Umówmy się, są urządzenia przydatne, ale są też po prostu piękne. Ten nowiutki ciśnieniomierz taki właśnie jest. Opakowanie czy raczej torebka jest niepozorna.
Ale jak pięknie jest dalej! Nowiutka sztuka, z całym wyposażeniem, instrukcją, no nic, tylko mierzyć!
Zestaw otrzymany od przyjaciela jest nowiutki. Ma wszystkie elementy i jak dla mnie mógłby po prostu stać na półce jako piękny gadżet. No popatrzcie.
Elektronika IAD-1 to mistrzostwo prostego, ale też funkcjonalnego dizajnu. No i do tego jest instrukcja!
Dowiaduję się z niej, że prawdopodobnie pochodzi z 1989 roku, przynajmniej najpóźniej z tego roku. Jest w niej też kilka innych przydatnych informacji i rysunków…
Dziś skarb telefoniczny i nie do końca z PRL. Od przyjaciela ze Słupska dostałem bowiem takie cudo.
Ten wyjątkowy telefon służył w słupskim zakładzie fryzjerskim, na głównym deptaku Wojska Polskiego. Znalazł się tam w latach 90., jeszcze zanim komórki stały się częścią naszej rzeczywistości.
Telefon służył pracownikom zakładu, wtedy dzwoniło się po przekręceniu kluczyka. Mógł też służyć klientom, wtedy trzeba było wrzucić taki żeton.
Zdarzało się również, że po prostu ktoś z zewnątrz wchodził by skorzystać z automatu.
Jak widać telefon był już na guziki, z boku miał pojemnik, do którego wpadały niezaakceptowane żetony, a z dołu wysuwaną szufladkę na żetony.
Ja w tamtym czasie korzystałem z automatów ulicznych. Pamiętam jeden wyjątkowy. Był zepsuty i można było z niego dzwonić bez żetonów. Co tam się działo…
Są przedmioty sprzed lat, które są kuriozalne, są skarby brzydkie, ale są też te przepiękne. Jakoś ta harmonijka ustna – dla mnie – należy do tych ostatnich.
Podobno szybko się psuły i rozstrajały, ale harmonijki z Częstochowskiej Fabryki Artykułów Muzycznych Melodia ładne są. Zresztą te zakłady produkowały też na przykład instrumenty dla dzieci (małe, plastikowe saksofony, flety). Ale to miała być przykrywka, bo w tych zakładach produkowano również granaty.
W każdym razie ja też się bawiłem taką harmonijką jak byłem dzieciakiem. Nigdy jednak nie nauczyłem się grać.
Ten egzemplarz, nazwany „Ballada”, nie był chyba używany, bo nie ma nadgryzień na plastikowym elemencie. Instrument ma osiem kanałów, no i jest w oryginalnym opakowaniu. No i ta grawerka w westernowym stylu. Jak dla mnie bomba!
No dobra, może tytuł jest nieco na wyrost, ale kurczę ten film naprawdę miał być wydarzeniem. Nie tylko w polskiej kinematografii.
Była połowa lat 70. George Lucas realizował pierwszą część „Gwiezdnych Wojen”. Z kolei Andrzej Żuławski powrócił do Polski. Był po sukcesie „Najważniejsze to kochać” z Romy Schneider. Nad Wisłą rok po roku realizowano wielkie i doceniane na zachodzie produkcje: „Noce i dnie”, „Potop”, „Ziemia obiecana”. Żuławski dostaje zielone światło na realizację książki swojego stryjecznego dziadka. Jesteśmy już po locie na Księżyc, Hermaszewski był w kosmosie, a temat podboju kosmosu jest omijany w polskiej kinematografii. Żuławski rozpoczyna więc realizację oczekiwane filmu „Na srebrnym globie”. Film jest przy okazji rodzajem psychoterapii dla reżysera po rozstaniu z Małgorzatą Braunek.
W superprodukcji grają m.in. Andrzej Seweryn, Jerzy Trela, Grażyna Dyląg. Kilkanaście miesięcy bardzo ciężkich zdjęć, m.in. na plaży, w kopalni w Wieliczce. Milionowy budżet, niesamowite scenografie, charakteryzacje. Zapowiada się arcydzieło. Ale w pewnym momencie szef kinematografii zatrzymuje projekt. To niespotykana decyzja. Uderza w samego Żuławskiego, który ponownie wyjeżdża z Polski, a film „Na srebrnym globie” ląduje w szafie. Na 10 lat. Potem do nakręconego materiału reżyser powraca i kończy go w nietypowy sposób. Na sukces jest już jednak za późno. Za to film żyje w legendach. I teraz powrócił do niego Kuba Mikurda w dokumencie „Ucieczka na srebrny glob”. To fantastyczna opowieść o kulisach powstawania, okolicznościach, ówczesnej rzeczywistości, samym Żuławskim.
Są w nim wypowiedzi twórców „Na Srebrnym globie”, syna reżysera Xawerego. No i są zdjęcia z planu tej wyjątkowej produkcji. Właśnie z Wieliczki albo z plaży, z niesamowitej sceny z postaciami wbitymi na pale. Trochę to wszystko wygląda jak połączenie „Gwiezdnych Wojen”, „Mad Max” i „Łowcy androidów”. Niesamowita rzecz. Polecam sam dokument oraz oryginalny film. Takie rzeczy w PRL trudno sobie wyobrazić, a jednak…
Różne mam bilety w kolekcji. Lotnicze, kolejowe, na igrzyska olimpijskie, bilet wejścia na taras widokowy na lotnisku…
Tak, biletów trochę mam. Ale do tej pory nie miałem kasownika! Aż przyjaciel podarował mi taką starą sztukę. Piękny!
Nie będę ukrywał, że ja takimi to nie kasowałem. Znaczy nie pamiętam. W moich wspomnieniach są taki metalowy, wąski, w który wsuwało się bilet. Oraz taka plastikowa puszka, wyglądająca jak twarz. Oba były produkowane w Mielcu. Natomiast ten, zwany „jednorękim bandytą”, to metalowy potwór. Używany w komunikacji miejskiej, autobusach i tramwajach, w latach 70.
Wsadzało się bilet od góry i wajchą kasowało. Taka mechaniczna konstrukcja. W cholerę ciężki, ale fakt. Nie za bardzo było się co tu zepsuć.
Były wygodne szerokie fotele z oparciami, stoliczek. Przyciemnione światło. Na uszach słuchawki, a w nich muzyka z katalogu CD, dostępnego na miejscu. Miejska biblioteka działała w moim rodzinnym Słupsku w zabytkowym kościele, o którym pierwsze wzmianki pochodzą z XIII wieku. Zresztą do dziś tam jest, w centrum miasta, tuż obok kina Millenium. Oprócz tysięcy książek miała ten cenny katalog. A płyt CD można było posłuchać na miejscu, właśnie na tych wygodnych fotelach, wypożyczyć do domu na jeden dzień albo poprosić o przegranie na miejscu. Tak jest – przegranie. Wystarczyło przynieść czystą kasetę, a na drugi dzień odbierało się nagraną wybraną płytę. Tak moją kasetotekę zasiliły płyty U2, H-Blockx i Michaela Jacksona – takie krótkie wspomnienie wyjątkowego kulturalnego miejsca przywołuję w swojej książce „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.”.
Ostatnio wspomnienie wróciło do mnie, po tym jak odwiedziłem nowe miejsce na kulturalnej mapie warszawskiego Muranowa. Otóż w Mazowieckim Instytucie Kultury otworzyła się Czytelnia Słów i Dźwięków Elektra.
Elektra przywołuje wspomnienia, bo znajduje się w nim miejsce do odsłuchu płyt. Póki co winylowych, ale wkrótce ma być możliwość odsłuchu kaset.
Miejsce ma super klimat. A kolekcja winyli, to nie jedyna rzecz, z której można korzystać. Masa komiksów do czytania (sporo nowości), książek, albumów, do tego trochę kaset magnetofonowych i vhs. Kolekcja, która na pewno będzie się rozrastać.
W tym super miejscu odbywają się też różne spotkania, pokazy. Ostatnio na takim byłem. Była to warszawska premiera filmu dokumentalnego „Tłocznia Pronit 1957-1991”. To legendarne miejsce, w którym produkowano masę winyli. Choć fabryka powstała przed wojną jako producent prochu. Po wojnie produkowano tam wiele innych rzeczy, na przykład kleje, ale to właśnie z płyt zasłynęła firma. Niestety na przełomie dekad 80. i 90. upadła.
W Pronicie tłoczono płyty też dla innych wydawców, chociażby Tonpress, PolJazz, Wifon, Polskich Nagrań. Dokument ciekawie przedstawia historię zakładu, choć myślę, że za dużo w nim czysto historycznych informacji, a za mało dynamiki, a przede wszystkim wypowiedzi pracowników firmy. Ale i tak warto go obrzejrzeć. Można dowiedzieć się kilku zaskakujących ciekawostek. Jak choćby ta, że żeby uniknąć szumów i trzasków w negatywach płyt, w procesie galwanizacji dodawano… białka z jajek.
Wracając do samej Elektry. Na pewno będę tam zaglądał i zachwycał się chociażby takimi plakatami. A może coś sam tam zorganizuję… zobaczymy.
Ja najbardziej pamiętam ją z wycieczek autobusowych z podstawówki. Graliśmy godzinami próbując poderwać dziewczyny z klasy. No nie wychodziło to za dobrze, ale „Flirt” to była podstawa takich wyjazdów. Po jednym ze spotkań autorskich trafił do mnie taki piękny okaz tej gry karcianej sprzed lat.
Początkowo myślałem, że to okaz z pierwszych lat PRL. Znalazłem jednak informację, że ten „Flirt” pochodzi z przełomu lat 30. i 40. XX wieku. Fakt, że grafika może na to wskazywać. Grę wyprodukowano w jednej z łódzkich drukarni.
Jak podaje informacja na opakowaniu, są tu wplecione wątki literackie. I tak na pierwszej karcie (z 30) jest fragment wiersza Marii Konopnickiej „Do kobiety”. Są też ciekawe określenia powiedzmy „retro”, na przykład: „Fajtłapa!”, „Kukułeczko, panieneczko, ile lat do mego wesela?”, „Dostaniesz po łapach”.
Ale pomijając retro teksty, to spójrzcie na sam projekt. Jakie to jest piękne graficznie!
Umówmy się, to jedno z najważniejszych miejsc każdego miasteczka. Obok baru piwnego oczywiście.
Tak, przystanek PKS. Musiał też powstać na mojej makiecie H0 w stylu PRL – więcej o niej w zakładce „Makieta H0”.
Do budowy samego przystanku wykorzystałem elementy pozostałe z różnych modeli. Zaczęło się więc od tego:
Z kolei miejsce na makiecie wyglądało tak:
Wiem, tu nie wszystko jest doskonałe, nie wszystko jest też jeszcze gotowe. Oczywiście można kupić gotowe przystanki. No ale jednak najfajniejsza zabawa jest przecież jak się samemu złoży.
Sam zbudowałem wiatę, ale budynek barowy złożyłem z gotowca. Choć trochę go podrasowałem. Zrobiłem znaczek PKS, menu, daszek itp.
Jak widzicie jest też rozkład jazdy (prawdziwy!), klomb z kwiatami, ławka, płot, śmietnik, skrzynka na listy, no i pan Janusz z buteleczką ulubionego napoju. A pksowy bar oferuje m.in. kawę, herbatę, kiełbasę, no i piwo.
Był emitowany raz w tygodniu. Eksperymentalny na polskim rynku był sposób realizacji serialu. Dziennie kręcono kilka scen w tym samym obiekcie, do kilku odcinków. Sceny realizowano przy użyciu paru kamer. Była to trochę praca jak na taśmie produkcyjnej. Na wzór bardzo popularnej także w Polsce „Dynastii” odcinki kończono zawieszeniem akcji w dramatycznym momencie. Paweł Karpiński w książce Piotra K. Piotrowskiego „Kultowe seriale” zdradził, że niektórzy wybrani już aktorzy rezygnowali tuż przed zdjęciami, bo byli niepewni, co z tego wyjdzie. A wyszło tak dobrze, że kilku aktorów zbudowało na serialu swoją popularność, na przykład Dariusz Kordek. Widzowie tak utożsamiali aktorów z granymi przez nich bohaterami, że Dorota Kamińska, która w filmie uwodzi żonatego Marka Kondrata, słyszała na ulicy obraźliwe słowa od fanek telenoweli. W szczycie oglądalności przed telewizorami zasiadało nawet 16 milionów widzów. A początek serialu zawsze zaczynał się charakterystyczną piosenką. O jakim serialu mowa?
Oczywiście chodzi o „W labiryncie”. Pretekstem do wspomnienia o tym serialu z przełomu lat 80. i 90. jest właśnie muzyka. A konkretnie nowe wydawnictwo doskonałej wytwórni, która przywraca do życia polską muzykę sprzed lat, czyli GAD Records. Teraz przyszedł czas na ten serial.
Jest tutaj łącznie aż 27 tematów, w tym jeden dostępny wyłącznie na kasecie. Najbardziej znane wokalizy śpiewa tu Grzegorz Markowski, a za muzykę odpowiada Krzysztof Marzec. Tak, to ten Krzysztof, kompozytor i słynny pan z Tik-Taka. Tu przygotował zestaw wspaniałych elektronicznych tematów. Pod doskonałymi tytułami! Mój ulubiony to „Hot Dog (Is Sexy)”, ale są też „Spoko”, „Bibi”, „Podejście Grażyny” (napisane z błędem-to biały kruk :), „Wesoły Bączek” i „Smutny Bączek”.
Materiał ukazał się na kasecie w wersji limitowanej (już niedostępny) oraz na CD. Przygotowywana jest wersja na winylu.
Doskonałą muzykę uzupełnia tu super grafika na okładce oraz tekst w książeczce autorstwa Olgi Drendy. Nic tylko czytać, słuchać, no i oglądać!