Tag Archives: relaks prl

Czas wolny w PRL cz.6: tam wypadało bywać

Na plaży słońce praży. Tu bladość ciał zanika. Wśród tłumu wczasowiczów dziewczyna ratownika. I patrzą setki oczu, i z wody i z kocyka, gdy ona idzie plażą, wszyscy o niej marzą – śpiewały Wały Jagiellońskie.

W związku z premierą mojej książki „Czas wolny w PRL” wspominam rzeczywistość kurortów w minionej epoce. Poświęciłem im cały rozdział w książce.

Ja spędzałem każdy wolny wakacyjny czas w Ustce, autobus jechał do niej z rodzinnego Słupska jakieś pół godziny, pociąg podobnie. Stałym punktem pobytu w Ustce był przystanek przy budce z goframi. Musiał być gofr z bitą śmietaną i jagodami. Dopiero potem plaża. Przy wejściu na nią były kabiny do przebierania, restauracje i wypożyczalnie. Można było wypożyczyć sprzęt wodny, kosze wiklinowe, leżaki. Niestety nad częścią miasta unosił się fetor z zakładów produkujących konserwy rybne. Podobne atrakcje, może poza fetorem rybnym, oferowało wiele innych ośrodków wakacyjnych nad Bałtykiem.

Wyjątkowym miejscem był Sopot, a w nim Non-Stop.

Kultowe miejsce zabawy, w którym miejscowa młodzież mieszała się z miłośnikami rock’n’rolla z całej Polski i kilku sąsiednich krajów – dwa razy zmieniał swoją siedzibę. Najbardziej okazałą lokalizacją był wspomniany namiot nad morzem (w nim aż 600 miejsc siedzących). Potem przeniesiono go w pobliżu wyścigów konnych. Przez dwie dekady w klubie występowały legendy polskiej muzyki: Czerwone Gitary, Niebiesko-Czarni, Czerwono-Czarni, Czesław Niemen, Ewa Demarczyk, Michał Burano, Breakout, SBB, Kombi, a do tego goście z zagranicy, na przykład gwiazda z Czechosłowacji – Karel Gott. Non-Stop powołali do życia w 1961 roku dyrektor Państwowego Przedsiębiorstwa Przemysłu Gastronomicznego w Sopocie Mikołaj Laszkiewicz oraz Franciszek Walicki, nazywany ojcem polskiego rocka i bigbitu. Zmierzały do niego pielgrzymki miłośników „mocnego uderzenia” z całego kraju.

Borys, który bywał w legendarnym klubie na przełomie lat 60. i 70., opowiada mi o tamtych czasach i tamtym Non-Stopowym klimacie: – Proszę pana, już jak się wysiadało z eskaemki na dworcu w Sopocie, to było słychać dudnienie muzyki z lokalu – wspomina. – A nie było do niego blisko, bo mieścił się nad samym morzem, w dużym namiocie. Pędziliśmy z chłopakami w dół Sopotu w beatlesówach na nogach, słysząc muzykę z oddali, by posłuchać jak najwięcej przebojów. Grano je podczas tzw. podwieczorków tanecznych. Nie było wtedy mowy o piciu alkoholu. Na stołach królowała oranżada i pączki. Muzykę puszczano w blokach, dając tańczącym czas na przerwę. Przebojami były m.in. „Nad morzem” Czerwonych Gitar, „Puste koperty” Szczepanika, „Wiem, że nie wrócisz” Niemena. A w ostatnim bloku, zazwyczaj wypełnionym zagranicznymi przebojami, musiało polecieć „I Saw Her Standing There” Beatlesów. Tańczyliśmy rock’n’rolla w parach, czasami w kółeczku. Pamiętam, że na każdym wieczorku był taki gość, którego nazywaliśmy marynarzem. Taki miejscowy celebryta, chociaż nie wiedzieliśmy, czym się tak naprawdę zajmuje, ale zawsze miał na sobie koszulkę w paski, stąd marynarz. Zawsze wokół niego kręcił się wianuszek kobiet. Mój rozmówca podkreśla unikatowość tego muzycznego przybytku nie tylko na mapie PRL, ale i całego bloku wschodniego: – Bywało, że do lokalu przyjeżdżali turyści z zagranicy. Głównie z Czechosłowacji i Węgier. Poznaliśmy jednego chłopaka z Budapesztu. Był zachwycony, przyjechał specjalnie, by posłuchać i potańczyć rock’n’rolla. Mówił, że u nich takich miejsc nie ma.

Sopot był także miastem jazzu. To tu w sierpniu 1956 roku odbył się I Ogólnopolski Festiwal Muzyki Jazzowej, wymyślony przez znakomitego pisarza i miłośnika jazzu, Leopolda Tyrmanda. Impreza w kolejnych latach rozrosła się na całe Trójmiasto (koncerty urządzano m.in. na stadionie gdańskiej Lechii i w hali Stoczni Gdańskiej) i stała się słynna na całą Polskę.

W sezonie 1961 Sopot doczekał się kolejnej cyklicznej imprezy, która miała ściągać na polską riwierę rzesze turystów. 25 sierpnia tego roku odbył się I Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie, wymyślony przez doskonałego kompozytora, pianistę, ówczesnego szefa muzycznego Polskiego Radia, Władysława Szpilman.

Sopot to jeszcze trzy wyjątkowe miejsca. Tor wyścigów konnych, korty tenisowe i pierwsza w Polsce dyskoteka. Inauguracyjna powojenna gonitwa na sopockim torze odbyła się w lipcu 1947 roku. Zawody przyciągały tłumy widzów, bo obok gier liczbowych była to w Polsce jedyna dopuszczana przez władze forma hazardu. Oprócz wyścigów konnych rozgrywano tu także zawody w powożeniu. W 1975 roku odbyły się nawet Mistrzostwa Europy w Powożeniu Zaprzęgami Czterokonnymi. Licznie zgromadzeni widzowie mogli podziwiać księcia Filipa, męża królowej Elżbiety II, który był członkiem angielskiej ekipy.

Sopot świecił blaskiem nadmorskiego kurortu, a na przeciwnym krańcu Polski status kurortu kurortów dzierżyło Zakopane. Choć pomiędzy nimi też nie brakowało miejscowości, do których lgnęli wczasowicze chcący zażyć relaksu, zobaczyć celebrycki albo i zachodni styl życia. Sąsiadująca z Sopotem Gdynia przyciągała wspaniałą plażą, ale też delikatesami na Świętojańskiej z kolonialnym stoiskiem, przy którym ustawiały się kolejki po szynkę. Była tu Baltona i salon Mody Polskiej (otwarty w 1966 roku, trzeci po warszawskim i katowickim). Była i Hala Targowa, w której można było dostać niemal wszystko, od ryb i mięs, po dżinsy i zagraniczne wiktuały13. Zresztą hala istnieje do dziś. Zabawić się można było w Gdańsku. W „Rudym Kocie” do tańca grały bigbitowe Akordy, zespół współzałożyciela Niebiesko-Czarnych i Czerwonych Gitar – Jerzego Kosseli. Występował też Andrzej Zaucha z zespołem Telstar. Z kolei w pobliskim „Żaku” (klubie studenckim) odbywały się jam session.

W książce opisuję też wiele innych wypoczynkowych miejsc, poza Sopotem najwięcej miejsca poświęcam Zakopanemu.

Szczególne miejsce na mapie peerelowskich kurortów zajmowało miasto pod Giewontem. Do Zakopanego jechali wszyscy – zimą, wiosną, latem… Jak pisał Leopold Tyrmand w Dzienniku 1954, Zakopane było – obok warszawskiego Służewca, lokalu „Kameralna” i kortów na Agrykoli – najbardziej snobistycznym miejscem „warszawki”. Zresztą sam także często tam bywał. Pod Tatrami lubił wypoczywać także inny pisarz, filozof i futurolog Stanisław Lem. Tam się zaszywał i mógł spokojnie pracować. Czym tak przyciągało to miasto? Redakcja Polskiej Kroniki Filmowej miała na to prostą odpowiedź: Zakopane to raj dla kociaków, żadna kosmetyczka nie dokona tego, co górskie słońce.

W miejscowych lokalach pito kawę, wino, panie ubrane były w czarne kostiumy, panowie w garnitury, rzadko oglądało się stroje sportowe albo swetry. Wczasowicze, młodzież i artyści bawili się przy grających na żywo orkiestrach w lokalach „Watra”, „Jędruś” (do niego przyciągał też striptiz), „Piwnicy” i najbardziej snobistycznym „Orbisie”. W Zakopanem po prostu wypadało bywać. Podobnie jak w Sopocie, na zakopiańskich ulicach można było spotkać ludzi kultury, ale też „klasę pracującą” wypoczywającą w tutejszych ośrodkach fabryk i przedsiębiorstw z różnych rejonów Polski. Obok nich częstymi bywalcami byli świąteczno-niedzielni urlopowicze z okolic Krakowa i Katowic. Zakopane przyciągało 10 procent ruchu turystycznego w Polsce. Tłumy krążyły po Krupówkach, co widać chociażby w filmie Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego z 1960 roku „Pocztówki z Zakopanego”. Doskonale PRL-owską rzeczywistość pokazuje również film Jak to się robi Andrzeja Kondratiuka z 1974 roku. Jan Himilsbach i Zdzisław Maklakiewicz jeżdżą na nartach, odwiedzają bary i restauracje, a wszystko w poszukiwaniu kandydatek do filmu, który sobie wymarzyli. I podobnie jak Sopot, było to miasto kontrastów, tu zderzały się dwa światy. Ale było też oazą swobody w szarym PRL-u.

A wy w których kurortach wypoczywaliście? Piszcie.

Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

Kolejna opowieść o czasie wolnym w PRL na blogu za tydzień. Czekam również na Wasze opowieści.

Otagowane , , , , , , ,

Co wam podać?

Ten domek zacząłem montować wcześniej. Ale teraz nabrał pełnego blasku. Jest relaks, są zwierzęta, jest Polonez.

Z góry być może wygląda to mało efektownie, ale przyjrzyjmy się, co tam się właściwie dzieje.

To taka zagroda trochę w starym stylu, zresztą akcja ma dziać się – powiedzmy – w latach 80. Jej właściciel ma swój traktor, kilka zwierząt, a obok stoi przyczepa kempingowa.

To królestwo dziadka Tadeusza (w białym kapeluszu). Ma swoją ulubioną ławeczkę, na której siadają jego żona, syn, sąsiedzi, kumple. Babcia Jaśka posadziła przy drzwiach kilka kwiatków, żeby było przyjemniej. Panowie są ze starej szkoły, zasadniczo więc czekają na to, co zostanie im podane…

Dlatego Halina wychodzi co jakiś czas przed domek i dopytuje panów, co ma wreszcie przynieść..

Ale oczywiście czasami sytuacja się odwraca i na ławeczce odpoczywa Jaśka.

A tymczasem są pewne sprawy, które trzeba załatwić w małym budyneczku z sercem w drzwiach…

W tym zestawie dobrze widać Poloneza, tzw. kioskowca, czyli autka, które w PRL-u można było kupić w kioskach Ruch-u. Pisałem o nich TUTAJ. Widać również genialny traktor enerdowskiej firmy Espewe – o nim było TUTAJ.

Żeby było jasne, otoczenie przyczepy, kwietnik, ławeczkę, daszek itp. wykonałem sam 🙂 No i to jeszcze nie skończona historia…

Pytanie też czy zauważyliście świnkę, Kubusia, który wesoło wygląda ze stodoły?

Otagowane , , , , , , , , , ,

Czas wolny w PRL cz.2: na trzepaku, przed tv, wideo i Atari

Czas wolny w PRL… spędzało się chyba przede wszystkim na podwórku. Przynajmniej jeśli chodzi o młodych ludzi. Trzepak, boisko, ślizgawka, huśtawka z opon samochodowych, piaskownica, klatka schodowa. To był nasz cały arsenał. Oczywiście oprócz tego, co nam przyszło do głowy. A przychodziły rzeczy dziwne.

To na trzepaku wolny czas spędzała Jagoda, córka inżyniera Karwowskiego z „Czterdziestolatka” i bohaterowie młodzieżowych seriali sprzed lat, m.in. „Dziewczyna i chłopak” oraz „Tajemnica starego ogrodu”. Dziś większość trzepaków rdzewieje na pustych podwórkach. Do lamusa odeszło również wiele zabaw, które wtedy rządziły na podwórkach, pikuty, gra w kapsle, strzelanie z procy, ze spluwki.
Oczywiście haratało się też w gałę. Chyba nie było podwórka (albo ulicy), na którym nie grano w piłkę nożną.

Najlepsze drużyny podwórkowe, szkolne brały udział w turniejach „Świata Młodych” albo o Złotą Piłkę. Od połowy lat 60. rozgrywano go na błoniach Stadionu Dziesięciolecia. Brało w nim udział nawet ponad 100 podwórkowych drużyn. Jego pomysłodawcą był sportowiec i działacz Aleksander Zaranek. Rozgrywki piłkarskie – nielegalne – organizował już podczas II wojny światowej. Był też inicjatorem pierwszego powojennego meczu w Warszawie. 25 marca 1945 roku na boisku w Parku Skaryszewskim Polonia zremisowała z Okęciem 3:3.

Do rozgrywek o Złotą Piłkę przystąpili też Perełka, Mandżaro i inni kumple Paragona z książki i serialu „Do przerwy 0:1”. Adam Bahdaj w swojej książce wydanej w 1957 roku i Stanisław Jędryka (był fanem piłki, sam grał w drugoligowej drużynie Stal Sosnowiec) w serialu oraz jego kinowej wersji z końca lat 60. opowiadają o grupie chłopców z warszawskiego podwórka, która bierze udział właśnie w takim turnieju. Do tego mógł przydać się taki podręcznik, o którym pisałem już TUTAJ.

Ale wcale niepotrzebna była piłka, tak naprawdę wystarczył zdezelowany samochód, jakieś patyki. No i oczywiście rower.

Ale czas wolny w PRL to nie tylko podwórko. Jak wychodziło się poza dom, to na przykład do kina. Pamiętam jak moi rodzice chodzili na słynne Konfrontacje Filmowe, czyli przeglądy najciekawszych europejskich filmów. Przy okazji dorzucano też radzieckie produkcje. Wiele kin, a dokładnie ich wystrój i jakość były, mówiąc delikatnie z innej epoki.

O Konfrontacjach pisałem TUTAJ.

 

Zdezelowane krzesła, niedziałające ogrzewanie lub wentylacja, do tego słaba jakość kopii i nagłośnienia. Zdarzało się, że widzowie zamiast na krzesełkach siedzieli na ławkach. „Express Wieczorny” z 1949 roku relacjonował, że w kinoteatrze Stylowy ludzie podczas seansu co jakiś czas podnosili nogi, bo po kinie biegały szczury. I nie był to odosobniony przypadek.

Zawsze można było posiedzieć w domu i obejrzeć telewizję. Sporo o niej piszę w książce, o najciekawszych programach, jej początkach.

Był 25 października 1952 roku, godz. 19.00. W programie wystąpił mim Jan Mroziński, który przedstawił kreacje warszawskiego pijaka i bikiniarza. Jerzy Michotek zaśpiewał Balladę o kułaku, a Maria Nowosad Latarnie gazowe. Zatańczył Witold Gruca. Wszystko w małym studiu, przez zapalone lampy nagrzanym do kilkudziesięciu stopni Celsjusza.

Narodziny polskiej telewizji mogło obejrzeć kilkaset osób na 24 odbiornikach Leningrad umieszczonych w warszawskich świetlicach i klubach. Rok później program nadawano już regularnie. Trwał tylko pół godziny i emitowano go raz w tygodniu. Od 1955 roku już trzy razy w tygodniu. Przez pierwsze lata zasięg telewizyjnych nadajników ograniczał się do okolic Warszawy, dlatego powstawały świetlice z odbiornikami dostępne dla większej grupy widzów. Sytuacja z dostępnością poprawiła się w 1956 roku po rozpoczęciu produkcji telewizorów marki Belweder i Wisła przez Warszawskie Zakłady Telewizyjne.

W styczniu 1957 roku zarejestrowano w kraju ponad 5 tysięcy telewizorów, w tym ponad dwa tysiące odbiorników Wisła. Dekadę później, 21 listopada 1966 roku wyemitowano specjalny program na cześć dwumilionowego widza, został nim Mieczysław Słowik z Krakowa. Spikerką w tym programie była niezwykle urodziwa Alicja Bobrowska, Miss Polonia 1957. Dwa lata później zarejestrowano już trzymilionowego abonenta tv. W październiku 1970 roku uruchomiono drugi program telewizji, który w zamierzeniach miał być kulturalno-oświatowy

Pod koniec lat 80. w polskiej telewizji nie brakowało fragmentów z zachodnich programów satelitarnych, m.in. za sprawą programu „Bliżej świata”, który pojawił się w 1988 roku. Można było w nim zobaczyć m.in. pokazy mody i przygody Benny’ego Hilla. W połowie lat 80. fragmenty produkcji realizowanych za murem berlińskim pokazywano też w programie „Jarmark” Wojciecha Pijanowskiego, Krzysztofa Szewczyka i Włodzimierza Zientarskiego. Puszczano tam na przykład zagraniczne teledyski.

W latach 80. w naszej rzeczywistości pojawił się też świat wideo. Również sporo o nim piszę w książce. Wiedzieliście na przykład, że pod koniec lat 80. w Polsce były tylko 32 wypożyczalnie państwowe i 100 prywatnych. W 1985 roku Przedsiębiorstwo Dystrybucji Filmów dysponowało zaledwie 10 zagranicznymi tytułami na kasetach. Dlatego też kwitł czarny rynek. W 1988 roku w Polsce było około 800 tysięcy magnetowidów, których głównymi dostawcami były Baltona i Pewex. Na 12 milionach kaset można było obejrzeć blisko 3 tysiące tytułów

Fenomen wideo w latach 80. trafnie oddaje piosenka Kapitana Nemo z 1986 roku „Wideonarkomania”: Oto nowy szał, nowy hasz dla mas dziś wiedzie prym. Biały ekran drga, jeden tylko ruch i mieszkasz w nim. Wideo, Wideo, Wideo – Wideonarkomania. To nowy chwyt. Na dzień dobry – clips, po południu garść kowbojskich scen, A po Brusie Lee trochę seksu, nim zapadniesz w se

No i komputery! To był szał. Atari, Commodore i te wszystkie gry. Pisałem o nich sporo już na blogu, m.in. TUTAJ.

 

A pamiętacie programy drukowane w „Bajtku”, albo to, że można je było pozyskać  z radia. W 1986 roku w Rozgłośni Harcerskiej pojawiła się audycja Radiokomputer, w której puszczano program komputerowy w postaci sygnału dźwiękowego, pisków, i można było go zarejestrować na kasecie na swoim kasprzaku.

No, ale wtedy komputery nie dawały jeszcze możliwości kontaktu między znajomymi, rodziną. Forum wymiany informacji i komentarzy była prasa, chociażby „Świat Młodych”, ale też na przykład „Na przełaj”. Fani różnych popkulturowych dziedzin mogli na jej łamach dzielić się swoimi doświadczeniami, informować o nowościach. W zasadzie każde młodzieżowe czasopismo miało kącik dla hobbystów. Proponowano w nim wymianę przedmiotów z kolekcji, poszukiwano skarbów, miłośników określonego gatunku muzycznego, filmów, umawiano się na spotkania. Kilka przykładów z czasopisma „Na przełaj” z 1989 roku:

Poznam miłego i przystojnego mena z Wielunia – miła i przystojna.
Kochani! Pomóżcie mi zakupić maszynę do pisania. Brakuje mi tylko 20 tysięcy złotych. Proponuję składkę po 1 zł wzwyż.
Chcę poznać ludzi rasta – nauczcie mnie siebie.
Zbieram fajne odzywki w rodzaju: schowaj się, bo na małpy polują. Za jedną prześlę pięć. Warunek – znaczek i koperta. Poza tym poznam fajną dziewczynę z Rzeszowa.

 

Dorośli mięli często inny pomysł na spędzenia wolnego czasu. Chodzi na przykład o „tradycyjne Lizanie Śledzia”, czas w salonach z automatami do gier, albo relaks przy budce z piwem.

Było to miejsce wymiany poglądów, rozwiązywania konfliktów, namiętnych romansów, a nawet edukacji. Jeden z takich słynnych kiosków znajdował się w stolicy przy Krakowskim Przedmieściu. O interdyscyplinarnej misji piwnego przybytku pisał Olgierd Budrewicz:

Liczy sobie kilka zaledwie metrów kwadratowych, ale jej zasięg kulturalny i obyczajowy przekracza daleko krąg najwspanialszego fragmentu starej Warszawy. […] Dzięki niemu to zostało uświadomionych seksualnie kilka tysięcy dzieci, przechodzących tędy do szkoły […] lub po prostu zakupujących cukierki w piwiarni. Referaty wygłaszane przez klientów lokalu odznaczają się błyskotliwością i niezrównaną plastyką opisu.

Fenomenalnie rzeczywistość pod budką z piwem uwiecznił Jerzy Gruza w filmie „Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy” z 1973 roku (premierę miał dopiero w 1980 roku), według scenariusza Jana Himilsbacha. Bohater, genialnie zagrany przez Zdzisława Maklakiewicza, pod budką z piwem odpoczywał i nabierał sił. Musiał tylko uważać, by się nie upić, bo jak mówiła jego mama, był za ciężki do rozbierania.

A wy, jak spędzaliście czas wolny?

Kolejna opowieść o czasie wolnym w PRL na blogu za tydzień. Czekam również na Wasze opowieści.

Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

A przedsprzedaż TUTAJ.

Otagowane , , , , , , , , ,

Czas wolny w PRL cz.1: Pochody, emdeki, mpiki i kinofikacja

Czas wolny w PRL… niektórzy mieli go niewiele, inni nie bardzo wiedzieli co z nim zrobić. Wiecie, że  w badaniach, które przeprowadzono na początku lat 70. niemal 80 procent osób przyznawało się, że nie umie wypoczywać. Ja nie miałem z tym wielkiego problemu. Czy to był czas wolny w weekend, czy w tygodniu po szkole. Ale miałem to szczęście, że wychowywałem się w okresie, w którym soboty były już wolne. Warto pamiętać, że przez niemal trzy dekady tylko niedziela była wolnym od pracy dniem w tygodniu. Co obywatele robili wtedy ze swoim czasem wolnym? Co robili w dni powszednie po pracy i w soboty? Jak korzystali z tego, co oferowało im państwo?

Dziś rozpoczynam cykl wpisów poświęconych wolnym chwilom w PRL. Co tydzień będę opowiadał o innym aspekcie relaksu, wypoczynku. Przedstawię wam wiele osobistych historii, ciekawostek, cytatów z ówczesnej prasy, filmów, książek. Poznacie kilka wyjątkowych osób. A wszystko to związane z książką „Czas wolny w PRL”, która ukaże się 27 maja (także w formie ebooka). Właśnie o czasie wolnym w PRL. Miałem przyjemność ją popełnić i bardzo chętnie się z wami podzielę tym, co będziecie mogli w niej znaleźć (jeżeli zechcecie po nią sięgnąć). A na koniec 8-odcinkowego cyklu będzie mały quiz z super nagrodami z epoki.

Ja pamiętam różne niedziele. Czasami rodzice prosili bym poszedł na mszę. Potem były lody w lodziarni „Magnolia” (przed wejście stało piękne drzewo). Obiad w domu, zazwyczaj specjalny, czyli na przykład pieczony kurczak z ziemniakami i mizerią. Wieczorem zabawa klockami Lego, bajka, a pod koniec lat 80. program „Bliżej świata” z fragmentami audycji z satelity (był tam Benny Hill, moda, czasami jakiś teledysk).

Pisząc książkę „Czas wolny w PRL” znalazłem wiele materiałów, które świadczyły o tym, że była spora grupa obywateli, którzy niespecjalnie wiedzieli, jak spędzić wolną niedzielę.

„Nienawidzę niedzieli. Od siedmiu lat, tzn. od czasu kiedy rozwiodłam się z mężem, niedziela jest dla mnie dniem koszmarnym. W niedzielę zabija mnie samotność i beznadziejność […], najwięcej ukojenia psychicznego przynosi mi książka, oczywiście wartościowa. Toteż w niedzielę czytam dużo, zamknięta w czterech ścianach pokoju, ale nawet i wtedy na dnie mego serca czai się gorycz i rozdrażnienie. Taka jest moja niedziela” – zwierzała się w pewnej ankiecie urzędniczka na stanowisku kierowniczym, lat 39.

Władza starała się zrobić wiele, żeby obywatele się nie nudzili. Wiadomo, jak się nudzisz to przychodzą ci do głowy głupie rzeczy. Dlatego, na przykład, organizowano liczne festyny. Całe rodziny ciągnęły do budek z watą cukrową, wodą sodową. Można było sobie zrobić zdjęcie z małpką albo kucykiem. Odbywały się miejskie wyścigi rowerowe, potańcówki „na dechach” – skleconym z desek parkiecie tanecznym pod gołym niebem.

Nie brakowało wielu innych aktywności fizycznych, szczególnie dla młodzieży. Pokazują to okolicznościowe proporczyki, które udało mi się zebrać.

   

 

Przez całą epokę PRL-u bezsprzecznie największym świętem państwowym było Święto Odrodzenia Polski – 22 lipca – czyli rocznica ogłoszenia Manifestu PKWN. To były, tak zwane „urodziny PRL-u”. Rokrocznie ten dzień naznaczony był ważnymi wydarzeniami państwowymi. 22 lipca uchwalono konstytucję PRL (1952), w Warszawie oddano do użytku Stadion Dziesięciolecia (1955), w Bielsku-Białej rozpoczęto produkcję fiata 126p (1973). W 1955 roku tego właśnie dnia przekazano warszawiakom wielki prezent od Wielkiego Brata – Pałac Kultury i Nauki.

Z kolei imieninami był 1 maja. Podobnie, jak 22 lipca, dzień wolny od pracy. Na głównych placach i wzdłuż reprezentacyjnych arterii miast ustawiano wtedy trybuny dla przemawiających sekretarzy partii. Przed nimi defilowali robotnicy, rolnicy, nauczyciele, członkowie różnych organizacji, sportowcy, artyści, uczniowie. Sam pamiętam kilka takich przemarszów. Jako członek sekcji judo milicyjnego klubu sportowego Gryf w Słupsku szedłem z całą sekcją w pochodzie. Wcześniej pod nasz klub sportowy podjeżdżała nyska z flagami. Staraliśmy się wybierać te biało-czerwone, ale niektórym trafiały się czerwone, na cześć naszego „przyjaciela” zza wschodniej granicy. Niektórzy mieli jednak jeszcze gorzej, musieli nieść transparenty. I dźwigać nad głowami ciężar propagandowych haseł: „Dokerzy gdyńscy zawsze z tobą, towarzyszu Wiesławie”, „Ręce precz od Wietnamu!”, „Niech żyje Chińska Republika Ludowa – potężny kraj pokoju i socjalizmu!”.

Uroczyście odchodzono nie tylko święta państwowe, ale też branżowe – dzień górnika, metalowca, pracowników handlu, stoczniowca itp. A do tego centralne dożynki.

Od 21 lipca 1973 roku obywatele mieli jeszcze jeden pretekst do świętowania. To była pierwsza wolna sobota w PRL-u.  Ale, żeby jednak nie było tak łatwo, to wolne soboty należało odpracować.

Do pracy władza zaganiały obywateli podczas czynów partyjnych i społecznych. Bardzo często te akcje związane były ze świętami państwowymi i zjazdami partii. Na przykład w 1986 roku chwalono się, że dla uczczenia X Zjazdu PZPR w zakładach sprzętu grzejnego Wrozamet we Wrocławiu kilkudziesięciu członków organizacji młodzieżowej wraz z załogą zakładu zrobiło 200 kuchenek gazowych typu Ewa13.

Na szczęście władza organizowała czas wolny obywatelom nie tylko wysyłając ich na pochody i „zapraszając” na czyny społeczne. Domy kultury – były to wyjątkowo żywe obiekty skupiające przede wszystkim młodzież, organizowały im czas. W takich domach dzieciaki mogły nauczyć się modelarstwa, fotografii, obejrzeć filmy (pamiętam pokazy filmów z Sylwestrem Stallone z kaset vhs), zapisać się do teatrów amatorskich. Piszę o nich w książce. Opowiadają mi o nich jedni z wyjątkowych bohaterów, do których udało mi się dotrzeć.

Pan Jerzy Lach, który w połowie lat 80. stworzył jeden z najlepszych teatrów amatorskich w Polsce, czyli Teatr im. Alberta Tison w Żninie.

Pan Tadeusz Sakowski, który pierwszy teatr zorganizował w kotłowni swojego bloku na Saskiej Kępie, jak był jeszcze nastolatkiem. Po latach realizował pasję w domu kultury swojej dzielnicy. Pana Tadeusza kojarzą na pewno też miłośnicy caravaningu, bo to słynny „Papa Camper”. I o początkach polskiego caravaningu też piszę w książce.

 

Ale domy kultury nie służyły tylko teatrom, modelarzom. W jednym z takich ośrodków w Częstochowie muzyczną karierę zaczynał Muniek Staszczyk z zespołem T.Love. W 1983 roku, w studiu w Miejskim Domu Kultury, nagrali swój pierwszy materiał demo. Następnie w Domu Kultury Stradom zagrali pierwszy koncert pozaszkolny, organizowali tam też festiwal Punk Arena.

W maju 1985 roku Dom Sztuki na warszawskim Ursynowie odwiedzili bohaterowie niezwykle popularnego brazylijskiego serialu „Niewolnica Isaura”, czyli Lucelia Santos i występujący w roli okrutnego Leoncia – Rubens de Falco. Gwiazdy popijały wodę mineralną oraz napój „Ptyś”.

Wyjątkowe były nie tylko domy kultury, ale też ośrodki „Praktyczna Pani” organizowane przez WSS „Społem” i coś o czym w „Baedekerze warszawskim” Olgierd Budrewicz pisał tak: „Ta instytucja to takie bary mleczne dla ludzi z potrzebami kulturalnymi”.

Chodzi o Klub Międzynarodowej Prasy i Książki, zwany w skrócie MPiK-iem Pierwszy otwarto w Warszawie w 1948 roku w okazałym gmachu przy placu Unii Lubelskiej (róg Bagateli). Potem otwierano kolejne. Do dziś działa ten przy palmie. Przez pierwsze 10 lat istnienia klubów przewinęło się przez nie około 5 milionów osób. Cieszyły się ogromną popularnością, m.in. dlatego, że można tam było poczytać zagraniczną prasę, i to nie tylko radziecką.

Z kolei na wsiach działały kluby „Ruchu” i Kluby Rolnika. Można było w nich poczytać gazety, pograć w gry planszowe, obejrzeć telewizję. Na wsie przyjeżdżało też kino objazdowe (furmanki, nysy) oraz teatry.

Po wsiach jeździły specjalnie przygotowane kinowozy, samochody marki Lublin (w środku było nawet miejsce do spania dla kierowcy-operatora i piecyk do ogrzania wnętrza), a potem Nysa. Standardowy model przerobiono tak, by mógł przewieźć bezpiecznie urządzenia do projekcji filmów. Niektóre modele tylko przewoziły sprzęt, a kierowca, i zarazem operator, ustawiał go na miejscu w świetlicy wiejskiej albo remizie. W takiej „sali kinowej” było duszno i gorąco, często niewiele też było widać (z powodu palonej machorki) i słychać (słaba jakość aparatury). Za to nierzadko te przyjazdy kończyły się po seansie wspólną balangą widzów.

Więcej o objazdowej kulturze też przeczytacie w mojej książce.

Polecam`ją tym, którzy przeżyli tamten czas i pewnie odnajdą w niej fragmenty swoich przeżyć, ale też tym, którzy PRL-u nie pamiętają. Dzięki niej poznacie, mam nadzieję, kilka ciekawych opowieści o tym, jak różne oblicza miał wtedy czas wolny. Jedni zdawali się na to, co proponowały władze. Inni nie pozwalali się zamknąć w sztywnych ramach peerelowskiego „jedynie słusznego” relaksu i płynęli osobnym nurtem.

Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

A przedsprzedaż TUTAJ.

Kolejna opowieść o czasie wolnym w PRL na blogu za tydzień. Czekam również na Wasze opowieści.

Otagowane , , , , , , ,

Biegać, skakać, latać, pływać…

To było najważniejsze miejsce na podwórku. Fakt, czasami dochodziły od niego odgłosy trzepania dywanów, ale służył przede wszystkim nam, dzieciakom. Choć z drugiej strony to najczęściej młodzież trzepała dywany. W każdym razie chodzi o trzepak, jedno z najważniejszych miejsc związanych z odpoczynkiem, czasem wolnym, podwórkiem i w ogóle życiem młodzieży w PRL-u.

Moje dzieciństwo w latach 80. to przede wszystkim trzepak na podwórku w Słupsku. Graliśmy przy nim w siatkę, spotykaliśmy się by pogadać, w zimę rzucaliśmy przez niego śnieżkami. Obok była piaskownia, murek (graliśmy na nim w kapsle), huśtawka z opon i ślizgawka. Ależ to było niebezpieczne urządzenie. Metalowa konstrukcja pochłonęła palec sąsiada.

A o kapslach pisałem więcej TUTAJ.

 

Ale nawet trzepak albo piaskownica nie były nam potrzebne. No zobaczcie jaki musiałem być szczęśliwy wtedy na kocyku przed domem na trawie 🙂 A jeszcze mogłem zaimponować dziewczynom moim Wigry 3.

Często gościłem u rodziny w Gdańsku. Na Dolnym Mieście miałem babcię Zosię, wujka, ciocię i kuzynów. Obok ich kamienicy był super warzywniak, jeszcze z takim napojem.

Ale baaardzo fajna była też zdezelowana Warszawa tuż obok, oj było przy niej zabawy!

A co robili w tym czasie dorośli? No lepiej nie pytać…

Niestety, teraz o takich sposobach na spędzenie wolnego czasu można pomarzyć. A tak wzięłoby się Alfettę Spider albo Poloneza i pojechało na piknik…

Póki co, szykujcie się, bo nadchodzi dobrooooo

Otagowane , , ,