Mario, Ayrton i inni

Kontynuując opowieści o kartach kolekcjonerskich czas na ostatni wpis. To ponownie karty skupiające się na Formule 1. Najpierw te, których bohaterem jest Mario Andretti. Mistrz wielu kategorii wyścigowych, co widać na kartach.

To karty z 1992 roku. Wyszło ich przynajmniej kilkadziesiąt. Z tyłu są opisy różnych sytuacji. Na niektórych kartach jest też syn Mario, Michael, który również się ścigał. A do tego siostrzeniec Mario, John.

I jeszcze dwa zestawy, z 1991 roku. Przedstawiają kierowców, tory i bolidy wyścigowe tamtego sezonu w F1. Choć trafił się też jeden kierowca Nascar z serii sponsorowanej przez McDonald’s.

Mistrzem został wtedy genialny Ayrton Senna.

Niestety, nie jest to kompletny zestaw. Ale cóż, może kiedyś uda się zdobyć resztę takich kart…

Otagowane , , , ,

Historia motoryzacji w kartach

Kilka wpisów temu pokazałem pierwszy zestaw kart kolekcjonerskich sprzed lat, który ostatnio wpadł do mojej kolekcji. Czas na kontynuację, bo mam jeszcze sporo okazów.

Na początek kompletny zestaw kart „The Story of Grand Prix motor racing” sponsorowanych przez firmę Mobil. Zdaje się, że pochodzi z początku lat 70. Kart jest 36. Ta z numerem 1 przypomina zwycięzcę pierwszego Grand Prix Węgra Ferenca Szisza, który jechał bolidem Renault. Szisz wygrał wyścig w 1906 roku. Ostatnia karta, pokazuje Jackiego Stewarta w 1969 roku. Karty te doskonale namalował angielski artysta Roy Nockolds. Tutaj przeczytacie o nim więcej: http://www.grandprixhistory.org/nockolds.htm

Trzymając się formuły, to kolejne karty. Późniejsze.

To seria z lat 90., której bohaterem jest genialny kierowca Ayrton Senna. A autorem grafik jest Colin Carter. Niezły ancymon. Jego prace w swoich kolekcjach mają kierowcy F1, ale też na przykład George Lucas. Tutaj o nim więcej: http://www.colincarter.co.uk/

No to jeszcze kolekcja dla fanów motocykli.

Motocykle z różnych lat. Myślę, że same karty pochodzą z lat 90.

Zbieraliście takie karty?

Jutro kolejnych kilka przykładów.

Otagowane , , , , ,

Mat-Donald i Mak-Kwak

Trudno porównać jego otwarcie z czymkolwiek innym. To było wydarzenie przez duże „W”, a duże żółte „M” urastało wręcz do rangi symbolu – początku nowego rozdziału w naszej historii. Środki masowego przekazu potraktowały przywiezienie hamburgerów do Polski na równi z przywiezieniem prochów Paderewskiego, zaś Big Mac witany był według tego samego protokołu co prezydent Bush – tekst Michała Ogórka czytał w Polskiej Kronice Filmowej z 1 lipca 1992 Tomasz Knapik.

Pierwszy polski McDonald’s otwarto w stolicy 17 czerwca, wstęgę przecinał sam Jacek Kuroń, który był wtedy ministrem pracy i polityki socjalnej w rządzie Hanny Suchockiej. Wśród baloników, flag, maskotek, spowici zapachem smażonych hamburgerów oraz frytek stali żądni nowego warszawiacy – tysiące ludzi, tłum, komitet powitalny króla fast foodu. Z dachu spoglądał na nich wielki dmuchany klaun, wokół parkowały fiaty, polonezy, wartburgi i zachodnie auta sprowadzone z Niemiec. Nie zabrakło znanych osobistości, jak Agnieszka Osiecka, Zygmunt Broniarek, trener Kazimierz Górski.

Tak w swojej książce „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.” (wyd. Muza) zaczynam opowieść o pierwszych polskich McDonald’sach. Zaczynając od tego warszawskiego przytaczam historię jego pracownicy oraz jednego z dyrektorów.

Fascynujące są to opowieści o tym jak ćwiczyli podawanie dań przed otwarciem (używając m.in. zakrętek od słoików zamiast kotletów), jak bili światowe rekordy itp. Ja pamiętam, że MD w Warszawie był miejscem, do którego przyjeżdżało się z wycieczką. Każdy gadżet typu rurka, serwetka, flaga, był niemal relikwią. Zanim otwarto pierwszego polskiego MD robiło się przecież zdjęcia pod zagranicznymi Macami (patrz zdj. wyżej).

Pierwszego dnia funkcjonowania McDonalda w „Sezamie” padł światowy rekord zamówień. Ponad 13 tysięcy. Zresztą został on pobity kilka miesięcy później, podczas otwarcia restauracji w Katowicach i poprawiany jeszcze kilkakrotnie, m.in. w małym lokalu na dworcu kolejowym w Gdańsku.
Ten pierwszy McDonald’s w Warszawie był czynny od 8.00 do 23.00. Przed wejściem do niego hostessy częstowały ciastkami, w środku opiekowały się maluchami. Big Mac kosztował wtedy 25 tysięcy złotych, frytki 7 tysięcy, coca -cola 11 tysięcy, sok jabłkowy 9 tysięcy, shake (waniliowy, truskawkowy lub czekoladowy) 12 tysięcy, a lody – 10 tysięcy złotych. W kolejnych latach w menu pojawiały się nowe produkty, m.in. Fish Mac i McChicken.
W restauracji jest 250 miejsc siedzących, ale po dostawieniu stolików na wolnym powietrzu ich liczba zwiększy się do 400. Od nowego roku wszystkie potrawy mają być robione z polskich produktów. Na razie mleko pochodzi z warszawskiej „Woli”, napoje z gdyńskiej rozlewni Coca -Coli, soki z „Hortexu”, sałata z Jeleniej Góry, mięso z Niemiec, a frytki z moskiewskiej restauracji McDonalda. (…) Jasne, sterylne wnętrze z dużą ilością zieleni (niestety sztucznej) oraz niezła klimatyzacja to pierwsze przyjemne wrażenia wchodzącego do środka klienta. „Wyposażenie warszawskiego McDonalda kosztowało ponad milion dolarów” – powiedział wczoraj dziennikarzom Tim Fenton, szef McDonald’s Polska – pisała w dniu otwarcia stołecznego Maca „Gazeta Wyborcza”

Oczywiście Polacy szybko zobaczyli, że fastfoodowy rynek się szybko rozwija i otwierali własne bary szybkiej obsługi. Żeby nadać barowym budom bardziej światowy charakter, nazywano je „po zachodniemu”. „Max”, „Bonjour”, „Kobra”, „Mak -Kwak” i mój ulubiony – „Mat Donald”. Tak nazywała się czerwona budka w centrum Warszawy. Oklejona napisami „hamburgery” i „sandwiches”, na daszku miała zamontowane czerwone logo z uśmiechniętą bułką trzymającą w ustach kiełbasę i sałatę. To, co w tych barkach podawano, i jak podawano, z luksusem nie miało wiele wspólnego. Same budki też nie były luksusowe. Hamburgery podawano wtedy chociażby w takich budach. Ostały się jeszcze na warszawskim Muranowie.

A Wy, pamiętacie swojego pierwszego hamburgera w życiu?

Więcej podobnych historii znajdziecie w mojej książce. Polecam

Otagowane , , , ,

Fast food po polsku

Pamiętacie swój pierwszy fast food w życiu? Zapiekankę, bagietkę z kapustą i grzybami, hot-doga, hamburgera? Ja pamiętam budkę z bagietkami pod szkołą podstawową. Wizyty w gdańskiej restauracji „Itaka” na najlepszych hamburgerach. Pierwszą wycieczkę do Warszawy i wizytę w Mc Donald’sie. Wreszcie Mr Smarty’s w Słupsku.

Nawiązując do tego, o czym piszę w mojej książce „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.” dziś wspominam polskie fastfoody czasu przełomu.

Odwiedziłem taki lokal w latach 90. z rodzicami w Słupsku. Tak jak każdy z tysięcy młodych ludzi w mieście chciałem posmakować w Mr Smarty’s hamburgerów, frytek i odpowiednika McDonaldowego shake’a. Nie wszyscy byli zachwyceni. Tata po jednym gryzie i wyślizgnięciu się całej zawartości na plastikową tackę rzucił swoją bułkę w cholerę. Ale dla mnie ten plastik, to zamawianie w jednym punkcie, a odbieranie w drugim, te kolorowe czapeczki, ta muzyka w tle były oddechem od cuchnących budek z zapiekankami rozstawionych w różnych punktach miasta.

