6 zł, tyle kosztował taki słoiczek, który jak się rozlał, to był problem. Ciężko było to umyć, a na papierze ciężką poprawić. Ale ile było zabawy!
Ten mały słoiczek z płynem nazywa się Tusz do stempli kauczukowych zielony. Nawet napis „zielony” jest zielony, żeby się nie pomylić. Pojemność 50 ml kosztowała 6 zł.
Ciekawa jest ta gumowa końcówka, nakładka, w której trzeba było uciąć końcówkę i wtedy dozowało się tusz.
Ciekawa jest też sama buteleczka, słoiczek, jak to nazwać. Ma wygrawerowany skrót zakładu producenta.
To Spółdzielnia Pracy Zespół Warszawa. Ładny jest ten znaczek firmowy, logotyp spółdzielni.
A jak kończyła się zabawa takim tuszem. Wiadomo, zielone palce i język…
Takie skarby uwielbiam. Podczas niedawnego pobytu w Birmingham i pięknej angielskiej okolicy trafiłem na wyprzedaż garażową. Tam za jednego funta zdobyłem taki skarb z lat 30. XX wieku. Wiem, to nie PRL, ale piękny!
Album z kolekcjonerskimi kartami dołączanymi do papierosów. Jakież piękno i dbałość o szczegóły. Są tutaj legendy światowego tenisa, przedwojenni mistrzowie. F.J.Perry (8 wielkoszlemowych zwycięstw, a do tego mistrz świata w tenisie stołowym), Eileen Bennet Whittingstall (6 wielkich szlemów, pierwsza tenisistka, która nosiła spódnicę powyżej kolana)… no dobra, jest tu kilkadziesiąt słynnych nazwisk tenisistek i tenisistów z całego świata. Zostali tu podzieleni na specjalistów w różnych tenisowych elementach. Są serwisy, woleje, drive’y, backhandy, forehandy itp.
Każdej pięknej grafice towarzyszą teksty opisujące element tenisowy, w którym dana gwiazda jest najlepsza. Poszczególne fazy ruchu są rozpisane na zielonych kartach numerami. Podobne opisy są na rewersie kart.
W albumie są też super grafiki gwiazd pomiędzy kartami. Łącznie jest tu 50 bohaterek i bohaterów.
Wszystkie gwiazdy są podpisane w zależności od statusu małżeńskiego lub jego braku. Panna, pani, madame, pan. To jeden z serii kolekcjonerskich albumów tytoniowego giganta z Nottingham John Player & Sons. Marketingowo firma słynęła ze sponsorowania wyścigów samochodowych oraz kart kolekcjonerskich. Wypuścili je już pod koniec XIX wieku, z brytyjskimi zamkami. Potem były z samolotami, piłkarzami, graczami krykieta, rugby, cyklistami. Wspaniałe książeczki, które szybko stały się kolekcjonerskimi skarbami. Cudownie było go wyłapać.
Ostatnio kolekcja powiększyła mi się o ciekawe motoryzacyjne skarby. Zapraszam na krótką opowieść.
Skarby związane są z pewnym samochodemTrabant. Właściciel tych cudowności zakupił go w 1974 w Motozbycie. Pozostańmy na chwilę przy tym zakładzie. „Tworzy się przedsiębiorstwo państwowe, prowadzone w ramach narodowych planów gospodarczych według zasad gospodarki handlowej pod nazwą „CENTRALA HANDLOWA PRZEMYSŁU MOTORYZACYJNEGO MOTOZBYT – przedsiębiorstwo państwowe wyodrębnione”, zwane dalej w skrócie „Motozbyt”. „Motozbyt” ma siedzibę w Warszawie. Przedmiotem działalności „Motozbyt” jest: 1. planowa sprzedaż w kraju i zagranicą samochodów, traktorów, ciągników, motocykli, silników spalinowych oraz rowerów, wytwarzanych przez przedsiębiorstwa przemysłu motoryzacyjnego nadzorowana przez Centralny Zarząd Przemysłu Metalowego. „Motozbyt” może na polecenie Ministra Przemysłu i Handlu prowadzić również sprzedaż wytworów innych przedsiębiorstw”.
