Czas na coś przyjemnego… no przynajmniej dla mnie. Już w najbliższą niedzielę (15 marca) o godz. 15 startujemy z nowym pokazem w ramach cyklu „Szperamy w archiwach”.
Podczas pokazu „Kolej, pociąg, Wars” najpierw obejrzymy fragmenty Polskich Kronik Filmowych od lat 50. do 90., do tego cuda krótkometrażowe z Wytwórni Filmów Oświatowych oraz łódzkiej Filmówki, no i wspaniałość Krzysztofa Kieślowskiego o Dworcu Centralnym.
Ale co też równie fajne, specjalnym gościem będzie Igor Przybylski, artysta, miłośnik komunikacji, który maluje pociągi, oznaczenia dworcowe i inne cuda. Tu więcej o nim: https://igorprzybylski.com/
Będzie trochę o odbudowie kolei po II wojnie, dworcach, taborze, ciężkiej pracy ludzi kolei, no i moim ukochanym Warsie.
Od pierwszych powojennych igrzysk olimpijskich, przez pierwszy polski medal w Cortina d’Ampezzo w 1956, modę olimpijską, sukcesy w Monachium i Montrealu, po igrzyskach artystów prowadzone przez duet Mann, Materna. Do tego cudowny obraz skoków narciarskich przed laty, a przede wszystkim o niej, polskiej lekkoatletce, skoczkini wzwyż, medalistce olimpijskiej Urszuli Kielan. Nasza mistrzyni będzie zresztą specjalną gościnią pokazu.
Już w najbliższą niedzielę (15 lutego) w warszawskim Kinie Cytadela w Muzeum Historii Polski zapraszam na pokaz krótkich metraży w ramach przygotowywanego przeze mnie cyklu „Szperamy w archiwach”. Po kilkunastu cudownych filmach wygrzebanych z zasobów Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, Wytwórni Filmów Oświatowych oraz Łódzkiej Szkoły Filmowej porozmawiamy.
Oprócz olimpijki Urszuli Kielan, gościnią będzie również Anna Sulińska – reportażystka, autorka znakomitej książki „Olimpijki”.
Pamiętam każdy nasz samochód. Garbusa, którego zawsze przytulałem jak tata wracał nim po pracy. Pomarańczową Skodę, która gasła na każdych światłach. Dacie z silnikiem Renault. Poloneza kupionego na giełdzie pod domem. Zagraniczne perełki Forda Sierrę i Opla Recorda. Pamiętam też otwartego Tarpana na trasie do szkoły, w którym się bawiliśmy. Samochód w młodości, tej w PRL i tej w latach 90. był w domu wydarzeniem, nie tylko motoryzacyjnym. Teraz będzie szansa powrócić do wspomnień. W najbliższą niedzielę (25 stycznia) w warszawskim Kinie Cytadela w Muzeum Historii Polski, o godz. 15. Wybrałem dla Was kilkanaście krótkich formatów filmowych, od Polskiej Kroniki Filmowej, przez perełki z Wytwórni Filmów Oświatowych i reklamy sprzed lat, po krótki metraż fabularny. A po pokazie filmów powspominamy ze specjalnym gościem.
Jak tylko to zobaczyłem, to pomyślałem: muszę to mieć! Pamiętam w latach 80. wraz z bratem leżąc na składanych fotelach u cioci-babci Lucylli w Gdańsku (tak się często spało kochani) przeglądaliśmy jej skarby z podróży z zachwytem i marzeniami. Ciocia co rok jeździła z Orbisem na wycieczki po całym świecie. W PRL zwiedziła blok wschodni, ale też Europę Zachodnią, Egipt, takie kraje, o których wtedy mi się nawet nie śniło. Z każdej wycieczki przywoziła skarby. Miała cudowny zwyczaj zbierania wszystkiego z wycieczek: zdjęć, pocztówek, naklejek z hoteli, menu z restauracji, opakowań po słodyczach… Albumy opisywała i zostawiała dla nas. Pisałem zresztą o nich tutaj wielokrotnie, bo teraz mam je w swojej kolekcji.
Ciocia zbierała też wszelkie dokumenty wyjazdowe, bilety lotnicze i nie tylko, no i to, co dawano na pokładach samolotów LOT. Na przykład jednorazowe sztućce, pieprz, sól. I we wspaniałym sklepie ze skarbami sprzed lat w Gdańsku Oliwie (Inaczej niż w raju) znalazłem takie cuda.
Jak widać opakowania nawiązują do świętowania 50 lat LOT, dzięki temu wiadomo, że pochodzą z końca lat 70. Historia LOT-u sięga bowiem końca lat 20. XX wieku. W zestawie są jednorazowy pieprz, sól oraz mleczko do kawy.
Co ciekawe, na opakowaniach widać, że produkowano je w Holandii. Napisy są w kilku językach, bo przecież samolotami LOT można było dostać się w różne części świata.
I teraz równie ważne. Kiedy miesiąc temu zostałem zaproszony do współorganizowania cyklu filmowego „Szperamy w archiwach” w nowootwartym Kinie Cytadela w Muzeum Historii Polski w Warszawie od razu pomyślałem od odcinku „podniebnym”. Mam sporo skarbów związanych z LOT-em (po cioci oczywiście). Dlatego wpadłem na pomysł spotkania „Czy leci z nami pilot?”. Co reklamowano w prospektach lotniczych, ile dań serwowano na trasie Warszawa-Nowy Jork, łatwiej było zostać gwiazdą filmową czy stewardessą? M.in. takie zagadnienia poruszą krótkie metraże (reklamy, dokumenty, filmy instruktażowe) wybrane z archiwów Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, Wytwórni Filmów Oświatowych oraz Łódzkiej Szkoły Filmowej. Mało tego, po pokazie filmów zapraszam na rozmowę z autorką świetnego reportażu o stewardessach w PRL Anną Sulińską oraz historykiem MHP.
W najbliższy weekend otwiera się super kino, wiem, bo byłem 🙂 To Kino Cytadela w Muzeum Historii Polski w Warszawie. Wiele super wydarzeń na otwarcie miejsca. Pełne info tutaj: https://muzhp.pl/wydarzenia/festiwal-otwarcia-kina-cytadela Ja mam przyjemność być koordynatorem i prowadzącym cykl „SZPERAMY W ARCHIWACH”. Raz w miesiącu będziemy zaglądać do niezwykłych materiałów filmowych wydobytych z zasobów Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, Wytwórni Filmów Oświatowych oraz Łódzkiej Szkoły Filmowej. Etiudy, kroniki, różne krótkie formy, często pokazywane po raz pierwszy w kinie. Na pierwszy rzut spotkanie „I było sobie kino”.
4 października o godz. 17:00 zbiór kronik, etiud, materiałów archiwalnych o polskich kinach, ich rozwoju i publiczności. Będzie zaskakująco, wesoło, a czasami pewnie trochę smutnawo. Po pokazie spotkanie z zaproszonymi gośćmi. Wśród nich: dr hab. Błażej Brzostek (historyk UW), reprezentanci instytucji partnerskich: dr hab. Katarzyna Mąka-Malatyńska (Łódzka Szkoła Filmowa), dr Sławomir Kalwinek (WFO), Jacek Goleniak i Iwona Niewiadomska (WFDiF) Do tego wezmę kilka skarbów ze swojej kolekcji, tych filmowych. A po pokazie i rozmowie, około godz. 19 poczęstunek. Wpadajcie, będzie mi bardzo miło, a poza tym, myślę, że będzie naprawdę ciekawie. Bilety można rezerwować na stronie Kina Cytadela, ale też kupić przed wejściem.
Kto nie wycinał zdjęć albo tekstów z „Bravo” albo „Popcornu”, niech pierwszy rzuci kamieniem. Ja wycinałem z tego i z tego. Dlatego tak wzruszył mnie podarunek od Pana Mariusza, jednego z uczestników mojego spotkania autorskiego w bibliotece w Olsztynie. Sam jest kolekcjonerem skarbów sprzed lat, specjalizuje się w pamiątkach filmowych. Ma niesamowitą kolekcję, której pozazdrościć może chyba każde filmowe muzeum. Mi przyniósł kilka perełek w prezencie, wcale niezwiązanych z filmem.
Wśród nich fotosy. Wyjątkowe. Wyobraźcie sobie, że ktoś robił zdjęcia fragmentom gazet muzycznych w latach 80. i z tego wywoływał prawdziwe zdjęcia.
„Bravo” na niemieckim rynku pojawiło się już w latach 50., potem sukcesywnie w innych krajach, by w 1991 roku pojawić się w Polsce. Do tego czasu ściągaliśmy egzemplarze właśnie z NRD albo NRF. Z kolei „Popcorn” narodził się w Niemczech w latach 70., w Polsce również zaczął ukazywać się dwie dekady później. W „Bravo” popularnością cieszyły się m.in. tłumaczenia tekstów przebojów różnych artystów. Rubryka nazywała się „Bravo Songbook”. Właśnie z niej mam kilka fotosów.
Są też jednak inne zdjęcia, nawet kolaże. Gwiazdy kina i muzyki lat 80. i 90.: Jackson, Phil Collins, Madonna, Queen, Milli Vanilli, U2, Simply Red, Whitney, Tina, Eddie Murphy, Madonna.
I filmowe cudo. „Karate Kid III”, czyli trzecia część serii z Ralphem Macchio i Patem Moritą.
Tak zaczyna się pierwsze z 364 ujęć, to znaczy tak jest zapisane w scenopisie filmu „Pokój z widokiem na morze”. Odkryłem go wczoraj i to naprawdę perełka, również dla poszukiwaczy ciekawostek sprzed lat. Można go obejrzeć legalnie w cudownym serwisie ninateka.pl., gdzie masa filmów, dokumentów i teatrów sprzed lat.
Zrealizowany w zespole filmowym X w 1977 roku na podstawie scenariusza reżysera filmu Janusza Zaorskiego oraz Marcina Karpińskiego. Autorem bardzo ciekawych zdjęć jest Edward Kłosiński. Film opiera się na starciu dwóch postaw, pomysłów, osobowości. Doświadczonego profesora (Holoubek) i jego ucznia (Fronczewski). Choć to mocno psychologiczna opowieść, to nie brakuje wątków humorystycznych (kaskader w wykonaniu Marcina Trońskiego). Przewija się tu wielu ciekawych aktorów i aktorek: Buczkowski, Kondrat, Kotys, Warchoł, Biernacka, Bargiełowski. Samobójcę gra tu Krzysztof Kotowski, kaskader, który w połowie lat 90. zginął na planie jednego z filmów. Z grubsza chodzi tu o to, że samobójca staje na gzymsie budynku i chce skoczyć, a dwóch psychiatrów próbuje przekonać go, by tego nie robił.
Akcja dzieje się w i przed budynkiem siedzibą armatora Polska Żegluga Morska. W gabinetach można zobaczyć ich plakaty. Ale widać też wiele innych perełek sprzed lat. Na zdjęciu powyżej przyciągają butelki z Pepsi Colą (rozlewaną wtedy w gdańskich browarach), ebonitowy telefon albo piękny brązowy czajnik.
Na różnych ujęciach widać też inne skarby, poniżej wielka lufa aparatu jednego z reporterów, a powyżej cudowne radyjko przenośne z dwoma płaskimi bateriami. W filmie przewija się transmisja z meczu polskiej reprezentacji w piłce nożnej, prawdopodobnie chodzi o mecz na Stadionie Śląskich w Chorzowie, który Polska zremisowała z Portugalią 1-1, po bramce Deyny. Gapie patrzący na potencjalnego samobójcę słuchają transmisji radiowej z tego meczu.
W obrazie pojawia się też kilka innych ciekawych wątków. Milicjant grany przez Buczkowskiego wspomina na przykład, że młodzież narkotyzuje się proszkiem IXI. Pisałem o tym w swojej książce „W kolejce po wszystko. Zakupy w PRL”. W pewnym okresie zalecono nawet kioskarkom, żeby nie sprzedawały młodym ludziom proszku IXI właśnie, bo się młodzież nim narkotyzuje. Na ujęciach widać też takie klasyki, jak chociażby saturator. Całość choć udaje Gdynię, została w dużej mierze zrealizowana w Łodzi, ale są również ujęcia z Gdyni.
Polecam film, naprawdę wciąga. Przy okazji na stronie fina.gov.pl znaleźć można oryginalny, zeskanowany scenopis tego obrazu. Kończy go zdanie: Uj. 364: Potem spogląda na trzymane w ręku papiery, które dostał od profesora i których jeszcze nie zdążył przeczytać. Wraca wzrokiem na gzyms i na szykujące się do snu miasto…
Kto nie kochał się w Księżniczce, albo nie chciał być Jasonem z Załogi G, no i kto na podwórku nie krzyczał „Transformacja!”. „Wojna planet” opanowała nas w latach 80. Powróciła do mnie za sprawą nowego skarbu w kolekcji.
Japoński serial animowany powstał w latach 70., u nas premierę miał niedługo przed stanem wojennym. Wyobraźcie sobie jaka to była jazda zobaczyć te wszystkie statki, roboty, lasery i bitwy w szarej, smutnej, pełnej beznadziei Polsce roku 1980.
Serial pojawił się w bloku „Teleferii”. Była to długa seria, ponad sto odcinków. Załoga G walczyła w nim z grupą przestępczą Galactor (u nas jako Spectra). Seria doczekała się kontynuacji animowanej oraz wersji fabularnej z aktorami.
Z „Wojną planet” mam telewizorek. Zabawka w kształcie tv polegała na tym, że zaglądało się przez lufcik z tyłu (pod światło) i przekręcało taśmę wystającą u góry. Kilka plansz tworzyło historię. Producentem jest rzemieślniczy zakład z Milanówka, który produkował też m.in. telewizorki z „Wilkiem i Zającem”.
A skąd „Transformacja”? Tym słowem młodzi bohaterowie zmieniali się w superbohaterów, jak my na podwórku.
Na przełomie lat 80. i 90. robiło się różne rzeczy i ubierało różne skarby, jak chciało się być alternatywnym. Na przykład przyczepiało się piny, czasami absurdalne, własnej produkcji, czasami fanowskie. Taki zestaw właśnie wpadł mi do kolekcji. Chojny ofiarodawca sam nosił większość z nich. Teraz ja będę je nosił, bo są genialne. Zacznijmy od tej.
Sam król David Bowie jako Ziggy Stardust. Piękny znaczek do kolekcji muzycznej. Kolejny też z wyjątkową postacią, Świerszczem ze „Świerszczyka”, czyli gazety dla dzieci wydawanej od 1945 roku.
Nieco później, bo pod koniec lat 50., powstało biuro podróży specjalizujące się w wycieczkach harcerskich, czyli Harctur. Tutaj z ich serii wycieczkowej „Legendy Warszawy”.
Swoje biuro podróży miał LOT, nazywało się LOT Air Tours i taki zrobili znaczek.
Pisałem o samoróbkach, oto piękny przykład. Przypinka zrobiona z kapsla od Pepsi, ale tej produkowanej w ZSRR. Po prostu przyklejono do niej zapinakę. Warto podkreślić, że był to pierwszy kapitalistyczny napój dostępny w Związku Radzieckim. Można go było dostać w Moskwie od 1972 roku. Dwa lata później otworzono pierwszą fabrykę Pepsi w Noworosyjsku. Konkurencji nie było w zasadzie do 1992, kiedy w nowej rzeczywistości pojawiła się Coca-Cola.
Idźmy dalej, po krainie cudowności. Znaczki filmowe. Wspaniały film „Poszukiwacze zaginionej arki”. Światowa premiera 1981, u nas 1984. O tym pięknym filmie pisałem tutaj: https://bufetprl.com/2014/05/11/doktor-jones-zaklada-kapelusz/ Drugi znaczek to „Rocky IV”, czyli 1985 rok i walka Rocky’ego Stallone’a z Ivanem Drago z ZSRR, czyli Dolphem Lundgrenem.
I jeszcze perełka na koniec. Kuriozalne i wspaniałe pomieszanie dwóch namiętności w jednym. To musiała być jakaś chałupnicza robota, chyba nikt w dużym zakładzie nie wpadłby bowiem na pomysł połączenia – w jednym breloku – Fiata 126p i Smerfów…
Najbardziej pamiętam głos cudownego Wiesława Drzewicza, którym mówił Gargamel. Do tego byli jeszcze m.in. Wiesław Michnikowski (Papa Smerf) i Włodzimierz Press (Łasuch). Chyba każdy dzieciak na przełomie lat 80. i 90. oglądał animowane „Smerfy”. Wróciły wspomnienia, bo do kolekcji trafiło kilka skarbów z nimi związanych.
Najpierw taka zabaweczka. Banalnie proste pudełeczko ze smerfowym obrazkiem, dwoma wgłębieniami i dwoma kulkami. Trzeba nim tak balansować, by kulki trafiły do dziurek. Nie ma tu nazwy producenta, prawdopodobnie jest to zabawka z lat 80., od jakiegoś rzemieślnika-prywaciarza.
Za to w przypadku tego zestawu wiadomo wiele. Oto oficjalne figurki firmy Schleich. Pochodzą z przełomu lat 70. i 80. Świadczą o tym napisy.
Widać tu również napis Peyo, to pseudonim rysownika, belgijskiego komiksiarza, który stworzył Smerfy w latach 50. XX wieku.
Na początku lat 80. Hanna Barbera zrealizowała serial animowany ze Smerfami i Gargamelem (oraz jego kotem Klakierem) w rolach głównych. W Polsce zaczął być wyświetlany od 1987 r.
Smerfów było łącznie ponad 100, figurek nie aż tyle, ale za to robią wrażenie. Mają super dodatki i są naprawdę nieźle wykonane.
I jeszcze jedno, pamiętaliście, że Smerf, który się zakrztusi, robi się żółty?