Czas na dopisek do poprzedniego wpisu o teczce wycieczkowej cioci Lucylli z Gdańska. Z podróży do NRD w latach 60. i 70. przywiozła wiele wyjątkowych skarbów. Pocztówki i zdjęcia, to te oczywiste rzeczy. Choć są tu też perełki.
Kiedy przeglądałem te albumy u cioci w latach 80. to pocztówki i zdjęcia robiły wrażenie, ale i tak najbardziej zachwycałem się opakowaniami i folderami. Tutaj świat przynajmniej jak z serialu „Dallas”.
Niektóre rzeczy jeszcze pachniały, na przykład opakowania po czekoladach. Swoją drogą nie pamiętam, żeby ciocia przywoziła całe czekolady do spróbowania. Zostawiała nam opakowania 🙂
W teczkach odkryłem jeszcze jedną fantastyczną rzecz. To menu z restauracji na statkach i w pociągach, które ciocia sobie „zabrała” na pamiątkę. W nich nie tylko pokazane jest, co wtedy można było tam kupić, ale też ceny towarów.
I jeszcze jedna rzecz. Patrzcie jakie boskie reklamy. No wyobraźcie sobie jakie robiły wrażenie w latach 70. i 80.
To będzie wyjątkowa dla mnie seria wpisów. Pamiętam jak w latach 80. odwiedzałem ciocię Lucyllę w Gdańsku. Mieszkała na ul. Długiej. Zresztą ja też tam potem mieszkałem. Była nauczycielką łaciny w I-szym LO w Gdańsku. Prowadziła tam kółko zainteresowania kulturą starożytną. Zdarzyło mi się wystąpić w jednym spektaklu przez nią przygotowanym. Kiedy ją odwiedzałem, uwielbiałem spać na złączonych fotelach, oglądać nocne kino w odbiciu regału na wysoki połysk (ciocia kazała się odwrócić i myślała, że w ten sposób nie obejrzę filmu), ale przede wszystkim oglądać i bawić się jej pamiątkami. To pamiątki z kilkudziesięciu zagranicznych podróży. Wyjeżdżała już w latach 30. XX wieku, a potem wiele razy po wojnie. Była jedyną osobą w rodzinie, która regularnie jeździła za granicę. Zwiedziła Afrykę północną, prawie całą Europę. Miała wspaniały zwyczaj. Z tych podróży tworzyła albumy. Wklejała w nie zdjęcia, pocztówki, ale też wszelkie dokumenty, gadżety, bilety, a nawet opakowania po czekoladach z tej wycieczki. Przeglądając te opisane albumy wraz z bratem przenosiłem się do tych miejsc. Marzyliśmy, że kiedyś tam pojedziemy. Ciocia jeździła ze słynnymi walizkami, na które przyklejała naklejki z hoteli w których spała. Pisałem o nich TUTAJ: https://bufetprl.com/2018/02/27/podroz-za-naklejke/
Wracając jednak do wspomnianych albumów. Bałem się, że z czasem gdzieś zaginęły, ale nie! Są, a to przecież niesamowite świadectwo historii. Postanowiłem powoli je tu opisywać. Ich zawartość nadaje się moim zdaniem na jakąś przekrojową wystawę, ale o tym pomyślimy potem 🙂
Na początek wycieczki do NRD. Oto część pierwsza.
To właśnie wspomniana teczka, jak widać są na niej dokładne opisy dat wycieczek. Zaglądam do środka i skarby!
Ale powoli. Najpierw przeglądam dokumenty. Jest dowód wpłaty na wczasy. Koszt 1020 zł.
Ciocia przez cały rok odkładała pieniądze, by uzbierać na wycieczkę. Warto pamiętać, że w 1975 roku na przykład butelka wódki kosztowała 82 zł, kg szynki prawie sto zł, a garnitur męski ponad 2 tysiące zł. Dlatego też, ciocia wiele rzeczy zabierała ze sobą. Oto rozpiska. Domyślam się, że część na sprzedaż. Są tu papierosy (w tym Carmen), czekolada i krem Nivea. Jest też rozpiska czego w NRD nie kupować, a co kupić (grzałki, siatki, staniki, piórniki…). Pewnie wcześniej ciocia robiła rozeznanie.
Wśród dokumentów znalazła się jeszcze dokładna rozpiska wycieczki. Widać na niej, że wycieczkowicze odwiedzali Berlin, Lipsk i Drezno. Jest też informacja ile dewiz można/trzeba zakupić. Dewiz czyli zachodniej waluty, tu marki.
Dalej jest sporo zdjęć i pamiątek. Ale o tym już w kolejnym wpisie…
Pisząc ostatnio tekst o słuchowiskach i bajkach/baśniach na winylach, odsłuchałem kilka ze swojej kolekcji. Ileż tu jest perełek!
Z jednej strony Brzechwa, Konopnicka, Andersen i Chotomska, a z drugiej Kwiatkowska, Lipowska, Michnikowski, Kobuszewski i wielu innych znakomitych aktorów. Wszystko na 7 calowych płytach z bajkami. Niektóre są tylko czytanymi opowieściami, ale są również słuchowiska z doskonałą muzyką, tłem itp. Słowem czas na mały wernisaż, bo przecież okładki też są tu wspaniałe. Polecam zakupić kilka z nich, to są absolutne perełki. No i chodzą w dobrych cenach.
A na koniec deser. Wspaniała Pszczółka Maja, na której jest nie tylko tytułowy klasyk Zbigniewa Wodeckiego, ale też wspaniała „Piosenka Gucia” w wykonaniu Jana Kociniaka.
Trochę tu już o szpulowcach było, bo mam kilka perełek w swoich zbiorach.
Czas na kolejny. Oto ZK 140,czyli czterościeżkowy magnetofon szpulowy produkowany przez Unitrę na licencji Grundiga.
Na pewno szybko wpadły wam w oczy węgierskie napisy. No tak, to model produkowany na tamten rynek. Magnetofon z płynną regulacją tonów wysokich, licznikiem taśmy, no i możliwością nagrywania.
Ten ważący 8 kg sprzęt z polistyrenu produkowano od przełomu lat 60. i 70. Można było na nim przewijać taśmę w obie strony, ale co ważniejsze: ma rączkę do przenoszenia. Taki podręczny no.
Model z czasem się zmieniał, ten jest z pierwszej serii. Dalej sprawny!
Czas na kolejne dwie części brutalnej historii naszej piłki. To wspomnienia nagrane na taśmie i tak zarejestrowane przeze mnie na szpulowcu Aria.
Część 3, to wspomnienie meczu Anglia-Polska z września 1993 roku na stadionie Wembley.
Andrzej Zydorowicz komentował klęskę reprezentacji Andrzeja Strejlaua. Bramki dla Anglii zdobyli słynny Gaza, Les Ferdinand i Stuart Pearce. W polskiej reprezentacji zagrali m.in. Bako na bramce, a dalej Wałdoch, Świerczewski, Leśniak, Brzęczek, Furtok i Kosecki.
W kolejnym meczu nie było lepiej. Dostaliśmy u siebie z Norwegią 0-1.
W ostatnim meczu Strejlaua w roli selekcjonera wystąpili m.in. Andrzej Rudy, Jacek Ziober, Roman Kosecki i Marek Koźmiński. Oj pamiętam ten mecz, eh te nasze porażki…
Mam już kilka rakiet tenisowych w kolekcji, m.in takie piękne okazy:
Teraz, dzięki przyjacielowi bloga, do kolekcji trafił kolejny sprzęt.
W 1982 roku Zakłady Sprzętu Sportowego “POLSPORT” BIELSKO – BIAŁA wyprodukowały 35 tys. rakiet drewnianych, w tym 2 tys. takich młodzieżowych TOPAZ-ów. Taka dziwna nazwa pochodząca od minerału może dlatego została wybrana, że można ją tłumaczyć jako ogień. Czyli tenisowy ogień w dłoniach młodzików.
Na rakiecie o takim morskim kolorze zachowała się naklejka POLSPORTu. Niestety naciąg do naprawy, ale już jak produkowano te rakiety, to narzekano na słabą jakość naciągów.
W 1982 roku ta rakieta kosztowała 1300 zł, co przy cenie na przykład rakiety SET 02 (cena z naciągiem austriackim 2450 zł) nie było jakąś zawrotną sumą.
POLSPORT nie był w PRL jedynym zakładem, który produkował sprzęt tenisowy, ani tym najstarszym. Już pod koniec XIX wieku na dzisiejszych polskich terenach można było kupić sprzęt tenisowy. Gra w tenisa stała się bardzo popularna w okresie międzywojennym. Do tego potrzebny był sprzęt, a nie wszystkich stać było na drogie produkty firmy Dunlop. Wtedy rakiety i piłki zaczęły produkować łódzkie firmy Frema i Olmar.
Po wojnie Frema została upaństwowiona, jako Państwowe Zakłady Przemysłu Drzewnego Frema, ale dalej produkowała rakiety. Największym producentem był jednak POLSPORT, gdzie produkowano m.in. modele: Wenus, Mars, Junior, Set, Gem, Gem Tenis, Nefryt, Szmaragd, Diament, Opal, Szafir extra, Set 02 P, Net 02 (dla dzieci), Set 02, Gem 02 (czarna i zielona), Serw 02 D Młodzik, Serw 02 M Junior i TOPAZ z mojej kolekcji. W PRL popularne były też metalowe rakiety produkowane przez Pabianicki Oddział Zakładów Galanteryjnych Przemysłu Gumowego Stomil, czyli tzw. „stomile”.
Ja nie pamiętam swojej pierwszej rakiety, ale na pewno była drewniana. Chodziłem z nią na pierwsze lekcje tenisa do sekcji w gwardyjskim klubie w Słupsku. Eh może gdyby trener nie był codziennie pijany, byłby ze mnie drugi Hurkacz albo co…
Już w najbliższy wtorek, 29 listopada w ramach festiwalu Niewinni Czarodzieje wyciągnę swoje skarby sprzed lat i przyniosę je do Centrum Bankowo-Finansowego (tzw. Dom Partii), sala B, ul. Nowy Świat 6/12.
Wezmę kilkadziesiąt oryginalnych przedmiotów z lat 70. i 80., w tym gry takie jak piłkarzyki, gra w okręty, kapsle, Leśne Skoczki, Mały hokej, Minikoszykówka, Eurobusiness czy Mastermind, które będą dostępne dla uczestników spotkania.
Nie zabraknie też muzyki ze szpulowca i pokazu bajek z diaskopu Jacek.
Chętni poczują się jak nastolatkowie z lat 80. – zagrają na konsoli Atari 2600 oraz Commodore C64 w tak kultowe gry, jak River Raid, Rick Dangerous, Pole Position i Pac-Man.
Do tego porozmawiamy o relaksie w kryzysie, a gościem specjalnym będzie wspaniała Olga Drenda.
Wstęp na wydarzenie jest wolny, ale liczba miejsc ograniczona. Darmowa i szybka rejestracja tutaj: https://www.1944.pl/rejestracja/
PRL to był okres sklepów dla uprzywilejowanych. W Peweksach, Baltonach, Gieweksach i Konsumach były towary wyjątkowe, nie dla każdego. Dla jednych były niedostępne, bo nie pracowali jako górnicy (Gieweksy), a dla innych, bo nie mieli dewiz (Peweksy). No właśnie. Płacić można było w nich walutą zachodnią, albo specjalnymi biletami czy bonami. Mam takie okazy.
Jak widzicie te bilety towarowe przypominające znaczki pochodzą z 1980 roku. Co można było za nie kupić? A różnie. Wódkę, dżinsy, perfumy, czekolady i inne wyjątkowe towary.
Podobnie jak za takie Bony Towarowe PEKAO. Ten jest o zawrotnej wartości jednego centa.
Pekao brylowało w takich formach płatności. Nawet się tym reklamowali. Oto dowód, czyli nowość w mojej kolekcji. Zapałki reklamowe PEKAO podkreślające, że bank prowadzi dewizowe usługi bankowe.
Ja pamiętam wizyty w Peweksie w Słupsku. Oglądałem w nim matchboksy, Lego, ale mam też skarb z jednego z nich. Takie Atari 65xe, które dostałem z bratem w 1987 roku. Kupione w Peweksie w Koszalinie.
Był 25 października 1952 roku, godz. 19.00. W programie wystąpił mim Jan Mroziński, który przedstawił kreacje warszawskiego pijaka i bikiniarza. Jerzy Michotek zaśpiewał Balladę o kułaku, a Maria Nowosad Latarnie gazowe. Zatańczył Witold Gruca. Wszystko w małym studiu, przez zapalone lampy nagrzanym do kilkudziesięciu stopni Celsjusza.
Narodziny polskiej telewizji mogło obejrzeć kilkaset osób na 24 odbiornikach Leningrad umieszczonych w warszawskich świetlicach i klubach. Rok później program nadawano już regularnie. Trwał tylko pół godziny i emitowano go raz w tygodniu. Od 1955 roku już trzy razy w tygodniu. Przez pierwsze lata zasięg telewizyjnych nadajników ograniczał się do okolic Warszawy, dlatego powstawały świetlice z odbiornikami dostępne dla większej grupy widzów. Sytuacja z dostępnością poprawiła się w 1956 roku po rozpoczęciu produkcji telewizorów marki Belweder i Wisła przez Warszawskie Zakłady Telewizyjne.
W styczniu 1957 roku zarejestrowano w kraju ponad 5 tysięcy telewizorów, w tym ponad dwa tysiące odbiorników Wisła. Dekadę później, 21 listopada 1966 roku wyemitowano specjalny program na cześć dwumilionowego widza, został nim Mieczysław Słowik z Krakowa. Spikerką w tym programie była niezwykle urodziwa Alicja Bobrowska, Miss Polonia 1957. Dwa lata później zarejestrowano już trzymilionowego abonenta tv. W październiku 1970 roku uruchomiono drugi program telewizji, który w zamierzeniach miał być kulturalno-oświatowy.
Tak pisałem o narodzinach telewizji w Polsce w swojej książce „Czas wolny w PRL”. Powracam do tego nie z powodu nowego telewizora w mojej kolekcji. Zamiast tego, dzięki koledze, trafił do mnie taki gadżet.
Etui na klucze z jasnej skóry, z metalowym sznurkiem i logo Unitra Polkolor Warszawskie Zakłady Telewizyjne. To przedsiębiorstwo produkujące od 1976 roku kineskopy. Ten zakład mieszczący się w Piasecznie miał własną hutę szkła kineskopowego.
Mam taki piękny magnetofon szpulowy Aria MS 2411 z Zakładów Radiowych im. M. Kasprzaka UNITRA-ZRK Warszawa. Dostałem go kilka lat temu od przyjaciela wraz z taśmami.
Na tych taśmach perełki. Chociażby nagrany z tv program wspominkowy o najważniejszych wydarzeniach piłkarskich 1993 roku. Postanowiłem do nich wrócić prezentując krótkie tematyczne nagrania na swoim kanale na YouTube. Na pierwszy bój poszedł pierwszy mecz eliminacji Mistrzostw Świata USA 1994. Na stadionie łódzkiego Widzewa reprezentacja Polski gościła San Marino. Graliśmy w składzie: Roman Szewczyk (kapitan), Aleksander Kłak, Tomasz Wałdoch, Adam Fedoruk, Andrzej Juskowiak, Marek Koźmiński, Jan Furtok, Jerzy Brzęczek, Leszek Pisz, Jacek Ziober, Roman Kosecki.
Mecz przeszedł do historii, bo jedynego gola dla Polski strzelił Jan Furtok, ręką. Po meczu powiedział: „Czy strzeliłem ręką? Specjalnie tego nie zrobiłem. To był takich odruch, bo byłem wkurzony tym, że ciągle jest 0:0, presja rośnie, a my ciągle nie strzelamy bramki. Tak wyszło”. Oto krótkie wspomnienie tego spotkania:
Wrzuciłem też drugi odcinek, tym razem ze słynnym „Szansa! Go… Aj, Jezus Maria! Jak to było możliwe?” Szpakowskiego. No sami posłuchajcie jak zremisowaliśmy z Anglią w Chorzowie 1-1 po fantastycznej bramce Adamczuka i niewiarygodnym pudle Marka Leśniaka.
I tak co kilka dni będę wrzucał nowe fragmenty, ale więcej i tak na moim Instagramie „BufetPRL”, polecam!