Była taka budka naprzeciwko Dworca Głównego w Gdańsku, jeszcze przed otwarciem w jego wnętrzu McDonalda. Wątpliwej urody pani sprzedawała w niej m.in. paje, czyli kawałek ciasta z czymś zmielonym w środku. Późną nocą wyczekiwały pod tą budką stada podpitych młodzieńców, z których przynajmniej co drugi wyznawał miłość sprzedawczyni. Kebabów nie było, więc taki paj to jedyne, co można było wrzucić na ruszt w oczekiwaniu na nocny autobus. Pajowy biznes mieścił się przy wyjściu z tunelu, obok budynku hotelu Monopol. Często po takim pożywnym posiłku, ale też przed, odwiedzało się jedyny sklep nocny w śródmieściu Gdańska, właśnie w hotelu Monopol. Najczęstsze zakupy: najlepsze chipsy świata Croky oraz piwo Holsten. Idealnie zabijały smak parującego paja.

Chodziliśmy też do pizzerii „Bambola”. Lokale tej sieci były też w Warszawie*. Miały charakterystyczne czerwone logo z uradowanym, podrzucającym placek pizzy kucharzem, przypominającym kuchcika z cyklu przygód Baltazara Gąbki, czyli Bartoliniego Bartłomieja Herbu Zielona Pietruszka. Stołowali się tam zresztą bohaterowie serialu „Ekstradycja”.

W swojej książce przytaczam historie rodzinnego interesu zapiekankowego z Gdańska, ale też założycieli Snack Baru.

Moi bohaterowie otworzyli jedzeniowy biznes na przełomie lat 80. i 90. Nawet nie zastanawiali się nad nazwą. Nad wejściem wisiał po prostu napis „Snack Bar”. Znaleźli lokal do wynajęcia na terenie dworca PKS. Nie było to specjalnie reprezentacyjne miejsce, choć w centrum stutysięcznego miasta. Co kilka minut odchodziły stąd zabrudzone autosany* do okolicznych miasteczek i wiosek. Przewijało się sporo ludzi. Jeździli do pracy, szkoły, po zakupy. Podróżni czekali na drewnianych ławkach, czytając „Głos Pomorza” albo rozwiązując krzyżówki. Choć zimno, to i tak lepiej było na zewnątrz niż w obskurnej poczekalni. Czasami ktoś jadł kanapkę, ale nie było to specjalnie przyjemne, bo wszędzie unosił się smród spalin z wysłużonych autobusów. Można było podejść do pobliskiej restauracji „Tunek”, tyle że na początku lat 90. nie przypominała ona już tego słynnego lokalu sprzed lat z pysznymi daniami z ryb. Stała się ponurą kufloteką. Można było też zahaczyć o najstarszą w Polsce pizzerię przy barze mlecznym „Poranek”. Kierowcy woleli jednak odwiedzać Snack Bar. Było blisko, tanio i swojsko.

Popularnością cieszyły się przede wszystkim wspaniałe pierogi z mięsem – mojej mamy. Do tego mielone kotlety luzem i w bułce, wątróbka wieprzowa, sznycel z piersi z kurczaka z pieczarkami, udka pieczone, flaczki, dorsz i żeberka w sosie pomidorowym. Ależ były pyszne, do dziś je czasami robimy. Były jakieś przekąski, jednak też nie w zachodnim stylu. Nie sprzedawaliśmy chipsów, mieliśmy paluszki. Zachodnim produktem była chyba tylko pepsi. Oczywiście schodziło dużo kawy i herbaty – wspomina Renata, prowadząca Snack Bar z mężem. – Nie ma co ukrywać, nie pachniało tam specjalnie miło. Kuchnia gazowa była włączona od szóstej rano. W środku mieliśmy trzy stoliki, kuchenkę gazową, mikrofalę. Mało miejsca, słaba wentylacja, ale jedzenie pyszne. Trzeba było jeszcze jeździć na rynek po warzywa. Luksusem było to, że od jednej z firm zamawialiśmy już obrane ziemniaki. Zaczynaliśmy wcześnie rano, jak startowały pierwsze kursy pekaesów, a obiady i kawy wydawaliśmy do osiemnastej. Potem ruch zamierał. Padaliśmy z nóg, ale w domu trzeba było jeszcze przy gotować kilogramy jedzenia na następny dzień. Ciężko było, bo w zasadzie wychodziliśmy na zero.

