarzu pisałem już TUTAJ, ale ten jest wyjątkowy.

Oto telefon Elektrim z Radomskiej Wytwórni Telefonów. Nowy model, prawdopodobnie w ogóle nie używany. Otrzymałem go od fanki bloga, a pochodzi właśnie z Pałacu Kultury i Nauki, należał do tamtejszej ochrony.

Były wersje z guzikami do przełączania linii, tak zwane sekretarsko-dyrektorskie. Używane też na przykład na posterunkach milicji. Jednak ten to klasyk i to w charakterystycznym szarawym kolorze, tzw. gołębim.

Jak wynika z pieczątki, którą widać na zdjęciu powyżej, pochodzi z 1979 roku. Ma pokrętło głośności. A z przodu miejsce na wpisanie numeru wewnętrznego.

Czy pamiętacie jeszcze dźwięk, który wydawały takie modele podczas wykręcania numeru?

Otagowane , , , , ,

Czas wolny w PRL cz.5: zapiekankę proszę

– Oczywiście nie mogłam powiedzieć mamie, że wyjeżdżam z chłopakami, bo w życiu by mi nie pozwoliła. Oficjalnie jechałam z koleżankami. Pod namioty jechaliśmy kolejką. Cały sprzęt wieźliśmy ze sobą. Namioty brezentowe, strasznie ciężkie. Śpiworów wtedy nie było, pod podłogą namiotu układaliśmy siano, żeby było miękko. Do tego zabieraliśmy garnki, no i trochę jedzenia. Przede wszystkim zupy w proszku Winiary, ktoś zabrał jakieś ciasto z domu. Resztę zdobywaliśmy na miejscu – tak swoją opowieść o biwakowaniu pod namiotem w latach 60. i 70. zaczyna Krystyna, jedna z bohaterek mojej książki „Czas wolny w PRL”.

Przyjeżdżając na miejsce trzeba było też pamiętać, żeby zgłosić swój pobyt u miejscowego sołtysa. Samemu montowało się z desek stół i ławy do siedzenia. Kilka metrów od namiotu kopało się dół na śmieci i kawałek dalej biwakową toaletę.

Menu było raczej ubogie. Ziemniaki z pola gospodarza, jakaś cebula.

„Poradnik pani domu”, wydany w 1984 roku, proponował taki całodzienny jadłospis biwakowy: Śniadanie: Kawa zbożowa, płatki owsiane na mleku.
II śniadanie: Kefir, kanapka z pastą z wędzonej ryby.
Obiad: Zupa owocowa, makaron z serem, surówka z rzodkiewek i szczypiorku.
Podwieczorek: Mleko zsiadłe. Kolacja: Leniwe pierogi, herbata.

Miejsc biwakowych było bardzo mało. W 1976 roku informator PTTK podawał, że w Polskiej Federacji Campingów było zarejestrowanych tylko 217 campingów, w tym zaledwie 62 campingi I klasy. Do tego jeszcze 400 pól biwakowych. Co prawda w okresie 1950–1980 baza noclegowa w turystyce powiększyła się z kilkudziesięciu tysięcy miejsc do kilkuset tysięcy, ale i tak nie zaspokajała potrzeb. W 1980 roku campingi i pola biwakowe dysponowały łącznie nieco ponad 100 tysiącami miejsc noclegowych.

Brakowało wszystkiego, chociażby namiotów. Ale autorzy przewodnika PTTK „Camping dla wszystkich” z 1976 roku mieli na to radę: Wystarczyło dobrać się w kilkuosobowe grupy, uzgodnić harmonogram urlopów i kupić wszystko na spółkę, tak by koszty były sprawiedliwie rozłożone. W wypadku trzech wspólników jeden kupuje 4-osobowy namiot, drugi łóżka turystyczne, materace i wyposażenie kuchni, trzeci śpiwory, stół i krzesła.

