Tag Archives: wczasy prl

Czas wolny w PRL cz.7: wieczorki zapoznawcze

Był kwiecień 1945 roku. Toczyły się jeszcze walki o Berlin, kiedy w Komisji Centralnej Związków Zawodowych powołano do życia wydział wczasów pracowniczych. W maju tego roku polski Rząd Tymczasowy powierzył Komisji Centralnej Związków Zawodowych organizację wypoczynku hutników, górników, nauczycieli i innych ludzi pracy na ziemiach polskich. KCZZ utworzyła w tym celu Fundusz Wczasów Pracowniczych. Początki były trudne. Setki przedwojennych obiektów turystycznych z powodu zniszczeń nie nadawało się do użytku. Wspaniałomyślny gest w stronę funduszu wykonał co prawda prezydent Krajowej Rady Narodowej Bolesław Bierut, który na potrzeby wypoczynku robotniczego przeznaczył dawną posiadłość prezydenta Ignacego Mościckiego w Spale.

To był jednak czysto pokazowy podarunek, bo rezydencja była w opłakanym stanie, do czego zresztą przyczyniły się wojska bratniej armii radzieckiej. FWP zaczął jednak przejmować budynki na swoje potrzeby.

Wyjazdy na wczasy wcale jednak nie budziły entuzjazmu wśród robotników. Przed wojną wielu z nich w ogóle nie miało wolnego i nie wiedzieli, jak z niego korzystać. Wstydzili się pokazać w towarzystwie innych grup społecznych, nie wiedzieli, jak się zachować, nie mieli funduszy na porządne ubranie, walizki i sprzęt turystyczny. W pierwszych latach po wojnie wakacyjne wyjazdy nie były dla robotników powszechną potrzebą, nie traktowano ich jako coś oczywistego. Problemem było też to, że małżonkowie nie mogli wypoczywać razem. Fundusz kierował po prostu na wczasy tylko pracowników poszczególnych zakładów. W 1949 roku tylko 2,9 tysiąca z niemal pół miliona wyjeżdżających zabrało ze sobą najbliższych7. Jeszcze w latach 60. kierowano na wczasy jedną osobę z rodziny. Wyjściem były turnusy dla matek z dziećmi, które organizował FWP. Ale tutaj pierwszeństwo też miały przodowniczki pracy. W zachęcaniu do urlopowania z FWP nie pomagały darmowe bilety kolejowe ani dotowanie wczasów. Nie wszyscy chcieli jeździć. W 1947 roku robotnicy stanowili wśród wczasowiczów korzystających z FWP tylko 31 procent8. Problemem była również baza noclegowa.

Na łamach prasy pojawiały się artykuły, w których edukowano wyjeżdżających i przybliżano im uroki wypoczynku zbiorowego. Tak w zabawny sposób „Przekrój” z 1950 roku przedstawiał typy wczasowiczek:
Hałaśliwa sąsiadka – trzyma otwarte kurki w umywalni, przesuwa meble, chrapie, nuci, zaprasza przyjaciółki.
Katastrofistka – z ponurą twarzą zaczepia i przewiduje katastrofy pogodowe, to, że ktoś się utopi itp.
Gwiazda humoru – sypie żartami z rękawa.
Miejscowa Greta Garbo – w ciemnych okularach siedzi nawet przy obiedzie, ma klipsy w uszach, pomalowane paznokcie, pali papierosa między zupą, a mięsem, nudzą ją inne kobiety.
Mama-fonograf – ma przenikliwy głos i cały czas zwraca uwagę dzieciom: nie rób tego, nie biegaj, zostaw itp.
Wczasowiczka z wymaganiami – chce pokój słoneczny, ale chłodny, duży, ale przytulny, spacer daleki, ale nie męcząc.

Najważniejszą osobą na wczasach był referent kulturalno-oświatowy, popularnie zwany kaowcem. Często to stanowisko piastowali studenci, ale też na przykład działacze związkowi, a nawet maturzyści. Zalecenia KCZZ z 1949 roku były takie, że kaowcy mieli witać wczasowiczów już na stacjach kolejowych, przystankach PKS i odprowadzać do domów wypoczynkowych. Zresztą bywało, że towarzyszyli im bagażowi, pomagający przenieść cały dobytek urlopowiczów. Do obowiązków kaowców należała nauka pieśni związkowych lub patriotycznych, organizacja przeglądów prasy (z naciskiem na informacje polityczne), pogadanek o ruchu robotniczym, zawodów i gier sportowych18. Instruktorzy kulturalno-oświatowi urządzali wieczorki literackie, konkursy czytelnicze, przedstawienia teatralne, lekcje nauki pływania, jazdy na nartach, akademie z okazji świąt państwowych.

Ja z wczasów w latach 80. ani kaowca, ani pogadanek o ruchu robotniczym już nie pamiętam. Moi rozmówcy też potwierdzają, że w latach 80. ośrodki wczasowe odchodziły od powierzania organizacji czasu wolnego w ręce kaowców. Pamiętam za to wieczorki zapoznawcze, nie tylko dla dorosłych. Dzieciaki też miały swoją imprezę na rozpoczęcie turnusu. Na stolikach królowała oranżada i paluszki. Były jakieś konkursy taneczne. To miał być zawsze wieczorek zapoznawczy, ale przecież w większości wszyscy się znali, bo jeździli do tego samego ośrodka każdego roku. – Z kawiarni, w której odbywały się zabawy taneczne, w tym wieczorek zapoznawczy, wydobywał się głos pijanych panów śpiewających „Chałupy Welcome To” Wodeckiego. Zabawy były głośne i huczne, zresztą nie tylko podczas wieczorku inaugurującego pobyt. Odbywały się w kawiarni dwa ośrodki obok, bo u nas była tylko świetlica. W kawiarni było prawie jak w peweksie.


Można było kupić pepsi, stały automaty z grami. Za to nad kawiarnią była znienawidzona przez wszystkich stołówka. Jedzenie było straszne – wspomina wczasy w jednym z zakładowych ośrodków w Chmielnie na Kaszubach Roman, który przyjeżdżał tam z rodziną w latach 80.

– W przerwach między posiłkami rozgrywaliśmy turnieje w ping-ponga. Pamiętam też konkurs rysunkowy, chyba go wygrałem. Narysowałem prom, którym płynąłem z Gdańska do stolicy Finlandii Helsinek. Z samego rana chodziliśmy na raki, a wieczorem jedliśmy je, gotując w garnku nad ogniskiem. Wydarzeniem były mecze piłkarskie między wczasowiczami z Gdańska i Gniewu. To właśnie głównie z tych miast przyjeżdżali urlopowicze, bo obok siebie były tam ośrodki zakładów z tych miast. Przed takim meczem dochodziło do tradycyjnej wymiany proporczyków. Rozgrywka toczyła się na klepisku z drewnianymi bramkami. Dookoła rodziny, podpici tatusiowe krzyczący: „Proszę nie spożywać środków dopingujących”. Tymi środkami były piwa kupowane w sklepie w Chmielnie. Mężczyźni jeździli po nie rowerami albo płynęli kajakiem. W Chmielnie znajdowała się też słynna knajpa „Józefinka” na placu Trojana, gdzie panowie chodzili na piwo. To znaczy, tak naprawdę często pili przed knajpą, bo w środku było mało miejsca. Na placu była też piekarnia i kościół, koncentrowało się więc tam całe towarzyskie miasteczkowo-wypoczynkowe życie. Wszyscy nazywali to miejsce placem Pigalle.

„Józefinka” była słynna na całą Polskę. To tutaj w 1960 roku odbyło się wesele Zbigniewa Cybulskiego i Elżbiety Chwalibóg. Jak wspominają mieszkańcy, huczna impreza trwała trzy dni. Weselnikom przygrywała orkiestra cygańska, a parze młodej wręczono żywego prosiaka. Podobno uciekł. Dziś na ścianie kamienicy, gdzie przed laty mieściła się „Józefinka”, widnieje tablica upamiętniająca to wydarzenie. W Chmielnie chodziło się też do warsztatu Neclów podglądać wyrób ceramiki. Dziś mieści się tu Muzeum Ceramiki Kaszubskiej Neclów.

PRL miał swoje specyficzne formy wypoczynku. Były na przykład wczasy językowe, turnusy dla brydżystów i szachistów. Do tego wczasy krajoznawcze na przykład szlakiem Kanałów Mazurskich i Wielkich Jezior Mazurskich. Małgorzata Szejnert w swoim reportażu „Jeśli się odnajdziemy, to cudownie” z 1979 roku opisuje turnus, w którym spotykają się dzieci z domów dziecka i chętni do adopcji rodzice. Wspólne wakacje miały umożliwić bliższy kontakt dzieci i potencjalnych rodziców i ewentualną adopcję. Kontrowersyjny temat podjął Roman Załuski, realizując w 1982 roku oparty na nim film „Jeśli się odnajdziemy” (w jednej z głównych ról wystąpił Krzysztof Kolberger).


Ewenementem, chyba na skalę światową, były wczasy wagonowe. Choć nie do końca powinno się mówić o nich w czasie przeszłym. Bo wciąż istnieją miejsca, gdzie można wybrać taką formę wypoczynku, na przykład w Darłówku. Pamiętam, że jeżdżąc na plażę do Ustki, obserwowałem wczasowiczów wylegujących się na leżakach przy wagonach stojących na bocznicy, obok stacji PKP Ustka. W wagonach spali i wokół nich spędzali większość wolnego czasu. Początkowo taki wypoczynek proponowano tylko pracownikom PKP. Dodatkowo mogli dojechać na miejsce za darmo, bo przecież nie płacili za bilety kolejowe.

Najpopularniejszą formą zorganizowanych wyjazdów wakacyjnych były w PRL-u kolonie. Podczas nich dzieci najczęściej spały w szkołach. Z sal lekcyjnych wynoszono ławki, a ustawiano w nich łóżka. Koszty kolonii w znacznej części pokrywały zakłady pracy.

Poza tym zakłady zabierały swoich pracowników i ich rodziny na wycieczki do hut, muzeów, teatrów. Dowożono ich na miejsce zakładowym autokarem. Niestety wielu wycieczkowiczom puszczały hamulce i zgodnie z hasłem „Wypij swoje pół litra w innym mieście”, upijali się już w autokarach.

Więcej o wypoczynku w PRL przeczytacie w mojej książce „Czas wolny w PRL”.

Polecam i zapraszam do dzielenia się swoimi wspomnieniami. A za tydzień kolejna, ostatnia opowieść…

Otagowane , , , , , , , , , , , ,

Czas wolny w PRL cz.5: zapiekankę proszę

– Oczywiście nie mogłam powiedzieć mamie, że wyjeżdżam z chłopakami, bo w życiu by mi nie pozwoliła. Oficjalnie jechałam z koleżankami. Pod namioty jechaliśmy kolejką. Cały sprzęt wieźliśmy ze sobą. Namioty brezentowe, strasznie ciężkie. Śpiworów wtedy nie było, pod podłogą namiotu układaliśmy siano, żeby było miękko. Do tego zabieraliśmy garnki, no i trochę jedzenia. Przede wszystkim zupy w proszku Winiary, ktoś zabrał jakieś ciasto z domu. Resztę zdobywaliśmy na miejscu – tak swoją opowieść o biwakowaniu pod namiotem w latach 60. i 70. zaczyna Krystyna, jedna z bohaterek mojej książki „Czas wolny w PRL”.

Przyjeżdżając na miejsce trzeba było też pamiętać, żeby zgłosić swój pobyt u miejscowego sołtysa. Samemu montowało się z desek stół i ławy do siedzenia. Kilka metrów od namiotu kopało się dół na śmieci i kawałek dalej biwakową toaletę.

Menu było raczej ubogie. Ziemniaki z pola gospodarza, jakaś cebula.

„Poradnik pani domu”, wydany w 1984 roku, proponował taki całodzienny jadłospis biwakowy: Śniadanie: Kawa zbożowa, płatki owsiane na mleku.
II śniadanie: Kefir, kanapka z pastą z wędzonej ryby.
Obiad: Zupa owocowa, makaron z serem, surówka z rzodkiewek i szczypiorku.
Podwieczorek: Mleko zsiadłe. Kolacja: Leniwe pierogi, herbata.

Miejsc biwakowych było bardzo mało. W 1976 roku informator PTTK podawał, że w Polskiej Federacji Campingów było zarejestrowanych tylko 217 campingów, w tym zaledwie 62 campingi I klasy. Do tego jeszcze 400 pól biwakowych. Co prawda w okresie 1950–1980 baza noclegowa w turystyce powiększyła się z kilkudziesięciu tysięcy miejsc do kilkuset tysięcy, ale i tak nie zaspokajała potrzeb. W 1980 roku campingi i pola biwakowe dysponowały łącznie nieco ponad 100 tysiącami miejsc noclegowych.

Brakowało wszystkiego, chociażby namiotów. Ale autorzy przewodnika PTTK „Camping dla wszystkich” z 1976 roku mieli na to radę: Wystarczyło dobrać się w kilkuosobowe grupy, uzgodnić harmonogram urlopów i kupić wszystko na spółkę, tak by koszty były sprawiedliwie rozłożone. W wypadku trzech wspólników jeden kupuje 4-osobowy namiot, drugi łóżka turystyczne, materace i wyposażenie kuchni, trzeci śpiwory, stół i krzesła.

Namioty miały najczęściej nazwy związane z wypoczynkiem, podróżami, przyrodą: Albatros, Jantar, Jastarnia, Bałtyk, Orchidea, Pilica, Wawel, Bielik, Relaks, Sopot, Rubin, Kraków, Narew. Podróżnicy i wędrowcy wybierali małe namioty, na przykład Mikrusa, który ważył około 3 kilogramów. Rodzinne wyjazdy wiązały się z dużo większym ciężarem. Namiot Albatros przeznaczony dla czterech osób ważył aż 23 kilogramy. Był za to wysoki na niemal dwa metry, więc można było w nim normalnie chodzić. Dobrze było mieć namiot z tropikiem. Po pierwsze lepiej wytrzymywał opady deszczu, a poza tym pomiędzy tropikiem a właściwym namiotem pozostawało wolne, osłonięte miejsce, w którym można było na przykład trzymać buty.

Osobną opowieść stanowią przyczepy campingowe. Piszą książkę spotkałem wiele fantastycznych osób, m.in. tych, którzy z przyczepami jeździli już w latach 70., i to nie tylko popularnymi „zapiekankami”, czyli Niewiadówkami N126. Camper Papa, czyli Tadeusz Sakowski to jeden z nich. Ale zdobyłem również kronikę fabryki Niewiadów (od właściciela Manufaktury Niewiadówek) i w książce opisuję wiele ciekawostek tam wyłapanych.

Kreatywność amatorów caravaningu była nieskończona. Campodent, czyli zbudowany na podwoziu mercedesa jeżdżący gabinet dentystyczny, to dzieło stomatologa Antoniego Klebieko, który leczył ludzi w miasteczkach i wsiach. Z kolei Franciszek Kopczyński z Raszyna pod Warszawą zbudował małą przyczepę ze sklejki z okienkiem w kształcie serduszka. Ważyła ledwie 200 kilogramów. Choć pan Franciszek z żoną byli „rubensowskich kształtów” (jak napisano w relacji prasowej wklejonej do kroniki), to podobno czuli się w niej znakomicie. O wygodzie swojej przyczepy zapewniał również Roman Miłoszewski. Zbudował coś, co przypominało minischronisko. Nie mniej efektowna była przyczepa, którą zbudował na wzór wagonu Orient Expressu.

Turystyka campingowa bardzo rozwinęła się w latach 70. Podróżowano własnym samochodem i z własną przyczepą. W 1978 roku taką formę relaksu wybrało 3 procent spośród wypoczywających co najmniej siedem dni poza miejscem zamieszkania. Łączna liczba turystów indywidualnych w połowie lat 70. wynosiła około 5 milionów rocznie, to więcej niż ogółem skorzystało z wczasów zakładowych i organizowanych przez Fundusz Wczasów Pracowniczych.

Popyt na przyczepy z Niewiadowa znacznie przewyższał podaż (zwłaszcza że część produkcji szła na eksport). Produkcja roczna liczyła około 2,5 tysiąca sztuk, a na przykład tylko w ciągu dwóch dni 1980 roku do dystrybutora przyczep w Warszawie wpłynęło ponad 30 tysięcy zgłoszeń na kupno. Z powodu tak dużego zainteresowania ich ceny na giełdach były nawet trzykrotnie wyższe niż fabryczne.

Ale inne zakłady też produkowały przyczepy. Piszę o tym w książce.

Caravaningowcy spotykali się na zlotach. Pierwszy zjazd Polskiej Federacji Campingu odbył się nad Zalewem Zegrzyńskim w czerwcu 1969 roku, cztery lata po powołaniu PFC do życia. Przybyli na niego majsterkowicze, którzy sami budowali domki na kółkach. W drugim zjeździe, dwa lata później w Aninie, uczestniczyli już przedstawiciele Zakładów Sprzętu Precyzyjnego Predom-Prespol z Niewiadowa i zaprezentowali model przyczepy N126.

W 1973 roku nowo powołany Klub Caravaningu przy Automobilklubie Warszawskim, zorganizował pierwszy Zlot Polskich Caravaningowców. Odbył się na campingu „Balaton” na warszawskich Młocinach. Z przyczepami przybyło 10 załóg, w tym dwie spoza Warszawy. Głównym punktem programu był konkurs techniczny na wykonanie bądź usprawnienie przyczepy. Laureatem pierwszej nagrody ufundowanej przez Predom-Prespol został Zbigniew Węglarz. Inżynier z Piły dostał nagrodę za przyczepę teleskopową własnej produkcji. Była rozkładana i wyglądała trochę jak obudowana kuchnia polowa, ale przyczepiona do warszawy kombi prezentowała się dumnie.

Ogółem w latach 1973–1978 zorganizowano w Polsce osiem ogólnopolskich i międzynarodowych zlotów caravaningowych, w których wzięło udział 410 pojazdów caravaningowych i ponad 1500 uczestników. Kolejne dwa ważne zloty odbyły się w latach 80.

Spotkania towarzyskie (cisza nocna o godz. 23.00), konkursy, gry, giełda sprzętu turystycznego, biesiada – to tylko niektóre punkty programu weekendowego jubileuszowego zlotu Caravaning Rally’83. Z tej okazji wydano nawet okolicznościową kartę pocztową. W majowym zlocie w Ośrodku Wypoczynkowym w Rudce koło Wiązowny wzięło udział ponad 200 osób. Zaporożce z przyczepami parkowały obok dużych fiatów, zastawy obok starych mercedesów. Grała muzyka z popularnych kasprzaków ustawionych na stolikach turystycznych, wodę brało się z beczkowozu.

Dziś obraz caravaningu jest nieco inny, choć ta forma wypoczynku przeżywa renesans.

A Wy, jeździliście na wczasy pod namiot czy z przyczepą campingową?

Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

Kolejna opowieść o czasie wolnym w PRL na blogu za tydzień. Czekam również na Wasze opowieści.

Otagowane , , , , , ,

Majówka przed laty

Tymczasem na fajnym portalu igimag.pl wspominam majówki i urlopowe wyjazdy przed laty. Polecam serdecznie! Ja wtedy bawiłem się przynajmniej tak dobrze, jak na załączonym zdjęciu.

Tekst znajdziecie TUTAJ.

Otagowane , ,

Mapy, plany, przewodniki

Planujecie wakacje? Nie zapomnijcie zaopatrzyć się w mapy i przewodniki. Na przykład takie…

mapy2

Pewnie dzisiejszej młodzieży trudno w to uwierzyć, ale kiedyś nie było internetu i nie można było w telefonie sprawdzić drogi do jakiegoś miasta czy ulicy z fajną knajpką. Służyły do tego usta (pytało się miejscowych) albo mapy i plany. Zacznijmy od polskiej mapy campingów.

mapy7

Wydało ją Państwowe Przedsiębiorstwo Wydawnictw Kartograficznych Warszawa-Wrocław w 1985 roku. Jest tu nie tylko ich wykaz, ale też numery telefonów, liczebność campingów i ich kategoria. Do tego wykaz pól biwakowych. W środku jest ciekawa pieczątka informująca, że jest to egzemplarz usterkowy. Dowiadujemy się również, że organizowany jest doroczny konkurs na najlepszy camping p.t. Mister Camping współorganizowany m.in. przez redakcję gazety… „Motor”. Nie brakuje także zachęty:

mapy3

Jeżeli planujecie wycieczkę w Karkonosze na pewno przyda się mapa turystyczna po Karkonoskim Parku Narodowym. Też wydało ją Państwowe Przedsiębiorstwo Wydawnictw Kartograficznych Warszawa-Wrocław. Pochodzi z 1987 roku.

mapy4

Polecamy też Beskid Śląski i Żywiecki i mapę z taką piękną grafiką…

mapy8

albo Jezioro Śniardwy. W środku wiele przydatnych informacji. Wykazy campingów, stacji benzynowych, wiele informacji o siłach wiatru.

mapy5

Jeszcze dwa plany miast. Plan Krakowa to w zasadzie przewodnik. Oprócz mapy znaleźć tu można m.in. spis kin. Wymieniono ich tu ponad 30! Do tego wykaz klubów i niekoniecznie chodzi tu o knajpy. Są bowiem klub Garnizonowy Oficerów albo klub Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej.

mapy6

Mapa Bielsko-Białej to też coś więcej niż zwykła…mapa. Mamy bowiem tu chociażby zestawienie linii autobusowych i bary. Wśród nich Cichy Kącik, Szarotka, Piwniczka, Klubowy, Cichy, Jasny, Zacisze, Zgoda. Ciekawe, czy jakiś jeszcze istnieje…

mapy9

Przy okazji map warto zwrócić uwagę na szaleństwa graficzne autorów. Różne style, różna jakość.

mapy1

Wyjazdy zagraniczne w tamtych latach polegały głównie na odwiedzinach naszych sąsiadów. A w tym pomocne były takie przewodniki.

zsrr  nrd

Wcześniej o przewodnikach po bratnich krajach pisaliśmy TUTAJ.

Widoczne wyżej przewodniki to wypasione książki. „Turysta Polski w Związku Radzieckim” pochodzi z 1982 roku. Przygotował go znany dziennikarz i reporter, urodzony w Wilnie Jerzy Szperkowicz, mąż Hanny Krall. Zestaw map, planów i poleceń to naprawdę solidna opowieść o tym, co warto zobaczyć za wschodnią granicą.

mapy  zsrr1

Na historycznych miejscach naszych zachodnich sąsiadów skupili się twórcy przewodnika „Zabytki architektury i sztuki NRD”. To urodzony w Polsce Josef Adamiak oraz Rudolf Pillep. Książka pochodzi z 1989 roku. W środku nie brakuje kolorowych zdjęć.

nrd1

Śmiesznie, bo widać na nich jak puste były w minionych czasach główne ulice miast.

To co, czas na wyjazd! Tylko, gdzie teraz pojechać…

Otagowane , , , , , , ,

No to siup!

Pisaliśmy już na naszym blogu o pięknym sprzęcie wykonywanym przez Zakłady Radiowe im. Kasprzaka: https://bufetprl.com/2013/01/21/grundigi-do-wszystkiego/

Wspominaliśmy również o gadżetach reklamowych z PRLu: https://bufetprl.com/2013/03/25/zgrabny-gadzet-reklamowy/

Czas połączyć te dwie historie. Oto kieliszki turystyczne:

kieliszek1

Jedne z nich to zapewne gadżet reklamowy. Zapinane w czarnym etui, mają na górze reklamę ZRK Unitra.

Na drugich, zapakowanych w plastikowy pojemnik, widnieje logo zakładu, nazwa (Zakłady Wytwórcze Zjednoczenie Kraków) oraz cena – dlatego najpewniej można je było zwyczajnie kupić.

kieliszek3   kieliszek2

To oczywiście gadżet typowo męski. Chętnie używany na wszelkiego rodzaju wyjazdach pracowniczych, wczasach, ogniskach itp.

Mały, zgrabny i praktyczny – oto jego cechy.

kieliszek4

Takie kieliszki turystyczne wyrabiały zresztą przeróżne firmy, a nawet miasta ze swoim logo. Różne były również opakowania i same kieliszki. Jest na przykład model, w którym kieliszki się nawzajem w siebie wkręcają.

U nas to na pewno nie ostatni wpis dotyczący tego jakże istotnego przedmiotu w życiu mężczyzny w PRLu…

Otagowane , , , , , ,

Wypoczynek na 1000 sposobów

W związku z tym, że nasza kolekcja wzbogaciła się niedawno o pamiętające minioną epokę artykuły kuchenne z uroczego ośrodka wczasowego w miejscowości Jasień nad jeziorem Łupawsko (blisko do Sierakowic, potem Gdańska) postanowiliśmy opowiedzieć trochę o wczasach w PRLu.

Dzięki gospodarzom ośrodka, przyjaciołom bloga, otrzymaliśmy wyposażenie, m.in. Społem, w postaci kubka, salaterek, wazoniku na kwiaty (oczywiście sztuczne). Wyposażenie dobrej ośrodkowej kuchni wykonała firma Lubiana.

IMG_3462    IMG_3465

IMG_3467    IMG_3468

IMG_3461     IMG_3470

Do tego dostaliśmy również gustowny koszyczek oraz ubijaczkę do piany wykonaną przez firmę Domgos z Krakowa.

IMG_3455    IMG_3453

Mało tego. W zestawie jest również wyjątkowy bloczek do stołówki z kuponami na zupy.

IMG_3458

Właśnie te cudne przedmioty dały pretekst do krótkiej opowieści o wczasach w PRLu.

Zaraz po II wojnie sytuacja przypominała nieco tą z czasów międzywojennych. Państwo się powoli budziło i władza co raz bardziej rozumiała, że wypoczynek jest potrzebny obywatelom „różnej kategorii”. Odradzały się uzdrowiska, biuro podróży Orbis, powstawały ośrodki wczasowe dla zakładów pracy. Oczywiście wiele osób wypoczywało weekendowo. Wsiadali w swoje wehikuły i ruszali nad jeziora, czy rzeki.

wczasy1

Taką formę relaksu widać na zdjęciu z lat 70. z książki „Ikony PRL”. Spostrzegawczy dojrzą fakt nawadniania się Ciociosanem.

Wypoczywano również na działkach. Oto dowód z książki „PRL czas nonsensu”:

wczasy3

W PRL prężnie działał dwutygodnik „Turysta” organ Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego. Oczywiście przykładowego numeru tej gazety z lat 50. też nie brakuje w naszej kolekcji.

Opowieści o domach wczasowych nie brakowało również na przykład w pierwszym roczniku „Przyjaciółki”, który prezentujemy na naszym blogu. Jedną z najważniejszych czynności w prowadzeniu ośrodka wczasowego był uśmiech. Oto dowód:

wczasy5

Turystyka zaczęła się na dobre rozwijać w latach 50. Na wczasy jeździło się wtedy na podstawie skierowań. Mieszkańcy dużych miast zazwyczaj udawali się do pobliskich miejscowości. Z Warszawy wyjeżdżano na przykład do Podkowy Leśnej. Po tym jak granice Polski były niemal zamknięte w latach 1950-55, na mocy umowy z 1955 roku umożliwiono turystom z Czech i Polski poruszanie się po Tatrach Wysokich.

Prężnie działało wtedy Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze, powstałe z połączenia Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego oraz Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Reklamowało się m.in. takim plakatem:

wczasy2

W latach 60. z kolei rozpoczęła się kariera autostopu. Zbierało się nawet kupony do specjalnych książeczek.

Na wczasy wyjeżdżało się jednak głównie z ówczesnym monopolistą, czyli Funduszem Wczasów Pracowniczych.

Z kolei PGR-y organizowały wycieczki do stolicy i wizyty w Powszechnych Domach Towarowych. Ci, których było stać wyjeżdżali na wczasy do popularnej Bułgarii. Tam zresztą byli na wycieczce moi (Wojtek) rodzice.

Słynną akcję zorganizowała Spółdzielnia Turystyczno-Wypoczynkowa Gromada. To „wczasy pod gruszą”, w ramach których mieszkańcy miast poznawali wiejskie życie.

„Chcesz od żony być z daleka, zapisz się do PTTK” – popularne hasło lat 70. wdrożone zostało przez Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze powstałe w 1950 roku. Na przeróżnych obozach można było zdobywać odznaki PTTK, co nam się parę razy udało.

wczasy4

Jak widać na załączonym zdjęciu na wczasy wyjeżdżało się też bardzo często pod namiot. Leżak, kocyk, materac dmuchany to nieodzowne atrybuty takich wczasów. Pamiętam jak pod namiotem spaliśmy chociażby na terenie ośrodka wczasowego w Chmielnie na Kaszubach. W takie miejsca jeździło się co roku, dzięki czemu po jakichś dwóch wizytach wszystkich się znało. I ratownika Romana, i piękne córki Kaszubów, i miejsca, gdzie można kupić mleko u gospodarza.

Każdy wyjazd zaczynał się tak zwanym wieczorkiem zapoznawczym. A potem już tylko relaks…

wczasy4a

Można było wypożyczyć łódeczkę, kajaczek, rowerek wodny albo być zaciągniętym przez tatę do wody.

Bezpieczniej było jednak na leżaczku z mamą.

wczasy4b

A ty jakie masz wspomnienia z wakacji w PRLu?

Otagowane , , , , , , , ,