Category Archives: RTV

Czas wolny w PRL cz.1: Pochody, emdeki, mpiki i kinofikacja

Czas wolny w PRL… niektórzy mieli go niewiele, inni nie bardzo wiedzieli co z nim zrobić. Wiecie, że  w badaniach, które przeprowadzono na początku lat 70. niemal 80 procent osób przyznawało się, że nie umie wypoczywać. Ja nie miałem z tym wielkiego problemu. Czy to był czas wolny w weekend, czy w tygodniu po szkole. Ale miałem to szczęście, że wychowywałem się w okresie, w którym soboty były już wolne. Warto pamiętać, że przez niemal trzy dekady tylko niedziela była wolnym od pracy dniem w tygodniu. Co obywatele robili wtedy ze swoim czasem wolnym? Co robili w dni powszednie po pracy i w soboty? Jak korzystali z tego, co oferowało im państwo?

Dziś rozpoczynam cykl wpisów poświęconych wolnym chwilom w PRL. Co tydzień będę opowiadał o innym aspekcie relaksu, wypoczynku. Przedstawię wam wiele osobistych historii, ciekawostek, cytatów z ówczesnej prasy, filmów, książek. Poznacie kilka wyjątkowych osób. A wszystko to związane z książką „Czas wolny w PRL”, która ukaże się 27 maja (także w formie ebooka). Właśnie o czasie wolnym w PRL. Miałem przyjemność ją popełnić i bardzo chętnie się z wami podzielę tym, co będziecie mogli w niej znaleźć (jeżeli zechcecie po nią sięgnąć). A na koniec 8-odcinkowego cyklu będzie mały quiz z super nagrodami z epoki.

Ja pamiętam różne niedziele. Czasami rodzice prosili bym poszedł na mszę. Potem były lody w lodziarni „Magnolia” (przed wejście stało piękne drzewo). Obiad w domu, zazwyczaj specjalny, czyli na przykład pieczony kurczak z ziemniakami i mizerią. Wieczorem zabawa klockami Lego, bajka, a pod koniec lat 80. program „Bliżej świata” z fragmentami audycji z satelity (był tam Benny Hill, moda, czasami jakiś teledysk).

Pisząc książkę „Czas wolny w PRL” znalazłem wiele materiałów, które świadczyły o tym, że była spora grupa obywateli, którzy niespecjalnie wiedzieli, jak spędzić wolną niedzielę.

„Nienawidzę niedzieli. Od siedmiu lat, tzn. od czasu kiedy rozwiodłam się z mężem, niedziela jest dla mnie dniem koszmarnym. W niedzielę zabija mnie samotność i beznadziejność […], najwięcej ukojenia psychicznego przynosi mi książka, oczywiście wartościowa. Toteż w niedzielę czytam dużo, zamknięta w czterech ścianach pokoju, ale nawet i wtedy na dnie mego serca czai się gorycz i rozdrażnienie. Taka jest moja niedziela” – zwierzała się w pewnej ankiecie urzędniczka na stanowisku kierowniczym, lat 39.

Władza starała się zrobić wiele, żeby obywatele się nie nudzili. Wiadomo, jak się nudzisz to przychodzą ci do głowy głupie rzeczy. Dlatego, na przykład, organizowano liczne festyny. Całe rodziny ciągnęły do budek z watą cukrową, wodą sodową. Można było sobie zrobić zdjęcie z małpką albo kucykiem. Odbywały się miejskie wyścigi rowerowe, potańcówki „na dechach” – skleconym z desek parkiecie tanecznym pod gołym niebem.

Nie brakowało wielu innych aktywności fizycznych, szczególnie dla młodzieży. Pokazują to okolicznościowe proporczyki, które udało mi się zebrać.

   

 

Przez całą epokę PRL-u bezsprzecznie największym świętem państwowym było Święto Odrodzenia Polski – 22 lipca – czyli rocznica ogłoszenia Manifestu PKWN. To były, tak zwane „urodziny PRL-u”. Rokrocznie ten dzień naznaczony był ważnymi wydarzeniami państwowymi. 22 lipca uchwalono konstytucję PRL (1952), w Warszawie oddano do użytku Stadion Dziesięciolecia (1955), w Bielsku-Białej rozpoczęto produkcję fiata 126p (1973). W 1955 roku tego właśnie dnia przekazano warszawiakom wielki prezent od Wielkiego Brata – Pałac Kultury i Nauki.

Z kolei imieninami był 1 maja. Podobnie, jak 22 lipca, dzień wolny od pracy. Na głównych placach i wzdłuż reprezentacyjnych arterii miast ustawiano wtedy trybuny dla przemawiających sekretarzy partii. Przed nimi defilowali robotnicy, rolnicy, nauczyciele, członkowie różnych organizacji, sportowcy, artyści, uczniowie. Sam pamiętam kilka takich przemarszów. Jako członek sekcji judo milicyjnego klubu sportowego Gryf w Słupsku szedłem z całą sekcją w pochodzie. Wcześniej pod nasz klub sportowy podjeżdżała nyska z flagami. Staraliśmy się wybierać te biało-czerwone, ale niektórym trafiały się czerwone, na cześć naszego „przyjaciela” zza wschodniej granicy. Niektórzy mieli jednak jeszcze gorzej, musieli nieść transparenty. I dźwigać nad głowami ciężar propagandowych haseł: „Dokerzy gdyńscy zawsze z tobą, towarzyszu Wiesławie”, „Ręce precz od Wietnamu!”, „Niech żyje Chińska Republika Ludowa – potężny kraj pokoju i socjalizmu!”.

Uroczyście odchodzono nie tylko święta państwowe, ale też branżowe – dzień górnika, metalowca, pracowników handlu, stoczniowca itp. A do tego centralne dożynki.

Od 21 lipca 1973 roku obywatele mieli jeszcze jeden pretekst do świętowania. To była pierwsza wolna sobota w PRL-u.  Ale, żeby jednak nie było tak łatwo, to wolne soboty należało odpracować.

Do pracy władza zaganiały obywateli podczas czynów partyjnych i społecznych. Bardzo często te akcje związane były ze świętami państwowymi i zjazdami partii. Na przykład w 1986 roku chwalono się, że dla uczczenia X Zjazdu PZPR w zakładach sprzętu grzejnego Wrozamet we Wrocławiu kilkudziesięciu członków organizacji młodzieżowej wraz z załogą zakładu zrobiło 200 kuchenek gazowych typu Ewa13.

Na szczęście władza organizowała czas wolny obywatelom nie tylko wysyłając ich na pochody i „zapraszając” na czyny społeczne. Domy kultury – były to wyjątkowo żywe obiekty skupiające przede wszystkim młodzież, organizowały im czas. W takich domach dzieciaki mogły nauczyć się modelarstwa, fotografii, obejrzeć filmy (pamiętam pokazy filmów z Sylwestrem Stallone z kaset vhs), zapisać się do teatrów amatorskich. Piszę o nich w książce. Opowiadają mi o nich jedni z wyjątkowych bohaterów, do których udało mi się dotrzeć.

Pan Jerzy Lach, który w połowie lat 80. stworzył jeden z najlepszych teatrów amatorskich w Polsce, czyli Teatr im. Alberta Tison w Żninie.

Pan Tadeusz Sakowski, który pierwszy teatr zorganizował w kotłowni swojego bloku na Saskiej Kępie, jak był jeszcze nastolatkiem. Po latach realizował pasję w domu kultury swojej dzielnicy. Pana Tadeusza kojarzą na pewno też miłośnicy caravaningu, bo to słynny „Papa Camper”. I o początkach polskiego caravaningu też piszę w książce.

 

Ale domy kultury nie służyły tylko teatrom, modelarzom. W jednym z takich ośrodków w Częstochowie muzyczną karierę zaczynał Muniek Staszczyk z zespołem T.Love. W 1983 roku, w studiu w Miejskim Domu Kultury, nagrali swój pierwszy materiał demo. Następnie w Domu Kultury Stradom zagrali pierwszy koncert pozaszkolny, organizowali tam też festiwal Punk Arena.

W maju 1985 roku Dom Sztuki na warszawskim Ursynowie odwiedzili bohaterowie niezwykle popularnego brazylijskiego serialu „Niewolnica Isaura”, czyli Lucelia Santos i występujący w roli okrutnego Leoncia – Rubens de Falco. Gwiazdy popijały wodę mineralną oraz napój „Ptyś”.

