Kasety magnetofonowe, to właśnie ten nośnik wychował mnie muzycznie. Na kasetach słuchałem swoich pierwszych ulubionych albumów (wcześniej swoje na winylach puszczał mi tata). Do dziś mam setki kaset i wciąż ich słucham. Ale zanim ten nośnik opanował muzyczny świat, muzyki słuchało się m.in. z takiego cuda.
Oto 8-ścieżkowy kartridż, zwany też kasetą amerykańską. Pewnie dlatego, że to właśnie w USA zdobył największą publikę. Format zdobył popularność w drugiej połowie lat 60., m.in. poprzez sprzęty grające w samochodach. Odtwarzacz do takich kasetowych kartridżów był montowany m.in. w kultowych Mustangach i Thunderbirdach.
Taśma o szerokości 1/4 cala i prędkość przesuwu to 3,75 cala na sekundę odtwarza dwie ścieżki jednocześnie dając sygnał stereofoniczny. To znaczy magnetofon tak to odtwarza. Co ciekawe na tych kasetach wydawano też nagrania kwadrofoniczne.
Tutaj znajdują się nagrania pewnego pianisty (pominę opowieść o nim, ponieważ pan skończył z oskarżeniami o molestowane seksualne), który wykonuje utwory Scotta Joplina. Jemu akurat warto poświęcić dwa zdania. Scott Joplin to kompozytor tworzący na przełomie XIX i XX wieku, który wyniósł na szczyty styl ragtime. Gość napisał też opery oraz balet! Jego muzykę można usłyszeć chociażby w genialnym filmie „Żądło” z Newmanem i Redfordem.
Pisałem, że ten format był popularny w przemyśle samochodowym. Oto reklama sprzętu do jego odtwarzania:
Ten format nie był jednak specjalnie wygodny i w latach 80. został ostatecznie zastąpiony przez kasety magnetofonowe.
Umówmy się, tu też liczą się światełka. A w tym sprzęcie jest ich naprawdę dużo. To powoduje, że jest piękny. Oto centrum dowodzenia Stereo Music Center SDT-7660 japońskiej firmy Hitachi.
Kiedy odbierałem od kolegi, który podarował mi ten skarb nie spodziewałem się, że będzie takie ciężkie. A to kilkanaście kilo wagi! Ale doniosłem, odpaliłem i bam: słychać!
To cudo to połączenie gramofonu, magnetofonu i radia. Firma Hitachi produkowała ten model pod koniec lat 70.
Masa ustawień, pokręteł, guzików, no i światełek. Ale mój ulubiony przełącznik, to ten przy odtwarzaczu kasetowym.
To przełącznik na odtwarzanie kaset zwykłych (normal) i chromowych (Cr02). Oj wtedy kasety chromowe, to był sztos!
Był wernisaż, a potem finisaż. I tak w zasadzie moja autorska wystawa „Pirackich kaset z lat 80/90” dobiegła końca, choć może nie do końca…
W warszawskiej Stacji Muranów, wraz z jej prowadzącym Łukaszem, przygotowaliśmy wehikuł czasu. Przenieśliśmy się do przełomu lat 80. i 90, złotego okresu kaset w Polsce. Ale też okresu wszechobecnego piractwa. I właśnie pirackim kaset była poświęcona ta wystawa.
Przyniosłem setki kaset. Niektóre leżały sobie na stołach, ale też kilkadziesiąt zostało zaprezentowanych w ramkach. Zanim zaproszę Was na mały wernisaż tutaj na blogu, to pokażę inne przedmioty, które również znalazły się na wystawie, a stanowiły jej uzupełnienie.
Dodatkiem były drukowane teksty piosenek. Te pierwsze, bez okładek, to teksty płyt Depeche Mode. Wysyłało się (listem oczywiście) zamówienie do krakowskiej firmy Rock-Serwis i oni odsyłali teksty. Potem zaczęły wychodzić takie profesjonalne, te kolorowe z okładkami.
Na wystawie pokazałem wykaz ówczesnych sklepów muzycznych.
Dalej widzicie kilka przykładów kultowych magnetofonów sprzed lat oraz walkmany. To nie cała część mojej kolekcji, ale takie reprezentatywne, bo jest Kasprzak, Kapral, no i pierwszy polski walkman Kajtek.
