Category Archives: Druk

Boskie i polskie – plakaty i komiksy

Od przedwojennych „Romantycznych przygód Hipcia z Nieszawy w Warszawie”, przez komiksy Janusza Christy, Tadeusza Baranowskiego, Papcio Chmiela, te z Funky Kovalem i kapitanem Żbikiem (jego pierwowzorem był ładny oficer MO, pan Henio), po współczesny komiks – m.in. o tym opowiadam w kolejnym odcinku autorskiej „Historii Polskiej Popkultury”, który poświęcony jest polskiemu komiksowi. Gościem specjalnym jest dziennikarz „Polityki”, autor fantastycznego bloga o komiksach Jakub Demiańczuk „Między kadrami”.
Opowieść do obejrzenia na YouTube (z obrazem) oraz do posłuchania na Spotify, iTunes i Soundcloud w formie podcastów. Szukajcie profilu „Historia Polskiej Popkultury”.
Ale to nie koniec! Jest też drugi nowy odcinek, tym razem poświęcony „Polskiej Szkole Plakatu”. Opowiada o niej kurator Muzeum Plakatu w Wilanowie (to pierwsze tego typu muzeum na świecie) Mariusz Knorowski.
Dowiecie się m.in. czym wyróżniała się w świecie „polska szkoła plakatu”, jak się narodziła, jaki jest współczesny polski plakat i na jakiej wyjątkowej imprezie w Polsce nagrodę dostał Andy Warhol.
Też do obejrzenia na YouTube.
Cykl zrealizowany w ramach stypendium MKiDN „Kultura w sieci”.
Otagowane , , , , , , , ,

Ważne dla 2 osób

Słupskie kino Milenium zostało otwarte w 1963 roku. Miało ponad 700 miejsc, było bardzo nowoczesne, panoramiczne. W 1975 r. nadzór nad kinem Milenium objęło Okręgowe Przedsiębiorstwo Rozpowszechniania Filmów z siedzibą w Koszalinie. Podlegało Zjednoczeniu Rozpowszechniania Filmów w Warszawie. I tu dochodzimy do kolejnego skarbu w naszej kolekcji. Przyjaciel bloga podarował nam takie oto zaproszenie do kina, pochodzące właśnie z okręgu koszalińsko-słupskiego.

Podpisał je z-ca dyrektora ds techniczno-ekonomicznych Kazimierz Straszewski. Jest niewypełnione, można było więc wpisać dowolne kino i seans, także kino Milenium.

Obiekt, do którego chodziłem w dzieciństwie skończył jednak smutno. Ostatni seans filmowy odbył się 16 grudnia 2010 r. Pokazano wtedy „Zerwany most” Jerzego Passendorfera. Od tamtej pory w kinie mieści się… Biedronka 😦

Otagowane , , ,

Z turystycznym pozdrowieniem

Oj pisaliśmy już kilka razy o wyjątkowo popularnej imprezie w okresie PRL-u, mianowicie o Centralnym Rajdzie Szklakami Zdobywców Wału Pomorskiego. Na przykład TUTAJ. Mamy sporo skarbów związanych z tą imprezą.

Piszę o tym Rajdzie znowu, bo od przyjaciela bloga dostałem kilka gadżetów. Dokładniej pocztówki oraz kopertę.

Najpierw pocztówka z 1975 roku. No nie jest to jakaś finezyjna kartka pocztowa. Co ciekawa, to de facto fotografia barwna plakatu autorstwa Jana Kotarbińskiego, syna Tadeusza, słynnego filozofa, etyka.

Kolejna to pamiątka nieco wcześniejsza, z rajdu 1972 roku. Mamy tu pozdrowienia od samego komendanta Wojciecha Jaworskiego. Przesyła on „turystyczne pozdrowienia” i zaprasza do „odwiedzenia pięknej i gościnnej Ziemi Szczecineckiej”.

A tu kolejna pamiątka z rajdu z 1975. Tym razem poznańskiej grupy „Wielkopolska”.

Swoją drogą teraz przy tym adresie mieści się salon kosmetyczny…

Ale przejdźmy do jeszcze jednej pamiątki. To pamiątkowe zdjęcie z rajdu z 1970 roku.

Widać na nim panoramę Wałcza, ale też wzór pamiątkowej chusty. Mamy kilka z nich, pisałem o nich TUTAJ.

Otagowane , , ,

Wytnij, wyślij i czekaj

Pamiętam jak w moim rodzinnym Słupsku na podwórku w klatce obok, w jednej z piwnic, urządziliśmy taką a la salę prób. Udawaliśmy, że jesteśmy zespołem Lady Pank. Był przełom lat 80. i 90. Właśnie wtedy ukazała się ta płyta, a w zasadzie kaseta.

Nie będę ukrywał, nie jest to mój ulubiony album Lady Pank. Ukazał się dokładnie w 1990 roku. Wydało go polskie wydawnictwo Polmark. Wspominałem już o nim przy okazji wpisu o poprzedniej kasecie, Zbigniewa Wodeckiego.

Lady Pank przechodził wtedy przetasowania w składzie. Do grupy dołączył Konstanty Joriadis. Wszystkie teksty napisał tu Jacek Skubikowski. Co ciekawe, autorką zdjęcia okładkowego jest Lidia Popiel, fotografka, modelka,  żona Bogusława Lindy.

Muzycznie niektórzy piszą, że jest bardziej rockowo niż na poprzednich numerach. Być może. Na pewno, tak jak przy poprzednich płytach naśladowali chociażby The Police, tutaj też wzorują się na zachodnich wykonawcach. Ja słyszę chociażby Dona Henleya.

Oczywiście największy przebój z płyty to „Zawsze tam gdzie ty”, numer, który Jan Borysewicz napisał podczas pobytu w USA pod koniec lat 80. Zresztą klip też powstał za Oceanem.

Ciekawie jest na kasecie. Otóż można było wziąć udział w konkursie. Trzeba było wysłać kupon z kartką pocztową i liczyć na szczęście w losowaniu.

Wygraliście coś?

Otagowane , , , , ,

Pogadajmy o czasie wolnym w PRL

Relaks pod namiotem, wakacje w ośrodku wczasowym, czas po lekcjach w domu kultury, autostop, zabawa na podwórku, wspólne oglądanie filmów na vhs… sposobów spędzania wolnego czasu w PRL było zaskakująco dużo. Pogadajmy o nim podczas środowego spotkania w warszawskiej klubokawiarni Kicia Kocia.

Nie tylko opowiem o tym, co znalazło się w mojej książce, ale też przyniosę gadżety związane z czasem wolnym, wakacjami przed laty.

Wpadajcie, wstęp wolny! Więcej szczegółów TUTAJ.

Otagowane , , ,

Pogadajmy o czasie wolnym w PRL

Hej miłośnicy minionej epoki. 7 lipca o godz. 17 będę gościem Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Opolu. Jeżeli nie możecie wpaść osobiście, to będzie można śledzić spotkanie w internecie na FB biblioteki: https://www.facebook.com/wbpopole/

Pogadamy o relaksie i wypoczynku w minionej epoce a propos mojej książki „Czas wolny w PRL”, ale też pokażę kilka gadżetów, dokumentów epoki. Zapraszam!

Otagowane ,

Wpadajcie na spotkanie!

Zapraszam serdecznie mieszkańców Opola! Przywiozę trochę gadżetów ze swojej kolekcji 🙂

Otagowane , ,

Konkurs-zabawa

Hej, zapraszam do konkursu-zabawy związanego z moją książką „Czas wolny w PRL”. Konkurs dla tych, którzy już mają książkę albo planują ją szybko kupić 🙂

Otóż pomysł jest taki. Masz już książkę „Czas wolny w PRL” (w formie papierowej albo ebook), to ją wykorzystaj. Zrób ciekawe, śmieszne, interesujące, nieoczywiste, zwariowane, dziwne, a może ekstremalnie normalne zdjęcie z książką – lepsze niż moje u góry. Ważne, żeby było widać kawałek Ciebie (może być nawet jeden palec albo stopy :), no i kawałek książki. Jak zrobisz, to wyślij do mnie na mail bufetprl@gmail.com albo wejdź na profil BufetPRL na Facebooku TUTAJ i wrzuć tam pod konkursowym postem.

