Akcja proporczyk

Wspominaliśmy już na naszej stronie o kilku proporczykach z naszej kolekcji.

Nadszedł czas na kolejny wpis poświęcony tym charakterystycznym przedmiotom z minionej epoki, bo nasza kolekcja powiększyła się o kilkadziesiąt wyjątkowych egzemplarzy. Oto kilka z nich.

 

Jak jasno widać wybraliśmy kolekcję proporczyków związanych z jakimiś zawodami, turniejami, zlotami itp. Niektóre przyciągają bardzo ciekawą grafiką. Na przykład Akcja Zima z 1977 roku. Inne tym, co reklamowały czy czego był proporczyk gadżetem. Chociażby Młodzieżowy Turniej Złota Kielnia, który odbywał się w Koszalinie w 1973 roku.
Niektórym proporczykom przyjrzyjmy się z obu stron. Wśród nich wyróżniliśmy takie.

Ten zachwycił graficznie. Od razu widać czym zajmował się Zakład Usług Socjalnych Budownictwa w Koszalinie: teatr, muzyka, wypoczynek nad wodą, no i kopanie rowów. Przecież ten jacht składa się z łopaty 🙂

A ten zachwyca praktycznie wszystkim. Rajd samochodowy Monte-Karlino – tak, tak, nie Monte Carlo 🙂 A z drugiej strony sponsorzy, m.in. Stomil, PZU i TTT, czyli Towarzystwo Trzeźwości Transportowców. To rajd, którego idea pojawiła się w latach 70 i uwaga rajdy odbywają się do dziś!

Następny poniekąd związany z Igrzyskami Olimpijskimi w Moskwie w 1980. Dotyczy Biegu Zwycięstwa Czestochowa’77.

Kolejny sportowy proporczyk nawiązujący do tych samych igrzysk. Oto Ogólnopolskie Zawody Narciarskie o puchar zarządu głównego ZSMP. Bardzo ładny narciarz, trzeba przyznać. Nie wiem tylko kto je wygrał niestety.

Następny z ciekawym hasłem: Ojczyźnie, Wsi, Sobie. Sobie na końcu oczywiście. No i bardzo ważna informacja: Każdy kłos na wagę złota. Tak się zachęcało do zbiorów w 1971 roku. Zapewne nie tylko w tym.

Aha, obraz tego proporczyka jest lekko zamazany, bo jest w specjalnej zabezpieczającej folii. Było to dość częste w proporczykach. W ostatnim też taka była, ale już cała się podarła.

Już grafika przypominająca taśmę filmową zdradza czemu może być poświęcony. I tu pytanie. Czy to nie były czasami początki koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film? Choć na proporczyku jest informacja, że chodzi  o „Z filmem na ty”. Zdaje się, że była to wspólna inicjatywa ZMS-ów i DKF-ów propagująca kino wśród młodzieży. A może się mylę? W każdym razie proporczyk ładny. I to nie ostatni w naszej kolekcji. Jeszcze do nich wrócimy!

Reklamy
Otagowane , , , , , ,

Smutne pożegnanie

Musimy podzielić się dwiema smutnymi wiadomości. Pierwsza dotyczy zapowiadanej przez nas wyjątkowej imprezy „Salon Gier PRL”. Niestety przegraliśmy z pogodą. Imprezę musieliśmy odwołać. Ale dobra wiadomość jest taka, że jest już jej nowy termin. To 7 lipca (sobota), w godz. 14-18! Więcej info TUTAJ.

Niewspółmiernie smutniejszą wiadomość jest ta, dotycząca śmierci Marka Karewicza, najwybitniejszego polskiego fotografa muzycznego. Przez wiele lat fotografował mistrzów polskiego i światowego jazzu oraz artystów bigbeatowych. Przypomnę tu moją rozmowę z panem Markiem przeprowadzoną przy okazji premiery książki „Big-beat”.

460x237-okladka-BIG-BIT-marek-karewicz-spady-15mm.indd

Z tego, co pisze pan w książce „Big-beat”, pierwszy pana kontakt z fotografią wyniknął z chęci zarobienia paru groszy.

Zaczynałem w zasadzie od pracy laboratoryjnej przy zdjęciach, bo jeszcze zanim zdobyłem pierwszy aparat, robiłem już sporo odbitek, kopii zdjęć. Wiedza techniczna pomogła mi robić na przykład odbitki programów kinowych, które zdobywał kolega. Moje kopie sprzedawał i w ten sposób zarabialiśmy parę groszy.

Gdzie zdobywał pan fotograficzną wiedzę?

Najpierw chodziłem do liceum fotograficznego na ulicy Spokojnej. Tam egzamin zdawałem przed Heleną Dąbrowską, siostrą słynnej pisarki Marii. Sporo zawdzięczam dyrektorowi placówki Zbigniewowi Pękosławskiemu, choć moimi mistrzami byli Edward Hartwig, z którym współpracowałem i który bardzo mnie wspierał, oraz Benedykt Jerzy Dorys. Po liceum poszedłem do łódzkiej filmówki. Wycofałem się na trzecim roku, bo wiedziałem, że już filmowcem nie zostanę. Tam jednak działało prężne środowisko jazzowe. Wydział operatorski skończył chociażby saksofonista, kompozytor Duduś Matuszkiewicz.

Ale płyty jazzowe zdobywano wtedy głównie nad morzem.

Tak, poza Łodzią silnymi środowiskami jazzowymi szczyciły się Szczecin i Trójmiasto. Tam można było kupić płyty przywożone przez marynarzy ze Szwecji. Miałem kilku takich zaprzyjaźnionych dostawców w Szczecinie.

Jeszcze zanim zajął się pan fotografią, zaczął pan grać.

Najpierw były skrzypce. Bardzo nalegała na nie moja babcia wychowana w Sankt Petersburgu. A przekonał mnie do nich najlepszy przedwojenny przyjaciel mojego ojca, który sam grał na skrzypcach. Podczas wojny został wcielony do armii niemieckiej, mieszkał w pomorskim Wąbrzeźnie. Przy pierwszej okazji podczas walk na Zachodzie poddał się aliantom. Zresztą on zaraził mnie nie tylko tym instrumentem, ale muzyką w ogóle. Opowiadał mi zawsze, że spędził wojnę przy dźwiękach orkiestry Millera. Dla mnie Miller to było niemieckie nazwisko i dopiero po kilku latach dowiedziałem się, że chodziło o Glenna Millera. Zacząłem się w nim zasłuchiwać.

Skrzypce też pan porzucił.

Tak, bo w zasadzie mogłem na nich grać wyłącznie na weselach. Po nich był kontrabas, okazał się jednak za duży, nie mieścił się na skuterze i ciężko było go zapakować do taksówki. Zacząłem więc grać na trąbce. Ją z kolei porzuciłem po tym, jak w radiu na Myśliwieckiej w Warszawie nagrałem z zespołem cztery utwory. Jak je posłuchałem, to wiedziałem, że lepiej zająć się czymś innym. Wychodząc z radia, oddałem trąbkę kibicom Legii na sąsiadującym z Myśliwiecką stadionie. Później grałem już tylko sporadycznie, na przykład podczas festiwalu Jazz nad Odrą.

Wspomniał pan o skuterze. W latach 60. panowała w Polsce na nie niesamowita moda w artystycznym towarzystwie.

Ja miałem polską Osę, nie do zdarcia. Mój przyjaciel, twórca wielu znakomitych okładek Rosław Szaybo jeździł z kolei włoską lambrettą, którą kupił od Komedy. Ten z kolei miał ją od Jana Zylbera.

komeda

A propos Zylbera. W książce „Big-beat” przytacza pan pewną anegdotę, jak to m.in. z nim zostaliście poczęstowani wódką przez pewnego księdza.

Wszystko zaczęło się od sesji dla zespołu Silna Grupa pod Wezwaniem na krakowskim Wawelu. Grał w nim Kazimierz Grześkowiak. Był też z nami ich menedżer, ale też perkusista, który grał z Komedą, właśnie Jan Zylber. Nie wiem jakim cudem, ale udało mu się załatwić wejście na Wawel. Po pracy jak zwykle trzeba było napić się wódeczki. Trafiliśmy do Piwnicy pod Baranami, ale tam panował przykry zwyczaj. O czwartej rano barman mówił: „Panowie, ja też mam dom”, zamykał bar i kończył zabawę. Wyszliśmy na miasto, a tu wszystko zamknięte. Grześkowiak, który chodził do seminarium, przypomniał sobie, że niedaleko swoją kurię ma późniejszy biskup Franciszek Macharski. Poszliśmy tam o czwartej rano, wierząc, że ma schowaną jakąś wódeczkę. Otworzył nam młody ksiądz i po wymianie zdań zawołał Macharskiego słowami: „Tu jest jakiś Grześkowiak, pijany, ale nieszkodliwie”. Macharski powiedział, że u niego dostaniemy wszystko oprócz wódki. Nalegając, wyjaśniłem, że przecież w naszej trójce – Zylber, Grześkowiak i ja – jest Żyd, człowiek po seminarium i ewangelik. To wyjątkowa okazja na pojednanie. Wtedy Macharski przypomniał sobie, że obok mieszka pewien ksiądz Karol i on może coś mieć. Karol zaprosił nas do swojego pokoju. Polał 90-procentową śliwowicę, ale sobie tylko połowę kieliszka, bo o szóstej rano miał mszę i nie chciał chuchać na staruszki. Tak wypiliśmy buteleczkę. 10 lat później siedzę sobie na festiwalu w Opolu, a tu nagle biegnie Grześkowiak i krzyczy: „Marek, Marek!”. Pytam, co się stało, a on na to, że ten Karol, u którego piliśmy wódkę, został właśnie papieżem.

U papieża udało się załatwić wódkę, ale w książce „Big-beat” jest też opowieść o tym, jak zespół Budka Suflera w zaskakujący sposób załatwił sobie armaturę sanitarną.

Kiedy członkowie Budki zdobyli popularność, postanowili się pobudować. Mieli jednak problem, bo na rynku brakowało wanien, klozetów itp. Wymyślili więc scenografię na swoją trasę, która składała się właśnie z armatury. Wystąpili o nią do ministerstwa i dostali sprzęt. Najpierw grali pomiędzy tymi wannami, a później odkupili je po niższych cenach jako sprzęt zużyty.

W książce stawia pan tezę, że jazz, rock’n’roll i rock zaistniały i rozkwitły w Polsce, a nie w innym kraju socjalistycznym, głównie dlatego że u nas pewna grupa ludzi zwietrzyła w tym interes?

Oczywiście, że nie wynikało to z idei, ale z tego, że każdy chciał zarobić pieniądze. To był zwyczajny zawód. Kiedy spytałem Tadeusza Nalepę, dlaczego gra i śpiewa, odpowiedział bez zastanowienia, że przecież zwyczajnie nic innego nie umie robić.

Dlaczego takie postaci jak Nalepa, Czesław Niemen czy Józef Skrzek nie zrobili kariery za granicą, nie potrafili iść na kompromisy?

Karierę zrobili tylko jazzmani, bo oni mieli potencjał, jak Komeda czy Michał Urbaniak. Z muzyków rockowych, bigbeatowych nikt. Kończyło się to tak jak z Niemenem. Wydał kilka płyt w Anglii, ale na ważne spotkanie promocyjne nie poszedł, bo się zorientował, że w tym samym czasie jest gdzieś niedaleko promocja opon samochodowych i pojechał, żeby je kupić. Na spotkanie już nie zdążył.