Namioty miały najczęściej nazwy związane z wypoczynkiem, podróżami, przyrodą: Albatros, Jantar, Jastarnia, Bałtyk, Orchidea, Pilica, Wawel, Bielik, Relaks, Sopot, Rubin, Kraków, Narew. Podróżnicy i wędrowcy wybierali małe namioty, na przykład Mikrusa, który ważył około 3 kilogramów. Rodzinne wyjazdy wiązały się z dużo większym ciężarem. Namiot Albatros przeznaczony dla czterech osób ważył aż 23 kilogramy. Był za to wysoki na niemal dwa metry, więc można było w nim normalnie chodzić. Dobrze było mieć namiot z tropikiem. Po pierwsze lepiej wytrzymywał opady deszczu, a poza tym pomiędzy tropikiem a właściwym namiotem pozostawało wolne, osłonięte miejsce, w którym można było na przykład trzymać buty.

Osobną opowieść stanowią przyczepy campingowe. Piszą książkę spotkałem wiele fantastycznych osób, m.in. tych, którzy z przyczepami jeździli już w latach 70., i to nie tylko popularnymi „zapiekankami”, czyli Niewiadówkami N126. Camper Papa, czyli Tadeusz Sakowski to jeden z nich. Ale zdobyłem również kronikę fabryki Niewiadów (od właściciela Manufaktury Niewiadówek) i w książce opisuję wiele ciekawostek tam wyłapanych.

Kreatywność amatorów caravaningu była nieskończona. Campodent, czyli zbudowany na podwoziu mercedesa jeżdżący gabinet dentystyczny, to dzieło stomatologa Antoniego Klebieko, który leczył ludzi w miasteczkach i wsiach. Z kolei Franciszek Kopczyński z Raszyna pod Warszawą zbudował małą przyczepę ze sklejki z okienkiem w kształcie serduszka. Ważyła ledwie 200 kilogramów. Choć pan Franciszek z żoną byli „rubensowskich kształtów” (jak napisano w relacji prasowej wklejonej do kroniki), to podobno czuli się w niej znakomicie. O wygodzie swojej przyczepy zapewniał również Roman Miłoszewski. Zbudował coś, co przypominało minischronisko. Nie mniej efektowna była przyczepa, którą zbudował na wzór wagonu Orient Expressu.

Turystyka campingowa bardzo rozwinęła się w latach 70. Podróżowano własnym samochodem i z własną przyczepą. W 1978 roku taką formę relaksu wybrało 3 procent spośród wypoczywających co najmniej siedem dni poza miejscem zamieszkania. Łączna liczba turystów indywidualnych w połowie lat 70. wynosiła około 5 milionów rocznie, to więcej niż ogółem skorzystało z wczasów zakładowych i organizowanych przez Fundusz Wczasów Pracowniczych.

Popyt na przyczepy z Niewiadowa znacznie przewyższał podaż (zwłaszcza że część produkcji szła na eksport). Produkcja roczna liczyła około 2,5 tysiąca sztuk, a na przykład tylko w ciągu dwóch dni 1980 roku do dystrybutora przyczep w Warszawie wpłynęło ponad 30 tysięcy zgłoszeń na kupno. Z powodu tak dużego zainteresowania ich ceny na giełdach były nawet trzykrotnie wyższe niż fabryczne.

Ale inne zakłady też produkowały przyczepy. Piszę o tym w książce.

Caravaningowcy spotykali się na zlotach. Pierwszy zjazd Polskiej Federacji Campingu odbył się nad Zalewem Zegrzyńskim w czerwcu 1969 roku, cztery lata po powołaniu PFC do życia. Przybyli na niego majsterkowicze, którzy sami budowali domki na kółkach. W drugim zjeździe, dwa lata później w Aninie, uczestniczyli już przedstawiciele Zakładów Sprzętu Precyzyjnego Predom-Prespol z Niewiadowa i zaprezentowali model przyczepy N126.

W 1973 roku nowo powołany Klub Caravaningu przy Automobilklubie Warszawskim, zorganizował pierwszy Zlot Polskich Caravaningowców. Odbył się na campingu „Balaton” na warszawskich Młocinach. Z przyczepami przybyło 10 załóg, w tym dwie spoza Warszawy. Głównym punktem programu był konkurs techniczny na wykonanie bądź usprawnienie przyczepy. Laureatem pierwszej nagrody ufundowanej przez Predom-Prespol został Zbigniew Węglarz. Inżynier z Piły dostał nagrodę za przyczepę teleskopową własnej produkcji. Była rozkładana i wyglądała trochę jak obudowana kuchnia polowa, ale przyczepiona do warszawy kombi prezentowała się dumnie.

Ogółem w latach 1973–1978 zorganizowano w Polsce osiem ogólnopolskich i międzynarodowych zlotów caravaningowych, w których wzięło udział 410 pojazdów caravaningowych i ponad 1500 uczestników. Kolejne dwa ważne zloty odbyły się w latach 80.

Spotkania towarzyskie (cisza nocna o godz. 23.00), konkursy, gry, giełda sprzętu turystycznego, biesiada – to tylko niektóre punkty programu weekendowego jubileuszowego zlotu Caravaning Rally’83. Z tej okazji wydano nawet okolicznościową kartę pocztową. W majowym zlocie w Ośrodku Wypoczynkowym w Rudce koło Wiązowny wzięło udział ponad 200 osób. Zaporożce z przyczepami parkowały obok dużych fiatów, zastawy obok starych mercedesów. Grała muzyka z popularnych kasprzaków ustawionych na stolikach turystycznych, wodę brało się z beczkowozu.

Dziś obraz caravaningu jest nieco inny, choć ta forma wypoczynku przeżywa renesans.

A Wy, jeździliście na wczasy pod namiot czy z przyczepą campingową?

Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

Kolejna opowieść o czasie wolnym w PRL na blogu za tydzień. Czekam również na Wasze opowieści.

Otagowane , , , , , ,

Czas wolny w PRL cz.3: Czym dawniej było mięso, dziś są warzywa

W 1978 roku kolejka zainteresowanych własnym skrawkiem ziemi z jabłonką, porzeczkami i fasolką liczyła 70 tysięcy osób. Liczba szczęśliwych posiadaczy wynosiła z kolei wówczas ponad pół miliona. W latach 80. starało się o nią już 700 tysięcy osób – czterokrotnie więcej niż o fiata 126p.  Obywatele byli tak zdesperowani, że gdy im jej nie przyznano, tworzyli dzikie ogrody.

Chodzi oczywiście o ogródki działkowe. Nieodłączny element związany z relaksem, wypoczynkiem, czasem wolnym w PRL. Dlatego też poświęciłem im cały rozdział w mojej książce „Czas wolny w PRL”, która ukaże się 27 maja. Oto kilka smaczków związanych z działkami.

Kiedy po raz pierwszy zjadłem papierówkę z drzewa na działce babci na gdańskiej Olszynce, była połowa lat 80. Stała już altanka. Wykończona przez wujków materiałami, które udało się zdobyć w zakładach pracy. Na przykład okładzina używana do oklejania mebli została wykorzystana jako tapeta. Taras powstał dzięki różnym półfabrykatom, m.in. wyniesionym z wojska. Wujek postawił też małą szklarnię na pomidory. Po bokach miała stare okna pozostałe z rozbiórki jakiegoś domu. W ogródku była wanna na wodę, po jakimś czasie stanął grill zrobiony z drucianego dna kosza na baniak winny. „Zrób to sam” było naczelną zasadą funkcjonowania działki. Użytkownicy działek sami budowali altanki i różne udogodnienia na działkach. Pomagały w tym porady w popularnych książkach oraz czasopiśmie „Działkowiec”.

O zaletach działkowego życia śpiewano piosenki. W 1967 roku na V Krajowym Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu Andrzej Tomecki wykonał utwór „A ja sobie pomalutku”: A ja sobie – pomalutku A ja sobie w swym ogródku Sieję rzepkę, kalarepkę oraz groszek A ja zawsze pełen werwy Zdrowy wygląd – silne nerwy, Wieczna młodość, Proszę spojrzeć jak się noszę… Bo ja sieję ogóreczki, Pomidorki, brukseleczki. To mój żywioł, to jest moje hobby.
Rok później w opolskim amfiteatrze piosenkę o działkach śpiewała także Barbara Krafftówna, choć w jej „Dramacie w ogródkach działkowych” dochodzi tam do zbrodni: Na alejce posypanej świeżym piaskiem Przy rabatce obsadzonej pelargonią Ktoś udusił panią sznurkiem albo paskiem Kto? Nie wiemy. Przypuszczalnie, chyba on – ją.
A poza tym… A poza tym nic na działkach się nie dzieje, a ogródkowe życie płynie jednostajnym rytmem: […] Co niedziela działkowiczów barwny tłum Pośród kwiatów głośno dziecię się zaśmieje Bo wesoło, bo beztrosko jemu tu.

Zalety i potrzeby działki doceniało państwo. W trakcie swojego przemówienia podczas konferencji Ministerstwa Aprowizacji i Handlu w kwietniu 1946 roku minister Alfred Jaroszewicz zaznaczył: ogródki działkowe stały się koniecznością, społeczeństwo z konieczności musi się przestawić pod względem wyżywienia. Czym dawniej było mięso, dziś są warzywa.

Na działkach Polacy byli nie tylko ogrodnikami i rolnikami, ale także architektami i budowniczymi. Ogrody działkowe – niezależnie, czy miały romantyczne nazwy w stylu „Stokrotka” i „Leśna Polana”, czy mniej poetyckie jak „Mechanizacja” lub „Wodociągowiec” – pozwalały odpocząć od trudów codzienności. Stanowiły namiastkę spokojnego azylu, samodzielności i własnej przestrzeni, co było niezwykle istotne, zważywszy na ciasnotę lokalową w PRL-u. Choć posiadanie działki wiązało się z przestrzeganiem regulaminów, to jednak pozwalało na swobodne wyrażanie własnej ekspresji, przede wszystkim estetycznej, na skrawku ziemi. Działki dawały posmak wiejskiego życia, ale też pozwalały kultywować małomiasteczkowe i wielkomiejskie zwyczaje, np. wspólne spędzanie wolnego czasu. Były wytchnieniem od blokowisk z wielkiej płyty i zaniedbanych, zawilgoconych kamienic.

Historia ogródków działkowych w Polsce zaczęła się od naturyzmu. Konkretnie od Towarzystwa Naturalnego Sposobu Życia i jego kluczowej postaci, dr. Jana Jalkowskiego. Miejscem akcji był Grudziądz. W II połowie XIX wieku miasto dynamicznie się rozwijało. Otwarto browar, uruchomiono tramwajową linię konną, a latarnie gazowe oświetlały brukowane ulice. W 1897 roku Towarzystwo dostało od miasta nieużytki obok dworca kolejowego i urządziło tam ogród, w którym można było korzystać z tzw. kąpieli słonecznych.

Tam członkowie na wpół obnażeni uprawiali gimnastykę, treningi, leżakowanie lub też brali kąpiele w specjalnie do tego celu przygotowanych wannach napełnionych mułem torfowym nagrzanym promieniami słońca – napisano w kronice ogrodu pod nazwą „Kąpiele słoneczne”. Stały się one protoplastą znanych do dziś ogródków działkowych, choć pod koniec XIX wieku teren przypominał bardziej park, nie było jeszcze wydzielonych działek z altanami. Na pół rozebrani amatorzy gimnastyki, zażywający słońca w parkach, musieli zmagać się z drwinami, a ich postawę niektórzy uważali wręcz za niemoralną. Nie przeszkodziło to jednak rozprzestrzenieniu się idei relaksacyjnych ogródków na inne rejony polskich ziem pod zaborami. Na początku XX wieku ogródki założono na warszawskim Mokotowie, w Poznaniu i Katowicach.

Przykładowa działka PRL-u opisana przez „Działkowca” pokazuje bogactwo upraw. Znalazły się na niej: 4 pienne drzewa owocowe, żywopłot, trawnik, pergola z dzikiego wina lub róż, 8 jabłoni, 2 grusze, 2 wiśnie, 2 brzoskwinie, 2 morele, 9 krzewów owocowych, do tego ogórki, ziemniaki, pomidory, cebula, kapusta, fasola, groch. W połowie lat 70. „Przekrój” podkreślał, że działki dostarczają około 11 procent krajowej produkcji owoców i 6,15 procent warzyw.

Oprócz upraw, także hodowla – z działkowego chowu pochodziło wówczas aż 8,6 procent dostępnych na rynku królików. W latach 1985–1988 przeciętnie z działki rocznie otrzymywano około 460 kg warzyw. Działkowcy uprawiali miliony drzew i krzewów owocowych. Dostarczali tony mięsa króliczego i kurzego, do tego miód, jaja. Pewien użytkownik działki, mgr Tadeusz Tajchman, chwalił się w czasopiśmie „Uroda”, że jego ogródek zaopatruje aż trzy rodziny. Wszyscy chętnie wsuwali jego winogrona, których zebrał aż 100 kg.