Konkurs trwa od teraz do piątku 12 czerwca, do północy. No i najważniejsze, będą nagrody! Spośród nadesłanych zdjęć jury wyłoni trzech laureatów najciekawszych zdjęć. Jury będzie surowe, bo będę zasiadał w nim ja 🙂

Wyróżniona trójka otrzyma wyjątkowe oryginalne gadżety z PRL-u! Wysyłka na mój koszt.

Zapraszam do zabawy!

Otagowane ,

Czas wolny w PRL cz.6: tam wypadało bywać

Na plaży słońce praży. Tu bladość ciał zanika. Wśród tłumu wczasowiczów dziewczyna ratownika. I patrzą setki oczu, i z wody i z kocyka, gdy ona idzie plażą, wszyscy o niej marzą – śpiewały Wały Jagiellońskie.

W związku z premierą mojej książki „Czas wolny w PRL” wspominam rzeczywistość kurortów w minionej epoce. Poświęciłem im cały rozdział w książce.

Ja spędzałem każdy wolny wakacyjny czas w Ustce, autobus jechał do niej z rodzinnego Słupska jakieś pół godziny, pociąg podobnie. Stałym punktem pobytu w Ustce był przystanek przy budce z goframi. Musiał być gofr z bitą śmietaną i jagodami. Dopiero potem plaża. Przy wejściu na nią były kabiny do przebierania, restauracje i wypożyczalnie. Można było wypożyczyć sprzęt wodny, kosze wiklinowe, leżaki. Niestety nad częścią miasta unosił się fetor z zakładów produkujących konserwy rybne. Podobne atrakcje, może poza fetorem rybnym, oferowało wiele innych ośrodków wakacyjnych nad Bałtykiem.

Wyjątkowym miejscem był Sopot, a w nim Non-Stop.

Kultowe miejsce zabawy, w którym miejscowa młodzież mieszała się z miłośnikami rock’n’rolla z całej Polski i kilku sąsiednich krajów – dwa razy zmieniał swoją siedzibę. Najbardziej okazałą lokalizacją był wspomniany namiot nad morzem (w nim aż 600 miejsc siedzących). Potem przeniesiono go w pobliżu wyścigów konnych. Przez dwie dekady w klubie występowały legendy polskiej muzyki: Czerwone Gitary, Niebiesko-Czarni, Czerwono-Czarni, Czesław Niemen, Ewa Demarczyk, Michał Burano, Breakout, SBB, Kombi, a do tego goście z zagranicy, na przykład gwiazda z Czechosłowacji – Karel Gott. Non-Stop powołali do życia w 1961 roku dyrektor Państwowego Przedsiębiorstwa Przemysłu Gastronomicznego w Sopocie Mikołaj Laszkiewicz oraz Franciszek Walicki, nazywany ojcem polskiego rocka i bigbitu. Zmierzały do niego pielgrzymki miłośników „mocnego uderzenia” z całego kraju.

Borys, który bywał w legendarnym klubie na przełomie lat 60. i 70., opowiada mi o tamtych czasach i tamtym Non-Stopowym klimacie: – Proszę pana, już jak się wysiadało z eskaemki na dworcu w Sopocie, to było słychać dudnienie muzyki z lokalu – wspomina. – A nie było do niego blisko, bo mieścił się nad samym morzem, w dużym namiocie. Pędziliśmy z chłopakami w dół Sopotu w beatlesówach na nogach, słysząc muzykę z oddali, by posłuchać jak najwięcej przebojów. Grano je podczas tzw. podwieczorków tanecznych. Nie było wtedy mowy o piciu alkoholu. Na stołach królowała oranżada i pączki. Muzykę puszczano w blokach, dając tańczącym czas na przerwę. Przebojami były m.in. „Nad morzem” Czerwonych Gitar, „Puste koperty” Szczepanika, „Wiem, że nie wrócisz” Niemena. A w ostatnim bloku, zazwyczaj wypełnionym zagranicznymi przebojami, musiało polecieć „I Saw Her Standing There” Beatlesów. Tańczyliśmy rock’n’rolla w parach, czasami w kółeczku. Pamiętam, że na każdym wieczorku był taki gość, którego nazywaliśmy marynarzem. Taki miejscowy celebryta, chociaż nie wiedzieliśmy, czym się tak naprawdę zajmuje, ale zawsze miał na sobie koszulkę w paski, stąd marynarz. Zawsze wokół niego kręcił się wianuszek kobiet. Mój rozmówca podkreśla unikatowość tego muzycznego przybytku nie tylko na mapie PRL, ale i całego bloku wschodniego: – Bywało, że do lokalu przyjeżdżali turyści z zagranicy. Głównie z Czechosłowacji i Węgier. Poznaliśmy jednego chłopaka z Budapesztu. Był zachwycony, przyjechał specjalnie, by posłuchać i potańczyć rock’n’rolla. Mówił, że u nich takich miejsc nie ma.

Sopot był także miastem jazzu. To tu w sierpniu 1956 roku odbył się I Ogólnopolski Festiwal Muzyki Jazzowej, wymyślony przez znakomitego pisarza i miłośnika jazzu, Leopolda Tyrmanda. Impreza w kolejnych latach rozrosła się na całe Trójmiasto (koncerty urządzano m.in. na stadionie gdańskiej Lechii i w hali Stoczni Gdańskiej) i stała się słynna na całą Polskę.

W sezonie 1961 Sopot doczekał się kolejnej cyklicznej imprezy, która miała ściągać na polską riwierę rzesze turystów. 25 sierpnia tego roku odbył się I Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie, wymyślony przez doskonałego kompozytora, pianistę, ówczesnego szefa muzycznego Polskiego Radia, Władysława Szpilman.

Sopot to jeszcze trzy wyjątkowe miejsca. Tor wyścigów konnych, korty tenisowe i pierwsza w Polsce dyskoteka. Inauguracyjna powojenna gonitwa na sopockim torze odbyła się w lipcu 1947 roku. Zawody przyciągały tłumy widzów, bo obok gier liczbowych była to w Polsce jedyna dopuszczana przez władze forma hazardu. Oprócz wyścigów konnych rozgrywano tu także zawody w powożeniu. W 1975 roku odbyły się nawet Mistrzostwa Europy w Powożeniu Zaprzęgami Czterokonnymi. Licznie zgromadzeni widzowie mogli podziwiać księcia Filipa, męża królowej Elżbiety II, który był członkiem angielskiej ekipy.

Sopot świecił blaskiem nadmorskiego kurortu, a na przeciwnym krańcu Polski status kurortu kurortów dzierżyło Zakopane. Choć pomiędzy nimi też nie brakowało miejscowości, do których lgnęli wczasowicze chcący zażyć relaksu, zobaczyć celebrycki albo i zachodni styl życia. Sąsiadująca z Sopotem Gdynia przyciągała wspaniałą plażą, ale też delikatesami na Świętojańskiej z kolonialnym stoiskiem, przy którym ustawiały się kolejki po szynkę. Była tu Baltona i salon Mody Polskiej (otwarty w 1966 roku, trzeci po warszawskim i katowickim). Była i Hala Targowa, w której można było dostać niemal wszystko, od ryb i mięs, po dżinsy i zagraniczne wiktuały13. Zresztą hala istnieje do dziś. Zabawić się można było w Gdańsku. W „Rudym Kocie” do tańca grały bigbitowe Akordy, zespół współzałożyciela Niebiesko-Czarnych i Czerwonych Gitar – Jerzego Kosseli. Występował też Andrzej Zaucha z zespołem Telstar. Z kolei w pobliskim „Żaku” (klubie studenckim) odbywały się jam session.

W książce opisuję też wiele innych wypoczynkowych miejsc, poza Sopotem najwięcej miejsca poświęcam Zakopanemu.

Szczególne miejsce na mapie peerelowskich kurortów zajmowało miasto pod Giewontem. Do Zakopanego jechali wszyscy – zimą, wiosną, latem… Jak pisał Leopold Tyrmand w Dzienniku 1954, Zakopane było – obok warszawskiego Służewca, lokalu „Kameralna” i kortów na Agrykoli – najbardziej snobistycznym miejscem „warszawki”. Zresztą sam także często tam bywał. Pod Tatrami lubił wypoczywać także inny pisarz, filozof i futurolog Stanisław Lem. Tam się zaszywał i mógł spokojnie pracować. Czym tak przyciągało to miasto? Redakcja Polskiej Kroniki Filmowej miała na to prostą odpowiedź: Zakopane to raj dla kociaków, żadna kosmetyczka nie dokona tego, co górskie słońce.

W miejscowych lokalach pito kawę, wino, panie ubrane były w czarne kostiumy, panowie w garnitury, rzadko oglądało się stroje sportowe albo swetry. Wczasowicze, młodzież i artyści bawili się przy grających na żywo orkiestrach w lokalach „Watra”, „Jędruś” (do niego przyciągał też striptiz), „Piwnicy” i najbardziej snobistycznym „Orbisie”. W Zakopanem po prostu wypadało bywać. Podobnie jak w Sopocie, na zakopiańskich ulicach można było spotkać ludzi kultury, ale też „klasę pracującą” wypoczywającą w tutejszych ośrodkach fabryk i przedsiębiorstw z różnych rejonów Polski. Obok nich częstymi bywalcami byli świąteczno-niedzielni urlopowicze z okolic Krakowa i Katowic. Zakopane przyciągało 10 procent ruchu turystycznego w Polsce. Tłumy krążyły po Krupówkach, co widać chociażby w filmie Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego z 1960 roku „Pocztówki z Zakopanego”. Doskonale PRL-owską rzeczywistość pokazuje również film Jak to się robi Andrzeja Kondratiuka z 1974 roku. Jan Himilsbach i Zdzisław Maklakiewicz jeżdżą na nartach, odwiedzają bary i restauracje, a wszystko w poszukiwaniu kandydatek do filmu, który sobie wymarzyli. I podobnie jak Sopot, było to miasto kontrastów, tu zderzały się dwa światy. Ale było też oazą swobody w szarym PRL-u.

A wy w których kurortach wypoczywaliście? Piszcie.

Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

Kolejna opowieść o czasie wolnym w PRL na blogu za tydzień. Czekam również na Wasze opowieści.

Otagowane , , , , , , ,

Czas wolny w PRL cz.4: Tour de Pologne 1957

Dzieje włóczykijów (10.09.1957–…) na bezdrzewnym papierze (made in Poland) spisane. Pobudką naszego dzieła nie jest ślepa żądza sławy, a jeno to, iż by od mroków zapomnienia uratować dzieło pamiętne i ważne i powszechnej wiadomości godne. Z tą też myślą dzieło to rozpoczynamy – tak zaczyna się kilkudziesięciostronicowy zapis podróży dwójki przyjaciół, Bogusława Laitla i Tadeusza Sowy. Wyruszyli w Polskę autostopem, na rok przed tym, kiedy czasopismo „Dookoła świata” ogłosiło Ogólnopolski Konkurs Turystyczny dla autostopowiczów.

Kolejną opowieść o czasie wolnym w PRL, związaną z moją książką „Czas wolny w PRL” (premiera 27 maja) poświęcę autostopowi. To ważna część książki. Udało mi się dotrzeć do Pana Bogusława Laitla i poznać jego opowieść, obejrzeć słynny „Dziennik podróży włóczykijów”.

Laitl z przyjacielem sami uszyli drelichowe spodnie. Sensację wśród tych, których spotkali na drodze, budziły wszyte w nie zamki, zamiast guzików. Dzięki temu wyglądały na amerykańskie. Do tego w rękawy kurtek wszyli sobie kolorowe wstążki oraz naszywki. Całości dopełniały bikiniarskie fryzury. Mieli ze sobą flagę na kijku, przypominającą proporczyk. Służyła im do zatrzymywania pojazdów. Na proporczyku wyszyli napisy: „Tour de Pologne A.D. 1957, Cracovia, auto-stop” oraz „Ten kierowca fajny chłop, co popiera auto-stop. Włóczykije”. W plecakach mieli zdobyty z wypożyczalni PTTK w Krakowie sprzęt na wyjazd: 1 kocher, 2 menażki, 14 śledzi do namiotów. Po podróży wszystko grzecznie zwrócili.

Sprytnie też załatwili sobie wpis na komendzie milicji w Krakowie, żeby nikt nie przyczepił się, kiedy już będą w drodze: „Komenda Milicji Obywatelskiej w Krakowie stwierdza, że student AGH ob. Sowa Tadeusz i ob. Laitl Bogusław, również student AGH w Krakowie, zgłosili swą podróż dookoła Polski samochodami – autostopem. Kraków dn. 11.IX.1957”.

Pomiędzy odwiedzinami w zakładach pracy włóczykije spali w miejscach, którym daleko do hoteli, moteli, akademików. Sprawdzili bowiem uroki noclegów na plebanii (w zamian służyli do mszy), w komendzie MO i w izbie wytrzeźwień w Poznaniu. Kierownik placówki, w której przesadnie imprezujący delikwenci dochodzili do siebie, bardzo dziękował podróżnikom za wizytę i zapewnił, że nie byli tam gośćmi w charakterze pacjentów. Nocowanie w tak nietypowych miejscach wynikało z bardzo ubogiej w owym czasie bazy noclegowej. Poza tym włóczykije szukali darmowych noclegów. Zdarzały im się jednak również chwile szaleństwa. Spali na przykład w apartamencie w sopockim Grand Hotelu i to z widokiem na molo. Umożliwił im to były kapitan statku „Batory”. Spotkali go na przyjęciu zorganizowanym po występie Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”.

W ich dzienniku, obok spisu marek samochodów, które ich zabierały, naklejek hoteli, w których spali, i opakowań słodyczy, które zjedli (na przykład toruńskie „Serca w czekoladzie” marki Kopernik i wafle nadziewane „Teatralne”), znalazły się teksty piosenek i wpisy napotkanych obywateli. Zbierali je od członków radzieckiego cyrku, pracowników barów mlecznych, w których jedli, w zakładach pracy oraz komendach MO, które odwiedzili. Czasami były to zwyczajne pozdrowienia i życzenia udanej podróży, a czasami takie perełki, jak wpis od pracowników Fabryki Pierników i Wyrobów Cukierniczych Kopernik: Krakowska dziewuszka, gdańska wódeczka, warszawski trzewiczek, toruński pierniczek i co krok litościwe auto-stop. To najlepsze rzeczy w świecie, również dla włóczykijów.

Po drodze autostopowicze odwiedzili też redakcję „Dookoła świata” i właśnie to czasopismo rok później zorganizowało specjalną akcję autostopową.

Ogłoszono ją w numerze z 20 kwietnia 1958 roku.

Uwaga łowcy przygód! Uwaga amatorzy wędrówek w nieznane! Uwaga wszyscy turyści i kandydaci na turystów – niezależnie od płci, stanu cywilnego i majątkowego, profesji i wykształcenia! Uwaga kierowcy!8 – zwracano się do czytelników zainteresowanych podróżami bez biletu. Po długich, lecz uwieńczonych pomyślnym wynikiem staraniach redakcji w odpowiednich resortach i – nieco krótszym, lecz bardziej energicznym – kołataniu do czułych na sprawy turystyki serc kompetentnych czynników, już wkrótce, tylko wiatr deszcze wiosenne rozwieje, a ziemię słońce osuszy i w ramach odgórnych planów nastąpi ciepłe lato, rozpocznie się wielki, ogólnopolski Auto-stop Dookoła świata. A wtedy… wszystkie pojazdy mechaniczne od starych Fordów do supernowoczesnych Cadillac’ów – jeśli tylko posiadać będą wolne miejsca, przewozić będą turystów… Nie będzie mandatów, nie trzeba strojów, biletów, waliz, nie trzeba nawet dewiz! Wystarczy chęć dobra i Książeczka uczestnictwa Auto-stop.

Książeczka stała się synonimem autostopu w Polsce na trzy kolejne dekady. Pierwsze na okładce miały grafikę przypominającą milicyjny lizak. Potem były też egzemplarze z grafikami samochodów, postaci, z krajobrazem. Dokument był imienny, a jego właściciel ubezpieczony od następstw nieszczęśliwych wypadków. W środku zamieszczano garść bardziej i mniej przydatnych informacji: porady dla autostopowiczów, kupony dla kierowców, ale też omówienia kolejnych zjazdów PZPR, elaboraty na temat rozkwitu rolnictwa albo wspaniałego budownictwa PRL. Do tego trzy „nieobowiązkowe zadania dla turystów” związane z wykonywaniem zdjęć turystycznych, opisywaniem obrzędów i legend ludowych.

Ogólnopolski Konkurs Turystyczny rozpoczął się 29 czerwca 1958 roku o wschodzie słońca. Organizatorem był tygodnik „Dookoła Świata”, przy współpracy Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego, redakcji bardzo popularnej audycji radiowej Muzyka i aktualności oraz tygodnika „Motor”. Wszystko odbywało się za zgodą Ministerstwa Komunikacji i Komendy Głównej MO.

W pierwszym roku akcji autostopowej liczba uczestników sięgnęła 30 tysięcy. Apogeum przypadło dwa lata później, kiedy to autostopowiczów było już 85 tysięcy.

Autostop miał swoją gwarę. Oto kilka słów przykładów z ówczesnego autostopowego słowniczka: Stopować – jeździć stopem
Stopiczka – autostopowiczka
Płacić – oddawać kupony kierowcy po skończonej jeździe
Kabriolet – odkryty samochód ciężarowy
Szafa – chłodnia, wóz meblowy
Cham – samochód ciężarowy przystosowany do przewozu koni albo bydła
Mankowicz – pogardliwa nazwa eleganckiego samochodu osobowego
Pekaes – samochód ciężarowy PKS
Wojsko – samochód wojskowy
Wojsko i pekaes cieszyły się wśród autostopowiczów największą popularnością. Ich kierowcy byli wyjątkowo przychylnie ustosunkowani do autostop.

Podróżowanie autostopem szybko pojawiło się w ówczesnej popkulturze. W komiksach, książkach, serialach, piosenkach.

– Podrzuci mnie pan do Krakowa? Muszę sprowadzić mechanika.
Tymi słowami mężczyzna w czapce zatrzymuje ciężarówkę na trasie. To poszukiwany przez milicję członek szajki, która odpowiada za kradzież w muzeum w Tarłowie. Ściga ich najlepszy milicjant PRL-u. Tak w skrócie wygląda fabuła trzeciej części przygód kapitana Żbika. Komiks „Ryzyko” – z rysunkami Zbigniewa Sobali i scenariuszem Władysława Krupki, etatowego twórcy przygód kapitana MO – po raz pierwszy ukazał się w 1968 roku.

Kilka lat później w Żbiku ponownie pojawia się autostopowy motyw. W „Złotym Mauritiusie” z 1971 roku (rys. Bogusław Polch, scen. Władysław Krupka) milicyjny as ściga sprawców napadu na konwój transportujący znaczek na wystawę filatelistyczną. „Szef grupy bandyckiej”, ksywa Czarny, najpierw ucieka pociągiem, a później – po brawurowym skoku z wagonu podczas jazdy – łapie okazję na pobliskiej szosie.

O autostopie śpiewała Karin Stanek. Za „Jedziemy autostopem” dostała nagrodę specjalną na II Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu w 1964 roku.

Serial „Podróż za jeden uśmiech”, film „Nóż w wodzie” Polańskiego, serial „Zmiennicy” – to przykłady filmowe, w których pokazany został fenomen autostopu.

Do 1988 roku z tej formy turystyki skorzystało w Polsce niemal 900 tysięcy osób, w tym ponad 12 tysięcy cudzoziemców z 31 krajów. Niemal 100 tysięcy kierowców przewiozło autostopowiczów na trasie o łącznej długości 212 milionów 909 tysięcy kilometrów.

Więcej o autostopie przeczytacie w książce „Czas wolny w PRL”.

Przedsprzedaż książki TUTAJ

A za tydzień kolejna opowieść związana z tym tematem…

Otagowane , , , ,