Wyjątkowe były nie tylko domy kultury, ale też ośrodki „Praktyczna Pani” organizowane przez WSS „Społem” i coś o czym w „Baedekerze warszawskim” Olgierd Budrewicz pisał tak: „Ta instytucja to takie bary mleczne dla ludzi z potrzebami kulturalnymi”.

Chodzi o Klub Międzynarodowej Prasy i Książki, zwany w skrócie MPiK-iem Pierwszy otwarto w Warszawie w 1948 roku w okazałym gmachu przy placu Unii Lubelskiej (róg Bagateli). Potem otwierano kolejne. Do dziś działa ten przy palmie. Przez pierwsze 10 lat istnienia klubów przewinęło się przez nie około 5 milionów osób. Cieszyły się ogromną popularnością, m.in. dlatego, że można tam było poczytać zagraniczną prasę, i to nie tylko radziecką.

Z kolei na wsiach działały kluby „Ruchu” i Kluby Rolnika. Można było w nich poczytać gazety, pograć w gry planszowe, obejrzeć telewizję. Na wsie przyjeżdżało też kino objazdowe (furmanki, nysy) oraz teatry.

Po wsiach jeździły specjalnie przygotowane kinowozy, samochody marki Lublin (w środku było nawet miejsce do spania dla kierowcy-operatora i piecyk do ogrzania wnętrza), a potem Nysa. Standardowy model przerobiono tak, by mógł przewieźć bezpiecznie urządzenia do projekcji filmów. Niektóre modele tylko przewoziły sprzęt, a kierowca, i zarazem operator, ustawiał go na miejscu w świetlicy wiejskiej albo remizie. W takiej „sali kinowej” było duszno i gorąco, często niewiele też było widać (z powodu palonej machorki) i słychać (słaba jakość aparatury). Za to nierzadko te przyjazdy kończyły się po seansie wspólną balangą widzów.

Więcej o objazdowej kulturze też przeczytacie w mojej książce.

Polecam`ją tym, którzy przeżyli tamten czas i pewnie odnajdą w niej fragmenty swoich przeżyć, ale też tym, którzy PRL-u nie pamiętają. Dzięki niej poznacie, mam nadzieję, kilka ciekawych opowieści o tym, jak różne oblicza miał wtedy czas wolny. Jedni zdawali się na to, co proponowały władze. Inni nie pozwalali się zamknąć w sztywnych ramach peerelowskiego „jedynie słusznego” relaksu i płynęli osobnym nurtem.

Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

A przedsprzedaż TUTAJ.

Kolejna opowieść o czasie wolnym w PRL na blogu za tydzień. Czekam również na Wasze opowieści.

Otagowane , , , , , , ,

Domgos i Kora

Pamiętacie, jak dotykało się językiem płaskiej baterii i sprawdzało czy kopie, znaczy działa? Albo jak bawiło się w podchody w nocy biegając z latarkami po lesie? A może jak wsadzało się latarki w usta i straszyło dziewczyny świecącą twarzą? Wystarczyła płaska bateria, latarka i była zabawa!

Mam kilka latarek i baterii sprzed lat w swojej kolekcji. Najbardziej pamiętam właśnie taką szarą. Miała z tyły metalowy zaczep. Wieszaliśmy ją podczas biwaków w naszym namiocie u góry, by móc jeszcze trochę pogadać przy świetle. Działała na baterię płaską, czyli 3R12, 4,5 V.

 

Latarkę produkowały w latach 80. Częstochowskie Zakłady Mechaniczne, które miały uroczy skrót CZM DOM-GOS. Założony na początku lat 60. zakład już nie istnieje. Produkował artykuły gospodarstwa domowego, ale też na przykład sprzęt dla milicji.

Latarka ma banalnie prostą konstrukcję. Łatwo się otwiera, by zmienić żarówkę czy baterię. Podobnie jak późniejsza latarka, czyli Kora.

Produkował ją zakład Elektron ze Starogardu Gdańskiego. Przed II wojną, te Zakłady Wytwórcze Ogniw i Baterii nazywały się Daimon i również produkowały podobne rzeczy.

 

Konstrukcja jest bardzo podobna do tej poprzedniej, tylko że wszystko mniej trwałe, bo z plastiku. Pochodzi najprawdopodobniej z przełomu lat 80. i 90. Z tego też okresu chyba pochodzi takie mistrzowskie dzieło.

Oto eko-latarka, produkt poznańskiego Wydawnictwa Towarzystwa Chrystusowego założonego w latach 30. XX wieku. To chyba najprostsza forma latarki w historii. W ten kartonowy pojemnik (autorstwa dyrektora Hlondianum, czyli Lecha Przybylaka) wsadza się płaską baterię, a od góry żarówkę i jest! Świeci się!

 

Prawda, że genialne w swojej prostocie.

Ale takie genialne wynalazki nie miałyby racji bytu, gdyby nie baterie 3R12. Mam kilka przykładów w kolekcji.

Produkcja polska i radziecka. Naszą wyprodukowały Poznańskie Zakłady Elektrotechniczne Centra. Ich historia sięga 1910 roku. Wtedy w Berlinie powstała firma produkująca baterie, która niemal dekadę później przeniosła się do Poznania. Po wojnie Centra także produkowała baterie, ale też na przykład akumulatory do samochód Syrena i Warszawa.

Kolejna bateria to już „baterija” z radzieckich zakładów Syrius. Wyprodukowano ją w 1969 roku.

 

A przy okazji, przypomnienie jeszcze jednej ekstra latarki, tym razem gadżetu reklamowego PEKAO.

Przeczytacie o niej więcej TUTAJ.

Otagowane , , , , , , , ,

Biegać, skakać, latać, pływać…

To było najważniejsze miejsce na podwórku. Fakt, czasami dochodziły od niego odgłosy trzepania dywanów, ale służył przede wszystkim nam, dzieciakom. Choć z drugiej strony to najczęściej młodzież trzepała dywany. W każdym razie chodzi o trzepak, jedno z najważniejszych miejsc związanych z odpoczynkiem, czasem wolnym, podwórkiem i w ogóle życiem młodzieży w PRL-u.

Moje dzieciństwo w latach 80. to przede wszystkim trzepak na podwórku w Słupsku. Graliśmy przy nim w siatkę, spotykaliśmy się by pogadać, w zimę rzucaliśmy przez niego śnieżkami. Obok była piaskownia, murek (graliśmy na nim w kapsle), huśtawka z opon i ślizgawka. Ależ to było niebezpieczne urządzenie. Metalowa konstrukcja pochłonęła palec sąsiada.

A o kapslach pisałem więcej TUTAJ.

 

Ale nawet trzepak albo piaskownica nie były nam potrzebne. No zobaczcie jaki musiałem być szczęśliwy wtedy na kocyku przed domem na trawie 🙂 A jeszcze mogłem zaimponować dziewczynom moim Wigry 3.

Często gościłem u rodziny w Gdańsku. Na Dolnym Mieście miałem babcię Zosię, wujka, ciocię i kuzynów. Obok ich kamienicy był super warzywniak, jeszcze z takim napojem.

Ale baaardzo fajna była też zdezelowana Warszawa tuż obok, oj było przy niej zabawy!

A co robili w tym czasie dorośli? No lepiej nie pytać…

Niestety, teraz o takich sposobach na spędzenie wolnego czasu można pomarzyć. A tak wzięłoby się Alfettę Spider albo Poloneza i pojechało na piknik…

Póki co, szykujcie się, bo nadchodzi dobrooooo

Otagowane , , ,

Koronacja w 3-D

Pokazywałem już na blogu świat 3D z minionej epoki, czyli…. stereobox, o którym pisałem TUTAJ.

Pisałem wtedy o Sir Charlesie Wheatstonie, który lubił kontrowersje. Największe wywołał, kiedy poślubił swoją kucharkę – siostrę matki innego geniusza, jednego z wielkich pionierów elektrotechniki Olivera Heaviside’a. Wheatstone był uznanym brytyjskim wynalazcą. Opracował m.in. pierwszy elektryczny telegraf oraz urządzenie, które nazwał stereoskopem. To maszynka do oglądania obrazów przestrzennych, dzisiaj znanych jako technika 3D. Był rok 1838…

…a dzisiaj mamy 2019 i taki nowy skarb w naszej kolekcji.

Początki tego urządzenia sięgają 1914 roku. Wtedy w Portland USA powstała firma Sawyer’s, która opracowała urządzenie do przeglądania zdjęć o nazwie View Master. Produkt i nazwa zostały opatentowane w 1939 roku.