Wspomniał pan o jazzmanach, zdaje się, że nie przepadali za bigbeatowcami?

Bo ich poziom muzyczny był dużo wyższy. Dobry muzyk bigbeatowy marzył, żeby nagrać płytę z jazzmanem.

Czy kariery zespołów bigbeatowych były w jakiś sposób przewidywalne. Od czego zależało, że ktoś zyska sławę?

Trzeba było być dobrym i pić wódkę. A jak się udawało, to się modlili, żeby Pagart (ówczesna agencja artystyczna) załatwił im granie na statku. Grając przez pół roku do tańca, można było odłożyć pieniądze na willę pod Warszawą.

Ciekawi mnie, kto wtedy wymyślał nazwy zespołom. Niektóre były dość kuriozalne, jak Szwagry albo Tarpany?

Menedżerowie wymyślali. Specjalistą był Franek Walicki, który dla swojej muzycznej postaci też wymyślił pseudonim Jacek Grań. Zresztą pseudonimy to było coś normalnego, bo jak na przykład Jacek Zerhau mógł występować pod swoim nazwiskiem. W życiu nie zrobiłby kariery. Przyjął pseudonim Jacek Lech. Takich przypadków jest mnóstwo.

Zrobił pan około 2 tys. okładek płyt, miał pan jakiś klucz do ich tworzenia, dlaczego to właśnie pańskie projekty wygrywały tak często?

Odbywało się to tak, że Polskie Nagrania w swojej siedzibie na ulicy Długiej wywieszały w gablocie ogłoszenie o konkursie. Trzy osoby wystawiały prace do komisji i ta wybierała najlepszą. Nie miałem specjalnej metody na dobrą okładkę, ale prawda jest taka, że moje projekty odrzucono tylko dwa razy. Raz przegrałem z okładką autorstwa Jerzego Dudy-Gracza dla Wojciecha Młynarskiego, a drugiej nie pamiętam.

Obok robienia zdjęć i projektowania okładek zajmował się też pan prowadzeniem imprez. Skąd wtedy wiedzieliście, jak wygląda praca DJ-a, na kim wzorowali się polscy DJ-e w latach 70.?

Wielką szkołę dał nam Alan Freeman z Radia Luxembourg. Przyszedł do pierwszej dyskoteki w Sopocie i z zaledwie 10 singli potrafił zrobić godzinną zabawę. Od niego się uczyłem i potem grałem przez 32 lata w warszawskim Remoncie, m.in. z reżyserem Jackiem Bromskim.

Jak miałby pan wskazać najważniejsze płyty jazzowe w swoim życiu?

Na pewno materiał, który Louis Armstrong nagrał z Ellą Fitzgerald. Poza tym płyta genialnego saksofonisty Earla Bostica. To od niego wielu polskich jazzmanów uczyło się grać, notując dźwięki na kartkach.

Nie wymienił pan Milesa Davisa, któremu przecież robił pan znakomite zdjęcia.

Nie, lepszy był Louis. Od Milesa mam za to w szafie marynarkę.

Wywiad przeprowadziłem dla dodatku Kultura DGP

Karateckie czy wyścigówki?

The Last Ninja, Commando, Bruce Lee, Boulder Dash, River Raid, Tetris, Rick Dangerous, Montezuma, Robbo, Giana Sisters, rozbierany poker z podobizną Samanthy Fox. To kultowe tytuły dla tych, którzy pamiętają „wyścig zbrojeń” między Atari, a Commodore w latach 80. Na naszej imprezie 24 czerwca (o niej przeczytacie TUTAJ) będą okazy zarówno jednego, jak i drugiego giganta.

Commodore C64 amerykańska firma wprowadziła na rynek w 1982 roku. Po latach Commodore okazał się najlepiej sprzedającym się modelem komputera, według niektórych danych sprzedano 25 milionów sztuk. Ilość gier na Commodore szacowano wtedy na zawrotną liczbę ponad 20 tysięcy! W Polsce Commodore można było kupić w sieci sklepów Baltona i kosztowały ponad 150 tysięcy złotych. W kolejnych latach wprowadzano kolejne modele, 128, C64C, ale pierwszy był najbardziej popularny. Ostatni został wyprodukowany w 1994 roku.

Gry można było uruchamiać na kilka sposobów. Najpopularniejsze były kasety. Dało się je przegrywać na normalnych magnetofonach. Można było dokupić do nich kartridża turbo, który pozwalał przyśpieszyć czas wgrywania. Były też po prostu kartridże z grami, no i dyskietki. Oczywiście ważne były joysticki, najlepiej takie z guzikiem Auto Fire.


Nasz egzemplarz jest w oryginalnym opakowaniu, podobnie jak magnetofon. Mamy do tego dwa joysticki i kilka kaset z grami oraz specjalną osłonę na klawiaturę. Wszystko sprawne.
Jaką uruchomimy grę? Może będzie to Fist Fighter firmy LK Avalon, a może…
P.S. A pamiętacie jak się regulowało głowicę w magnetofonie?

Zapraszamy na nasz Salon Gier PRL już w najbliższą niedzielę!

Otagowane , ,

Już za chwileczkę, już za momencik

Mundial trwa… a nasza impreza już za momencik. Dokładnie za tydzień, 24 czerwca. Będzie można na niej pograć w wiele gier sprzed lat. Do tego odbędą się Mistrzostwa Wisły w grę River Raid.

Wśród gier, w które będzie można za darmo grać znalazły się prezentowane wcześniej piłkarzyki na sprężynach, ale też takie o to dwa wyjątkowe okazy.

To koszykówka stołowa. Zestaw po złożeniu mieści się w pudełku wielkości kubka do herbaty. Aby w nią zagrać wystarczy złożyć z kilku elementów kosz. Następnie w odstępie kilkudziesięciu centymetrów ustawić katapultę do piłek. Odpowiednio ustawiając siłę oraz kąt strzału trzeba oczywiście trafić do kosza. Wbrew pozorom nie jest to takie trudne.

Oprócz tego, na jednym ze stołów postawimy Pokojowy Tenis Stołowy. Zabawkę wyprodukowała Chemiczna Spółdzielnia Pracy w Łukowie.

TENIS STOŁOWY POKOJOWY  to jeden z przykładów gry opartej na bardzo prostych zasadach, wymagającej jednak zręczności i refleksu. Z powodzeniem może równać się z popularnymi wtedy piłkarzykami na sprężynkach, drewnianymi kliperami czy bilardem z grzybkiem.

W zestawie są: dwie pomarańczowe rakietki, piłeczka, plastikowa, okrągła, składana siatka i instrukcja. Złożenie siatki polega na połączeniu czterech elementów – jest dziecinnie proste. W dołączonej instrukcji (krótkiej, zwięzłej i dokładnej, co charakterystyczne dla zabawek z tamtych czasów) znaleźć można podział na dwa rodzaje gier.

Tekst oryginalny:

Gra I – Towarzyska

Przeznaczona jest  dla mniej zaawansowanych i może w niej brać udział 2-5 uczestników.

Gra II – Sportowa

Udział bierze dwóch zawodników.

Do tego uroczy opis gry:

Gra, którą oddajemy w Wasze ręce jest grą przygotowawczą i pomocniczą do gry w tenisa stołowego (ping-ponga). Jej wymiary i proste przepisy dają możliwość zastosowania w warunkach domowych.

To co, kto będzie jak Andrzej Grubba, a kto jak Adam Wójcik?

Więcej o naszej imprezie przeczytacie TUTAJ.

Do zobaczenia!

Otagowane , ,

Mundialu nadszedł czas

Dzisiaj startują piłkarskie mistrzostwa świata. Z tej okazji wspominamy nasze skarby związane z futbolem. Na początek piłkarzyki i ważna informacja. W nasze piłkarzyki będzie można pograć, za darmo, podczas specjalnej imprezy „Salon Gier PRL” w Warszawie nad Wisłą. Piłkarzyki będą jedną z atrakcji imprezy 24 czerwca. Więcej info znajdziecie TUTAJ. Zapraszamy!

A o piłkarzykach pisaliśmy tak:

fussball6

Ulf Kirsten, Jurgen Pommerenke, Hans-Jurgen Dorner – czy ci wielcy piłkarze DDR grywali w domu w takie cudo, o jakim dzisiaj piszemy? Na pewno.

fussball2

Oto kolejne piłkarzyki z naszej kolekcji, tym razem wyprodukowane we wschodniej części Niemiec.

Fussball Spiel charakteryzuje się tym, że można tą zabawkę złożyć w podręczny kartonik. Boisko jest bowiem zwijane. Na końcach przytrzymują boisko kawałki drewienka. W niej wkłada się bramki.

Każda z drużyn ma dwóch zawodników: bramkarza i piłkarza w polu. Bramkarz jest sterowany przez kawałek plastiku z tyłu. Bardzo ciekawie strzela się piłkarzem w polu. Naciska się bowiem głowę piłkarza w dół i wtedy rusza się jego noga i piłkarz strzela.

Swoją drogą bramkarze wyglądają jakby robili przysiady, a na głowach mieli czapki. Ciekawa jest piłka, która nie jest okrągła. Dzięki temu jednak zatrzymuje się na boisku. Okrągła cały czas by wypadała za pole. Mamy do tych piłkarzyków oryginalne pudełko.

fussball1

W środku wszystko pięknie ułożone.

fussball5

Piłkarzyki wyprodukowano najprawdopodobniej w latach 70. Odpowiada za nie zakład w niewielkim mieście we wschodniej części Niemiec – Aschersleben.

Największe sukcesy piłka nożna w DDR odnosiła właśnie w latach 70. Co ciekawe, pierwszy mecz reprezentacja DDR rozegrała z Polską, w Warszawie w 1952 roku. Wygraliśmy 3-0.

fussball3

————–

pilka1

Jak widać po kartonie, te piłkarzyki wiele przeszły. Prawdopodobnie były używane jako strzelnica. Nie są w idealnym stanie, ale wszystko jest na miejscu i działa. Znaleźliśmy je przed domem na śmietniku. Nie żebyśmy specjalnie tam czegoś szukali, po prostu leżały na wierzchu i czekały na nas.

pilka2

Plastikowe boisko, żółte i czerwone piłkarzyki i zabawa na całego.

Piłkarzyki wyprodukowała firma o ciekawej nazwie: Przetwórstwo Tworzyw Sztucznych i Zabawkarstwo Ewa i Stanisław Dróżdż z Częstochowy. Na kartonie interweniuje bramkarz w czapce. To nie powinno dziwić, bo przed laty wielu w nich grało. Chociażby legendarny radziecki bramkarz Lew Jaszyn. Nie zdziwiłbym się jakby to nim inspirowali się twórcy tej grafiki. Ciekawe, że w przeciwieństwie do poprzednich opisywanych przez nas piłkarzyków te nie mają napisu „Piłka nożna”, ale zachodnie słowo „Football„.

pilka3

————–

Piłkarzyki na sprężynach – gole przy nietypowych dźwiękach

Specyficzny brzdęk przy odbijaniu i kulki wyciągane z łożysk – to pierwsze wspomnienia jakie pojawiają się, gdy patrzę na piłkarzyki na sprężynach. 22 zawodników, drewniane boisko z zagłębieniami przy piłkarzach, metalowe brameczki i gra całymi nocami.

Nasz egzemplarz wyprodukowały Krakowskie Zakłady Przemysłu Maszynowego Leśnictwa Krakpol. Co ciekawe, firma Krakpol nadal działa i produkuje zabawki. Oczywiście piłkarzyki pojawiały się w różnych wersjach. Jak nasze – z napisem Piłka Nożna na kartonie – albo z napisem Football. Sami piłkarze też się zmieniali. W naszej wersji to pomalowane tyczki, ale były też takie z sylwetkami bardzo przypominającymi prawdziwych piłkarzy.

Oczywiście bardzo szybko gubiło się piłki do gry, ale wyjście z tego było banalnie proste. Używaliśmy bowiem kuleczek z łożysk rowerowych. Czasami piłki wylatywały za boisko, ale jak się strzela jak Tarasiewicz to nie dziwne. Nasz egzemplarz jest trochę zużyty, ale nie znaczy to, że nie da się grać. Co widać zresztą na filmie. Co prawda, piłka jest większa niż przystało, ale za to komentarz jaki:

Wszystkiego najlepszego dzieciaki!

Wszystkim maluchom życzymy modnego i praktycznego życia! Przynajmniej takiego, jak na okładce naszej gazety z 1949 roku.

A do tego przynajmniej takiego prezentu, jaki kiedyś ja dostałem na Dzień Dziecka. Kiedyś, czyli 30 lat temu. A było to takie piękne Lego Space, o którym pisałem TUTAJ.

Zdradzamy więcej!

No to jeszcze jedno tajemnicze zaproszenie na 24 czerwca nad Wisłę 🙂

Wpadajcie! Darmowa impreza! Więcej szczegółów znajdziecie TUTAJ

Będziemy jeszcze informować was o atrakcjach. Do zobaczenia!

Save the date!

Póki co, powiemy tylko tak.
Mieszkacie w Warszawie, będziecie tutaj pod koniec czerwca?
Rezerwujcie koniecznie datę 24 czerwca. Dokładnie za miesiąc wyjątkowa impreza!
Szczegóły wkrótce!

Dovolena, czyli czeskie wakacje!

Bierzemy naszą torbę czechosłowackich linii lotniczych i na kilka dni wybieramy się do naszych południowych sąsiadów.

 

A jak wrócimy to zaprosimy Was na wyjątkowe wydarzenie! Bądźmy na nasłuchu, jak mówił porucznik Borewicz.

Nie tylko na komunie

Złoty łańcuszek, Wigry 3, piórniki trójwymiarowe z zawartością, bardzo rzadko pieniądze (bo i tak nie było co za nie kupić). To popularne prezenty komunijne, które pamiętam z połowy lat 80. Ale tym, co chciał mieć każdy z nas na podwórku był… zegarek elektroniczny. Casio z kalkulatorem albo Montana z melodyjkami. No to mamy taki w kolekcji.

Mało tego, że miał melodyjki to jeszcze miał podświetlenie, alarm, pikanie co godzinę, stoper (pamiętacie jak wciskało się na czas, kto szybciej go zatrzyma?), datownik. Były zresztą wersje damskie (nieco mniejsza) i męskie.

Zegarki z czterema guzikami (u nas zostały trzy, co nie było kiedyś czymś wyjątkowym, zamiast brakującego używało się szpilki albo czegoś podobnego) były sprowadzane z Hong Kongu. Chociaż z tyły miały napis USA. Oczywiście i tak najważniejsze były melodyjki, 7 albo 16, a wśród nich m.in. standard „Oh My Darling, Clementine”. Choć z tego co pamiętam niektóre z napisem „16 melody chrono” i tak miały 7 melodyjek.

Przy zegarku był charakterystyczny pasek. Pamiętam, że to zamknięcie dość szybko się zużywało i samo potrafiło odpiąć. No i taka bransoleta potrafiła wyrywać włosy z nadgarstka.

No to jeszcze melodyjka z naszej Montany.

Teraz można go zresztą ściągnąć w formie widżetu na smartfony.

I jeszcze jedna ciekawostka. Zegarek elektroniczny nosił też mistrz Andrzej Zaucha. Zobaczcie na 1.05:

Otagowane , , , ,
Reklamy