Renata wraz z mężem i mamą długo nie wytrzymali. Miejscowa młodzież omijała odpychający dworzec PKS, który pamiętał zeszłą epokę. Zamiast żeberek – wolała jeść hot dogi i hamburgery. W mieście jak grzyby po deszczu wyrastały budki, w których można było zakupić fastfoodowe specjały. Szybko i tanio. Choć nie zawsze smacznie.

Więcej takich przygód przeczytacie w mojej książce, a już wkrótce na blogu kontynuacja o podobnych barach w latach 90.

Otagowane , , , ,

Karty kolekcjonerskie

Takie strzały zdarzają się rzadko, ale się zdarzają. Oto w jednym z warszawskich lumpeksów trafiłem na zestaw kart kolekcjonerskich i gadżetów związanych ze sportami motorowymi. Jakiś angielski zbieracz pozostawił je po sobie i teraz mi udało się to przejąć. Czas na pierwszy wpis o tym nowym skarbie z mojej kolekcji.

Na początek wyjątkowe gadżety, czyli wafle/podstawki od Marlboro. Widać, że używane, ale jakie piękne. Ta marka papierosów jest obecna w Formule 1 już od lat 70. Bolidami z logo Marlboro jeździli najwybitniejsi kierowcy wyścigowi Emerson Fitipaldi, Ayrton Senna, Alan Prost, Michael Schumacher, ale też ci z pokazanych wafli, czyli James Hunt oraz Niki Lauda. Pierwszy mistrzostwo F1 zdobył w 1976 roku. Drugi trzykrotnie.

Tutaj wymienione są dwa zwycięstwa Laudy, stąd wynika, że wafle pochodzą z początku lat 80., bo trzeci tytuł Lauda zdobył w 1984 roku. Z boku widać dużą podstawkę, tam z kolei wykaz innych zawodów sponsorowanych przez markę.

Kolejne karty to seria Grandee Famous M.G. Marques. Też wypuszczone przez markę papierosów. Karty z kolekcji mają z tyłu opisy, numery, zbierało się je do specjalnych albumów. Mam tutaj cały zestaw 28 kart wypuszczonych na rynek w 1981 roku. Za obrazki odpowiada specjalizujący się w malunkach transportu James Dugdale.

Kolejna seria poświęcona jest rodzinie Hillów, czyli Grahamowi oraz jego synowi Damonowi. Graham był dwukrotnie mistrzem F1, wygrywał też w innych prestiżowych seriach. Damon mistrzem F1 był raz. Te karty pochodzą z lat 90. i to cały komplet.

Wreszcie kolejnych 6 na koniec tego wpisu. Cztery z nich pochodzą z serii Pro Set Racing. Są na nich znakomici kierowcy, ale też reporter oraz miss sponsora.

Te karty pochodzą z 1992 roku. Piąta z nich, z kierowcą Nascar Richardem Pettym jest z serii Fax Pax z 1993 roku. Ostatnia z serii Pepsi 400 i też pochodzi z początku lat 90.

Ja przyznam, że takich kart nigdy nie zbierałem. Zbierałem za to karty z graczami NBA. Mam je do dzisiaj i pisałem o nich tutaj: Hej, hej, tu NBA! | Bufet PRL

A Wy zbieraliście takie rzeczy?

Otagowane , , , , , , , ,

Zakres przenośnych fal

„Lato z radiem” i „Chałupy welcome to” – to moje dwa dźwiękowe wspomnienia z wczasów. Zawsze gdzieś w tle leciało. Albo w aucie, albo w świetlicy z ping pongiem, albo z przenośnego radia ustawionego pod namiotem. No właśnie. Mam ich już parę. Teraz dołączyło kolejne. Piękna Ania R-613 produkcji Zakładów Radiowych Eltra.

Zgrabne, z rączką, na kabelek i baterie. Radio było produkowane w latach 80. Ma cztery zakresy fal, wyjście słuchawkowe. Odbiera w mono. Co ciekawe, w latach 70. produkowano już radio Ania, to jednak inny model.

Był jeszcze model 612 Ani, tylko z pionową skalą, a nie jak tu z poziomą. Radyjko waży niewiele ponad pół kilo, idealnie nadawało się na wypady za miasto. Zresztą wciąż się nadaje, bo działa.

Otagowane , , , ,

Z pewną taką nieśmiałością

Witold Pyrkosz reklamował margarynę, Andrzej Grabarczyk zupy, Bogusław Linda papierosy, Marek Kondrat stoły bilardowe, Piotr Gąsowski chipsy, a Andrzej Kopiczyński, Leonard Pietraszak i Irena Kwiatkowska – proszek do prania. Reklamy telewizyjne czasu przełomu 80/90 i lat 90. Niektóre oryginalne, inne kuriozalne i dziś trudno się je ogląda. Powracam do nich w swojej książce „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.”.

(184) Reklama stołów bilardowych ELGAZ – YouTube

„Występ w reklamach dawał rozpoznawalność. Doświadczyła tego chociażby studentka italianistyki, modelka Anna Patrycy. Słynnym sloganem – „z pewną taką nieśmiałością” – reklamowała podpaski Always. Potem produkty ze skrzydełkami zachwalała również Katarzyna Niekrasz. To był przełom, bo wcześniej w telewizji raczej omijano takie fizjologiczne kwestie. Reklama była skuteczna, sprzedaż podpasek wzrosła ponad 1000 procent w ciągu roku. Patrycy opowiadała potem, że slogan stał się tak popularny, że nawet jak chodziła z przyjaciółmi do restauracji, to ci mówili do niej: „Z pewną taką nieśmiałością, czy możesz mi podać sól?”. Jako żartobliwa odzywka stosowana w przeróżnych sytuacjach zagościł na długo w języku codziennym.

To zresztą zdarzało się często – hasła reklamowe wchodziły w uliczny obieg. Na przykład „Ociec, prać?”. Spot był dowcipny, sięgał do naszej historii, brzmiał swojsko i nie był przegadany. A to przyciągało. W pierwszej reklamie proszku nawiązywano do Sienkiewiczowskiego Potopu, w kolejnej do Krzyżaków.
W latach 90. w telewizji nie brakowało także reklam piwnych i tutaj również doczekaliśmy się haseł, które weszły do potocznego języka. Pamiętacie: „Moja babicka pochazi z Chrzanowa”, „Mariola ma oczy piwne”, „Mariola o kocim
spojrzeniu” albo „Bezalkoholowe, ale buja”? Tym pierwszym reklamowano Tyskie, dwoma kolejnymi Okocim, a ostatnim piwo Bosman. Tutaj twórcy wpadli na genialny pomysł. Od 1996 nie można było u nas reklamować napojów zawierających powyżej 1,5 procent alkoholu. W reklamie mogliśmy więc oglądać bohaterów (m.in. aktora z Ekstradycji, Pawła Wilczaka), którzy mrugali okiem, mówiąc o bezalkoholowym piwie.”

Wreszcie w telewizji pojawiły się reklamy sieci komórkowych i telefonów. Już w pierwszym roku działalności (1991) Centertel reklamował w telewizji telefony Nokia. Model Cityman 450 ważył niemal kilogram i przypominał przenośną radiostację wojskową (z powodu topornego wyglądu nazywany był „cegłą”), a kosztował – bagatela – niemal 2 tysiące dolarów. Przyłączenie do sieci kosztowało kolejne 500 dolarów – to więcej niż wynosiła wtedy średnia pensja. Płaciło się zarówno za rozmowy wychodzące, jak i przychodzące. Nic dziwnego więc, że na pierwsze komórki mogli sobie pozwolić tylko najbogatsi. Nie szkodzi, że rozmowy w analogowej sieci były często kiepskiej jakości, przerywane. I tak posiadanie telefonu komórkowego było niekwestionowanym synonimem luksusu. W 1996 roku na rynek weszła technologia GSM i nowi operatorzy. Ochoczo ruszyli do reklamowania się w telewizji. Telefony sieci Era reklamował Wiktor Zborowski, Idei (uruchomionej przez Centertel) Mann i Materna, a Simplusa, operatora Polkomtel, animowana postać z serialu La Linea”.

Bez wątpienia świat reklam telewizyjnych był w tamtym czasie wyjątkowy. Tak jak cała dekada. Więcej o niej przeczytacie w mojej książce.

A o samej książce tutaj: Sex, disco i kasety video. Polska lat 90. – Księgarnia Internetowa MUZA SA

Otagowane , , ,

Zapraszam na spotkania

Jutro (poniedziałek) w Warszawie, a we wtorek w Helu. Zapraszam na spotkania wokół moich książek „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.” oraz „Czas wolny w PRL”.

W poniedziałek o godz. 19 spotkajmy się w super klubokawiarni Kicia Kocia na warszawskim Grochowie. Pogadamy o popkulturze lat 90., napijemy się kakao. Będę miał swoje książki w super cenie (do każdej wyjątkowy prezent!), a oprócz tego oryginalne gadżety sprzed lat.

A już we wtorek zapraszam wszystkich, którzy będą w Helu. Tam kolejna odsłona festiwalu „Lato z foką”. W programie spotkania autorskie, wystawa, gra terenowa itp. Wśród spotkań także ze mną 🙂

Spotkanie rozpocznie się o godz. 18.15, a więcej informacji znajdziecie tutaj: Lato z foką – kulturalne plażowanie vol. 2 | Facebook

Na spotkanie w Helu również wezmę swoje książki i kilka gadżetów. Wstęp wolny, do zobaczenia!

Otagowane ,

Hej, hej, tu NBA!

Mówią wam coś nazwiska: Michael Jordan, Magic Johnson, Larry Bird, Hakeem Olajuwon, Patrick Ewing, Clyde Drexler, Isiah Thomas, Charles Barkley, Dominique Wilkins, Patrick Ewing, Scottie Pippen, John Stockton, Karl Malone? Tak, tak, chodzi o NBA. A w zasadzie powinienem napisać: „Hej, hej, tu NBA!” – bo najczęściej takimi słowami Włodzimierz
Szaranowicz witał fanów koszykówki przed transmisją meczu najlepszej koszykarskiej ligi świata. Szaranowiczowi towarzyszył Ryszard Łabędź, czasem Wojciech Michałowicz lub Marek Rudziński. Popularność koszykówki to jeden z fenomenów Polski lat 90. Dlatego piszę o tym w swojej książce, reportażu „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.”.

A jednym z obrazów tamtej fascynacji są karty z graczami NBA. Mam jeszcze kilkanaście z lat 90.

Z przyjemnością w nowej książce piszę o tym fenomenie. A piszę między innymi tak:

„Zanim zdecydowano się na retransmisje meczów NBA, a potem transmisje i pokazywanie programu ze skrótami najciekawszych akcji NBA Action, migawki z NBA można było zobaczyć w wiadomościach sportowych, czasami w Teleranku. Posiadacze telewizji satelitarnej mecze mogli oglądać dzięki zagranicznym kanałom, chociażby niemieckiemu DSF. Nagrywało się je na kasety VHS i pokazywało kolegom. Aż wreszcie TVP zaczęła pokazywać rozgrywki koszykarskich mistrzów. Najpierw z dużym opóźnieniem, raz w tygodniu. Przesunięcie wynikało stąd, że mecz był nagrywany w Stanach i na kasecie przylatywał do Polski. Tutaj był przegrywany i montowany, i dopiero wówczas puszczany z komentarzem w telewizji.
Do fali basketmanii przyczyniły się igrzyska olimpijskie w Barcelonie w 1992 roku, gdzie złoty medal zdobyła drużyna gwiazd NBA, zwana Dream Teamem. To był też czas Michaela Jordana i jego Chicago Bulls, którzy wynieśli koszykówkę na inny poziom, także marketingowy. Dzieciaki na polskich podwórkach zaczęły grać w kosza. Dzięki koszykówce kolorowo zrobiło się na naszych ulicach. Każdy chciał mieć koszulkę albo inny gadżet swojego ulubionego zespołu. Chodziliśmy w kolorowych czapkach, koszulkach i kurtkach z barwami i logotypami drużyn. Pamiętam, że udało mi się kupić oficjalny proporczyk mojej ukochanej drużyny Phoenix Suns, w której grał Charles Barkley. Był w moim pokoju relikwią.

Na ulicach można było zobaczyć chłopaków w czapeczkach drużyn NBA, którzy wymieniali się kartami z zawodnikami. Trafiły do kiosków dzięki wydawcy komiksów superbohaterskich TM-Semic. Zbieraliśmy też naklejki NBA z gum do żucia – w warzywniaku przy szkole mieliśmy ulubioną panią Wiesię. Ona pozwalała nam podejrzeć, jaka naklejka jest w środku, zanim kupiliśmy gumę. Mimo forów nigdy nie udało mi się uzbierać wszystkich i wygrać wycieczki na mecz do USA. Marzyliśmy też o butach Nike Air „Jordanach”. Ale większość z nas zadowalała się plakatami z koszykarskich magazynów „Pro Basket”, „Magic Basketball” albo z „Bravo Sport” i „Mega sport”.

W książce wspominam też o wzroście popularności Formuły 1. Superwyścigi w Polsce zyskały popularność dzięki licznym tekstom w „Świecie Młodych” i emisjom ich fragmentów w telewizyjnych programach motoryzacyjnych Włodzimierza Zientarskiego w latach 80. Dekadę później Formułę 1 można już było oglądać w całości, na Canal+.

Zresztą o tym fenomenie trochę pisałem już na blogu. Mam „formułowe” skarby. Tutaj więcej: Lauda, Ickx, Prost… | Bufet PRL

Wracają do lat 90. i książki. Wspominam w niej też o telegazecie. Sam pamiętam jak sprawdzałem w niej wyniki sportowe itp.

W stadium prób była już w połowie lat 80., ale na dobre wystartowała w Polsce pod koniec tej dekady. Było tam wszystko. Informacje dnia, sport, program tv, repertuar kin i teatrów, informacje o koncertach i wydarzeniach kulturalnych, recenzje filmów, kursy walut, przepisy, ogłoszenia, w tym matrymonialne. Telegazeta, czyli teletekst pokazywany na ekranie telewizora. Początki tego systemu sięgają lat 70. i stacji BBC. Po pojawieniu się w Polsce szybko stała się popularna. Polska Kronika Filmowa ze stycznia 1994 roku podawała, że redakcja telegazety publikowała wówczas około tysiąca stron artykułów dziennie. Do jej odbioru było przystosowanych ponad sześć milionów telewizorów. Zresztą telegazeta działa do dziś. I to z powodzeniem. Kilka lat temu poprzez ogłoszenia towarzyskie poznali się na niej moi sąsiedzi. Dziś małżeństwo z dwójką dzieci, chomikiem, dwoma psami i rybkami…

Historia telegazety trwa, do książki i lat 90. jeszcze wrócę. Więcej o niej tutaj: Sex, disco i kasety video. Polska lat 90. – Księgarnia Internetowa MUZA SA

Otagowane , , , ,

Biegowe marzenie z Szaflar

„Całość naszej tegorocznej produkcji to 275 tysięcy par nart. Z tego 130 tysięcy na krajowy rynek. Reszta na eksport” – powiedział w rozmowie z „Echem Krakowa” dyrektor zakładu w Szaflarach, największego producenta nart na polski rynek w PRL. Produkowano je dla rodzimego Polsportu. W tym samym wywiadzie z 13 grudnia 1979 roku dyrektor wspomniał o nowości, były nią biegowe narty Gorce E-561. Tak się składa, że niedawno przyjaciel podarował mi takie narty. Stały przy śmietniku. Teraz mają zaszczytne miejsce w mojej kolekcji.

Pisałem już wcześniej o innych nartach, też z Polsportu, tutaj: Polsporty na śniegu | Bufet PRL

Gorce E-561 są jednak zdecydowanie bardziej profesjonalne. Choć dziś, szczególnie mocowania wyglądają staroświecko.

Mają jednak fantastyczne malowanie. Na ówczesny czas nowoczesne. Były też na tyle dobrze wykonane, że konkurowały z zagranicznymi. Wspomniany dyrektor mówił o tym tak: „Narty znanych firm, te z seryjnej produkcji, nie takie robione z ogromnym pietyzmem dla narciarskich asów, są podobne do naszych. Przecież te, które sprowadzono do polskich sklepów też się rozklejały, też były reklamowane”. Chyba dość szczery pan dyrektor 🙂

W każdym razie piękne są te narty, niestety bez jednej części, gąbeczki przy mocowaniach, ale i tak są extra.

To co, zaczynamy sezon?

Otagowane , , , ,