Produkt tak się dobrze przyjął, że firma wprowadziła go na rynek europejski i my właśnie mamy produkt wykonany w Belgii, na amerykańskiej licencji. Pochodzi z lat 50.

Wkłada się do niego filmy i przewija wajchą z boku. Ciekawe jest to, że zdjęcia mogło się oglądać pod światło, ale też bez niego. Dzięki dwóm bateriom i żaróweczce.

TUTAJ przeczytacie więcej o filmie. A teraz co można obejrzeć. Mamy przepiękny zestaw zdjęć.

To piękny zestaw mini fotografii do View Mastera. Są dwa rodzaje obrazków w tym albumie. Kolekcja zdjęć z koronacji królowej Elżbiety z 1953 roku oraz fotografie krajobrazów z różnych krajów, Włoch, Szwajcarii, Holandii, Londynu, Kornwalii.

Każdy zestaw składa się z 14 zdjęć.

Wszystko genialnie opisane i poukładane.

Nic tylko oglądać!

A TUTAJ możecie zobaczyć inne modele View Masterów.

Otagowane , , , ,

Epoka slajd

„Na obiad jadą goście/ – Uwaga! Dziura w moście!/ Pod mostem płynie rzeka/ wiadomo, że z daleka/ Do morza rada/ Inaczej nie wypada” – tak zaczyna się bajka Jana Brzechwy „Dziura w moście”. A tak wygląda na fenomenalnych slajdach z naszej kolekcji.

Po tym, jak w ostatnim wpisie opisałem mini pokaz filmów z naszej kolekcji, postanowiłem kontynuować przeglądanie podobnych materiałów. W ręce wpadły mi slajdy, które mamy w kolekcji. Jakież to są genialne obrazki!

Oczywiście jakość zdjęci i kafelki, na których je wyświetlałem, nie w pełni pokazują te genialne rysunki, ale i tak robią wrażenie. To nie powinno dziwić, bo opracowała ja Maria Uszacka, uczennica w pracowni samego Jana Marcina Szancera.

Ten zestaw kosztował 60 zł i wydała go firma Epoka Slajd.

Za drugi zestaw odpowiada Wydawniczo-Oświatowa Spółdzielnia Inwalidów Wspólna Sprawa z Warszawy. Prawdopodobnie pochodzą z lat 70, a angielskie napisy świadczą, że były przeznaczone także dla turystów zagranicznych.

Można na nich zobaczyć najważniejsze zabytki Gdańska. Na przykład takie:

Na dokładkę zostawiłem małą laleczkę z boku jednego z nich, a co!

A na czym oglądam takie skarby? Póki co, zdradzę tylko tyle…

I jeszcze jedna ważna rzecz. Na takich slajdach, rejestrowało się również życie rodzinne. Mam taki przykład z rodzinnego archiwum. Moja ciocia-babcia i jej mieszkanie w Gdańsku.

Oczywiście jeszcze do slajdów powrócę…

Otagowane , , , , ,

Latający kufer

Projektor, rzutnik… a tak naprawdę nazywa się diaskop. A dokładnie to Diaskop Jacek B-7. Urządzenia do oglądania filmów, które mamy w kolekcji.

Było – i jest – wielu słynnych Jacków. Jacek od Jacka i Agatki, Jacek Wszoła, Jacek Odrowąż (dominikanin), Jacek Cygan i oczywiście Jacek Gmoch. Ale taki Jacek był i jest tylko jeden.

Diaskop Jacek produkowały Łódzkie Zakłady Kinotechniczne „PREXER” na przełomie lat 70 i 80. Polskie baśnie, najpopularniejsze legendy, zabytki, różne były filmy, które można było obejrzeć na Jacku. Filmy, choć de facto, były to zdjęcia na kliszach. Film wkładało się do dziury u góry diaskopu i przewijało czarnym pokrętłem z boku. Ostrość można ustawić obiektywem.

Filmów mamy kilkadziesiąt. Wyświetlane w ciemnej sali na ścianie wciąż robią wrażenie. Na przykład „Latający Kufer” według Andersena. Jak on jest pięknie narysowany!

Muszę jednak przyznać, że kolory Jacka nie były najładniejsze. Czy to był brązowy jak nasz, czy niebieski albo zielonkawy to wszystkie wyglądały jak pomalowane przeterminowanymi plakatówkami.

Ale filmy wciąż działają!

Mamy takich filmów kilkadziesiąt. Pewnie jeszcze będziemy je tu umieszczali…

Otagowane , , , , ,

Jesteśmy w klipie

Oto kolejny teledysk, w którym pojawiają się skarby z naszej kolekcji.

To singiel „Abyss” pochodzący z nowej płyty polskiej grupy Black River, w skład której wchodzą członkowie takich kapel jak Behemoth czy Dimmu Borgir.

Na plan wypożyczyliśmy nasze dwa telewizorki, o których pisaliśmy TUTAJ oraz monitor.

 

Polecamy!

Otagowane , ,

Przeźrocza z przeszłości

Kilka wpisów temu prezentowałem wspominkowe slajdy rodzinne z końca lat 70. Doskonały obraz epoki, źródło inspiracji. Teraz czas na pokazanie sprzętu do ich przeglądania.

Foton to cząstka elementarna z grupy bozonów, Wykazuje dualizm korpuskularno-falowy… no dobra, ale nie o tym, nie o teorii. Foton to Warszawskie Zakłady Fotochemiczne, z których pochodzą te slajdy.

Firmę, w 1936 roku na warszawskiej Woli, otworzyli bracia Jerzy i Kazimierz Franaszkowei. Z motto „u nas wszystko musi być najlepsze” tworzyli nie tylko w trakcie pokoju. Podczas wojny drukowali antyniemieckie ulotki. Niestety podczas Powstania Warszawskiego zostali zamordowani niemal wszyscy pracownicy i sama fabryka została spalona.

Po wojnie ją odbudowano i nazwano Warszawskimi Zakładami Fotochemicznymi Foton. Produkowano m.in. błony techniczne dla medycyny, ale też właśnie takie slajdy. A można je było oglądać m.in. dzięki takiemu urządzeniu.

Podświetlało slajdy od środka, a tą pomarańczową wajchą, się je przesuwało.

W zestawie znalazł się jeszcze jeden produkt, nie z Fotonu. To ramki do przeźroczy z Krakowskiego Zakładu Przemysłu Gumowego Stomil.

Ładna grafika, prawda…

Otagowane , , , ,

Videoteka collection

Uwielbiam targi, ryneczki itp. Można znaleźć na nich wiele skarbów. Na przykład takie cuda, które zakupiłem jakiś czas temu.

Dwa absolutne klasyki polskiego kina: „Miś” i „Rejs” i to na kasetach VHS. Pisałem już TUTAJ, o różnych kasetach, ale o filmach wydanych przez Agencję Producentów Filmowych jeszcze nie miałem okazji. To dystrybutor, który zajmował się przede wszystkim kinem polskim, ale nie tylko. APF z oddziałem Video była dzieckiem Agencji Produkcji Filmowej (na jej miejsce w 2005 roku powołano PISF).

Obie kasety są przeznaczone tylko do wypożyczalni. Jak widać na naklejkach tytuły pisano na maszynie. Jest też numeracja, dzięki której widać ile było tytułów do danego wydania.

Ciekawe są opisy filmów. Według nich „Rejs” i „Miś” to komedie satyryczne. A są inne?

Dobra jest też nazwa całej serii: Filmy Polskie, videoteka collection.

 

To jeszcze czołówka APF, naprawdę tragiczna…

Otagowane , , , , ,

Reporterska lampa

Jakiś czas temu pokazywałem tu kilka przykładów przedmiotów, które sam wykonuję, opierając się na skarbach sprzed lat. Chodzi o różne lampy, o których przeczytacie w zakładce BUFET DIZAJN.

 

Właśnie przygotowałem kolejny okaz. Jego podstawą jest magnetofon (były również modele w kolorze popielatym), który pojawił się na rynku w 1973 roku. Waży niecałe 2 kg, może być zasilany z sieci albo 5 bateriami. Stąd często nazywany jest magnetofonem reporterskim.

Oto MK 122, którego producentem były Zakłady Radiowe im. Kasprzaka. Pisałem o nim TUTAJ.

Postanowiłem zrobić z niego lampkę. I tak był niesprawny, a tak może pięknie oświetlić fajny kącik. Dołożyłem instalację i w dwóch przykładowych odsłonach prezentuje się tak.

 

Każda z tych lampek jest na sprzedaż. Zainteresowani? Piszcie na przyj@wp.pl.

 

Otagowane
Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij