Tak, tak, kiedyś zbierało się śmieci, odpadki, puszki. Po napojach gazowanych, piwach, całe kolekcje stały na regałach, meblościankach itp. W domach całej Polski (choć pewnie nie tylko), na przełomie lat 80. i 90. Wiem, bo sam takie miałem i nawet nimi handlowałem. Teraz jak widzę coś, co mi to przypomina od razu biorę do kolekcji. Tak kiedyś trafiły do mnie szklanki do napojów Sinalco.
I ostatnio w sklepie ze starociami w Gdyni znalazłem kolejne skarby. Znowu po Sinalco, ale już inne szklanki. Historia tego napoju sięga 1902 roku. Na początku nazywał się „Blitz Brause”, od nazwiska twórcy. Był to pierwszy tego typu napój w Europie. Nazwę szybko zmieniono na Sinalco (skrót łacińskich wyrazów „sine” i „alcohole”, czyli „bezalkoholowy”) i tak zostało do dziś.
Krótsza jest za to historia River Coli, a te napoje (czy raczej puszki po nich) również były popularne wśród zbieraczy. Napoje z logo River pojawiły się na rynku w NRF w połowie lat 70. Stąd szybko trafiły do Polski. Były w puszkach, ale też w szklanych butelkach. Na nich klasyczne logo z taką wzburzoną rzeką.
I jeszcze jedna szklanka z tego kompletu. Klasyczna pomarańczowa Fanta.
Też miałem takie puszki. No, a teraz mam szklanki…
Jakiś czas temu pisałem o znaczkach sportowych z mojej kolekcji. Czas na kolejną małą odsłonę. Tym razem piłkarskie. Bardzo ładny jest na przykład ten.
Z Mistrzostw Świata w piłce nożnej z 1978 r., w których udział wzięła Polska. Nasza reprezentacja uplasowała się na miejscach 5-8. Ciekawie namalowany jest ta przypinka, jakby ręcznie. Jeszcze starsza jest kolejna.
Deyna, Gadocha, Lato, Domarski, Ćmikiewicz, Gorgoń, Tomaszewski – m.in. ci piłkarze wystąpili w meczu z Walią. W Chorzowie pokonaliśmy wtedy Walię 3-0. Podobno na stadionie było ponad 70 tyś. widzów. Ciekawe ile z nich miało taki znaczek. Mecz z Walią był częścią eliminacji do mundialu w Monachium 1974. Z tej okazji można było zdobyć taki brelok.
Skrót „WM” pochodzi od niemieckiego słowa „Weltmeisterschaft”, czyli mistrzostwa świata. Skrót znalazł się też na koszulce chłopca, jednego z duetu maskotek mistrzostw.
Polacy zagrali tam wspaniale. Lato został królem strzelców (7 goli), Szarmach na drugim miejscu, a cała reprezentacja zajęła 3 miejsce. A chłopcy z breloka, czyli Tip i Tap już pewnie dorośli…
Zakłady Sprzętu Sportowego Polsport Bielsko-Biała produkowały wiele sportowych rzeczy i tych przydatnych w życiu też. Ale, że coś takiego to nie wiedziałem. Aż do momentu, kiedy od kolegi dostałem ten skarb.
Maselniczka turystyczna. Z zewnątrz tworzywo sztuczne, w środku aluminium czy coś i można jeździć z masełkiem albo margaryną na kolonie, biwaki itp. Wygonie odkręcana klapka, no i ten charakterystyczny logotyp.
Zakłady w Bielsko-Białej należały do zjednoczenia Polsport. Było tam kilkadziesiąt różnych podmiotów z całej Polski, produkujących różny sprzęt sportowy i turystyczny. Zakłady w Bielsko-Białej, jako jeden z niewielu w zjednoczeniu przetrwały i wciąż produkują sprzęt sportowy. Ale czy dalej wytwarzają takie maselniczki?
Pamiętacie, jak kiedyś wrzuciłem tu zdjęcie roweru Polo. Kupiłem go kilka lat temu do swojej kolekcji. Teraz nastąpiła ciekawa kontynuacja.
Pod Halą Mirowską spotkałem pewnego handlarza. Zobaczył u mnie przypinkę z Limahlem i opowiadał, jak był na jego koncercie obok w Hali Gwardii, jeszcze w latach 80. Pan sprzedawał ciekawe rzeczy, jakieś książki, stare instrukcje itp. Kupiłem kilka, wśród nich takie kartki z katalogu, prospektu firmy Universal.
Taki katalog był m.in. prezentowany na targach poznańskich. Jak przekonywał mnie sprzedawca, rowerami tymi zainteresowali się niemieccy kontrahenci, ale z różnych przyczyn, nie zakupili ich na swój rynek. Z tyłu znajduje się opis roweru, w językach angielskim i niemieckim. Tutaj też widać, że Universal jest eksporterem rowerów, a producentem zakłady FSM Bielsko-Biała (te same, które produkowały Syreny i Maluchy). Zakłady miały wiele oddziałów i ten z nr. 8 w Czechowicach produkował rowery właśnie.
Z dzieciństwa pamiętam też kolejny model. Miał dołączane boczne kółka do nauki. Taki malutki Universal z pięknym wykończeniem górnej ramy, siodełka, przedniego hamulca, no i srebrną pompką.
I jeszcze rowerek dla starszaków. Universal z piękną przednią, plastikową lampką. Zwróćcie uwagę też na uroczą osłonę łańcucha. Za to pamiętam, że te siodełka obite jakimś skajem szybko się psuły.
Wiecie, że mam duuuużą kolekcję przypinek, czy też pinów, jak nazywają niektórzy. No lubię je i często noszę. Sporo mam muzycznych, ale też sportowych. Czas na kolejny zestaw. Zacznę od jednej z najstarszych. Mocowanie z wkręcaną końcówką z nakładką. Chodzi o VIII Wyścig Kolarski Dookoła Polski z 1949 r. Jego historia sięga 1928 roku. Po wojnie wyścig, dziś jego tradycje kontynuuje Tour de Pologne, powrócił w 1947 roku, m.in. za sprawą Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik”, której logo widać na znaczku. Wydawali m.in. „Przekrój” i „Życie Warszawy”. Edycja wyścigu w 1949 roku była rekordowa pod wieloma względami: ilości zaproszonych zagranicznych ekip (9), liczby zawodników, dystansu. Podczas 12 etapów przejechano niemal 2 tysiące km, a zawody ukończyło niewiele ponad połowę kolarzy. Zwycięzcą, po raz pierwszy w historii, został zagraniczny zawodnik Francesco Locatelli. Najlepszy z Polaków, Wacław Wójcik, był 7.
Kolejny znaczek też jest wpinany na śrubkę. To odznaka Sportowiec Klasy Młodzieżowej z wizerunkiem biegacza tuż przed startem. Nadawały ją różne związki sportowe. Taką pewnie związek lekkoatletyczny.
I jeszcze jeden ciekawy znaczek. Polski Związek Karate ze swoim super logo. Powstał w lutym 1980, choć sport ten był uprawiany u nas już dekadę wcześniej. Wcześniej powstał bowiem pierwszy związek karate (Łódź) i odbyły się pierwsze zawody (w Gdańsku).
Są takie skarby sprzed lat, które nie za bardzo wiem, do czego służą, ale bardzo się cieszę, że je mam. Niektóre są gadżetami reklamowymi, inne jakimiś dziwnymi wynalazkami. Ten należy do pierwszej grupy.
Taki to mini ręcznik, szmatka, chustka… w każdym razie reklamowy kawałek materiału. Piękna grafika z eleganckim trochę chłopakiem, trochę mężczyzną. Reklamuje Wrocławskie Zrzeszenie Producentów Ubiorów Męskich Chłopięcych… we Wrocławiu. W PRL-u w stolicy Dolnego Śląska sporo było zakładów odzieżowych. Nie tylko z modą męską. Zakłady Przemysłu Odzieżowego „Moda”, Spółdzielnia Pracy Delia, Spółdzielnia Pracy Kodim, Spółdzielnia Pracy Zgoda... trochę tego było. Wiele zakładów włączano w różne zrzeszenia i tak tworzyły się molochy. Dochodzimy tu do innego duże zrzeszenia.
Na tej chuście widnieje podpis producenta, to Polski Len. W PRL-u byliśmy naprawdę mocni w produkcji lnu. Zajmowało się tym wiele zakładów, w różnych częściach Polski. Być może ten skarb wyprodukowały okoliczne Zakłady Przemysłu Lniarskiego Walim?
6 zł, tyle kosztował taki słoiczek, który jak się rozlał, to był problem. Ciężko było to umyć, a na papierze ciężką poprawić. Ale ile było zabawy!
Ten mały słoiczek z płynem nazywa się Tusz do stempli kauczukowych zielony. Nawet napis „zielony” jest zielony, żeby się nie pomylić. Pojemność 50 ml kosztowała 6 zł.
Ciekawa jest ta gumowa końcówka, nakładka, w której trzeba było uciąć końcówkę i wtedy dozowało się tusz.
Ciekawa jest też sama buteleczka, słoiczek, jak to nazwać. Ma wygrawerowany skrót zakładu producenta.
To Spółdzielnia Pracy Zespół Warszawa. Ładny jest ten znaczek firmowy, logotyp spółdzielni.
A jak kończyła się zabawa takim tuszem. Wiadomo, zielone palce i język…
Kolorowy i pojemny, taki jest talerz z kolekcji, który od jakiegoś czasu gości na półce i uśmiecha się do mnie. Postanowiłem mu się przyjrzeć.
Talerz Wrocławskiego Zrzeszenia Producentów Odzieży Sportowej. Wydany zapewne przy okazji igrzysk, może tych w Moskwie 1980 r. W PRLu, we Wrocławiu była silna reprezentacja producentów odzieży i sprzętu sportowego. Działał przecież Polsport, specjalizujący się m.in. w łyżwach, sztangach, blokach startowych.
Ten pamiątkowy talerz (takie cuda nie były wtedy rzadkością) idealnie nadawał się do powieszenia lub położenia w gabinecie jakiegoś prezesa klubu czy zasłużonego działacza. Wyprodukowała go Karolina.
Dokładniej Zakłady Porcelany Stołowej Karolina z Jaworzyny Śląskiej. Historia zakładu sięga połowy XIX wieku, a wspomnianą nazwę zyskała w 1957 roku. Co ciekawe, zakład w okresie międzywojennym produkował na licencji dla Disneya figurki Myszki Miki. W PRL produkowano w niej masę porcelanowych rzeczy, zestawów, chociażby filiżanki, patery, wazy. No i taki solidny talerz.
Takie skarby uwielbiam. Podczas niedawnego pobytu w Birmingham i pięknej angielskiej okolicy trafiłem na wyprzedaż garażową. Tam za jednego funta zdobyłem taki skarb z lat 30. XX wieku. Wiem, to nie PRL, ale piękny!
Album z kolekcjonerskimi kartami dołączanymi do papierosów. Jakież piękno i dbałość o szczegóły. Są tutaj legendy światowego tenisa, przedwojenni mistrzowie. F.J.Perry (8 wielkoszlemowych zwycięstw, a do tego mistrz świata w tenisie stołowym), Eileen Bennet Whittingstall (6 wielkich szlemów, pierwsza tenisistka, która nosiła spódnicę powyżej kolana)… no dobra, jest tu kilkadziesiąt słynnych nazwisk tenisistek i tenisistów z całego świata. Zostali tu podzieleni na specjalistów w różnych tenisowych elementach. Są serwisy, woleje, drive’y, backhandy, forehandy itp.
Każdej pięknej grafice towarzyszą teksty opisujące element tenisowy, w którym dana gwiazda jest najlepsza. Poszczególne fazy ruchu są rozpisane na zielonych kartach numerami. Podobne opisy są na rewersie kart.
W albumie są też super grafiki gwiazd pomiędzy kartami. Łącznie jest tu 50 bohaterek i bohaterów.
Wszystkie gwiazdy są podpisane w zależności od statusu małżeńskiego lub jego braku. Panna, pani, madame, pan. To jeden z serii kolekcjonerskich albumów tytoniowego giganta z Nottingham John Player & Sons. Marketingowo firma słynęła ze sponsorowania wyścigów samochodowych oraz kart kolekcjonerskich. Wypuścili je już pod koniec XIX wieku, z brytyjskimi zamkami. Potem były z samolotami, piłkarzami, graczami krykieta, rugby, cyklistami. Wspaniałe książeczki, które szybko stały się kolekcjonerskimi skarbami. Cudownie było go wyłapać.
Czas powrócić do kolekcji skarbów, które zdobyłem jakiś czas temu. Chodzi o popularne hobby przed laty, czyli zbieranie etykiet zapałczanych. Ile tu powstało wspaniałych dzieł graficznych i tekstowych. O części pisałem wcześniej, teraz czas na drugą część reklam na takich właśnie etykietach.
Widzimy tu jubileuszu RUCH-u w 1970 r., ale tak naprawdę, kioski nie były wynalazkiem PRL-u. Pierwsze budki oferujące tytoń i prasę otwierano na dworcach kolejowych tuż po I wojnie światowej, od grudnia 1918 roku, kiedy to księgarze Jan Gebethner i Jakub Mortkowicz powołali do życia Polskie Towarzystwo Księgarni Kolejowych „Ruch”. Pierwszy kiosk z prasą, ale też książkami, tytoniem i różnymi drobiazgami, stanął na peronie warszawskiego dworca Kolei Wileńskiej. W połowie lat 30. XX wieku kiosków było już około 700 w całej Polsce. Rozwój sieci przerwała II wojna światowa, ale od połowy lat 40. – przejęte przez państwowe władze – kioski nie tylko się odrodziły, ale też zrobiły zawrotną karierę. W PRL-u były wszędzie: na każdym osiedlu i w każdej wiosce. Stały na dworcach, lotniskach, ale też w ośrodkach wczasowych, na campingach, w zakładach pracy, urzędach wojewódzkich i miejskich, komitetach wojewódzkich, hotelach. W niektórych miejscach, na przykład na dworcach PKP, były otwarte 24 godziny na dobę – wszystko dla wygody klienta. Były tak istotne, że przewodniki turystyczne informowały, czy na danym campingu obok restauracji, świetlicy, ubikacji jest kiosk właśnie. Czasami było ich w jednej okolicy aż tyle, że stojąc przy jednym, można było dostrzec drugi. Na przykład na samej ulicy Grójeckiej w Warszawie – wcale nie najdłuższej – stało ich 15, a w Gdańsku w przejściu podziemnym przy kolejce SKM w kierunku Nowego Portu dwa kioski stały w odległości kilku metrów od siebie.
Etykiety zapałczane były idealnym miejscem na reklamę, nie tylko sieci RUCH. Zapałki były w PRL w powszechnych użyciu, nie tylko przez miliony palaczy. Idealne do podpalenia saletry, czy wyciągnięcia kawałka baleronu z dziury w zębach… Reklamowano na nich wiele zakładów pracy albo same produkty. Jak powyższe przykłady, albo to, co poniżej.
A pamiętacie, jak się sprawdzało czy takie płaskie baterie mają jeszcze moc? Tak, językiem dotykało się blaszek, jak piekło, znaczy jeszcze działa.
Niżej ciekawe przykłady handlowe. Regionalny wzór na reklamie sklepów GS, czyli Gminnej Spółdzielni oraz ORS, czyli Obsługa Ratalnej Sprzedaży. Forma systemu sprzedaży, która doczekała się nawet solidnej reklamy filmowej. W „Małżeństwie z rozsądku” Stanisława Barei z 1966 w scenografii mebli i hasła „ORS w służbie świata pracy” tańczy para zakochanych granych przez Elżbietę Czyżewską i Daniela Olbrychskiego.
Poprzez etykiety reklamowały się też duże sieci handlowe, czyli PDT-y (Powszechne Domy Towarowe), CDT-Y (Centralny Dom Towarowy) oraz Domy Towarowe Centrum. Te ostatnie mieściły się na reprezentacyjnej Ścianie Wschodniej przy ulicy Marszałkowskiej w Warszawie. Utrzymany w modernistycznej stylistyce kompleks składał się z trzech budynków mieszkalnych oraz czterech domów towarowych: Warsa, Sawy, Juniora (wszystkie trzy działały pod wspólnym szyldem Domy Towarowe Centrum) i Sezamu. Pierwszym, który został otwarty dla klientów, był Junior z asortymentem skierowanym do młodych ludzi. Nazwę wybrano w konkursie, w którym proponowano też m.in. Autostop, Kaśka, Młodzieżowiec, Narkotyk, Elvis, Teksas czy Europa. Słynęły z gadżetów, można było dostać siatki z domów Centrum, breloki itp. Mam zresztą kilka w swojej kolekcji. Fotki poniżej.
Jeszcze na koniec dwie etykiety z wyjątkowego przedsiębiorstwa. Chodzi o Baltonę, której poświęcam sporo miejsca w swojej książce „Zakupy w PRL”. Te dwie różnią się mały szczegółem.
Tu fragment o Baltonie z mojej książki: Baltona powstała tuz po II wojnie. Początkowo miało zaopatrywać wyłącznie statki, ale już w latach 50. doszły do tego m.in. placówki dyplomatyczne akredytowane w Polsce i za granicą oraz polskie placówki za granicą. W kolejnej dekadzie uruchomiono sprzedaż na przejściach granicznych, na przystaniach promowych w Gdańsku-Nowym Porcie i Świnoujściu, na Międzynarodowym Dworcu Lotniczym w Warszawie i na pokładach samolotów LOT (choć wyłącznie na trasach międzynarodowych). Baltona obsługiwała też sklepy dla wystawców i zagranicznych gości na Targach Książki w Warszawie i na Targach w Poznaniu (na których pod koniec lat 50. oficjalnie zadebiutowała Coca-Cola, napój dostępny aż do połowy lat 70. wyłącznie w sklepach Baltony i Peweksu). Pierwsze placówki zostały otwarte w Gdyni, Szczecinie, Świnoujściu i Gdańsku. Mogły też z nich korzystać rodziny marynarzy pobierających dodatek dewizowy. Sklepy otwierano z pompą, zawsze w towarzystwie oficjeli z miasta i komitetów wojewódzkich. Pierwsi klienci dostawali upominki, kobiety – kwiaty i bombonierki, mężczyźni – koniaki. Początkowo nie do końca wiedziano, jakie towary będą najbardziej pożądane, dlatego wprowadzono ankiety, w których klienci mogli przedstawić swoje propozycje dotyczące asortymentu. Baltona jest kojarzona przede wszystkim z towarami spożywczymi, tymi z zagranicy i najlepszymi z Polski. Można było kupić zagraniczne piwo Carlsberg, Tuborg, ale też krajowy Żywiec. Zagraniczne koniaki, a do tego polskie wódki i miód Wawel. Papierosy Dunhill, Rothmans, King Size. Szwajcarskie czekolady Tobler i Suchard, holenderskie Van Houten – i wedlowskie Katarzynki. Nie brakowało też innych towarów luksusowych. Perfumy marek Dior, Nina Ricci, Chanel, obok których stały wody kolońskie Wars, Sawa, Parys, Consul. Na półkach z odzieżą sąsiadowały z importowanymi wyrobami z Włoch, Wielkiej Brytanii czy Holandii polskie skóry i kożuszki zakopiańskie. Fajans z Włocławka, polskie kryształy, biżuteria z bursztynu, drewniane drobiazgi – a także sprzęt elektroniczny, w tym pierwsze w Polsce komputery (już niepolskie). Baltona była handlowym molochem, który miał swoją kasę zapomogowo-pożyczkową (pracownikom udzielano kredytów na zakup mieszkań), organizował urlopy wypoczynkowe w ośrodkach campingowych w Łebie i Międzyzdrojach, kolonie letnie dla dzieci, obozy harcerskie, choinki, prowadził stołówki. Firma wspierała też ogólnopolskie akcje, na przykład budowę teatru w Gdyni czy odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie. Dużą wagę przykładano do reklamy i gadżetów – słynne logo z marynarzem pojawiało się na popielniczkach, zapałkach, reklamówkach, kartach do gry i szklankach…
Więcej wspomnień o Baltonie i nie tylko w książce „Zakupy w PRL”, a więcej o etykietach zapałczanych będzie wkrótce na blogu.