Jaja z refleksem

Jajka zawsze i wszędzie, w każdej postaci. Taka jest moja koncepcja co do jedzenia jajek. Dlatego tak ucieszył mnie nowy skarb w kolekcji. Taki zestaw śniadaniowy.

Wyprodukowała go warszawska Spółdzielnia Rzemieślnicza Reflex. Mam już jeden skarb, który tam powstał. Takie piękne autko.

Zestaw śniadaniowy wyprodukowano w latach 80. Kosztował 239 zł. To wszystko można wyczytać z dobrze zachowanych oznaczeń na opakowaniu.

Okazały komplet składa się z solniczki (z literką S), pieprzniczki (domyślacie się, że P) oraz czterech kieliszków na jajka. Choć materiał imituje drewno, to tworzywo sztuczne.

Wydaje się, że to idealny prezent na święta. Choć chyba jednak zostawię go i sam będę spożywał z niego cuda na miękko.

Trzeba też przyznać, że na kartonie widnieje charakterystyczny obrazek z tamtego okresu. Zestaw namalowany w taki sposób, że trochę imituje zdjęcie. Jest tu jednak małe zakłamanie.

Otóż na obrazku na pojemnikach są kwiaty. W rzeczywistości ich niestety nie ma. Oj spółdzielnia Reflex ostro zagrała.

Otagowane , , ,

W podziękowaniu

Największa radość podczas pracy nad książkami-reportażami dla mnie to spotkania z ludźmi. Moimi bohaterami. To wspaniałe rozmowy, często wielogodzinne. Pracując nad ostatnią książką „Zakupy w PRL. W kolejce po wszystko” spotkałem kilkudziesięciu wyjątkowych bohaterów . Dlaczego o tym piszę? Bo ostatnio ponownie odwiedziłem jedną z moich bohaterek i przekazałem jej książkę, w której znalazła się jej wspaniała historia.

Kiedy pierwszy raz odwiedziłem ją kilka miesięcy temu z uśmiechem poczęstowała mnie kawą, ciastem. Przez kilka godzin opowiadała o swoim życiu, bez chwalenia się, za to z nostalgią i szczerością. Wspaniałe to były opowieści. Kilka z nich znalazło się w książce i cudownie ją ubarwiło. Pani Teresa przepracowała w handlu ponad 30 lat. W delikatesach, barze nocnym. Co prawda interesowała się fotografią, ale poszła do technikum handlowego. Pamięta złote czasu handlu i te mroczne z kartkami w latach 80. i stanem wojennym. Jak sama wspomina:
W latach 80. nastały ciężkie czasy. Wszystkiego brakowało, ale jako że klienci i pracownicy mnie lubili, to udawało się różne rzeczy załatwić. Raz przyszła kierowniczka mieszczącej się naprzeciwko Mody Polskiej i mówi: „Córka wychodzi za mąż. Pomożesz?”. Na co ja: „No, jaka to sprawa? Ale mi palto potrzebne”. Załatwiłam jej kilka butelek, a ona mi wspaniałe palto. Do dzisiaj moja siostra w nim chodzi, wciąż jest jak nowe, sto procent wełny, czarny kolor – nic a nic nie wypłowiał. Wie pan dlaczego? Bo siostra nie oddaje do pralni, zniszczyliby, sama czyści, kawą.

Albo taka historia:
Klienci wchodzili ze swoim pół litra (u nas wódki nie było), zamawiali u nas jedzenie i siadali przy barowych stolikach. Oj, jak wtedy się piło, koszmar. Dużo znanych twarzy przychodziło. A jak się napili, to byli nieobliczalni. Jeden aktor, już nie żyje, to mi kasę zrzucił pod nogi. O mało mi ich nie połamał, bo to ciężkie cholerstwo było. Zrobiła się niezła awantura. Przyjechała milicja, bo akurat mąż kierowniczki był komendantem komisariatu MO na Wilczej. Przysłali takich matołów, że jak pokazałam dziurę w podłodze od tej kasy, to tylko powiedzieli: „Pani go nie denerwuje, bo on w filmie występuje”. Wkurzyłam się! W końcu kierowniczka pacnęła go z tyłu w łeb. Wtedy się trochę uspokoił.

Więcej jej cudownych historii znajdziecie w książce, a tymczasem Pani Teresa we własnej osobie. Ta po lewej.

Tym samym bardzo dziękuję Pani Teresie, że wpuściła mnie do swojego świata, a po więcej zachęcam do książki.

Otagowane , ,

Reklamowe ściany

Lokomotywownia Zduńska Wola Karsznice w ten sposób poinformowała o odznaczeniu orderem sztandaru pracy II klasy. W jaki sposób? Reklamą na ścianie budynku. Takie formy reklamy były popularne w PRL. Reklamowały się w ten sposób firmy kosmetyczne, LOT, Pomorzanka, Izokar, Baltona czy Pewex.

Właśnie starą reklamę Peweksu wciąż można zobaczyć w Łodzi. Zdjęcie, które tu widzicie zrobiłem dwa dni temu. Ciekawe jest to, że czasami za pomocą takich „ścian” jak wtedy mówiono (nie nazywano tego muralami) prowadzono też kampanie społeczne. Na ścianach pojawiały się na przykład butelki mleka z hasłem „mleko = zdrowie”.

W Warszawie można zobaczyć jeszcze na przykład „ściany” Foton albo PolDrób ze słynnym wystającym jajem.

A w Waszym mieście ostały się jeszcze takie reklamowe „ściany” sprzed lat?

Otagowane ,

Wideonarkomania

Hej ludzie z Łodzi. Jutro (czwartek) zapraszam na rozpoczęcie kolejnej edycji festiwalu wideoklipów. Wraz z moim bratem przeniesiemy Was w czasie do dekady vhs-ów, kaset, startu polskiego Mtv, Clipolu w Dwójce itp.

Spotkanie przeplatane będzie fragmentami teledysków polskich i zagranicznych.
Wszystko to zadzieje się na terenie przepięknego patio Mediateki Memo.
Po spotkaniu, około 20:30, wyświetlony będzie kultowy film z lat 90: „Clerks — Sprzedawcy” w reżyserii Kevina Smitha.

Tutaj link do wydarzenia: https://www.facebook.com/events/876995447132921

Ważne: WSTĘP WOLNY!

A cały program tego super festiwalu znajdziecie tu: https://plmva.com/program

Do zobaczenia jutro!

Otagowane ,

Kultura zapałczana

Od jakiegoś czasu opowiadam o skarbie, który trafił do mojej kolekcji. To kilkaset etykiet zapałczanych sprzed lat. Wspaniały świat perełek. Czas na kolejną opowieść. Tym razem o etykietach kulturalnych.

Pojawiały się na nich grafiki związane z festiwalami, rocznicami, premierami, jubileuszami. Na przykład a propos przeglądu Festiwal Filmów Polskich wrzesień 1961. Nie chodziło tu o festiwal w Gdyni (wcześniej w Gdańsku). Początki jego sięgają połowy lat 70. Ten festiwal to był po prostu pokaz wybranych polskich produkcji w różnych kinach. W repertuarze znalazły się m.in.: „Kanał” Andrzeja Wajdy i „Żołnierz królowej Madagaskaru” Jerzego Zarzyckiego.

Nie mógł się tam znaleźć „Faraon”, film reklamowany na kolejnej etykiecie, bo w kinach pojawił się dopiero w połowie lat 60.
Z tego samego okresu pochodzi taka rocznicowa etykieta:

Ta podobnie. Swoją drogą ciekawe, że już wtedy odbywał się festiwal kina amatorskiego, a prawdziwi filmowcy, jeszcze swojego nie mieli.

Nazwa festiwalu Pol-8 powstała od słów Polanica i Polska, a 8 odnosi do formatu filmowego 8mm, bo taki wtedy był używany. Niestety tego festiwalu nie ma już na filmowej mapie Polski. Nie ma też już imprezy z kolejnej etykiety.

Za to wciąż odbywa się Międzynarodowe Biennale Plakatu w Warszawie, pierwsza edycja miała miejsce w 1966. Ja mam etykiety z trzech.

Mam też okolicznościowe etykiety zespołu Śląsk.

A na deser jeden z „bohaterów teatrów lalek”, czyli wesoły Tomcio Paluszek.

Otagowane , , , ,

Traktory też dają mleko

W drugiej połowie lat 70. było ich w Polsce prawie 34 tysiące, w tym 12,5 tysięcy na wsiach. Dostępny w nich asortyment skł­­adał się z nawet 6 tysięcy różnych produktów­. Można w nich było kupić niemal wszystko, choć pachniały przede wszystkim papierosami, proszkiem do prania i codzienną prasą. Dodatkowo w latach 60. wprowadzono możliwość przyjmowania w nich opłat za telefon i radio. Nazywano je najmniejszymi domami towarowymi świata. Faktycznie – miejsca było w nich tyle, że trudno było się obrócić. W zasadzie można tam było kupić wszystko, takie skarby też.

Chodzi o kioski Ruchu. W mojej nowej książce „Zakupy w PRL. W kolejce po wszystko” poświęciłem im cały rozdział. To bez wątpienia bardzo ważny element krajobrazu PRL, dziś znikający. Bo od lat kioski zamieniają się w budki parkingowe, domki działkowe albo stoją gdzieś niszczejąc. Jak ten podpatrzony przeze mnie w Otwocku.

Pierwsze budki oferujące tytoń i prasę otwierano na dworcach kolejowych tuż po I wojnie światowej. W połowie lat 30. XX wieku kiosków było już około 700 w całej Polsce. Rozwój sieci przerwała II wojna światowa, ale od połowy lat 40. – przejęte przez państwowe władze – kioski nie tylko się odrodziły, ale też zrobiły zawrotną karierę.
W PRL-u były wszędzie. Były tak istotne, że przewodniki turystyczne informowały, czy na danym campingu obok restauracji, świetlicy, ubikacji, jest kiosk właśnie.
Pracę w kiosku często dostawało się przez znajomości. Nie było wcale tak łatwo przejść przez rekrutację – przed przejęciem kiosku sprzedawca musiał zdać egzamin z zasad BHP i rachunkowości, musiał uczestniczyć w pogadankach wyjaśniających zasady kolportażu itd. Poza tym trzeba było wykazać się sprytem – można było się wyłożyć choćby na podpisaniu podsuniętego oświadczenia, że piecyk grzewczy będzie ustawiony przynajmniej pół metra od każdej ze ścian i towaru. Przecież wiadomo, że takie odległości są niemożliwe w kioskowej klitce, nawet zawieszenie piecyka pod sufitem by nie pomogło.

Jednym z najbardziej pożądanych towarów były papierosy. Dobrze schodziły zarówno te gorszej jakości jak zefiry, popularne, klubowe czy sporty, jak i te lepsze: caro, carmeny. Nie mówiąc już o rzucanych czasami do sprzedaży francuskich gauloisesach, gitanesach albo kubańskich partagasach.
Według sondażu magazynu „Opinia” i Ruchu Polacy w 1967 roku najchętniej palili giewonty, a potem sporty (szczególnie na wsi) i papierosy Wrocławskie.
W kioskach można było kupić też zabawki, prezerwatywy, kosmetyki, książki, pocztówki dźwiękowe, no i gazety. Na przykład „Express Wieczorny”. Ukazywał się w Warszawie w latach 1946-1999. Sobotnie wydanie nosiło nazwę „Kulisy”. Był łagodniejszą wersją dzisiejszych tabloidów, choć i w nim nie brakowało ostrych tytułów w stylu: „Wróbel podpalacz”, „Tańcząc twista, wypadł z pociągu”, „Traktory też dają mleko”, „Czarny Robin Hood w policyjnej sieci”, „Z drugiego piętra w ramiona męża” albo „Jemiołuszki padają ofiarą młodego nicponia”.
Do „Expressu…” pisali jednak cenieni autorzy. To w nim Stefan Wiechecki Wiech zamieszczał swoje niezwykle popularne felietony, a Gwidon Miklaszewski – rysunki z humorystycznego cyklu „Nasza Syrenka ” (około ośmiu tysięcy rysunków przez ponad 30 lat). Nakład pisma sięgał nawet 600 tysięcy egzemplarzy. O tym, jak duża jest to liczba, da pojęcie fakt, że to więcej niż średni nakład dziesięciu najbardziej poczytnych w Polsce dzienników w roku 2022 – łącznie. „Express…” miał rekordowo niską liczbę zwrotów i pod koniec lat 50. Jego sprzedaż w stolicy dziesięciokrotnie wyprzedzała naczelny organ propagandowy, czyli „Trybunę Ludu”.

Odpowiednikiem ogólnopolskiego ekspresiaka w Trójmieście był lokalny „Wieczór Wybrzeża” – rozchodził się równie błyskawicznie. Przyczyniały się do tego drukowane w nim komiksy Janusza Christy. Najpierw Kajtek i Koko, a potem Kajko i Kokosz, które w gazecie ukazywały się formie kilkuobrazkowych pasków komiksowych.  Popularność gazet podnosiły nie tylko komiksy, ale też rozbierane zdjęcia drukowane zwykle na ostatniej stronie. Takie chętnie zamawiano do mitycznych teczek.

Tak wspomina je jedna z pań prowadzących kiosk w Warszawie w latach 70/80: „Teczki zakładało się dobrym klientom i to ja decydowałam, kto może u mnie w kiosku taką mieć. W zasadzie można było do nich odkładać wszystko. Najczęściej były to gazety, takie jak „Forum”, „Polityka”, „Kobieta i Życia”, „Przyjaciółka”, „Przekrój”. Dla najmłodszych „Świerszczyk”, a dla pasjonatów „Młody Technik” albo „Wędkarz”. No i komiksy. Tak naprawdę z tymi teczkami było jednak dużo zachodu. Mogłam ich założyć maksymalnie 30, bo zwyczajnie nie było ich gdzie trzymać. Poza tym sama musiałam je kupować. Kiedy przychodziły zamówione gazety, trzeba było je zapełniać, a to wszystko zajmowało czas”.

Teczki z czasem stały się zmorą dla prowadzących kioski, zupełnie jak sprzedaż biletów na komunikację miejską, która w ogóle nie przynosiła dochodów, albo rozprowadzanie kuponów na loterie, na przykład na „Syrenkę” (to w Warszawie), „Liczyrzepkę” (Wrocław) albo „Łuczniczkę” (Bydgoszcz). Było to problematyczne, bo nie było żadnych maszyn, wypisywało się kupony ręcznie, wszystko trwało.

Historia kiosków jest bardzo szeroka i mógłbym tu rozpisać się jeszcze na parę stron. Po więcej zachęcam do mojej książki.

A na deser uwaga czytelnika magazynu „Veto” z 1987 roku: „Na początku maja w kioskach Ruchu ukazał się »Rozkład jazdy autobusów komunikacji miejskiej w województwie piotrowskim« po 10 złotych. Nie leżał jednak zbyt długo, gdyż taka publikacja przydaje się każdemu pasażerowi. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że rozkład jest przeterminowany, bowiem jego ważność upłynęła 30 kwietnia bieżącego roku. Nie chodzi przecież o 10 złotych, ale o sam fakt, no i… papier!”.

Otagowane , , ,

Dynguska

Jeszcze pachnie, trochę taką babcią, ale pachnie. Oto skarb z cudownego sklepu Biały Latawiec mieszczącego się w Muzeum Nowej Huty.

Ten piękny flakonik od razu przykuł moją uwagę. Odkręcany efektowny korek i ta butelka. Na niej napis: Woda kwiatowa, Florina Kraków.

Florina to zakład, którego początek sięga 1945 roku. Na zakrętce jest zresztą ładne logo.

Dlaczego jednak nazwałem ją „dynguską”. A no dlatego, że kiedyś podczas lanego poniedziałku niektórzy wariaci polewali dziewczyny właśnie takimi tanimi wodami toaletowymi. Taka to była zabawa.

A o samej Nowej Hucie i sklepie Biały Latawiec więcej wkrótce…

Otagowane , , , , ,

Zapraszam na wspomnienia

Tymczasem zapraszam na najbliższe spotkania autorskie. Będzie jeszcze więcej, ale póki co zapraszam Kraków i Warszawę.

17 listopada (piątek) wspaniała krakowska Cafe NOWA Księgarnia.

Będę miał gadżety sprzed lat, będą zdjęcia, no i ciekawe wspomnienia. Info o wydarzeniu tutaj: https://fb.me/e/6sPEJjvDP

A we wtorek, czyli 21 listopada zapraszam do super knajpy na warszawskim Ursynowie: Klubokawiarnia KEN54.

Postaram się, żeby było ciekawie. Info o tym wydarzeniu tutaj: https://fb.me/e/heQK1A3l8

Super jak wpadniecie!

Otagowane ,
Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij