Łódzki Widzew, gdańska Zaspa, poznańskie Osiedle Kopernika, Wrocławska Wielka Płyta, warszawski Ursynów (ten z „Alternatywy 4”) – „wielką płytę” w Polsce widać w wielu miejscach. Zasada szybkiego budowania domów z prefabrykatów to jednak nie nasz wymysł, a jak miała być wspaniała przekonywały m.in. takie wydawnictwa.
„Duży dom” wydane w 1981 roku, kiedy takich bloków stało w PRL wiele. Na okładce sielski obraz, nawet artyści znajdowali tam swoje miejsce. W Polsce takie budownictwo pojawiło się pod koniec lat 50. (warszawskie Jelonki), na świecie już w latach 30. XX wieku w Holandii.
Książka pokazuje idylliczny obraz budowy takich osiedli z prefabrykatów. Jak są one dostarczane, montowane i jak w gotowych blokach zamieszkują zachwyceni obywatele.
Sporo tu głupot, na przykład o montowaniu elementów przez helikoptery, ale autor sam przyznaje: na razie to fantazja.
W rzeczywistości nie było tak różowo, jak na tych obrazkach. Prefabrykaty były niskiej jakości, mieszkania niewysokie. Przez dekady jednak zmontowano sporo tych klocków.
W książce jest jeszcze jedna ciekawostka. Finalnie, niczym w „Alternatywach 4”, do wymarzonych mieszkań w tych blokach wprowadzają się rodziny. Tutaj też. Przeprowadzki dokonuje firma z rodowodem przedwojennym. Taka firma istniała naprawdę, a pan Węgiełek założył swoją firmę przeprowadzkową w 1912 r.
Wreszcie w książce jest ciekawy dodatek. Arkusze, z których można samemu uzyskać prefabrykaty i złożyć domy.
To jeden z tych skarbów, który jest tzw. złotym strzałem. Przechodząc pod warszawską Halą Mirowską natrafiłem na stoisko starszej pani. Na jej kocyku sprzedażowym odnalazłem taki skarb za grosze.
„Moda męska, jak wiadomo, jest o wiele bardziej konserwatywna i mniej skłonna do rewolucyjnych przeobrażeń niż moda damska, lecz właśnie dlatego na pozór niewielkie zmiany maja zasadnicze znaczenie” – piszą we wstępie tego wydawnictwa autorzy. I pokazują w nim pomysły na udoskonalenie męskiej mody.
W 1957 roku wydał to zespół redakcji magazynu „Moda”. Opisano tu nowe trendy w modzie, pokazano fasony koszul, kamizelek, eleganckich garniturów. Są również porady.
Całość w postaci nie zdjęć, a cudownych rysunków, również kolorowych. I tutaj dodatek w postaci 8 cudownych plansz.
Fakt, że panowie wyglądają bardziej jak z amerykańskich filmów, albo komiksów, a nie z polskich ulic, ale cóż. Rysunki piękne.
Do kolekcji wpadł kolejny przedmiot, który mnie zaskoczył. OK, rękawice nie są same w sobie zaskakujące, ale takie higieniczne, które nadają się do tylu czynności? Dla mnie trochę tak.
Już sama ich nazwa wskazuje, że są uniwersalne. Rysunki na oryginalnym opakowaniu również. Farbowanie włosów, malowanie, prace chemiczne, czyszczenie maszyny do pisania, mycie okien, wymiana opony, pielęgnacja butów, przesadzanie kwiatków, naprawa drzwi, pielęgnacja psa, mycie podłóg, farbowanie ubrań... przyznacie, że sporo tego, co pojawia się na rysunkach jako przykłady ich użycia. Bardzo ładnych rysunkach.
Zestaw 20 par kosztował 26 zł, produkowane były w trzech rozmiarach, przy czym nr 7 był rozmiarem średnim. Taka jest na opakowaniu informacja.
Wyprodukowały je Krakowskie Zakłady Przemysłu Gumowego Kraków. Były słynne w PRL, produkowano w nich m.in. tak przydatne i poszukiwane przedmioty jak termofory czy prezerwatywy.
I jest. Moja nowa książka „Kelnerki, barmani, wodzireje. Jak obsługiwaliśmy klienta w PRL”. Kilkadziesiąt rozmów, wielu bohaterów, mity, tajemnice z zaplecza. Pierwsza pizza w Polsce, striptizy, wagony restauracyjne i przemyt cytryn, ciężka walka w barach mlecznych, najlepsze bary w hotelach, podrobiony Rolex w zamian za ulubioną piosenkę, u Maxima w Gdyni, tajemnice regionalnych karczm, polskie fastfoody PRL-u… i wiele innych opowieści w książce. Wiele rozmów z cudownymi bohaterkami i bohaterami, kelnerkami, dyskdżokejami, kucharkami, barmanami, kalkulatorką, szefową… z kultowych lokali stolicy, Szczecina, Trójmiasta, Krakowa i innych miejsc.
Rozpoczynam wizyty w bibliotekach i różnych instytucjach kultury w Polsce. Szukajcie info, chętnie spotkam się z Wami na szlaku i powspominamy ciekawe czasy…
Czas na kolejny wernisaż. Tym razem papierowy, a dokładniej papierowo-torebkowy.
Bywa tak, że w jakichś walizkach, kartonach odnajduję skarby z kolekcji, o których zapomniałem. Tak było z siatką wypełnioną torebkami papierowymi i papierem pakowym sprzed lat. Sporo perełek. Jest na przykład papier pakowy Peweksu. Mam sporo siatek ortalionowych, a teraz dołączył do niej ten super papier w dwóch wersjach. Oczywiście ze słynnym logotypem.
Inny klasyk z cudownym logo. Moda Polska.
W takie opakowania z jaskółką można było zapakować skarpety, majtki albo jakiś żakiet. Zresztą o sklepach Mody Polskiej, a konkretniej o wystroju tych sklepów, piszę sporo w książce-reportażu „Zakupy w PRL. W kolejce po wszystko” (wyd. Muza). Opowiada mi o tym plastyczka odpowiedzialna za wystawy w sklepie Mody Polskiej w Gdańsku Wrzeszczu. Polecam. Idźmy dalej. Wielki spożywczy moloch: Społem. Ci to narobili wiele torebek. Oto przykłady.
I kolejne firmówki. MHD, czyli sieć Miejski Handel Detaliczny. Ciekawe, kolorowe torebki w różnych rozmiarach.
I coś warszawskiego. Torebki Stołecznego Przedsiębiorstwa Handlu Wewnętrznego.
Wiele sklepów, czy raczej pań i panów sprzedających w tych sklepach pakowali jednak towary w takie no name’y.
Na cukier, słodycze i nie tylko. Wkrótce więcej przykładów, bo jeszcze trochę tych torebek mam.
Mój tata na przykład przekładał Mocne do opakowania po Marlboro i tak udawał, że pali te lepsze papierosy. Inni styczność z luksusem okazywali poprzez siatki. Na przykład siatka Lego oznaczała, że zapewne byłeś w Peweksie albo Baltonie i jesteś gość. Ostatnio do kolekcji wpadł mi zestaw siatek sprzed lat. Jest kilka luksusowych.
Lego mam dwie, nie są z PRL, ale nie są współczesne. Jedna klasyczna, z logotypem, a druga ciekawa, z klockiem.
Jak wspomniałem Lego można było w PRL kupić na przykład w sieci sklepów Baltona, które najpierw zaopatrywały statki, marynarzy, potem otwierały się na przejściach granicznych, lotniskach, wreszcie w różnych miastach dostępne dla wszystkich. Szerzej opisałem ich historie i spisałem opowieści pracowników Baltony w książce „Zakupy w PRL. W kolejce po wszystko” (Muza). Mam już kilka papierowych siatek Baltony, ale takiej plastikowej jeszcze nie miałem.
W takich Baltonach i Peweksach można było również kupić japońskie sprzęty. Chociażby firmy Seiko. Mam ciekawą siatkę jej podfirmy zajmującej się m.in. produkcją drukarek Seikosha.
Pisałem, że Baltona mieściła się m.in. na lotniskach. A propos, to mam także siatki linii lotniczych. Sieciówki aptecznej oraz LOT z okazji wprowadzenia do floty samolotów Boeing 767, co nastąpiło na początku lat 90. Maszyny te latały m.in. do Chin i USA.
A teraz rarytas. Polska Centrala Produktów Naftowych powstała pod koniec II wojny i przez cały PRL była monopolistą na rynku paliw. Od lat 60. towarzyszyło jej znakomite logo zaprojektowane przez Ryszarda Bojara. Pojawiało się też na siatkach. Wraz z nimi wspaniałe hasło.
Są też dwie inne ciekawe siatki. Sieci Euro Shop, która działała na lotniskach i promach, no i siatka wszystkich bossów!
Jest kilka gier komputerowych, które pamiętam do dziś. Wśród nich produkcje Laboratorium Komputerowego Avalon. Na przykład ta.
Przygody Agenta J-23. Kierując Hansem Klossem gracz chodzi po bunkrze, Wilczym Szańcu. Super przygodówka zręcznościowa, w trakcie której można było pić kawę, żeby ugasić pragnienie bohatera. Jak widać na kasecie twórcy użyli rysunkowego wizerunku postaci znanej z serialu z lat 50., czyli Klossa o twarzy Mikulskiego Gra powstała w 1992 roku i wtedy prawo autorskie na to pozwalało. Na użycie tematu muzycznego również.
Autorem gry jest Dariusz Żołna, który tworzył ją przez pół roku. Potem stworzył jeszcze m.in grę Spy Master. Jego Hans Kloss został dobrze przyjęty przez graczy, wśród nich przeze mnie. Ja używałem wersji na mojego Atari 65xe, ale była też na Commodore.
Sama firma LK Avalon była dla mnie – i pewnie nie tylko dla mnie – synonimem dobrych polskich gier. Pisząc reportaż o popkulturze lat 90. „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.” opowiadam o LK Avalon wspomnieniami Tomasza Pazdana, jednego ze współzałożycieli firmy. Oto fragment tej ciekawej opowieści:
– W 1989 roku po maturze w technikum elektronicznym z kolegą założyliśmy LK Avalon. Chcieliśmy spróbować czegoś nowego, ale obiektywnie patrząc, było to wtedy czyste szaleństwo. Bez planu, bez doświadczenia, bez pieniędzy. Obracaliśmy się w kręgu bardzo, bardzo zdolnych informatycznie ludzi. Nie chcę nikogo urazić, ale wtedy było to, moim zdaniem, najsilniejsze środowisko programistów atari w Polsce. Spróbowaliśmy. Spróbowali i zaczęli wydawać gry – niektóre z nich przez fanów dziś uznawane są za kultowe. Na przykład Robbo. Z grubsza można ją nazwać rozwiniętą wersją popularnego Bouldera Dasha. Kierowało się w niej robotem, przesuwając bloki w celu oczyszczania przejścia i zbierania śrubek. Ukazała się w 1989 roku. Pierwsze wersje były na Atari i Commodore na kasetach. Grę zaprojektował współzałożyciel Laboratorium Komputerowego Avalon Janusz Pelc. W Polsce zyskała popularność po tym, jak na falach radiowych Rozgłośnia Harcerska puściła jej demo. Gra ukazała się też za granicą jako Adventures of Robbo. – Do dziś pamiętam setki listów, jakie dostaliśmy od graczy, którzy byli zachwyceni Robbo. Mam do tej gry duży sentyment. Tak jak do Schizm. Te dwie produkcje to jakby klamry spinające okres gier w LK Avalon. Schizm wspominam z racji rozmachu. To był zdecydowanie nasz największy projekt. Pracowały przy nim dziesiątki osób: programiści, graficy, muzycy, filmowcy, aktorzy. Dla nas to było ogromne wyzwanie. Gra pochłonęła mnóstwo pracy, finansów i zdrowia. Bardzo duże ryzyko, dziś cieszę się, że je wtedy podjęliśmy – wspomina Pazdan. Osadzona w niedalekiej przyszłości przygodówka Schizm powstawała w latach 1998–2001. Zachwycała przede wszystkim grafiką. W okresie między Robbo i Schizm LK Avalon wydało kilka innych pamiętnych gier, Hans Kloss, A.D. 2044, Misję i Freda.
W 1989 roku firma mieściła się w mieszkaniu bez telefonu. Pomagali nam kumple. Z dzisiejszego punktu widzenia można powiedzieć, że to była kompletna amatorka, ale tak wtedy działało wiele początkujących firm. Uczyliśmy się na własnych błędach. Pierwsze prawdziwe biuro to dopiero rok 1991. Zaczęliśmy współpracować z niezależnymi zespołami developerskimi i w charakterze producentów współtworzyć kolejne tytuły. Naturalnym kolejnym krokiem było zorganizowanie zespołu wewnątrz firmy. To tam powstały nasze największe gry: A.D. 2044, Reah, Schizm – wspomina Pazdan.
Na fali popularności atari w latach 1991–1993 firma wydawała także czasopismo „Tajemnice Atari”, poświęcone wyłącznie tej marce. Poruszano w nim też problem piractwa, który zdaniem Pazdana był największą bolączką polskiego rynku gier w tamtym czasie. – To był podstawowy problem, nie tylko nasz, ale wszystkich, którzy chcieli rozwijać branżę programistyczną. Brak ochrony prawnej oprogramowania spowodował, że Polska zapóźniła się technologicznie jeszcze bardziej. Wtedy każdy mógł na tak zwanej giełdzie komputerowej albo stoisku zwanym dumnie „studiem komputerowym” kraść nasze programy do woli. Czasem takie osoby nazywane są eufemistycznie „piratami”, ja wolę prawdziwe – „złodzieje”. Tak więc ci złodzieje bardzo szybko i skutecznie ostudzili nasz entuzjazm. Okradano nas wtedy ordynarnie w biały dzień. Oczywiście zgłaszaliśmy sprawy do prokuratury i na policję, ale bez rezultatu. Taka sytuacja trwała wiele lat. Można powiedzieć, że wychowało się całe pokolenie Polaków nieszanujących pracy autorów oprogramowania. To przykre.
Zabawka przeznaczona dla dzieci od lat 3. Lonza Bandolero, autko pamiętam z czasów prasowanek i dresów ortalionowych. Na tle kioskowego badziewia wyróżniało się jakością wykonania i efektownymi naklejkami. Kiedy zobaczyłem takie na straganie pod halą Mirowską musiałem kupić. No i mam!
Dunlop, Alitalia, Coca-Cola, Michelin, Castrol, Elf – na jej karoserii pojawiały się naklejki różnych zachodnich firm, wszystkie robiły wrażenie. Nie wyprodukowano dużo tych aut, ja kojarzę Jeepa, Mercedesa, BMW, Datsuna i właśnie takie Bandolero. Amerykańskie auto wyścigowe.
Ten szałowy model ma dwa okazałe silniki, do tego otwieraną maskę, w środku kierownicę. Wykonany z plastiku w skali 1/43, więc trochę nie pasującej do innych wtedy dostępnych modeli.
Produkujące te autka w latach 80. firma Lonza powstała w 1956 r. Zajmowała się produkcją plastikowych elementów. Należała do Rzemieślniczej Spółdzielni Wielobranżowej Spójnia mieszczącej się w Gdańsku.
Firma Lonza stała się sławna w 1989 roku, kiedy w produkowanych przez nią opakowaniach PET można było kupić wodę i napoje serii NATA. Zresztą firma istnieje do dziś, szkoda tylko, że już nie produkuje takich autek…
Otworzyły się tuż przed wybuchem II wojny światowej. Szybko musiały się zmienić i ukierunkować na inną produkcję. Po wojnie ją rozbudowano i wyszło z nich takie cudo.
Nazwa jest dość kontrowersyjna: wirówka do odciągania soków SW-3. Urządzenie do domowego wyrobu soków powstało w Zakładach Elektro-Maszynowych Predom-Eda w Poniatowej. Otwarto je w lipcu 1939 roku jako zakłady elektrotechniczne. Podczas wojny produkowały urządzenia dla wojska, stały się również obozem koncentracyjnym, głównie dla żołnierzy radzieckich, ale też Polaków i Żydów.
Po wojnie stały się częścią zjednoczenia przemysłu Predom. Produkowano w nich pralki, nawilżacze i inne urządzenia eksportowane m.in. do krajów arabskich. Wyprodukowano też taką wirówkę.
Było kilka odmian, ja mam model kupiony w 1975 r.
Kompletny, ze wszystkimi dodatkami, końcówkami, w oryginalnym kartonie.
Jest też karta gwarancyjna oraz kupon ryczałtowy.
W środku sporo informacji, chociażby kupony kontrolne.
Całość w super stanie i sprawna. To co, czas na sok!
Najpierw, czyli w drugiej połowie XIX wieku mieścił się browar. Na początku kolejnego wieku był jednym z największych w okolicy. II wojna skończyła się wywiezieniem wielu urządzeń i zatrzymaniem rozlewni piwa. Produkowano za to oranżadę. Wreszcie po remoncie w 1958 r. powstała Nidzicka Wytwórnia Win i Miodów Pitnych. Do dziś – w omawianym budynku przemysłowym, czyli w dawnym browarze, który został wpisany do rejestru zabytków – jest produkowany miód. Ja mam taki sprzed lat.
Mam dwójniaka i wciąż jeszcze nieotwartego. Zalakowana butelka na etykiecie ma krzyżacki zamek w Nidzicy. Z kolei na małej etykiecie na szyjce widać logo, najprawdopodobniej Wojewódzkiego Związku Gminnych Spółdzielni.