Było też kilka gazet, w tym „Na przełaj”, w której drukowano gotowe na wymiar okładki do kaset, do wycięcia.
Znalazły się też tu przykłady stojaków na kasety oraz współcześnie wydawane, już oryginalne kasety. Tu Algiers, soundtrack serialu „W Labiryncie” (GAD Records) i UL/KR, czyli jeden z pierwszych zespołów Błażeja Króla.
A poniżej ciekawostka. Format, który się nie przyjął, czyli 8-trackowy kartridż.
Zresztą na wystawę przyszedł kolega Marek, który przyniósł swoje kasetowe skarby, w tym też takie kartridże.
Ale najważniejsze były okładki w ramkach. Podzieliłem je na pewne sekcje, do tego przygotowałem krótkie opisy. To co, wrzucam tutaj zdjęcia tych ramek. Miłego oglądania:
Jeszcze raz dziękuję Stacji Muranów za pomoc w organizacji i użyczenie świetnego miejsca. Dziękuję wszystkim przyjaciołom, którzy przyszli oraz nieznajomym. Zdradzę tylko jeszcze, że szykuje się większa kasetowa impreza, ale o tym trochę później…
70 fortepianów zainstalowano w hotelu Polonia, gdzie zakwaterowani byli uczestnicy V Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. F. Chopina. Po co? No po to, żeby mogli ćwiczyć. Najsolidniej ćwiczył chyba Adam Harasiewicz, bo ten jeden z najważniejszych konkursów pianistycznych na świecie wygrał. Zresztą później pan Adam wygrał jeszcze wiele konkursów, dał wiele wyjątkowych koncertów.
Choć była to dopiero piąta edycja konkursu, to jego początki sięgają 1922 roku. Miały się odbywać co pięć lat, ale najpierw przeszkodziła wojna, a potem niedokończona odbudowa Filharmonii Warszawskiej. Wreszcie w 1955, po sześciu lata od poprzedniego, ruszył konkurs. Był on niezwykłym wydarzeniem, w całej Polsce towarzyszyło mu kilkadziesiąt różnych koncertów. Przybyły na niego gwiazdy i różne osobistości, w tym belgijska królowa Elżbieta.
A piszę o nim, bo jakiś czas temu do mojej kolekcji trafił plakat z tamtego konkursu.
Prawda, że wyjątkowy? Stworzył go Tadeusz Trepkowski, samouk, który tworzył już przed II wojną światową. Zmarł w wieku zaledwie 40 lat, ale opracował wiele znakomitych plakatów, które wygrywały różne konkursy. Jego najsłynniejszą pracą jest antywojenny plakat „NIE!” z 1952 roku.
Tym samym plakat Trepkowskiego dołączył do innego oryginału w mojej kolekcji, czyli tego doskonałego plakatu Erola.
Francesco Napoli, Ken Laszlo, Savage, Koto, Fred Ventura, Sabrina, Gazebo, Den Harrow… no dobra, już wiadomo o co chodzi. O Italo Disco! Królowa cukierkowej muzyki lat 80. Dlaczego wracam do Italo Disco?A za sprawą kolekcji kaset, które mam u siebie oraz super filmu dokumentalnego, który można obejrzeć za darmo w sieci (legalnie).
Taki mniej więcej mam zestaw. W nim klasyki, oryginały i składanki. Z lat 80. i początku 90. W tym moje ukochane Koto. Ten włoski projekt na przełomie tamtych dekad wydał kilka płyt. Zobaczcie jakie fantastyczne okładki!
Przy okazji wydawania tych kaset ujawnił się wielki talent projektantów. Niżej widzicie oryginalną kasetę Savage wydaną przez Tonpress, ale też piracką. Żeby było jasne z jaką muzyką mamy do czynienia jest włoska flaga. Wreszcie autorska okładka brata ze składanką Italo Disco. No miał chłopak talent.
Jest tu też kilka innych perełek, a część z nich można usłyszeć i zobaczyć w dokumencie „Italo disco”. Reżyserem tego filmu z 2021 roku jest Alessandro Melazzini, z pochodzenia Włoch, ale mieszkający w Niemczech. W dokumencie występuje wiele gwiazd gatunku (niektórzy w materiałach archiwalnych), ale też producenci, wydawcy. Opowiadają o pochodzeniu gatunku, kto wymyślił nazwę, ale też o najlepszych dyskotekach z Italo Disco. To, jaki wystrój miały włoskie dyskoteki w latach 80., to jest koniec świata. Jakieś roboty, wnętrza jak ze statków kosmicznych, ruchome podesty. Jest o tym też w dokumencie. Jest też o tym, że Milli Vanilli wcale nie byli pierwsi, jeśli chodzi o udawanie, że śpiewają. Znakomita rzecz dla fanów, a dla nie fanów, przygoda tłumacząca fenomen.
A na deser jest tu sam Roberto Zanetti, czyli Savage, który przy pianinie wykonuje swój pierwszy hit „Don’t cry tonight” z 1983 roku. No trudno nie uronić łzy…
Cóż to był za wieczór, cóż za noc! A działo się to podczas fantastycznego festiwalu Media i Sztuka w Darłowie w lipcu 2022.
Spotkania z autorkami i autorami książek, dziennikarzami, aktorkami i aktorami, koncerty, wystawy, no i zabawa. A konkretnie dancing. Zakończył on drugi dzień festiwalu.
Wraz z przyjacielem z dzieciństwa, jako kolektyw Mirafiori zaprezentowaliśmy dancingowe przeboje od lat 60. po 80. Od big-beatu, przez polski funk, po klasyki rocka lat 80.
Scena była wypełniona gadżetami sprzed lat. Były gramofon Bambino, oryginalny kolorofon, płyty winylowe, gazety, proporczyki itp.
Fakt, byliśmy trochę zestresowani. Jednak gdy tylko poleciał pierwszy numer, chyba była to Zdzisława Sośnicka, to parkiet wypełnił się tłumem i tak było do końca!
Tańce były przerywane konkursami, w których można było wygrać oryginalne przedmioty sprzed lat…
Ale najważniejsza była zabawa.
Wspaniale tańcowali wszyscy. Ci, którzy pamiętają przeboje Zbigniewa Wodeckiego puszczane w „Lecie z radiem”, fani Republiki, jak i Andrzeja Zauchy.
No nie powiem, trochę ciepło było mi w specjalnym stroju wodzireja, ale się udało! Niestety nie ma zdjęcia DJ-a Roślinność na stanowisku, ale tak zapodawał hity, a ja tańcowałem, że nie było jak zrobić 🙂
Jednak w tej zabawie nie chodziło o nas, a o fantastycznych ludzi, którzy przyszli na dancing i szczelnie wypełnili festiwalowy namiot.
Muszę i chcę też wspomnieć o najlepszych organizatorach i zapleczu festiwalu, no i o miejscu. Byliśmy dosłownie kilka metrów od morza. Wymarzona lokalizacja.
W ogóle Darłowo jest fantastyczne. Położone nad samą wodą Darłówko mniej urocze, stricte turystyczne, ale na pewno wrócimy tu za rok!
Oj działo się! I za rok będzie działo ponownie. Już zapraszamy na festiwal i na naszą imprezę w Darłowie. Rezerwujcie daty 6-9 lipca 2023!
Jeszcze jedna ciekawostka. W drodze z Warszawy do Darłowa minęliśmy taki relikt z przeszłości. Opuszczona stacja benzynowa. Obstawiam, że nieczynna od kilkunastu lat.
Takie stwierdzenie zapamiętałem z jednej z rozmów z mistrzem, taki był też tytuł wywiadu z nim. Smutne są okoliczności przypomnienia tej wyjątkowej postaci. Odszedł od nas Andrzej Korzyński, fenomenalny kompozytor muzyki filmowej oraz elektronicznej, przebojów popowych, a do tego fantastyczny facet.
Rozmawiałem z nim w kawiarni, przez telefon, ale najbardziej zapamiętam wizytę w jego warszawskim domu. Gadaliśmy o pierdołach, poczęstował mnie kawą, wreszcie opowiadał o muzyce. Zawsze z pasją, anegdotami, szacunkiem dla innych. Na koniec dał mi taką płytę.
„A takie tam moje kompozycje, posłucha sobie pan” – powiedział. Takie kompozycje?! „Akademia Pana Kleksa”, „Na Srebrnym Globie”, „Panna Nikt”, „Wierność”, „Człowiek z marmuru”, „Bestia” – przecież to kawał historii polskiej muzyki i kina.
Pisał muzykę do filmów Wajdy, Żuławskiego, doskonałych seriali (m.in. „Tulipan”), stworzył Franka Kimono, pisał przeboje dla Rodowicz, Niemena. Był pionierem elektroniki na naszym rynku, kiedy współtworzył projekt Arp-Life.
Do tego fantastyczna muzyka z filmowych przygód Pana Kleksa. Masa wspaniałych dźwięków.
Może jednak to sam Pan Korzyński najlepiej opowie o swojej muzyce, mi pozostaje smutek…
Podobno niewiele brakowało, a muzyka ilustracyjna z filmów o przygodach Pana Kleksa nigdy nie ukazałaby się na płycie, bo miała wylądować… w piecu?
Oryginalne partytury już dawno poszły na makulaturę, a taśmy z nagraniami tematów do filmów Krzysztofa Gradowskiego miały faktycznie trafić do pieca lub na guziki. Kiedy kilkanaście lat temu likwidowano łódzką wytwórnię filmową, a dokładniej jej archiwum dźwiękowe, niektóre taśmy przygotowano do likwidacji. Uratował je tak naprawdę pewien dźwiękowiec z wytwórni. Zadzwonił do mnie i zapytał, czy mnie te taśmy interesują. Oczywiście, że tak! Pojechałem po nie do Łodzi i dołączyły do mojego osobistego archiwum. W moim garażu zrobił się już spory magazyn. W podobny sposób udało mi się uratować też na przykład taśmy z muzyką do „Na srebrnym globie” Andrzeja Żuławskiego. One z kolei przez lata leżały na korytarzu wrocławskiej wytwórni, przez który przewijały się setki ludzi, i w zasadzie każdy mógł je zabrać. Z tym filmem wiąże się ciekawa anegdota. Żuławskiemu przez kilka lat na przełomie lat 70. i 80. w Polsce ten film wstrzymywano. Ale jakimś cudem udało mu się i tak wywieźć go na festiwal do Cannes. Film był niedokończony, bez dźwięku, ale muzykę już miał. I Żuławski puścił go. Sam wziął mikrofon i mówił, co jest na ekranie, żeby publiczność rozumiała, o co chodzi, nie słysząc dialogów. Ludzie myśleli, że to jest fantastyczna nowa forma projekcji filmowej. Momentalnie zwrócił uwagę na siebie i moją muzykę. Po tej prezentacji dostałem ofertę napisania muzyki do zachodnioniemieckiego filmu SF „Stworzony do latania”.
Sporo ma pan jeszcze niewydanej muzyki w swoim magazynie?
Napisałem muzykę do 120 filmów, trochę więc jej jeszcze zostało. GAD Records, które wydało „Akademię Pana Kleksa”, przymierza się do „Wielkiego Szu”. Z kolei brytyjskie wydawnictwo Finders Keepers Records, które wydało już moją muzykę do „Trzeciej części nocy” czy „Opętania” Żuławskiego, pyta o soundtrack do jego ostatniego filmu „Kosmos”. Jest nad czym pracować.
Uratował pan własne nagrania, ale też zajmował się archiwizacją oraz popularyzacją naszego bigbitu.
Od początku powstania Młodzieżowego Studia Rytm w Polskim Radiu w połowie lat 60. mieliśmy problemy. Byliśmy młodzi i proponowaliśmy inną muzykę. W naszym studiu nagrywali najważniejsi artyści w tamtym czasie, cały kwiat naszego bigbitu. Ale były osoby, które nienawidziły całej tej kultury, więc problemów nie brakowało. Nauczyłem się robić kopie piosenek, które na wszelki wypadek umieszczałem w fonotece Radia dla Zagranicy i w PR 3 .Tam przeleżały wiele lat, bo chętnie puszczali nagrania Studia Rytm. A warto pamiętać, że w latach 60. i 70. polska muzyka młodzieżowa to był absolutny top europejski. Kiedy posłuchamy na przykład francuskiego rock’n’rolla z tamtych czasów, to przekonamy się, jaką był imitacją. A polskie zespoły Polanie, Niebiesko-Czarni czy Niemen zarażali autentyzmem. Potem, podczas transformacji ustrojowej na początku lat 90., muzykę nagraną w Studio Rytm przypomnieliśmy naszej publiczności. Wraz z kolegą biznesmenem wykupiliśmy licencję na te nagrania, znalezione w Trójce, w Radiu dla Zagranicy i w innych miejscach PR, i wydaliśmy je na CD. Masteringi i nagrania realizowaliśmy w Holandii, bo u nas nie było jeszcze tłoczni płyt CD. Rozesłaliśmy je do kiełkujących wtedy prywatnych stacji radiowych. Przyjmowali je z otwartymi rękoma, bo pracowali na CD, a te nagrania były do tej pory wyłącznie na winylach. Potem te taśmy oddaliśmy do archiwum radiowego. Dzisiaj są już właściwie przechowywane.
W Polskim Radiu nagrywał pan muzykę do „Pana Kleksa”?
Tak, w studiu S1. Muzycy byli brani m.in. z orkiestry radiowej, ale też z „miasta”. Wśród nich byli doskonali muzycy sesyjni, jak gitarzysta Winicjusz Chróst, basista Arkadiusz Żak, bębniarz Wojciech Kowalewski, Paweł Perliński (el. Piano) czy Marek Stefankiewicz, który grał na syntezatorach. Z tymi muzykami i z orkiestrą symfoniczną udało się zarejestrować muzykę, która z założenia miała być trochę inna niż to, co można było u nas usłyszeć, może bardziej hollywoodzka, w disneyowskim stylu. A używaliśmy wyjątkowych, jak na tamte czasy, sprzętów. Chociażby legendarnej yamahy DX7, rolanda TB 303 czy samplera Akai, którego kupiłem w Niemczech. To na nich zagrane są m.in. dźwięki z ilustracji do filmowych scen z Filipem Golarzem. Mam je zresztą do dziś.
Takie prezenty to ja lubię. Odwiedziłem kolegę jeszcze z podstawówki i podarował mi takie cudo. To więcej niż płyta, bo są i wyjątkowe dodatki.
Boski Don Johnson w wersji muzycznej. „Heartbeat” to pierwszy album Dona, z 1986 roku. Był już wtedy gwiazdą „Policjantów z Miami”. Sam Don mówił, że chciał by jego płyta była nowoczesna i rockowa. No trochę jest. A w nagraniu pomogli mu tacy mistrzowie jak Ron Wood, Willie Nelson i Stevie Ray Vaughn.
Jest tu dużo pięknych zdjęć, pięknego Dona, ale co chyba ciekawsze, płyta okazała się mieć wyjątkowe dodatki. Najpierw to.
Otóż jest to plakat filmowy, a na rewersie reklama telewizji ElGaz (pisałem o niej w swojej książce „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.”) oraz wykaz nagród Koła Piśmiennictwa Filmowego SFP za rok 1990. Czyli gazeta pochodzi z 1991. Kurczę same dobre filmy.
Do wkładki jest przyczepione jeszcze coś. To teksty piosenek z tłumaczeniami z niemieckiego „Bravo”. Ja wycinałem takie z naszej edycji oraz z „Popcornu”. Przy okazji tych tekstów widać singlowe przeboje w Niemczech w maju 1987 r. Są wśród nich m.in. John Farnham i Madonna, ale też artyści u nas wtedy mało znani. No chyba Pierre Cosso nie był u nas wielką gwiazdą co nie?
Baaardzo lubię takie niespodzianki. A płyta Dona dołączyła do mojej kolekcji obok tej, znaczy kolegi policjanta z Miami, Ricardo Tubbsa.
To był ciekawy rok. Premierę miał serial „Życie na gorąco” z boskim Leszkiem Teleszyńskim; Polska pokonała Holandię 2-0 na Stadionie Śląskim; została też otwarta Linia Hutnicza Szerokotorowa. A w Opolu odbył się XVII Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej. Co grano pokazuje ta kaseta.
Sześć festiwalowych dni wypełniła masa piosenek, tutaj znalazły się premiery. Nagrody w tej konkursowej części odebrali ex aequo Zdzisława Sośnicka za „Żegnaj lato na rok” oraz Krystyna Prońko i Zbigniew Wodecki za „Wspomnienie tych dni”, a do tego Bogusław Mec „W białej ciszy powiek” i grupa VOX „Masz w oczach dwa nieba”. Na kasecie zabrakło utworu w wykonaniu Meca.
