Tradycyjne życzenia noworoczne z obrazkiem sylwestrowego zaproszenia moich rodziców z 1980 r. Piękna samoróbka. Trzymajcie się tam!

Zawsze podkreślam, że spotkania z ludźmi, to najlepszy moment pracy nad książką. Tak było w przypadku najnowszej „Zakupy w PRL”. Oto kolejny bohater, który wpuścił mnie do swojego świata wspomnień i opowiedział o tym, jak wyglądała rzeczywistość minionej epoki.

Oto Robert, wspaniały, inteligentny gawędziarz. Znamy się od lat. Nie ukrywam, że przy pisaniu książek korzystam również z opowieści znajomych, członków rodziny. Robert jest dla mnie jak wujek. Tym razem opowiedział mi o pracy plastyka w PRL. Przygotowywał ekspozycje wystawowe dla Społem. Spółdzielnia, tak jak Miejski Handel Detaliczny (MHD) czy Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Handlu Wewnętrznego (WPHW) miało swoje własne dekoratornie. Właśnie w takim miejscu w Gdańsku pracował Robert. Oto fragment jego wspomnienia:
„Je, je, je, jemy dżemy” – takie hasło towarzyszyło wystawie, za którą dostałem nagrodę. Społem co jakiś czas urządzało konkursy na wystawy w witrynach swoich sklepów. W tamtych czasach praca plastyka-dekoratora polegała nie tylko na tworzeniu oprawy plastycznej, ale też czasami na wymyślaniu haseł. Ponieważ twórczość Lennona, McCartneya i pozostałych Beatlesów była mi bliska, to wymyśliłem hasło kojarzące się z fragmentem słynnego utworu She loves you (yeah, yeah, yeah…) i namalowałem do tego postaci czwórki z Liverpoolu. Akurat chodziło o promocję dżemów, więc dodałem na koniec te dżemy i w ten sposób moja wystawa trafiła na łamy miejscowego „Dziennika Bałtyckiego”, a ja dostałem za nią nagrodę.
Po więcej wspomnień Roberta i historii sprzed lat zapraszam do książki „Zakupy w PRL. W kolejce po wszystko” (wyd. Muza). Bardzo ważna informacja jest też taka, że wspaniałymi opowieściami do książki podzieliła się ze mną jego cudowna małżonka Sala, która przygotowywała ekspozycje dla Mody Polskiej!
Jeszcze jedna sprawa. Jak widać na zdjęciu z Robertem wymieniam się książkami. Od lat świetnie pisze, z fantastycznym humorem. Właśnie ukazała się jego najnowsza książka „Dzień jeża w domu spokojnej starości”. Ciekawa jest tu nie tylko treść, ale też forma. Książka jest napisana wyłącznie w formie dialogów. Więcej o niej tutaj: http://oficynka.pl/pl/p/Dzien-jeza-w-domu-spokojnej-starosci-Robert-Tracz/894
Dziękując Robertowi i Sali za ich opowieści, zachęcam do sięgnięcia po obie książki.
Jajka zawsze i wszędzie, w każdej postaci. Taka jest moja koncepcja co do jedzenia jajek. Dlatego tak ucieszył mnie nowy skarb w kolekcji. Taki zestaw śniadaniowy.

Wyprodukowała go warszawska Spółdzielnia Rzemieślnicza Reflex. Mam już jeden skarb, który tam powstał. Takie piękne autko.

Zestaw śniadaniowy wyprodukowano w latach 80. Kosztował 239 zł. To wszystko można wyczytać z dobrze zachowanych oznaczeń na opakowaniu.

Okazały komplet składa się z solniczki (z literką S), pieprzniczki (domyślacie się, że P) oraz czterech kieliszków na jajka. Choć materiał imituje drewno, to tworzywo sztuczne.

Wydaje się, że to idealny prezent na święta. Choć chyba jednak zostawię go i sam będę spożywał z niego cuda na miękko.
Trzeba też przyznać, że na kartonie widnieje charakterystyczny obrazek z tamtego okresu. Zestaw namalowany w taki sposób, że trochę imituje zdjęcie. Jest tu jednak małe zakłamanie.

Otóż na obrazku na pojemnikach są kwiaty. W rzeczywistości ich niestety nie ma. Oj spółdzielnia Reflex ostro zagrała.
Największa radość podczas pracy nad książkami-reportażami dla mnie to spotkania z ludźmi. Moimi bohaterami. To wspaniałe rozmowy, często wielogodzinne. Pracując nad ostatnią książką „Zakupy w PRL. W kolejce po wszystko” spotkałem kilkudziesięciu wyjątkowych bohaterów . Dlaczego o tym piszę? Bo ostatnio ponownie odwiedziłem jedną z moich bohaterek i przekazałem jej książkę, w której znalazła się jej wspaniała historia.

Kiedy pierwszy raz odwiedziłem ją kilka miesięcy temu z uśmiechem poczęstowała mnie kawą, ciastem. Przez kilka godzin opowiadała o swoim życiu, bez chwalenia się, za to z nostalgią i szczerością. Wspaniałe to były opowieści. Kilka z nich znalazło się w książce i cudownie ją ubarwiło. Pani Teresa przepracowała w handlu ponad 30 lat. W delikatesach, barze nocnym. Co prawda interesowała się fotografią, ale poszła do technikum handlowego. Pamięta złote czasu handlu i te mroczne z kartkami w latach 80. i stanem wojennym. Jak sama wspomina:
W latach 80. nastały ciężkie czasy. Wszystkiego brakowało, ale jako że klienci i pracownicy mnie lubili, to udawało się różne rzeczy załatwić. Raz przyszła kierowniczka mieszczącej się naprzeciwko Mody Polskiej i mówi: „Córka wychodzi za mąż. Pomożesz?”. Na co ja: „No, jaka to sprawa? Ale mi palto potrzebne”. Załatwiłam jej kilka butelek, a ona mi wspaniałe palto. Do dzisiaj moja siostra w nim chodzi, wciąż jest jak nowe, sto procent wełny, czarny kolor – nic a nic nie wypłowiał. Wie pan dlaczego? Bo siostra nie oddaje do pralni, zniszczyliby, sama czyści, kawą.
Albo taka historia:
Klienci wchodzili ze swoim pół litra (u nas wódki nie było), zamawiali u nas jedzenie i siadali przy barowych stolikach. Oj, jak wtedy się piło, koszmar. Dużo znanych twarzy przychodziło. A jak się napili, to byli nieobliczalni. Jeden aktor, już nie żyje, to mi kasę zrzucił pod nogi. O mało mi ich nie połamał, bo to ciężkie cholerstwo było. Zrobiła się niezła awantura. Przyjechała milicja, bo akurat mąż kierowniczki był komendantem komisariatu MO na Wilczej. Przysłali takich matołów, że jak pokazałam dziurę w podłodze od tej kasy, to tylko powiedzieli: „Pani go nie denerwuje, bo on w filmie występuje”. Wkurzyłam się! W końcu kierowniczka pacnęła go z tyłu w łeb. Wtedy się trochę uspokoił.
Więcej jej cudownych historii znajdziecie w książce, a tymczasem Pani Teresa we własnej osobie. Ta po lewej.

Tym samym bardzo dziękuję Pani Teresie, że wpuściła mnie do swojego świata, a po więcej zachęcam do książki.
Lokomotywownia Zduńska Wola Karsznice w ten sposób poinformowała o odznaczeniu orderem sztandaru pracy II klasy. W jaki sposób? Reklamą na ścianie budynku. Takie formy reklamy były popularne w PRL. Reklamowały się w ten sposób firmy kosmetyczne, LOT, Pomorzanka, Izokar, Baltona czy Pewex.

Właśnie starą reklamę Peweksu wciąż można zobaczyć w Łodzi. Zdjęcie, które tu widzicie zrobiłem dwa dni temu. Ciekawe jest to, że czasami za pomocą takich „ścian” jak wtedy mówiono (nie nazywano tego muralami) prowadzono też kampanie społeczne. Na ścianach pojawiały się na przykład butelki mleka z hasłem „mleko = zdrowie”.
W Warszawie można zobaczyć jeszcze na przykład „ściany” Foton albo PolDrób ze słynnym wystającym jajem.
A w Waszym mieście ostały się jeszcze takie reklamowe „ściany” sprzed lat?
Hej ludzie z Łodzi. Jutro (czwartek) zapraszam na rozpoczęcie kolejnej edycji festiwalu wideoklipów. Wraz z moim bratem przeniesiemy Was w czasie do dekady vhs-ów, kaset, startu polskiego Mtv, Clipolu w Dwójce itp.

Spotkanie przeplatane będzie fragmentami teledysków polskich i zagranicznych.
Wszystko to zadzieje się na terenie przepięknego patio Mediateki Memo.
Po spotkaniu, około 20:30, wyświetlony będzie kultowy film z lat 90: „Clerks — Sprzedawcy” w reżyserii Kevina Smitha.
Tutaj link do wydarzenia: https://www.facebook.com/events/876995447132921
Ważne: WSTĘP WOLNY!
A cały program tego super festiwalu znajdziecie tu: https://plmva.com/program
Do zobaczenia jutro!
Od jakiegoś czasu opowiadam o skarbie, który trafił do mojej kolekcji. To kilkaset etykiet zapałczanych sprzed lat. Wspaniały świat perełek. Czas na kolejną opowieść. Tym razem o etykietach kulturalnych.

Pojawiały się na nich grafiki związane z festiwalami, rocznicami, premierami, jubileuszami. Na przykład a propos przeglądu Festiwal Filmów Polskich wrzesień 1961. Nie chodziło tu o festiwal w Gdyni (wcześniej w Gdańsku). Początki jego sięgają połowy lat 70. Ten festiwal to był po prostu pokaz wybranych polskich produkcji w różnych kinach. W repertuarze znalazły się m.in.: „Kanał” Andrzeja Wajdy i „Żołnierz królowej Madagaskaru” Jerzego Zarzyckiego.

Nie mógł się tam znaleźć „Faraon”, film reklamowany na kolejnej etykiecie, bo w kinach pojawił się dopiero w połowie lat 60.
Z tego samego okresu pochodzi taka rocznicowa etykieta:

Ta podobnie. Swoją drogą ciekawe, że już wtedy odbywał się festiwal kina amatorskiego, a prawdziwi filmowcy, jeszcze swojego nie mieli.

Nazwa festiwalu Pol-8 powstała od słów Polanica i Polska, a 8 odnosi do formatu filmowego 8mm, bo taki wtedy był używany. Niestety tego festiwalu nie ma już na filmowej mapie Polski. Nie ma też już imprezy z kolejnej etykiety.

Za to wciąż odbywa się Międzynarodowe Biennale Plakatu w Warszawie, pierwsza edycja miała miejsce w 1966. Ja mam etykiety z trzech.

Mam też okolicznościowe etykiety zespołu Śląsk.

A na deser jeden z „bohaterów teatrów lalek”, czyli wesoły Tomcio Paluszek.