To fragment z zarządzenia ministra przemysłu i handlu z kwietnia 1948 r. Właśnie wtedy powstał Motozbyt. Przedsiębiorstwo przetrwało do 1974, kiedy to wraz z przedsiębiorstwami Technicznej Obsługi Samochodów oraz Przedsiębiorstwem Techniczno-Handlowym Polmo-Behamot stało się Polmozbytem. W ostatnim roku działalności Motozbytu, pan Józef z Puław kupił w nim swojego Trabanta. Tak jak do innych samochodów, dostał do niego książkę gwarancyjną.
Wydana w Zielonej Górze była najważniejszym dodatkiem do aut, podawała zasady eksploatacji i konserwacji oraz warunki gwarancji. Uwaga: nie można było uzyskać duplikatu, więc lepiej było nie zgubić. Książka podawała dane auta. Trabant 601 (produkcja trwała w latach 1964-90 i wyprodukowano niemal 3 mln egzemplarzy) miał na liczniku zaledwie 11 km. Nówka sztuka.
Pan Józef dużo jeździł. Pieczątki z autoryzowanej obsługi pojazdów pokazują, że po dwóch tygodniach miał na liczniku już niemal tysiąc km. Chyba nie był to trwały model, bo już wtedy musiał wymienić włącznik zapłonu, włącznik rozrusznika i inne rzeczy.
Ta ładna książeczka kończy się ładną reklamą.
W tamtych czasach jednak często auta naprawiało się samemu, szczególnie tak proste w obsłudze jak Trabanty. Pomagały w tym takie schematy.
Ale oczywiście najpierw potrzebne było prawo jazdy. W jego zdobyciu pomagał Automobilklub Polski. Na przykład takimi wydrukami.
Zestaw różnych sytuacji drogowych, wspaniale napisanych i do rozwiązania dla potencjalnych kierowców.
Czas powrócić do kolekcji skarbów, które zdobyłem jakiś czas temu. Chodzi o popularne hobby przed laty, czyli zbieranie etykiet zapałczanych. Ile tu powstało wspaniałych dzieł graficznych i tekstowych. O części pisałem wcześniej, teraz czas na drugą część reklam na takich właśnie etykietach.
Widzimy tu jubileuszu RUCH-u w 1970 r., ale tak naprawdę, kioski nie były wynalazkiem PRL-u. Pierwsze budki oferujące tytoń i prasę otwierano na dworcach kolejowych tuż po I wojnie światowej, od grudnia 1918 roku, kiedy to księgarze Jan Gebethner i Jakub Mortkowicz powołali do życia Polskie Towarzystwo Księgarni Kolejowych „Ruch”. Pierwszy kiosk z prasą, ale też książkami, tytoniem i różnymi drobiazgami, stanął na peronie warszawskiego dworca Kolei Wileńskiej. W połowie lat 30. XX wieku kiosków było już około 700 w całej Polsce. Rozwój sieci przerwała II wojna światowa, ale od połowy lat 40. – przejęte przez państwowe władze – kioski nie tylko się odrodziły, ale też zrobiły zawrotną karierę. W PRL-u były wszędzie: na każdym osiedlu i w każdej wiosce. Stały na dworcach, lotniskach, ale też w ośrodkach wczasowych, na campingach, w zakładach pracy, urzędach wojewódzkich i miejskich, komitetach wojewódzkich, hotelach. W niektórych miejscach, na przykład na dworcach PKP, były otwarte 24 godziny na dobę – wszystko dla wygody klienta. Były tak istotne, że przewodniki turystyczne informowały, czy na danym campingu obok restauracji, świetlicy, ubikacji jest kiosk właśnie. Czasami było ich w jednej okolicy aż tyle, że stojąc przy jednym, można było dostrzec drugi. Na przykład na samej ulicy Grójeckiej w Warszawie – wcale nie najdłuższej – stało ich 15, a w Gdańsku w przejściu podziemnym przy kolejce SKM w kierunku Nowego Portu dwa kioski stały w odległości kilku metrów od siebie.
Etykiety zapałczane były idealnym miejscem na reklamę, nie tylko sieci RUCH. Zapałki były w PRL w powszechnych użyciu, nie tylko przez miliony palaczy. Idealne do podpalenia saletry, czy wyciągnięcia kawałka baleronu z dziury w zębach… Reklamowano na nich wiele zakładów pracy albo same produkty. Jak powyższe przykłady, albo to, co poniżej.
A pamiętacie, jak się sprawdzało czy takie płaskie baterie mają jeszcze moc? Tak, językiem dotykało się blaszek, jak piekło, znaczy jeszcze działa.
Niżej ciekawe przykłady handlowe. Regionalny wzór na reklamie sklepów GS, czyli Gminnej Spółdzielni oraz ORS, czyli Obsługa Ratalnej Sprzedaży. Forma systemu sprzedaży, która doczekała się nawet solidnej reklamy filmowej. W „Małżeństwie z rozsądku” Stanisława Barei z 1966 w scenografii mebli i hasła „ORS w służbie świata pracy” tańczy para zakochanych granych przez Elżbietę Czyżewską i Daniela Olbrychskiego.
Poprzez etykiety reklamowały się też duże sieci handlowe, czyli PDT-y (Powszechne Domy Towarowe), CDT-Y (Centralny Dom Towarowy) oraz Domy Towarowe Centrum. Te ostatnie mieściły się na reprezentacyjnej Ścianie Wschodniej przy ulicy Marszałkowskiej w Warszawie. Utrzymany w modernistycznej stylistyce kompleks składał się z trzech budynków mieszkalnych oraz czterech domów towarowych: Warsa, Sawy, Juniora (wszystkie trzy działały pod wspólnym szyldem Domy Towarowe Centrum) i Sezamu. Pierwszym, który został otwarty dla klientów, był Junior z asortymentem skierowanym do młodych ludzi. Nazwę wybrano w konkursie, w którym proponowano też m.in. Autostop, Kaśka, Młodzieżowiec, Narkotyk, Elvis, Teksas czy Europa. Słynęły z gadżetów, można było dostać siatki z domów Centrum, breloki itp. Mam zresztą kilka w swojej kolekcji. Fotki poniżej.
Jeszcze na koniec dwie etykiety z wyjątkowego przedsiębiorstwa. Chodzi o Baltonę, której poświęcam sporo miejsca w swojej książce „Zakupy w PRL”. Te dwie różnią się mały szczegółem.
Tu fragment o Baltonie z mojej książki: Baltona powstała tuz po II wojnie. Początkowo miało zaopatrywać wyłącznie statki, ale już w latach 50. doszły do tego m.in. placówki dyplomatyczne akredytowane w Polsce i za granicą oraz polskie placówki za granicą. W kolejnej dekadzie uruchomiono sprzedaż na przejściach granicznych, na przystaniach promowych w Gdańsku-Nowym Porcie i Świnoujściu, na Międzynarodowym Dworcu Lotniczym w Warszawie i na pokładach samolotów LOT (choć wyłącznie na trasach międzynarodowych). Baltona obsługiwała też sklepy dla wystawców i zagranicznych gości na Targach Książki w Warszawie i na Targach w Poznaniu (na których pod koniec lat 50. oficjalnie zadebiutowała Coca-Cola, napój dostępny aż do połowy lat 70. wyłącznie w sklepach Baltony i Peweksu). Pierwsze placówki zostały otwarte w Gdyni, Szczecinie, Świnoujściu i Gdańsku. Mogły też z nich korzystać rodziny marynarzy pobierających dodatek dewizowy. Sklepy otwierano z pompą, zawsze w towarzystwie oficjeli z miasta i komitetów wojewódzkich. Pierwsi klienci dostawali upominki, kobiety – kwiaty i bombonierki, mężczyźni – koniaki. Początkowo nie do końca wiedziano, jakie towary będą najbardziej pożądane, dlatego wprowadzono ankiety, w których klienci mogli przedstawić swoje propozycje dotyczące asortymentu. Baltona jest kojarzona przede wszystkim z towarami spożywczymi, tymi z zagranicy i najlepszymi z Polski. Można było kupić zagraniczne piwo Carlsberg, Tuborg, ale też krajowy Żywiec. Zagraniczne koniaki, a do tego polskie wódki i miód Wawel. Papierosy Dunhill, Rothmans, King Size. Szwajcarskie czekolady Tobler i Suchard, holenderskie Van Houten – i wedlowskie Katarzynki. Nie brakowało też innych towarów luksusowych. Perfumy marek Dior, Nina Ricci, Chanel, obok których stały wody kolońskie Wars, Sawa, Parys, Consul. Na półkach z odzieżą sąsiadowały z importowanymi wyrobami z Włoch, Wielkiej Brytanii czy Holandii polskie skóry i kożuszki zakopiańskie. Fajans z Włocławka, polskie kryształy, biżuteria z bursztynu, drewniane drobiazgi – a także sprzęt elektroniczny, w tym pierwsze w Polsce komputery (już niepolskie). Baltona była handlowym molochem, który miał swoją kasę zapomogowo-pożyczkową (pracownikom udzielano kredytów na zakup mieszkań), organizował urlopy wypoczynkowe w ośrodkach campingowych w Łebie i Międzyzdrojach, kolonie letnie dla dzieci, obozy harcerskie, choinki, prowadził stołówki. Firma wspierała też ogólnopolskie akcje, na przykład budowę teatru w Gdyni czy odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie. Dużą wagę przykładano do reklamy i gadżetów – słynne logo z marynarzem pojawiało się na popielniczkach, zapałkach, reklamówkach, kartach do gry i szklankach…
Więcej wspomnień o Baltonie i nie tylko w książce „Zakupy w PRL”, a więcej o etykietach zapałczanych będzie wkrótce na blogu.
Czas powrócić do kolejnego rocznika gazety muzycznej „Magazyn muzyczny – jazz”, o którym pisałem już niżej. Teraz rok 1988.
Mam kilka egzemplarzy. Magazyn został założony w 1956 r. jako „Jazz”. W styczniu 1988 roku w skład zespołu wchodzili m.in. Adam Halber, Wiesław Królikowski, Ewa Marczyńska, Wiesław Weiss, Tomasz Beksiński, Paweł Sito oraz korespondenci z NRD i Bułgarii. Naczelnym był Marian Butrym.
W środku tradycyjnie recenzje płyt, koncertów, reportaże, listy, zestawienia, wywiady itp. W numerze ze stycznia 1988 również podsumowanie roku minionego. W jazzie: narzekanie na młodych artystów, z drugiej strony okopanie się „młodej fali”, ostateczne poddanie się starej gwardii, która obecnie gra na statkach i w hotelach. Rock: komercjalizacja, siła Jarocina, kariery Lecha Janerki, Tiltu, Wojciecha Waglewskiego, zespołów Dezerter i Kult.
W kolejnym numerze, lutowym, natrafiłem na opowieść o Kayah. Była jeszcze przed wydaniem debiutanckiej płyty. Autor opisuje jej koncert z listopada 1987. Jest pod wrażeniem: „Tak dobrze nagłośnionego i oświetlonego koncertu nie widziałem już dawno. Powiało Zachodem. Najważniejsze, że Kayah nie była jedynie seksownym dodatkiem do tych wszystkich bajerów”. I słusznie przewidział: „może się zdarzyć, że niedługo będziemy mieli nową gwiazd”.
W kolejnych numerach super reklamy. Oto przykłady:
Wyjątkowy, dla fanów Bossa, jest numer październikowy. Wywiad, duży tekst i zdjęcia. Szczególnie ciekawy jest mini wywiad, a w zasadzie PS do niego: „Wszystkiego można Bossowi zazdrościć, ale nie narzeczonej, Patti Scialfa jest po prostu okropna”. Hmm…
Przeskakując do numeru listopadowego znajduję super opowieść Grzegorza Ciechowskiego o jego najnowszej płycie „Tak, tak!”. Swoją drogą, w tym samym numerze Roman Rogowiecki ocenił ją zaledwie na 6/10.
No dobra, ale teraz najważniejsze. Plakaty! Jakie tu cuda!
W Warszawie Syrenka, w Bydgoszczy Łuczniczka, Wrocławiu Liczyrzepka, Rzeszowie Koniczynka, Kielcach Przepióreczka, Lublinie Koziołek… gry liczbowe miały różne miłe nazwy, w różnych miastach, regionach. A grać i wygrać w PRL było co. Ostatnio wjechał do kolekcji zbiór kuponów gier liczbowych sprzed lat.
Historia gier liczbowych na ziemiach polskich sięga XVIII wieku. Do II wojny światowej grano w różne tego typu gry. Po jej zakończeniu, do powstania Totalizatora Sportowego w 1955 roku, odbywały się też różne loterie. Zysk z prowadzenia zakładów miał być przeznaczany na budowę i remonty obiektów oraz urządzeń sportowych. Zaczęły powstawać kolejne loterie. Chociażby wspomniany Koziołek. Można było w niego grać w Lublinie, ale też (i to wcześniej) w Poznaniu. Lubelska gra liczbowa polegała na skreślaniu 5 spośród 49 liczb. Wśród wygranych była specjalna premia za 5 trafnych skreśleń w kwocie 250 tyś. zł.
Najbardziej popularne były zakłady Toto-Lotka, który zaczął działać w 1957 r. Pod tą nazwą funkcjonowały do 1975, by wtedy zmienić się na Dużego Lotka.
Początkowo losowania odbywały się w niedzielę, potem w sobotę. Od 1973 roku Polacy mogli też grać w Małego Lotka. Od tego samego roku oglądać losowania w telewizji.
Bardzo ciekawe były nagrody, bo to nie tylko pieniądze. Były również nagrody rzeczowe. Tu perełki. W Małym Lotku były na przykład Fiaty 126p, telewizor kolorowy albo radioaparat.
Do zakładów z liczbami dochodziły różne zakłady sportowe. Na przykład tutaj (jeden kupon z 1962 r.) widać, że można było typować żużel, żeglarstwo, szachy, piłkę wodną, spadochroniarstwo, konkurencje lekkoatletyczne, bobsleje, a nawet bieg na przełaj.
Toto Lotek przygotowywał też specjalne zakłady na różne okazje. Na przykład sylwestrowe. Tu do wygrania Fiaty, Syrenki, a wszystko z pięknymi grafikami na sylwestra 1977 r.
Ja przyznam, że sam nigdy nic nie wygrałem. Być może dlatego, że nigdy nie zagrałem…
W 1974 roku dla Polski Ludowej wydarzyło się wiele ważnych historii. Ukończono budowę najwyższego na świecie (646,38 m) masztu radiowego w Konstantynowie koło Płocka. Na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej w Niemczech reprezentacja Polski pokonała w meczu o trzecie miejsce Brazylię 1:0. W stolicy otwarto Trasę Łazienkowską i Wisłostradę. Polscy siatkarze, pod wodzą Huberta Wagnera, zdobyli złoty medal na mistrzostwach świata rozgrywanych w Meksyku… a za to w Kaliszu odbyło się spotkanie Federacji Socjalistycznych Związków Młodzieży Polskiej (FSZMP). Z tej uroczystości można było wrócić na przykład z taką pamiątką.
Utworzona rok wcześniej federacja zrzeszała różne organizacje młodzieżowe. Ich logotypu widać zresztą u góry pamiątkowej chusty. Takie zloty jak w Kaliszu odbyły się również w innych miastach. W Kaliszu odbył się festyn z udziałem popularnych sportowców, m.in.: Władysława Komara, Stanisława Szozdy, Tadeusza Piotrowskiego, Andrzeja Bachledy, Janusza Sidły, Wojciecha Fortuny, Janusza Kieszkowskiego, Krzysztofa Baranowskiego. Imprezę współorganizowała Młodzieżowa Agencja Wydawnicza i RSW Prasa Książka Ruch. Zapewne bawiono się przednie… Tutaj dowód:
Czas na kontynuację opowieści o „Magazynie Muzycznym-Jazz”. O roczniku 1986 opowiadałem wcześniej, teraz rok 1987.
Z tego rocznika mam 5 numerów, zacznę od lipca 1987 i okładki z Eurythmics. Jest w nim trochę jazzu, Tom Waits, Slayer, Rolling Stones, no i Eurythmics z taką piękną grafiką.
To był też okres, w którym korespondenci gazety bywali na zagranicznych koncertach i pisali o nich na łamach czasopisma. Na przykład taki Wiesław Weiss pojechał sobie na Santanę do NRD.
Popularna stała się wtedy kultura video, no i wideoklipów, które często trafiały do nas na kasetach video nagrywanych na zachodzie. Tych opowieści nie zabrakło również w magazynie. Publikowano też jednak wykaz polskich klipów, na które głosowali czytelnicy. Co tu są za okazy!
Czas na sierpień 1987 i tu ciekawy artykuł o tym, co będzie popularne w wakacje. Opowiadają m.in. Marek Niedźwiecki, Bogdan Fabiański (który o swojej DJ-skiej karierze opowiada w mojej nowej książce) i Marek Sierocki (wtedy DJ w klubie Hybrydy). Czekają na nowe nagrania Whitney Houston, Perfectu, Dead or Alive i Madonny.
Dalej m.in. o U2, Beastie Boys, no i takie przewidywanie koncertu Casha w Polsce…
Przy okazji ciekawy artykuł o nowym sprzęcie, w którym może zmieścić się aż 5 płyt! Kolejny numer i kolejne gwiazdy oraz relacje z festiwali, na przykład Jarocina 87.
Ale przenieśmy się do numeru listopadowego i tu radość, zachwyt i niedowierzanie. Johnny Cash faktycznie przyjechał na festiwal do Sopotu! Przyjechał ze swoją partnerką June, która – ponieważ zbiera kryształy – chciała kupić taki w Polsce, ale jak pisze autor tekstu, Korneliusz Pacuda: „w domu towarowym we Wrzeszczu nie było nic ciekawego”.
Koncert Casha był jednak wielkim wydarzeniem. Z grudniowego magazynu pokazuję stopkę, żeby zwrócić uwagę na autorów gazety: Halber, Królikowski, Sito, Pacuda, Besiński i inni.
W środku m.in. ciekawy artykuł o polskich zespołach „nowej fali”, jak Fort BS i 1984. Przy okazji jest o fanzinach.
Ponieważ to numer grudniowy, to znalazły się propozycje prezentów pod choinkę. Co prawda u nas niedostępnych, ale podobno w Berlinie tak: grająca torba, świecący magnetofon, radio pływające, szpanerskie radio, telefon-fortepian.
Jest też dodatek specjalny: autograf C.C.Catch dla czytelników MM-Jazz!
A na deser to, co kochaliśmy najbardziej: plakaty!
Wyjazdy na spotkania autorskie są cudowne, bo spotykam ciekawych ludzi, zwiedzam miejsca, do których pewnie bym nie dotarł. Czasami dostaję prezenty. Tak zdarzyło się podczas spotkania w Lublinie. Kierowniczka biblioteki przekazała mi oryginalny bloczek kelnerski z restauracji Karczma Słupska z Lublina. Karczmom tym, swoistej sieciówce w PRL, poświęciłem trochę miejsca w ostatniej książce. Ich historia jest naprawdę ciekawa.
„Elegancki pan w okularach – tak prezentował się Tadeusz Szołdra – za pomocą powstałego z jego pomysłu w słupskim Społem nowatorskiego Zakładu Kompleksowych Wdrożeń (zatrudnieni w nim artyści, stolarze, budowlańcy pomagali przy otwarciu niemal pół tysiąca różnych lokali w Polsce) sprzedawał gotowy pomysł na Karczmę Słupską do wielu miast w Polsce. Gruszkę po słowińsku i inne przysmaki można było zjeść chociażby w Warszawie. Lokal działający na Nowym Świecie od połowy lat 70. cieszył się ogromnym powodzeniem. Niecałe trzy lata po otwarciu „Społemowiec Warszawski” pisał: „Karczma Słupska była pierwszym w Warszawie zakładem regionalnym. Wielu pracowników społemowskiej gastronomii pamięta, ile trzeba było samozaparcia oraz działań, aby przełamać opory zarówno psychiczne, jak i organizacyjne i przekonać o potrzebie otwierania takich lokali. Obecnie zamiast niesławnych dawniej Sielanek i Kawalerskich mamy w Warszawie chwalone przez konsumentów Karczmę, Klimczoka, Retmana, Kaszubską i inne zakłady regionalne, coraz powszechniej odwiedzane przez warszawiaków i warszawskich gości. Gastronomia regionalna jest najlepszą wizytówką restauracji Społem WSS”. Nieco później kolejna Karczma Słupska została otwarta w Warszawie przy ulicy Czerniakowskiej 127. Restauracja kategorii I zachęcała regionalną kuchnią, muzyką mechaniczną, no i wystrojem z obłędnymi kręcącymi się fotelami zamontowanymi na kołach od powozów i paleniskiem na środku. Co ciekawe, przed Karczmą Słupską w tym miejscu mieścił się wyszynk drugiej kategorii, czy raczej mordownia, Sielanka. Pomysł na te karczmy opierał się na tym, że w każdym lokalu o niemal identycznym wystroju podobnie ubrana obsługa podawała te same dania. Łącznie powstało 20 lokali o nazwie Karczma Słupska – ten w samym Słupsku przyciągał hokerami barowymi w kształcie bujanych końskich grzbietów”.
I właśnie taka Karczma powstała również w Lublinie. Stąd ten druczek z jej logo. Kelner mógł tam wpisać, nie tylko zamówione dania i napoje, ale również numer stolika, liczbę gości, datę oraz godzinę obsługi.
Historia tego czasopisma sięga roku 1956. Wtedy w Gdańsku ukazuje się pierwszy numer magazynu „Jazz”. Po siedmiu latach redakcja przenosi się do Warszawy. Od drugiej połowy lat 60. pojawia się w nim coraz więcej informacji o muzyce popowej, bigbitowej, rockowej. W 1980 roku nazwa zmienia się na „Magazyn muzyczny – jazz”. Mam kilkadziesiąt numerów tej gazety z lat 80.
Dzisiaj pierwsza część opowieści, co można było znaleźć w środku. Rok 1986.
Metal, rock, pop, czego tu nie ma. Gwiazdy polskie i zagraniczne, plakaty, nowości, listy, analizy itp. Redaktorem naczelnym był wtedy Marian Butrym, a pisali do niego m.in. Adam Halber, Wiesław Królikowski, Korneliusz Pacuda, Anna Kulicka, Wiesław Weiss, Paweł Sito.
Na okładkach gwiazdy, w środku wiele artykułów. Analizy twórczości Roxy Music albo Stinga na dwie rozkładówki, wywiady, newsy. Na przykład taki, o wzroście popularności płyt CD. Narzekano, że sprowadzający je Pewex sprzedaje po 15 dolarów. Wódka kosztowała dolara.
W środku również relacje z koncertów. Na przykład z takiego wydarzenia.
Zauważając wzrost popularności rynku video, redakcja zwraca się w stronę wideoklipów. Powstawało ich u nas coraz więcej i postanowiono zorganizować Video Top MM. Wśród polecanych m.in. „Zaopiekuj się mną”, „Baw mnie”, „Kołysanka dla E.T.”. Wspomniano również o gali wręczenia nagród za najlepsze teledyski telewizji MTV. Jak ją opisano, to „amerykańska sieć kablowa, która nadaje videoclipy”. Ceremonię w 1985 roku prowadził Eddie Murphy (była to druga w ogóle), a główną nagrodę wygrał klip Dona Henley’a „Boys of summer”.
Dalej opis kariery Metalliki i trafne określenie, że stali się fenomenem trudnych czasów.
Są również recenzje płyt. Cudowne płyty i cudowne teksty. Próbka o płycie „Low-Life” New Order, wydanej u nas przez Tonpress: „W jednym utworze grupy New Order z Manchesteru, choćby w Blue Monday, dzieje się więcej niż na wszystkich albumach modnych u nas lalusiów spod znaku tzw. europopu, na przykład Modern Talking, dostarczających syntetycznych muzak”.
To, na co jednak najbardziej czekali wszyscy fani, to plakaty. W tych numerach jest kilka perełek.