Kasetę wydał WIFON i kosztowała 120 zł. Za redakcję kasety odpowiada pracująca w radiowej Trójce Teresa Kowińska.
Dobry to zestaw, z doskonałymi Wodeckim, Zauchą i Majką Jeżowską (tu Marią).
Pamiętam pierwsze spotkanie z muzyką pana Zbigniewa. Wczasy, Chmielno na Kaszubach, koniec lat 80. Lataliśmy z chłopakami po ośrodkach wczasowych i okolicznych lasach. Kiedy wpadaliśmy do świetlicy w naszym ośrodku by zagrać w ping-ponga; pod namiot, by poprosić mamę o kanapkę albo do toalet, to niemal non-stop w tle było słychać radio. A w nim nieśmiertelny przebój wakacyjny: „Chałupy welcome to” Zbigniewa Wodeckiego. Kojarzyłem go też z czołówki do „Pszczółki Mai”, ale to „Chałupy welcome to” wbiło mi się do głowy na zawsze. Minęło ponad 20 lat i spotkałem się z Panem Zbigniewem. Efekt mojej rozmowy z panem Wodeckim wrzucałem już zresztą tutaj: https://bufetprl.com/2016/08/14/jak-pic-sok-pomidorowy/
Potem jeszcze widziałem pana Zbigniewa na koncercie z Mitchami. To było koncertowe przeżycie roku! A jakiś czas temu miałem okazję odwiedzić Kraków, miejsce gdzie miał swój gabinet, poznać jego wyjątkową córkę, wreszcie przejrzeć archiwum artysty. Udało mi się nawet zajrzeć w listy od jego fanek z lat 70 🙂 Od fanów też zresztą. Niedawno też moje winylowe zbiory uzupełniły dwa analogowe cuda. Oto pierwsze z nich.
„Wodecki Jazz’70 Dialogi” – obraz Wodeckiego, myślę, że mało znany. Bo obraz jazzmana. Co to za fantastyczna płyta! Do materiałów z archiwum muzyka tematy zagrali współcześnie m.in. Leszek Możdżer, Henryk Miśkiewicz i Marek Napiórkowski. Sam Wodecki śpiewa tu i gra na skrzypcach. Chyba największe wrażenie zrobił na mnie utwór „Wariacje na temat tańców rumuńskich”. Co tu się dzieje? Trochę jak z amerykańskiego kryminału z lat 70., trochę nostalgii, wspaniałe i szalone wokalizy Wodeckiego, taneczne bajlando, klimat niemal jak ze „Star Wars”, wreszcie moment jak z europejskiego filmu noir. Geniusz! Pozostałe numery też mistrzowskie. Zresztą miałem okazję posłuchać tego na żywo w super warszawskim klubie jazzowym Jassmine. Polecam Wam koncerty tego składu wykonującego właśnie ten mało znany materiał. No i oczywiście polecam też płytę.
Tuż przed nowym rokiem miałem okazję spotkać się z genialnym aranżerem, kompozytorem Wojciechem Trzcińskim. Opowiadał mi o pierwszej płycie pana Zbigniewa. Pierwszej solowej, tej z 1976 roku. Wspominał fantastyczne rzeczy, m.in. jak doskonały w studio był Wodecki, jak sam nagrywał partie wszystkich instrumentów do numeru, jak współpracowało się z Alibabkami, które zaśpiewały w chórkach itp. No i wreszcie jak niestety ta genialna płyta wtedy przeszła prawie bez echa. Na szczęście kilka lat temu do życia przywrócili ją Mitch & Mitch wraz z Wodeckim. Ale to oryginał wciąż rządzi.
Oczywiście to zremasterowana wersja współczesna, no ale numery wciąż genialne. Moje ulubione to „Wieczór już”, „Posłuchaj mnie spokojnie” oraz „Panny mego dziadka”. Także jeśli chodzi o teksty.
A na koniec jeszcze jedno zdanie, oby prorocze: to nie koniec historii mojej i pana Wodeckiego, ale o tym wkrótce…