A kiedy już obrobiło się swój kawałek ziemi, można było zaprosić znajomych. Podczas działkowych wizyt obowiązywał specjalny savoir-vivre, a przynajmniej – według czasopism i książek z tamtego czasu – powinien obowiązywać. Oto, co zalecano w jednej z ówczesnych porad. Powinniśmy uprzedzić naszą wizytę na działce. Jeżeli wpadamy przypadkiem, to na chwilę. Podczas odwiedzin nie wolno się szarogęsić, bo to przedłużenie domu właściciela. Można rozłożyć leżak tam, gdzie wskaże gospodarz i grać w brydża albo szachy. Warto też pomóc przy pracach działkowych. Dobrze wychowani goście przynoszą placek drożdżowy. Dopuszczalne było podawanie przekąsek na „zastawie” z plastiku, ale pod warunkiem że wszystko było dobrane kolorystycznie – czarne z żółtym, czerwone z białym. Na wizytę nie należało zabierać psa. Dziecka też raczej nie, bo przecież nie wytrzyma za długo na kolanach u dziadków.

Co podać gościom? Wskazany był placek drożdżowy, ale też, na przykład, zsiadłe mleko, zupa z truskawek, sałatka z pomidorów. Dobrze było nie palić, no i nie pić alkoholu, jeśli już, to jakiś słaby koktajl. Przy pożegnaniu warto pomóc posprzątać leżaki, krzesła. Zalecana była powściągliwość w zachwytach nad urodą plonów. No i nie narzucajmy się, bo nas więcej nie zaproszą.

Ale działki to nie tylko relaks. Dochodziło też tam do przestępstw! Zobaczcie takie ogłoszenie z „Działkowca”:

A wy, jak wspominacie wizyty u dziadków na działkach?

Więcej o ogródkach działkowych przeczytacie w „Czas wolny w PRL”.

Przedsprzedaż książki TUTAJ

A za tydzień kolejna opowieść związana z tym tematem…

Otagowane , , , , ,

Czas wolny w PRL cz.2: na trzepaku, przed tv, wideo i Atari

Czas wolny w PRL… spędzało się chyba przede wszystkim na podwórku. Przynajmniej jeśli chodzi o młodych ludzi. Trzepak, boisko, ślizgawka, huśtawka z opon samochodowych, piaskownica, klatka schodowa. To był nasz cały arsenał. Oczywiście oprócz tego, co nam przyszło do głowy. A przychodziły rzeczy dziwne.

To na trzepaku wolny czas spędzała Jagoda, córka inżyniera Karwowskiego z „Czterdziestolatka” i bohaterowie młodzieżowych seriali sprzed lat, m.in. „Dziewczyna i chłopak” oraz „Tajemnica starego ogrodu”. Dziś większość trzepaków rdzewieje na pustych podwórkach. Do lamusa odeszło również wiele zabaw, które wtedy rządziły na podwórkach, pikuty, gra w kapsle, strzelanie z procy, ze spluwki.
Oczywiście haratało się też w gałę. Chyba nie było podwórka (albo ulicy), na którym nie grano w piłkę nożną.

Najlepsze drużyny podwórkowe, szkolne brały udział w turniejach „Świata Młodych” albo o Złotą Piłkę. Od połowy lat 60. rozgrywano go na błoniach Stadionu Dziesięciolecia. Brało w nim udział nawet ponad 100 podwórkowych drużyn. Jego pomysłodawcą był sportowiec i działacz Aleksander Zaranek. Rozgrywki piłkarskie – nielegalne – organizował już podczas II wojny światowej. Był też inicjatorem pierwszego powojennego meczu w Warszawie. 25 marca 1945 roku na boisku w Parku Skaryszewskim Polonia zremisowała z Okęciem 3:3.

Do rozgrywek o Złotą Piłkę przystąpili też Perełka, Mandżaro i inni kumple Paragona z książki i serialu „Do przerwy 0:1”. Adam Bahdaj w swojej książce wydanej w 1957 roku i Stanisław Jędryka (był fanem piłki, sam grał w drugoligowej drużynie Stal Sosnowiec) w serialu oraz jego kinowej wersji z końca lat 60. opowiadają o grupie chłopców z warszawskiego podwórka, która bierze udział właśnie w takim turnieju. Do tego mógł przydać się taki podręcznik, o którym pisałem już TUTAJ.

Ale wcale niepotrzebna była piłka, tak naprawdę wystarczył zdezelowany samochód, jakieś patyki. No i oczywiście rower.

Ale czas wolny w PRL to nie tylko podwórko. Jak wychodziło się poza dom, to na przykład do kina. Pamiętam jak moi rodzice chodzili na słynne Konfrontacje Filmowe, czyli przeglądy najciekawszych europejskich filmów. Przy okazji dorzucano też radzieckie produkcje. Wiele kin, a dokładnie ich wystrój i jakość były, mówiąc delikatnie z innej epoki.

O Konfrontacjach pisałem TUTAJ.

 

Zdezelowane krzesła, niedziałające ogrzewanie lub wentylacja, do tego słaba jakość kopii i nagłośnienia. Zdarzało się, że widzowie zamiast na krzesełkach siedzieli na ławkach. „Express Wieczorny” z 1949 roku relacjonował, że w kinoteatrze Stylowy ludzie podczas seansu co jakiś czas podnosili nogi, bo po kinie biegały szczury. I nie był to odosobniony przypadek.

Zawsze można było posiedzieć w domu i obejrzeć telewizję. Sporo o niej piszę w książce, o najciekawszych programach, jej początkach.

Był 25 października 1952 roku, godz. 19.00. W programie wystąpił mim Jan Mroziński, który przedstawił kreacje warszawskiego pijaka i bikiniarza. Jerzy Michotek zaśpiewał Balladę o kułaku, a Maria Nowosad Latarnie gazowe. Zatańczył Witold Gruca. Wszystko w małym studiu, przez zapalone lampy nagrzanym do kilkudziesięciu stopni Celsjusza.

Narodziny polskiej telewizji mogło obejrzeć kilkaset osób na 24 odbiornikach Leningrad umieszczonych w warszawskich świetlicach i klubach. Rok później program nadawano już regularnie. Trwał tylko pół godziny i emitowano go raz w tygodniu. Od 1955 roku już trzy razy w tygodniu. Przez pierwsze lata zasięg telewizyjnych nadajników ograniczał się do okolic Warszawy, dlatego powstawały świetlice z odbiornikami dostępne dla większej grupy widzów. Sytuacja z dostępnością poprawiła się w 1956 roku po rozpoczęciu produkcji telewizorów marki Belweder i Wisła przez Warszawskie Zakłady Telewizyjne.

W styczniu 1957 roku zarejestrowano w kraju ponad 5 tysięcy telewizorów, w tym ponad dwa tysiące odbiorników Wisła. Dekadę później, 21 listopada 1966 roku wyemitowano specjalny program na cześć dwumilionowego widza, został nim Mieczysław Słowik z Krakowa. Spikerką w tym programie była niezwykle urodziwa Alicja Bobrowska, Miss Polonia 1957. Dwa lata później zarejestrowano już trzymilionowego abonenta tv. W październiku 1970 roku uruchomiono drugi program telewizji, który w zamierzeniach miał być kulturalno-oświatowy

Pod koniec lat 80. w polskiej telewizji nie brakowało fragmentów z zachodnich programów satelitarnych, m.in. za sprawą programu „Bliżej świata”, który pojawił się w 1988 roku. Można było w nim zobaczyć m.in. pokazy mody i przygody Benny’ego Hilla. W połowie lat 80. fragmenty produkcji realizowanych za murem berlińskim pokazywano też w programie „Jarmark” Wojciecha Pijanowskiego, Krzysztofa Szewczyka i Włodzimierza Zientarskiego. Puszczano tam na przykład zagraniczne teledyski.

W latach 80. w naszej rzeczywistości pojawił się też świat wideo. Również sporo o nim piszę w książce. Wiedzieliście na przykład, że pod koniec lat 80. w Polsce były tylko 32 wypożyczalnie państwowe i 100 prywatnych. W 1985 roku Przedsiębiorstwo Dystrybucji Filmów dysponowało zaledwie 10 zagranicznymi tytułami na kasetach. Dlatego też kwitł czarny rynek. W 1988 roku w Polsce było około 800 tysięcy magnetowidów, których głównymi dostawcami były Baltona i Pewex. Na 12 milionach kaset można było obejrzeć blisko 3 tysiące tytułów

Fenomen wideo w latach 80. trafnie oddaje piosenka Kapitana Nemo z 1986 roku „Wideonarkomania”: Oto nowy szał, nowy hasz dla mas dziś wiedzie prym. Biały ekran drga, jeden tylko ruch i mieszkasz w nim. Wideo, Wideo, Wideo – Wideonarkomania. To nowy chwyt. Na dzień dobry – clips, po południu garść kowbojskich scen, A po Brusie Lee trochę seksu, nim zapadniesz w se

No i komputery! To był szał. Atari, Commodore i te wszystkie gry. Pisałem o nich sporo już na blogu, m.in. TUTAJ.

 

A pamiętacie programy drukowane w „Bajtku”, albo to, że można je było pozyskać  z radia. W 1986 roku w Rozgłośni Harcerskiej pojawiła się audycja Radiokomputer, w której puszczano program komputerowy w postaci sygnału dźwiękowego, pisków, i można było go zarejestrować na kasecie na swoim kasprzaku.

No, ale wtedy komputery nie dawały jeszcze możliwości kontaktu między znajomymi, rodziną. Forum wymiany informacji i komentarzy była prasa, chociażby „Świat Młodych”, ale też na przykład „Na przełaj”. Fani różnych popkulturowych dziedzin mogli na jej łamach dzielić się swoimi doświadczeniami, informować o nowościach. W zasadzie każde młodzieżowe czasopismo miało kącik dla hobbystów. Proponowano w nim wymianę przedmiotów z kolekcji, poszukiwano skarbów, miłośników określonego gatunku muzycznego, filmów, umawiano się na spotkania. Kilka przykładów z czasopisma „Na przełaj” z 1989 roku:

Poznam miłego i przystojnego mena z Wielunia – miła i przystojna.
Kochani! Pomóżcie mi zakupić maszynę do pisania. Brakuje mi tylko 20 tysięcy złotych. Proponuję składkę po 1 zł wzwyż.
Chcę poznać ludzi rasta – nauczcie mnie siebie.
Zbieram fajne odzywki w rodzaju: schowaj się, bo na małpy polują. Za jedną prześlę pięć. Warunek – znaczek i koperta. Poza tym poznam fajną dziewczynę z Rzeszowa.

 

Dorośli mięli często inny pomysł na spędzenia wolnego czasu. Chodzi na przykład o „tradycyjne Lizanie Śledzia”, czas w salonach z automatami do gier, albo relaks przy budce z piwem.

Było to miejsce wymiany poglądów, rozwiązywania konfliktów, namiętnych romansów, a nawet edukacji. Jeden z takich słynnych kiosków znajdował się w stolicy przy Krakowskim Przedmieściu. O interdyscyplinarnej misji piwnego przybytku pisał Olgierd Budrewicz:

Liczy sobie kilka zaledwie metrów kwadratowych, ale jej zasięg kulturalny i obyczajowy przekracza daleko krąg najwspanialszego fragmentu starej Warszawy. […] Dzięki niemu to zostało uświadomionych seksualnie kilka tysięcy dzieci, przechodzących tędy do szkoły […] lub po prostu zakupujących cukierki w piwiarni. Referaty wygłaszane przez klientów lokalu odznaczają się błyskotliwością i niezrównaną plastyką opisu.

Fenomenalnie rzeczywistość pod budką z piwem uwiecznił Jerzy Gruza w filmie „Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy” z 1973 roku (premierę miał dopiero w 1980 roku), według scenariusza Jana Himilsbacha. Bohater, genialnie zagrany przez Zdzisława Maklakiewicza, pod budką z piwem odpoczywał i nabierał sił. Musiał tylko uważać, by się nie upić, bo jak mówiła jego mama, był za ciężki do rozbierania.

A wy, jak spędzaliście czas wolny?

Kolejna opowieść o czasie wolnym w PRL na blogu za tydzień. Czekam również na Wasze opowieści.

Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

A przedsprzedaż TUTAJ.

Otagowane , , , , , , , , ,