Category Archives: muzyka

Garnizonowa balanga

To jeszcze ostatnia część, póki co, serii ciekawych papierowych dokumentów z epoki. Czas na kolejne zaproszenie, tym razem na koncert.

zaprodomwojskapolskiego

Jak widać, to w zasadzie cztery zaproszenia, wejściówki na koncert w Stołecznym Klubie Garnizonowym. Pochodzą z września 1977 roku. Niestety zaproszenie nie do końca mogę odczytać, ale chodzi o koncert z okazji dnia węgierskiej… no i tu moje możliwości się urywają. Może ktoś pomoże?

A Stołeczny Klub Garnizonowy wciąż działa i organizuje koncerty, pokazy filmów, spektakli itp.

Otagowane , ,

Zabawa, jakiej nie było

Dzisiaj zaproszenie. Ja, przyznam, studniówkę miałem już w nowej rzeczywistości, choć jeszcze przed szałem na organizowanie studniówek w jakichś ekskluzywnych restauracjach czy salach bankietowych. Jak się jednak okazuje, na bogato organizowano takie imprezy też wiele lat temu. Oto przykład. Czyli zaproszenie, które niedawno zasiliło nasze zbiory. To, jeszcze nie wypełniony, kwit zapraszający na „tradycyjną” (czyli niby jaką), studniówkę w klubie Stodoła. A to było wtedy przecież jeden z najbardziej modnych miejsc Warszawy.

studniowka

Stodoła działała już wtedy prawie 20 lat (ale nie w tym miejscu). Została otwarta niemal rok po oddaniu narodowi polskiemu Pałacu Kultury i Nauki. To wbrew pozorom ma związek. Najpierw Stodoła, jak była jeszcze barakiem, była bowiem stołówką, w  której jadali budowniczowie PKiN. Tam odbywały się wieczorki taneczne. Zresztą Stodoła kilka razy zmieniała swoje miejsce. Od ulicy Emilii Plater, przez kilka lokalizacji, na początku lat 70 przywędrowała na ulicę Batorego. Podczas studniówki 1975 roku była więcej jeszcze całkiem świeżym miejscem.

Na początku była to przede wszystkim mekka jazzu, tu odbywał się m.in. festiwal Jazz Jamboree. Później doszły działalności kabaretowe, koncertowe, teatralne i filmowe. No i oczywiście odbywały się tam studniówki.
Zespół Szkół Elektronicznych, który organizował studniówkę z zaproszenia też był jeszcze młody. Zaczęto tam uczyć w 1971 roku. Chyba dobrze potrafili się tam bawić, bo znalazłem informację, że w 1987 roku szkoła zajęła I miejsce w konkursie „Zabawa, jakiej nie było”. Hmm…

Otagowane ,

A to miła wiadomość!

Właśnie się dowiedzieliśmy, że teledysk przy którym pracowaliśmy nad aranżacją przestrzeni i do którego wypożyczyliśmy wiele przedmiotów otrzymał nominację do nagrody na Festiwalu Polskich Wideoklipów Yach Film w Gdańsku! Mamy zaszczyt znaleźć się m.in. obok twórców teledysków dla Moniki Brodki i The Dumplings. Nominację w imieniu BufetuPRL dostał Wojciech Przylipiak.

yach

Uroczystość wręczenia Yachów odbędzie się już w ten weekend w gdańskim klubie B90. Więcej informacji znajdziecie TUTAJ. Dziękujemy jurorom i wszystkim współtwórcom teledysku.

To zresztą nie pierwsze wyróżnienie dla klipu.

klip

Zakwalifikował się też do prestiżowego brytyjskiego festiwalu Aesthetica Short Film Festival!

Chodzi o klip dla polskiej legendy new romantic/disco, twórców przeboju „Spokój”, Super Girl Romantic Boys.

„Cienie” to singiel z ich najnowszej płyty „Osobno”. Wideoklip (scenariusz i reżyseria Roman Przylipiak) został zarejestrowany kamerą VHS z połowy lat 80 Quasar VM-10.

 

Na planie zostało wykorzystanych wiele naszych przedmiotów.

Zobaczycie m.in. szpulowiec Telefunken, o którym pisaliśmy TUTAJ

szpula3

Telewizory Vela oraz Neptun. O nich TUTAJ

vela  neptun3

Do tego lampki, plakaty, kasety, torby i różne gry. Chociażby takie cudo:

fokus1  fokus

O grze Fokus pisaliśmy TUTAJ

Dziękujemy wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że współpracowaliśmy z Super Girl Romantic Boys. A teraz słuchamy i oglądamy!

A na planie było tak:

klip  klip1

klip3  klip4

klip5

klip6

klip7

Zdjęcia Olga Przylipiak & Asia Łukijańczuk

Dziękujemy wszystkim twórcom, z którymi mieliśmy okazję pracować!

Otagowane , ,

Mokra Włoszka

Sabrina – to imię jest chyba najlepszą kwintesencją popu końca lat 80. Urodzona w 1968 roku w Genui wokalistka była, obok Samanthy Fox, bez wątpienia najczęściej goszczącą panią na plakatach w pokojach młodych chłopaków, nie tylko w Polsce. Kiedy przeglądając kasety znalazłem taki egzemplarz nie mogłem się powstrzymać od opisania go tutaj. Oto dawno już nie uzupełniany dział kasety i „The Best Of” Sabriny.

sabrina

Kaseta zbiera numery z dwóch pierwszych płyt Sabriny Salerno. Pierwszą wydała w 1987 roku. Miała już za sobą udaną karierę modelki, kilka ról filmowych, czy bardziej telewizyjnych i pierwszy singiel, „Sexy Girl”.

W teledysku ujawniła swoje największe atuty, trudno do nich zaliczy wokal. Disco według Sabriny było przeładowane erotyką i tak jest zresztą do dzisiaj. Ten numer nie zrobił jeszcze wielkiej kariery. Przepustką do niej okazała się inna piosenka z tej kasetowej składanki, „Boys (Summertime Love)”. Tu już Sabrina poszła na całość, także w klipie. Numer okazał się wielkim hitem, szczególnie we Francji. Na świecie sprzedał się w ponad półtorej miliona egzemplarzy.

sabrina2  sabrina3

Inne kawałki ze składanki mają równie jasne co do przekazu tytuły: „Hot Girl”, „Kiss Me” czy po prostu „Sex”. Jest tu też okropny cover hitu Roda Stewarta „Da Ya Think I’m Sexy?”. Ale przecież to czy Sabrina umie śpiewać nie miało kompletnie znaczenia. Chyba najbardziej słuchalną kompozycją jest tu „Like A Yo Yo„. Może dlatego, że jej kompozytorem jest gigant disco, sam Giorgio Moroder, autor największych hitów Donny Summer, którego numery śpiewał także m.in. David Bowie, To również twórca genialnej muzyki filmowej (napisał m.in. „Take My Breath Awayz filmu „Top Gun” – numer został nagrodzony Oscarem).

sabrina1

Kaseta nie powala swoją graficzną oprawą. Co  ciekawe, na okładce widnieją inne numery niż są rzeczywiście na kasecie i w wewnętrznej wkładce. Sam właściciel musiał opisać, która strona była A, bo producent, tajemnicza firma MC, nie dała rady.

Na deser występ Sabriny z roku 1988 w Sopocie. Na końcu dostała nawet kwiaty…

PS. W swojej kolekcji mam także taki piękny winyl.

sabrina2

O nim więcej na moim blogu o analogach: winylowetrzaski.wordpress.com

Otagowane , , , ,

Czar wspomnień 6

Dzisiaj znowu powspominamy nasze stare wpisy. Tym razem opowieści o gramofonach z naszej kolekcji.

Na początek kultowy Bambino.

Eksplozja bigbitu na początku lat 60., rozkwit produkcji płyt winylowych, które zastępowały ebonitowe i te z łatwo pękającego szelaku, rozluźnienie polityki restrykcyjnej wobec społeczeństwa po przejęciu władzy przez Edwarda Gierka. To m.in. spowodowało szybki rozwój rynku gramofonowego pod koniec lat 60. i w 70. minionego wieku. Przede wszystkim na domowych prywatkach, ale też w mniejszych rozgłośniach radiowych czy dyskotece rządziły gramofony serii Bambino. Takie jak nasz, model WG 263, oznaczony jako Bambino 3.

Bambino, nie mylić z lodami o identycznej nazwie, był następcą Karolinki i wcześniej, pierwszego polskiego gramofonu GE-53 z 1954 roku. Bambino produkowały Łódzkie Zakłady Radiowe Fonica. W latach 1963-1972 powstały cztery wersje. Nasz, model numer 3 odsługiwał trzy prędkości 33, 45 i archaiczną 78 (takie siedmiocalowe płyty powstawały w latach 20., 30. i 40.). Model 4 już tej prędkości nie miał. Bambino 3 waży jakieś 8 kilo i jest wyposażone w głośnik Tonsil Unitra. To oczywiście sprzęt mono, lampowy, z korekcją tonów. Przy pomocy kabla ekranowanego (DIN) można go podłączyć do magnetofonu, by zgrać piosenki na taśmę. Jego typową cechą jest kratka wentylacyjna przy nagrzewającej się lampie. Całość zamykała się w charakterystycznej skrzyneczce.

Rocznie produkowano jakieś 160 tysięcy sztuk. W sklepach bywały też walizkowe gramofony Rytm albo Mister Hit. W latach 70. zaczął pojawiać się już sprzęt stereofoniczny: Adam Artur, Bernard. Bambino doczekał się nawet swojego pomnika. Od dwóch lat stoi on w Olsztynie. Ważącą sto kilo replikę autorstwa rzeźbiarza Jacka Adamasa można oglądać w Amfiteatrze Czesława Niemena.

Natomiast w Zakładzie Produkcji Specjalnej w Pionkach, spadkobiercy Pronitu, który w PRLu królował w produkcji winyli, otwarto Izbę Pamięci Tłoczni Płyt Gramofonowych.

Tutaj Polska Kronika Filmowa z 1978 roku. W części zatytułowanej Od „Bambino” do „Daniela” Łódzkie Zakłady Radiowe „Fonica” (od 2minuty 33 sekundy) lektor zdradza m.in., że produkuje się tu gramofony już od 20 lat. Poza tym aparaturę dyskotekową i wzmacniacze:

 —-

 A teraz piękny Maestro Fonica.

maestro1

Ładne, niebieskie pudełko kryje w sobie gramofon Maestro Fonica.

Sprzęt najprawdopodobniej z lat 60. minionego wieku operował jeszcze trzema prędkościami. Oprócz popularnych 45 i 33, także 16. Ta ostatnia, wprowadzona w latach 50. nie odniosła sukcesu.

maestro4

Gramofon ma też inne ciekawe rozwiązanie. Gumową rączkę można bowiem w bardzo prosty rozciągnąć, co pokazuje poniższe zdjęcie przed i po rozciągnięciu.

maestro6   maestro3

Różne były wersje i kolory tego walizkowego gramofonu. Nasz ma jeszcze wtyczkę i końcówki do głośników z bakelitu.

maestro2

Nie był to sprzęt specjalnie lekki, ani zbyt dobrze grający, ale design miał wyjątkowy.

maestro5

——-

I jeszcze dwa wyjątkowe cuda techniki.

supraphon1

To piękny Supraphon GZC110. Model był produkowany na przełomie lat 60. i 70. Co ciekawe, obsługuje aż cztery prędkości: 16, 33, 45, 78. Supraphon ma obrotowy włącznik, potencjometry regulujące głośność, balans i tony. Ma dwa głośniki czechosłowackiej Tesli o mocy 4ohm. Całość składa się w sprytną skrzyneczkę.

supraphon4     IMG_4493

Rączka pomaga w transporcie. Niestety sprzęt sporo waży, jakieś 10 kilogramów.
Ciekawa jest firma produkująca ten sprzęt. Otóż początki Supraphonu sięgają 1932 roku. Firma na początku zajmowała się przede wszystkim wydawaniem płyt gramofonowych, później także sprzętu.

supraphon2     supraphon3

Drugim wyjątkowym okazem gramofonu jest już polska produkcja Unitry. To Artur Stereo WG-900.

unitra artur1

Egzemplarz pochodzi z 1978 roku. Były takie w całkowicie czarnym kolorze i też zdaje się białym. Nasz ma czerwone elementy obudowy. Sprzęt wyprodukowało Zjednoczenie Przemysłu Elektronicznego i Teletechnicznego Unitra.

unitra artur2

Artur (były też gramofony o imionach Adam albo Daniel) obsługuje tylko dwie prędkości: 33 i 45, posiada regulację balansu, głośności i tonów. W zestawie ma też dwa głośniki.

artur stereo3

Otagowane , , , ,

Jak pić sok pomidorowy

To będzie wyjątkowy wpis na blogu. Tak jak wyjątkowa była rozmowa z jego bohaterem. Kojarzony jest przede wszystkim z piosenką do serialu „Pszczółka Maja” i „Chałupy welcome to”, ale poza nimi kryje się, a ostatnio na szczęście co raz bardziej ujawnia, całe spektrum możliwości wokalnych, muzycznych, interpretacyjnych i klimatycznych, Zbigniewa Wodeckiego.

Spotkałem się z nim robiąc wywiad do dodatku „Kultura” DGP. Pan Zbigniew (od razu zaproponował przejście na „ty”, jednak nie wyobrażałem sobie takie formy wobec pana Zbigniewa, ja pozostałem więc przy wersji „pan”) okazał się niezwykle czarującym, sympatycznym, otwartym człowiekiem. Sypał anegdotami, żartował, a do tego, wreszcie przekonał mnie do picia soku pomidorowego. Wyszła z tego bardzo ciekawa rozmowa, o muzyce w minionej epoce oraz tym, jak pan Zbigniew odnajduje się dzisiaj. A odnajduje doskonale, o czym przekonała fanów jego wspólna płyta z kolektywem Mitch & Mitch, na której zagrał materiał ze swojego debiut sprzed 40 lat.

Poniżej zapis tej rozmowy oraz notka o płycie, które kilka dni temu miała swoją premierę. To doskonała ścieżka dźwiękowa do serialu „Pszczółka Maja”, autorstwa Karela Svobody.

wodecki1

Stojąc pod sceną podczas pana koncertu z Mitch & Mitch na tegorocznym Open’erze, odniosłem wrażenie, że bawi się pan nie gorzej niż publika. Spodziewał się pan tego, co dzieje się wokół waszej wspólnej płyty, na której powraca pan do debiutu sprzed 40 lat?

Pan Zbigniew Wodecki: Na Open’erze po raz kolejny czułem się dość dziwnie, widząc kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi słuchających i bujających się do moich piosenek sprzed lat. Przecież to pokolenie, które mnie w ogóle nie kojarzy, coś tam może słyszało o „Pszczółce Mai” albo „Chałupach”, ale przecież urodziło się już w innej rzeczywistości. Do tego w Gdyni szukali muzyki alternatywnej. Tak było w Trójce, jak graliśmy ten materiał trzy lata temu, i później na katowickim Off Festivalu. Byłem przerażony, bo po mocnych alternatywnych rockowych koncertach miałem wyjść z jakimiś moimi balladami. Widząc szalejących ludzi pod sceną i Macio Morettiego z Mitchów, myślałem, że to jakaś ukryta kamera. W szkole mnie uczyli, żeby cały czas wygrywać, zajmować pierwsze miejsce, żeby odnieść sukces. I przez kilkadziesiąt lat starałem się być na topie. A muzycy Mitch & MItch nauczyli mnie czy raczej przypomnieli to, co czułem jako siedemnastolatek, że muzyka to jest balanga, żeby się nią bawić. Ciężko było mi do tego wrócić, bo w pewien sposób „skażony” komercją, „Chałupami” i „Pszczołą” musiałem zagrać repertuar, którego nikt nie pamiętał, łącznie ze mną. Mój kolega, który był na naszym występie podczas pewnej gali w Teatrze Wielkim, gdzie publiczność nie była łatwa i ciężko nam się grało, trafnie to zwerbalizował: podobało mi się, bo wy nie gracie piosenek, żeby rozbawić ludzi, tylko żeby oni tego słuchali. To jest może tajemnica tego wydarzenia.

Podobno nie chciał pan zaśpiewać „Chałupy Welcome to”, gdy to panu zaproponowano, tak jak „Pszczółki Mai”. Z Mitchami było podobnie?

Te dwa stare przeboje to nie były moje kompozycje i wykonanie obu było przypadkowe. Pewna pani z postsynchronu „Pszczółki Mai” się uparła, żebym to ja zaśpiewał. Nie chciałem kopiować Karela Gotta, który to wykonywał w oryginalne w wersji niemieckiej, bo mam niższy głos. Musiałem sobie poradzić falsetem. Nagrałem to szybko, w zasadzie na próbę, żeby pokazać, że to nie moja tonacja, ale nie udało mi się ich przekonać, że nie pasuję (śmiech). Spodobało się i tak zostałem Pszczołą. „Chałupy Welcome to” też zaśpiewałem przez przypadek i stały się przebojem głównie przez teledysk z golizną. W propozycji Mitchów z kolei spodobało mi się to, że oni przestali mnie traktować jako piosenkarza popularnego. Macio Morettiego pewnie by szlag trafił, jakbym chciał z nimi na scenie wykonać „Pszczółkę Maję”. Te piosenki mają swoje miejsce, ale nie w tym projekcie. Powracając do debiutu po 40 latach, musiałem go się na nowo nauczyć, nie pamiętałem tych numerów. To jest fajnie zagrana muzyczka, bez nadęcia, przebojowa, ale wtedy praktycznie w ogóle nie była wylansowana. Okazało się, że teraz przyszedł na nią czas.

Wodecki_Mitch

Na okładce płyty „1976: A Space Odyssey” w ogóle nie widać pana twarzy. To celowy zabieg, by podkreślić tutaj znaczenie całego zespołu?

To był znakomity pomysł Macia Morettiego. Pomijając fakt, że w moim wieku najlepiej wychodzę na zdjęciach tyłem, to pokazuje to kwintesencję naszej współpracy. Liczy się tu cały zespół, nie tylko Zbigniew Wodecki. A warto podkreślić, że to bardzo dziwni ludzie. Nie jedzą mięsa, nie palą, nie piją, przynajmniej niektórzy (śmiech). A przy tym olewają popularność, spełniają się w wielu dziwnych, bardzo alternatywnych projektach dla wąskiego grona odbiorców. Im nie chodzi o pieniądze i pewnie też dlatego tak dobrze mi się z nimi gra.

Dlaczego w PRL-u, przez okres ponad 20 lat kariery, nagrał pan tylko dwie solowe płyty? Nikt ich wtedy nie chciał?

Chciałem być znanym piosenkarzem, ale czułem, że to nie do końca jest mój czas, że jestem za bardzo romantyczny i może to zabrzmi nieskromnie, ale za bardzo wykształcony muzycznie. Od piątego roku życia siedziałem w filharmonii i słyszałem, jak ojciec gra Bacha, Beethovena, Szymanowskiego, Czajkowskiego. Potem przez kilka lat w szkole muzycznej w Krakowie sam codziennie grałem repertuar klasyczny. Musiałem zagrać dyplom na skrzypcach, udało mi się wykonać Karłowicza, romantyczny koncert na skrzypce. Bardzo trudny, a zagrałem go z wyróżnieniem. W tym samym niemal czasie jeździłem po świecie, grając z Ewą Demarczyk, z Anawą, w Piwnicy pod Baranami. Z jednej strony była cyganeria krakowska, a z drugiej paryska Olimpia. Targały mną sprzeczne emocje. Tu gram Karłowicza, Paganiniego, a obok mam zaśpiewać parę ładnych piosenek. To nie zabrzmi odkrywczo, ale jest różnica między zaśpiewaniem zwrotki i refrenu a „Kaprysem 9” Paganiniego. Można go ćwiczyć całe życie i nigdy dobrze nie zagrać. Miałem rozterki, bo zależało mi, żeby te moje pierwsze kompozycje były dobre, żeby koledzy, wybitni muzycy, się ze mnie nie śmiali. Tak jak potem nie czułem się dobrze z tym, że zaśpiewałem „Pszczółkę Maję” i na tym zarabiałem dużo więcej niż moi koledzy z orkiestry. Dzisiaj jestem nareszcie w sytuacji, w której nie muszę się starać komuś przypodobać, tylko chcę nauczyć publiczność słuchania tego, co mi się podoba. Dzięki temu czuję się potrzebny.

wodecki2

Powiedział pan jakiś czas temu, że jest tylu fantastycznych młodych muzyków nagrywających płyty, że pan postanowił sobie odpuścić. Niedawno się to jednak zmieniło. Pracuje pan nad nową płytą.

Pomyślałem sobie, że skoro sukces odniosła płyta nagrana 40 lat temu, to może na kolejny nie warto czekać drugie tyle, że teraz uda się wcześniej (śmiech). Mam masę pomysłów, do tego genialnych instrumentalistów. Chcę z tego skorzystać. Postanowiłem sobie trochę ułatwić pracę i nagrać płytę z numerami, które same będą niosły, żeby się ludzie dobrze bawili, ale nie rezygnować przy tym ze znakomitych aranży i wybitnych muzyków. To świetny zestaw, bo w pewnym sensie gwarantuje, że jak wychodzisz na scenę, to wiesz, że ta muzyka musi zadziałać. A jak nie, to znaczy, że publiczność jest mało muzykalna (śmiech). Z jednej strony cieszę się, że po ponad 40 latach wrócił mi luz grania. Z drugiej strony czuję w sobie jakieś posłannictwo. Wychodząc na scenę, chcę pokazać ludziom, że to są skrzypce, nie skrzypki, jak się gra fugę, że Bach był tak naprawdę jazzmanem. Uważam, że strasznie się zapuściliśmy w nauce słuchania muzyki. Jest duża przepaść między artystami a odbiorcami, dlatego ci pierwsi często zaniżają swoje umiejętności. To zresztą dzieje się nie tylko u nas. Na szczęście są jaskółki zmian, płyta z Mitchami pokazuje, że ludzie chcą słuchać muzyki. A tego trzeba się uczyć, tak jak oglądania obrazów, żeby odróżnić Bruegla od jelenia na rykowisku. Jak to się mówi: „trzeba poszerzać wachlarz doznań”. Uczyć powinni zresztą nie tylko artyści, ale też media, telewizja powinna kształcić ludzi. Kilka razy w tygodniu powinien być pokazywany taki występ, jak koncert niemieckiego big-bandu radiowego WDR Big Band z gdańskiego festiwalu Solidarity Of Arts z zeszłego roku. Zespół, która tak gra, to najlepszy pokaz muzycznych możliwości. Ja też się przecież przez lata uczyłem muzyki. Przed dłuższy czas byłem fanem zespołów typu Chicago czy Blood, Sweet & Tears (w tym momencie pan Wodecki zaczyna śpiewać, a w zasadzie naśladować instrumenty z jednej z piosenek Chicago). To się zmieniło, kiedy pewnego razu zachorowałem na trasie. Kolega zostawił mi kasetę big-bandu nieżyjącego już puzonisty niemieckiego Petera Herbolzheimera. Miałem anginę, zapaliłem więc sporta, wypiłem piwo i tego posłuchałem. Fascynowało mnie, jak kilkadziesiąt osób może razem grać. Jaką oni mają świadomość wspólnej kreacji. Tak też poczuliśmy się z Mitchami.

Wiele zaszło zmian w ciągu kilkudziesięciu lat pana grania. Jakie widzi pan najważniejsze?

Zawsze ważna była świadomość tego, co się robi i żeby nie było wstydu. Tego mnie nauczyło granie na skrzypcach. Mam nadzieję, że tak samo mają muzycy dzisiaj. Oczywiście teraz „prostuje” się wszystko komputerem, przed laty trzeba było działać w zespole, nie liczyć na poprawki technologiczne. Żeby śpiewać, trzeba było po prostu umieć śpiewać. Teraz niekoniecznie będąc wybitnym muzykiem, ale znając się na technice, można tworzyć. Teoretycznie każdy może nagrać płytę. Gdyby Wagner miał takie możliwości, jakie są dzisiaj po wciśnięciu jednego klawisza, toby oszalał. Na szczęście jest też dużo fajnej muzyki i dużo młodych ludzi, którzy są artystami, ale widzę, że ciężko im się żyje. Szczęście, że mają gdzie grać. Jeżdżąc jako dziewiętnastolatek z Ewą Demarczyk pod koniec lat 60., występując w Kolonii, Hamburgu czy Paryżu, czułem inne zapachy, wdziałem inne sklepy, ale przede wszystkim sale koncertowe. Zazdrościliśmy im. Teraz my mamy najpiękniejsze sale na świecie. Wielu ludzi bało się, komu takie sale jak NOSPR w Katowicach są potrzebne, że nikt nie będzie przychodził. Powstały i są zabukowane na kilka miesięcy, nie ma miejsc. Ludzie potrzebują sacrum artystycznego. Dogoniliśmy pod tym względem Zachód. Przed laty, grając w takich miejscach na świecie, nie sądziłem, że będę grał w podobnych albo i lepszych w Polsce, i to przy wypełnionych salach. Tak było z Mitchami we wspomnianym NOSPR.

A propos technologii. Ma pan cały czas swój słynny mały kalendarzyk, nie korzysta z komputerów przy planowaniu koncertów?

Oczywiście. (Wodecki wyciąga z kieszeni mały, pogięty kalendarzyk i przewraca zapisanymi kartkami). Bogu dziękować wypełniony.

Był czas, kiedy ten kalendarzyk bywał pusty?

Tak, kiedy rozwiązałem umowę z Radiokomitetem i bojkotowało się telewizję po stanie wojennym. Pojechałem do Poznania i tu popełniłem błąd ideologiczno-socjalny, bo rozwiązałem umowę za obopólną zgodą, nie dałem się wyrzucić. Stałem się człowiekiem wolnym, co znaczyło, że nie musiałem występować w ramach etatu. To nie było łatwe, bo były z tego, nieduże, ale jednak, pieniądze, a miałem na utrzymaniu rodzinę. Ale Bogu dzięki grałem tak zwane chałtury, czy dzisiaj byśmy nazwali joby, i to z wybitnymi artystami. Pieniędzy nie było z tego dużych, ale przynajmniej sporo śpiewałem. I całe szczęście, wciąż mogę to robić.

gadcd044-COVER-600-wpcf_571x571

Pszczółka Maja | Karel Svoboda | GAD Records
Z serialem o Mai, Guciu i innych małych bohaterach najbardziej kojarzony jest u nas utwór tytułowy Zbigniewa Wodeckiego. Jak pokazuje jednak właśnie wydany soundtrack z tej telewizyjnej serii, muzycznie „Pszczółka Maja” miała dużo więcej do zaoferowania. Poza znakomitymi wokalizami Wodeckiego (także w „Piosence Konika Polnego”) i polskim wkładem w soundtrack, czyli „Piosenką Gucia” z tekstem Wojciecha Młynarskiego w wykonaniu Jana Kociniaka, jest tu ponad 20 doskonałych instrumentalnych tematów muzycznych Karela Svobody. To pokaz kunsztu jednego z najpopularniejszych czeskich kompozytorów, porównywanych do naszego Andrzeja Korzyńskiego.

Płyta ukazała się w limitowanym nakładzie 500 sztuk. Więcej info TUTAJ

Otagowane , , , , ,

Kabareciarze na taśmie

Czas powrócić do naszej kolekcji kaset magnetofonowych. Tym razem cztery przykłady taśm kabaretowych.

kabarety

To przykłady bardzo różne, które dobrze pokazują, że w latach 80 i 90 kabaretów na kasetach wychodziło mnóstwo, głównie pirackich oczywiście, i cieszyły się ogromną popularnością.
Ot taki Bohdan Smoleń i Zenon Laskowik.

kabarety3

Znalazł się tu występ z festiwalu w Opolu z 1980 roku. Jest to akurat kaseta oryginalna, wydana przez Polskie Nagrania. Obok wymienionych satyryków wystąpili m.in. Hanna Banaszak i Zbigniew Wodecki. Pamiętam, że „Z tyłu sklepu, czyli benefis Zenona Laskowika” katowałem przez wiele nocy. Niestety to już się nie powtórzy. Na kasecie, jak widać po naklejce, a raczej kawałku plasterka, ktoś nagrał relację z wizyty Papieża na Jasnej Górze…

kabarety1

Kolejna kaseta to także oryginał, tym razem wydana przez warszawski Wifon. To Piosenki Kabaretu „Jeszcze Starszych Panów” Przybory i Wasowskiego. Co ciekawe, także pochodzą z 1980 roku. Wśród wykonawców znaleźli się tacy mistrzowie jak Bogdan Łazuka, Kalina Jędrusik czy Wiesław Gołas.

kabarety4

Wifon (po adresie widać, że mieścili się w budynku Telewizji Polskiej) to wydawca także kolejnej mojej kasety, zapisu dzieł kabaretu Dudek. Tu kolejne wielkie nazwiska: Tym, Młynarski, Dziewoński, Gołas, Kobuszewski. Kaseta pochodzi najprawdopodobniej z końca lat 70.

kabarety2

Na koniec kaseta już ewidentnie z lat 90, najmniej ciekawa w zestawie. Oto wydawnictwo Gamma i „Przychodzi baba do lekarza”. To już nie było śmieszne…

Otagowane , , , , , ,

Jakość soulu

Charakterystyczne M z logo wytwórni Motown przez kilkadziesiąt lat, dokładnie od lat 60 do w zasadzie końca 80 było synonimem najwyższej jakości muzyki, przede wszystkim soulowej, afroamerykańskiej. Nie ma sensu przybliżać tu historii tej wytwórni. I tak nie zrobię tego lepiej niż znajdziecie na ich stronie: classic.motown.com/history

motown4

Wystarczy wymienić kilku artystów, którzy nagrywali dla labelu z Detroit: Stevie Wonder, The Supremes, The Temptations, Marvin Gaye, The Jackson 5, Diana Ross czy Michael Jackson.

Piszę o niej nieprzypadkowo. Dział kasetowy BufetPRL powiększył się bowiem o taki piękny zestaw.

motown5

W 1980 roku wytwórnia wypuściła wyjątkową składankę „The Golden Sound Of Motown” zbierającą najważniejsze dokonania swoich artystów. Na 8-płytowej składance znalazło się kilkadziesiąt kompozycji z różnych lat. Została też wypuszczona wersja na 8 kasetach. Taką właśnie ostatnio zdobyłem. Opakowanie wygląda tak naprawdę jakby w środku były winyle. A są kasety z szałowymi, dyskotekowymi okładkami.

motown1  motown

Do 7 kaset w stylu the best of dołożona została tu 8 „The New Sound Of Motown” z nowymi błyszczącymi gwiazdami, jak Dr. Strut czy Smokey Robinson. No dobra, ten ostatni nie do końca może spełniał te wymagania, bo od kilku dekad śpiewał i wydawał dla… Motown. Nie zmienia to faktu, że numery są genialne na każdej z kaset.

motown2

Jak widać na zdjęciu, do każdej z nich zostały dołączone opisy o artystach.

Zestaw zawiera też specjalną wkładkę informującą o najwyższych standardach nagrania.

motown3

To nie pozostaje nic innego jak odpalić naszego pięknego Grundiga i słuchać…

magneciak2male

Otagowane , , ,

Panie w niebie i przygoda z radiem

Dziś na blogu dwie książki, które w dużej mierze odnoszą się do epoki PRL.

Zacznijmy od bardzo ciekawej opowieści o stewardesach Anny Sulińskiej, „Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u”. Dużo tu historii polskiego lotnictwa, LOT-u. Poruszaliśmy już parę razy ten temat. Chociażby przy okazji takiej wyjątkowej torby LOT z naszej kolekcji.

torba1

Więcej o niej, a także historii logo przeczytacie TUTAJ.

O logotypie pisaliśmy też TUTAJ, przy okazji opowiadania o naszym albumie z logotypami i znakami różnych firm.

albumlogo5

Wróćmy jednak do opowieści o stewardesach….

Pierwsza była Zofia Glińska. Walcząca w Powstaniu Warszawskim, znała francuski i rosyjski, obdarzona ogromnym poczuciem humoru. W Locie pracowała jeszcze przed wojną, jako referentka w biurze rozrachunków w dziale zagranicznym. Wiosną 1945 roku ponownie zgłosiła się do odbudowywanego z ruin LOT-u. W coraz dynamiczniej rozwijającym się przemyśle lotniczym funkcję pomocnicze pasażerom podczas lotów, a nawet reprezentacyjne, pełnili wtedy… mechanicy pokładowi. Kierownictwo szybko dostrzegło jednak potrzebę wyszkolenia specjalnego personelu, zadanie zostało powierzone właśnie Glińskiej. Na pierwsze sześć wolnych miejsc pracy jako stewardesa zgłosiło się 300 kandydatek. W sierpniu 1945 roku doszło do pierwszego lotu LOT-u ze stewardesą.

wniebowziete

Zawód rozwija się równie szybko jak sama linia lotnicza. Panie zrzucają kombinezony lotnicze, zakładają garsonki i ruszają do obsługi pasażerów w samolotach, w których można było nie tylko palić, lecz nawet otwierać okna. O tym, jak ten zawód zmieniał się na przestrzeni lat i jak zmieniały się same stewardesy, Anna Sulińska opowiada w swojej książce poprzez historie stewardes, z którymi udało jej się porozmawiać. Początkowo niechętne autorce stopniowo otwierają się, choć nie zdradzają wszystkiego. Sulińska ciekawie opowiada też o tym, jak ten zawód przełożył się na ich życie prywatne, zachowanie, jak dziś, kilkadziesiąt lat po rezygnacji z pracy, nie wyzbyły się pewnych nawyków, na przykład podawania herbaty. Są tu opowieści o testach, jakie musiały przejść kandydatki na stewardesy (dramatyczny test lotu samolotem podczas imitacji turbulencji). O ich prześwietlaniu przez służby bezpieczeństwa, szmuglowaniu różnych towarów, najbardziej zaskakujących pasażerach (jedna pani chciała w trakcie lotu wysiąść, bo jak powiedziała: „Muszę wysiąść z tego autobusu i do Sokółki jechać krowę przepalikować”), wreszcie dramatycznych chwilach ze stanu wojennego czy ucieczkach na Zachód. Z jednej strony była to praca, o której marzyły tysiące dziewczyn, a otoczenie bardzo jej zazdrościło. Z drugiej – była bardzo ciężka, wyczerpująca fizycznie i psychicznie.
Książka, co prawda niewyczerpująca tematu, wydaje się doskonałym podkładem pod pasjonujący serial telewizyjny.
Tekst o książce Sulińskiej ukazał się najpierw w książkowym dodatku „Kultura DGP”.

decybelowy

Kolejna bardzo ciekawa książka to „Decybelowy obszar radiowy” Wojciecha Lisa. To opowieść o kultowych audycjach radiowych (głównie lat 80 i 90) spisana na podstawie rozmów autora z najważniejszymi postaciami polskiego radia. Są tu Marek Wiernik, Paweł Sito, Filip Łobodziński, Marek Niedźwiecki, Walter Chełstowski czy Marek Gaszyński. Książka pełna anegdot i osobistych opowieści najfajniejszych radiowców.Wspomina się tu najważniejsze audycje muzyczne w historii radia: Cały Ten Rock (Prowadzący: Marek Wiernik i Roman Rogowiecki), Metalowe Tortury (Roman Rogowiecki, Wojciech Mann, Krzysztof Wacławiak), Demo Top (Filip Łobodziński), Radio Clash (Maciej Chmiel, Filip Łobodziński, Hirek Wrona, Grzegorz Brzozowicz), Muzyka Młodych (Marek Gaszyński) czy Zadzwońcie po milicję (Maciej Chmiel i Robert Tekieli). A propos tej ostatniej ciekawy epizod wspomina w książce Paweł Konjo Konnak:
„Słynny wywiad z Ciccioliną przeprowadziłem ja i Zbyszek Sajnóg w Budapeszcie, w kwietniu roku 1989, podczas XXXV Kongresu Transnacjonalnej Partii Radykalnej, której to Cicci była ognistą aktywistką. Ten Kongres to było takie symboliczne zniesienie żelaznej kurtyny, gdyż od czasów drugiej wojny światowej żadne państwo komunistyczne nie wpuściło do siebie na takie zgromadzenie polityków z Europy Zachodniej. A Partia Radykalna swoją centralę miała we Włoszech i stąd niecodzienność tego wiekopomnego zdarzenia. Do Budapesztu Totart wyjechał na zaproszenie kolegów z pacyfistycznego ruchu Wolność i Pokój, który od dłuższego już czasu wymieniał się z aktywistami Partii Radykalnej swoimi szlachetnymi idejkami. Wraz z nami w tej internacjonalistycznej operacji uczestniczyło z Polski kilkudziesięciu fighterów WiP, anarchistycznego Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego, akcjoniści stołecznej formacji Praffdata i kilku niezrzeszonych świrów”.

Krótko mówiąc to kawał historii, nie tylko polskiego rocka.

Te polecenia, jak każde inne są u nas bezinteresowne. Nie korzystamy na nich w żaden sposób finansowo, materialnie, barterowo itp… Polecamy, bo po prostu uważamy, że są warte uwagi 🙂

Otagowane , , , , , ,

Gazeta Harcerska

Królowały w nim kolorowe komiksy, ukazywał się 3 razy w tygodniu, nie brakowało opowieści o hollywoodzkich gwiazdach czy zespołach popowych i rockowych. Tak zapewne pamiętają „Świat Młodych” dzisiejsi 40-latkowie. Był jednak czas, kiedy ta gazeta była szarobura i królował w niej Lenin. I nie chodzi tu o okres stalinizmu, a o lata dużo późniejsze. Dowodem ten egzemplarz gazety harcerskiej, który wpadł do naszej kolekcji.

swiatm1

Pochodzi ze stycznia 1970. Napis „Harcerska Gazeta Nastolatków” i kolorowa szata pojawiła się kilka lat później. Nie będę tu przytaczał historii „Świata Młodych”, bo wiele informacji można znaleźć w sieci, chociażby na ciekawej stronie Centrum Informacji o „Świecie Młodych” TUTAJ.

Skupmy się na tym numerze. Redaktorem naczelnym był wtedy Jerzy Majka, a gazeta ukazywała się we wtorki i czwartki (później również w sobotę). Pierwsza strona tego numeru informuje o najważniejszym tekście, a w zasadzie akcji redakcji. To konkurs pod hasłem Lenin.

swiatm

A dokładnie chodzi o turniej wiedzy pod hasłem „Lenin – Kraj Rad – Organizacja Pionierska im. W. Lenina”. Konkurs ruszał w przeddzień 46 rocznicy Lenina. Jego bohaterem jest oczywiście… Lenin. Jak informuje redakcja uczestnikiem może być każdy harcerz lub harcerka. Trzeba się jednak zgłosić do komisji turniejowej w szkole. Zadania nie są łatwe, trzeba na przykład podać nazwisko ojca Włodzimierza. Warto jednak było się postarać, bo nagrody były atrakcyjne: wyjazd do ZSRR na Międzynarodowy Obóz Pionierski, tranzystorowe aparaty radiowe (śmiesznie, że nie używano po prostu nazwy radio), zegarki na rękę, aparaty fotograficzne, piłki do siatkówki i bony książkowe po 40zł każdy.

swiatm3

Jak widać, w naszym egzemplarzu ktoś umieścił nawet kilka odpowiedzi. Na szczęście jednak nie samym Leninem żył ten numer „Świata Młodych”. Jest na przykład opowieść o odbudowie Warszawy. Mówi o niej inż Jadwiga Czerwińska, która wspomina m.in.: „Cały Naród Buduje Swoją Stolicę – było to jedno z najpiękniejszych i najpełniej zrealizowanych haseł, jakie widziała Warszawa”. Gazeta podaje też ciekawe dane. Otóż w 1970 roku stolica liczyła 1.300 tysięcy mieszkańców.

Obok jest z kolei opowieść o spektaklu „Dziś do ciebie przyjść nie mogę” z żołnierskimi piosenkami w roli głównej. Przygotował go Teatr Klasyczny w Warszawie (mieścił się w Pałacu Kultury, w miejscu dzisiejszego Teatru Studio), a na jednym ze zdjęć widać aktora Marian Opanię, który „dramatycznie odtwarza piosenkę Serce w plecaku”.

swiatm4

Kolejna rozkładówka to już opowieść kryminalna „Bardzo Straszna Historia”. To fragment książki radzieckiego autora Anatolija Aleksina. Obok wiele ciekawostek. Przede wszystkim Rewia Mody „Świata Młodych”. Jak pisze redakcja: „w odpowiedzi na liczne prośby chłopców zamieszczamy dziś modele męskich ubrań, w których chodzi się od rana do wieczora, każdego powszedniego dnia”.

Jest też dział „Ciekawe !”. Dowiadujemy się z niego, że w USA i krajach Europy Zach. obserwuje się ogromny renesans rowerów. Poza tym znajdziemy opowieść o najlepszych polskich sportowcach 1969 roku w plebiscycie „Przeglądu Sportowego”. Na pierwszym miejscy znalazł się ciężarowiec Waldemar Baszanowski. Dalej chociażby Kazimierz Dejna, Włodzimierz Lubański, Ryszard Szurkowski, Edward Jancarz czy Wilhelm Kubica (mistrz Europy w ćwiczeniu na koniu z łękami).

swiatm5

No to przejdźmy wreszcie do ostatniej, najbardziej rozrywkowej strony. Ta wypełniona jest ciekawostkami. Jest wirówka (nagrody to bony książkowe), są gołąbki, wiewiórki i „śmieszne nazwy”. Wiedzieliście, że w Kanadzie płynie rzeczka Ha Ha, są też jeziora Wielkie Ha Ha i małe Ha Ha…

swiatm2

Bywało więc zabawnie, ale ogólnie to większość materiałów była dość przerażająca, na szczęście w połowie lat 70 już się to zmieniło.

I jeszcze ciekawa rzecz, cały ten „Świat Młodych” jest w zasadzie jednym wydrukiem. Wszystkie strony są na jednej kartce, rozkładówce. Żeby można było czytać jak gazetę trzeba było porozcinać strony u góry. W tamtych czasach nie było to nic wyjątkowego.

Otagowane , , ,
Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij