Pisałem już, że pod warszawską Halą Mirowską można znaleźć skarby. Oto i kolejny od pewnego handlarza. Butelki po bąbelkowych napojach sprzed lat.
Najpierw takie dwie butelki po oranżadzie wyborowej. Brązowa i biała, ta druga z częstym felerem: dwoma etykietami. Na nich oczywiście zakład produkcji. To należąca do Społem Wytwórnia Wód Gazowanych Warszawa-Wilanów, mieszcząca się wtedy przy ulicy Wiertniczej. Etykieta nie zachwyca grafiką, ale podaje ciekawą informację, że termin spożycia takiej oranżady, to było zaledwie kilka dni.
Dużo ciekawsza jest etykieta od Florianki. To woda stołowa słabo zmineralizowana do Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska z miasteczka w podkarpackim, Narol. Nazwa Florianka może pochodzić od tego, że w mieście od lat jest pomnik św. Floriana, ale też Narol w XVI wieku był nazywany Florianowem.
W każdym razie bardzo ładna etykieta z wieloma ważnymi informacjami. Woda była ważna 12 miesięcy, a reklamowało ją solidne hasło: orzeźwia pobudza przemianę materii.
W ten świąteczny czas, być może będziecie mieli chwilę na dłuższe czytanie. Proponuję się przenieść do roku 1975. Otwiera się wtedy pierwsza pizza w Polsce, w moim rodzinnym Słupsku, przy barze mlecznym Poranek. Niesamowita jest jej historia. Pracując nad ostatnią książką dotarłem do wspaniałej Pani Elżbiety, która pierwsza robiła tę pizzę. Opowiedziała mi o tych początkach. Miesiąc temu spotkaliśmy się ponownie, usiedliśmy w tej pizzerii (tak, wciąż czynna, w tym samym miejscu i z niemal niezmienionym wnętrzem) i powspominaliśmy. Pizzeria z grubsza wygląda tak, jest malutka, ciepło w niej jak cholera, ale cały czas kolejka.
W środku kartka z napisem: „Najstarsza pizza w Polsce. Z ziemi włoskiej do Słupska. 8 marca w 1975 roku została uruchomiona PIERWSZA w Polsce pizzeria przy barze Poranek w Słupsku. Przywędrowała do nas z Mediolanu. Od razu przypadła do gustu gościom i mieszkańcom miasta. Pomimo upływu lat i powstałej konkurencji nie zmieniono receptury do wypieku placka. Pizza podawana jest w dwóch smakach z pieczarkami lub mięsem. Zapraszamy. Smacznego!!!”. A oto fragment książki: – Doskonale pamiętam, jak budowali piec. To jest dokładnie ten, który stoi i jest używany do dziś. Na pomysł otwarcia tego punktu wpadł dyrektor Szołdra. Kiedy pojechał na targi gastronomiczne do Włoch, zauważył tam budki z plackami zamawianymi na wynos. Zainteresował się, zjadł, zasmakowało mu, wrócił i powiedział: „Robimy je u nas”* – wspomina Elżbieta, która jeszcze kilkanaście lat temu zgłodniałym klientom wydawała te pizze. Otwarcie punktu było wydarzeniem gastronomicznym. Kilka dni po nim „Głos Koszaliński” pisał: „Słupska gastronomia, znana w kraju i poza jego granicami ze smakowitego jadła, przyrządzanego według własnych oryginalnych receptur – tym razem zapożyczyła coś z włoskiej kuchni. Od kilku dni w sąsiedztwie baru Poranek przy głównej ulicy miasta podaje się konsumentom popularną włoską potrawę o nazwie pizza. Przypomina z wyglądu nieco większą bułkę. W istocie jest to ciasto drożdżowe z pikantnym farszem w 4 smakach. Konsumenci, a zwłaszcza panie, chwalą ten przysmak”
Elżbieta pamięta, że pizz schodziło setki dziennie: – Nie potrafię nawet powiedzieć ile, gubiłyśmy rachubę. Nie ma o czym mówić, to były duże ilości. Potem pojawiała się konkurencja, ale kolejki dalej się ustawiały. Początki jednak nie były łatwe. Sam pomysł wyremontowania małego pomieszczenia przy barze mlecznym, wstawienia tam dużego pieca, jeszcze bufetu i stolików wydawał się szalony. Przyszedł kierownik i mówi do mnie: „Ela, będziesz się uczyć i zrobisz placki”. Ja mówię: „Kierowniku, ja się boję, że coś zepsuję”. Ale oczywiście nie było dyskusji. Nikt z nas nie wiedział, jak robić te placki. Metodą prób i błędów udało się w końcu wypracować coś, co bardziej przypominało placek drożdżowy. Farsz był znakomity, uczył nas go robić szef kuchni z Karczmy Słupskiej. Na początku były opcje z boczkiem, kiełbasą, rybą i pieczarkami”.
– Ciężko było to wszystko przygotować, ciasta, ale też farsz. Na początku wszystko robiłyśmy ręcznie, ciasto, krojenie kiełbasy. Na szczęście po jakimś czasie kierownik zakupił maszynę do wyrobu ciasta, a potem rozdrabniarkę do sera. Ludzie na początku śmiesznie reagowali na naszą pizzę, nie wiedzieli, jak to nazwać ani jak się je. Wyjadali środek, zostawiali ciasto. Ale kolejki ustawiały się cały czas. Przyciągało też samo miejsce. Co prawda było – i jest – bardzo małe, ale nie dość, że można było tu zjeść włoski przysmak, to jeszcze była super obsługa, oprócz bufetowej chłopak do pomocy przy tych kilku stoliczkach. Do tego w tle z magnetofonu leciały włoskie przeboje. No i najważniejsze, poza pizzą, w pierwszych latach działalności, można było na miejscu wypić lampkę wina. Choć wystrój był już mało włoski, przypominał bardziej karczmę, to lokal stał się głośny i szybko podobne miejsca otwierano w innych miastach: Koszalinie, Lublinie, Olsztynie, Legnicy czy Gliwicach.
… historia rozwija się dalej, ale o tym więcej w książce.
Czas na kolejny wernisaż. Tym razem papierowy, a dokładniej papierowo-torebkowy.
Bywa tak, że w jakichś walizkach, kartonach odnajduję skarby z kolekcji, o których zapomniałem. Tak było z siatką wypełnioną torebkami papierowymi i papierem pakowym sprzed lat. Sporo perełek. Jest na przykład papier pakowy Peweksu. Mam sporo siatek ortalionowych, a teraz dołączył do niej ten super papier w dwóch wersjach. Oczywiście ze słynnym logotypem.
Inny klasyk z cudownym logo. Moda Polska.
W takie opakowania z jaskółką można było zapakować skarpety, majtki albo jakiś żakiet. Zresztą o sklepach Mody Polskiej, a konkretniej o wystroju tych sklepów, piszę sporo w książce-reportażu „Zakupy w PRL. W kolejce po wszystko” (wyd. Muza). Opowiada mi o tym plastyczka odpowiedzialna za wystawy w sklepie Mody Polskiej w Gdańsku Wrzeszczu. Polecam. Idźmy dalej. Wielki spożywczy moloch: Społem. Ci to narobili wiele torebek. Oto przykłady.
I kolejne firmówki. MHD, czyli sieć Miejski Handel Detaliczny. Ciekawe, kolorowe torebki w różnych rozmiarach.
I coś warszawskiego. Torebki Stołecznego Przedsiębiorstwa Handlu Wewnętrznego.
Wiele sklepów, czy raczej pań i panów sprzedających w tych sklepach pakowali jednak towary w takie no name’y.
Na cukier, słodycze i nie tylko. Wkrótce więcej przykładów, bo jeszcze trochę tych torebek mam.
Mój tata na przykład przekładał Mocne do opakowania po Marlboro i tak udawał, że pali te lepsze papierosy. Inni styczność z luksusem okazywali poprzez siatki. Na przykład siatka Lego oznaczała, że zapewne byłeś w Peweksie albo Baltonie i jesteś gość. Ostatnio do kolekcji wpadł mi zestaw siatek sprzed lat. Jest kilka luksusowych.
Lego mam dwie, nie są z PRL, ale nie są współczesne. Jedna klasyczna, z logotypem, a druga ciekawa, z klockiem.
Jak wspomniałem Lego można było w PRL kupić na przykład w sieci sklepów Baltona, które najpierw zaopatrywały statki, marynarzy, potem otwierały się na przejściach granicznych, lotniskach, wreszcie w różnych miastach dostępne dla wszystkich. Szerzej opisałem ich historie i spisałem opowieści pracowników Baltony w książce „Zakupy w PRL. W kolejce po wszystko” (Muza). Mam już kilka papierowych siatek Baltony, ale takiej plastikowej jeszcze nie miałem.
W takich Baltonach i Peweksach można było również kupić japońskie sprzęty. Chociażby firmy Seiko. Mam ciekawą siatkę jej podfirmy zajmującej się m.in. produkcją drukarek Seikosha.
Pisałem, że Baltona mieściła się m.in. na lotniskach. A propos, to mam także siatki linii lotniczych. Sieciówki aptecznej oraz LOT z okazji wprowadzenia do floty samolotów Boeing 767, co nastąpiło na początku lat 90. Maszyny te latały m.in. do Chin i USA.
A teraz rarytas. Polska Centrala Produktów Naftowych powstała pod koniec II wojny i przez cały PRL była monopolistą na rynku paliw. Od lat 60. towarzyszyło jej znakomite logo zaprojektowane przez Ryszarda Bojara. Pojawiało się też na siatkach. Wraz z nimi wspaniałe hasło.
Są też dwie inne ciekawe siatki. Sieci Euro Shop, która działała na lotniskach i promach, no i siatka wszystkich bossów!
Otworzyły się tuż przed wybuchem II wojny światowej. Szybko musiały się zmienić i ukierunkować na inną produkcję. Po wojnie ją rozbudowano i wyszło z nich takie cudo.
Nazwa jest dość kontrowersyjna: wirówka do odciągania soków SW-3. Urządzenie do domowego wyrobu soków powstało w Zakładach Elektro-Maszynowych Predom-Eda w Poniatowej. Otwarto je w lipcu 1939 roku jako zakłady elektrotechniczne. Podczas wojny produkowały urządzenia dla wojska, stały się również obozem koncentracyjnym, głównie dla żołnierzy radzieckich, ale też Polaków i Żydów.
Po wojnie stały się częścią zjednoczenia przemysłu Predom. Produkowano w nich pralki, nawilżacze i inne urządzenia eksportowane m.in. do krajów arabskich. Wyprodukowano też taką wirówkę.
Było kilka odmian, ja mam model kupiony w 1975 r.
Kompletny, ze wszystkimi dodatkami, końcówkami, w oryginalnym kartonie.
Jest też karta gwarancyjna oraz kupon ryczałtowy.
W środku sporo informacji, chociażby kupony kontrolne.
Całość w super stanie i sprawna. To co, czas na sok!
Najpierw, czyli w drugiej połowie XIX wieku mieścił się browar. Na początku kolejnego wieku był jednym z największych w okolicy. II wojna skończyła się wywiezieniem wielu urządzeń i zatrzymaniem rozlewni piwa. Produkowano za to oranżadę. Wreszcie po remoncie w 1958 r. powstała Nidzicka Wytwórnia Win i Miodów Pitnych. Do dziś – w omawianym budynku przemysłowym, czyli w dawnym browarze, który został wpisany do rejestru zabytków – jest produkowany miód. Ja mam taki sprzed lat.
Mam dwójniaka i wciąż jeszcze nieotwartego. Zalakowana butelka na etykiecie ma krzyżacki zamek w Nidzicy. Z kolei na małej etykiecie na szyjce widać logo, najprawdopodobniej Wojewódzkiego Związku Gminnych Spółdzielni.
Opakowania – to jeden z moich ulubionych tematów jeśli chodzi o epokę słusznie minioną. Jestem fanem zarówno tych pięknie zaprojektowanych, jak i tych zaprojektowanych nie do końca pięknie. Czas na mały przegląd, bo ostatnio dostałem do kolekcji kilka kuchennych perełek sprzed lat.
Na początek pieprz ziarnisty. Wyprodukowany dla Społem. Dwa opakowania i dwa różne odcienie. Myślę jednak, że tu chodzi o te same kolory, tylko jeden pewnie pochodzi z partii, w której trochę już zabrakło farby.
Przy kminku wchodzimy w lepszy projekt. Być może dlatego, że pieprz pochodzi z lat 80., czasów dramatycznego niedoboru wszystkiego, a kminek z dekady wcześniej. Prosty, czysty projekt dla Łódzkich Zakładów Zielarskich Herbapol.
Dalej też Herbapol i też z Łodzi, czyli nasiona gorczycy białej.
Następny projekt może mało efektowny graficznie, ale za to super liternictwo. Tak poradziła sobie spółdzielnia inwalidów z kwasem cytrynowym.
I coś, co pamiętam dobrze. Zawsze wolałem budyń, nie kisiel. Oto budyń gdański błyskawiczny, czekoladowy mmm. Wyprodukowany przez Gdańskie Zakłady Środków Odżywczych w Gdańsku Oliwie. Na opakowaniu jasny przepis. Przede wszystkim nie gotować. Trzeba było zalać mlekiem o temperaturze pokojowej, roztrzepać trzepaczką i zostawić do ochłonięcia na 10 minut. A opakowanie? Cudo!
I na koniec rarytas, który w latach 80. nie był niczym dziwnym. Opakowanie zastępcze, po czymś. W tym przypadku był cynamon mielony, a jest pieprz. O czym informują pieczątki.
Czas powrócić do graficznych skarbów. Od jakiegoś czasu w kolekcji mam pokaźny zestaw etykiet zapałczanych sprzed lat. Dużo tam dobra. Tym razem po raz kolejny powrócę do reklam.
Wiele ciekawych przykładów. Na przykład reklamy produktów bez podania producenta i miejsca zakupu. Jak te sok, koncentrat i zupa powyżej. Poniżej już różne przykłady. Bo jest reklama sieci sklepów meblowych chyba ze słynnym krzesłem Chierowskiego model 366. Jest też środek na ochronę drewna i czysta, żywa wełna.
A tu klasyk z marynarzem z Baltony, czyli sklepów na początku zaopatrujących statki i marynarzy, a potem już otwartych dla wszystkich. Jest też reklama zakładów jubilerskich Przedsiębiorstwa Handlu Detalicznego (prawdopodobnie) z hasłem „punktualność obowiązuje”.
Kolejny klasyk. Reklama czasopisma „Polityka” i baterie Centra.
Oczywiście mam oryginalną baterię Centry, płaską. Pamiętacie jak się sprawdzało czy jeszcze działa?
Niżej mieszanka obówniczo-kuchenna.
Teraz czas na domy handlowe. Było ich trochę, rolniczaki, cedety, pedety. To a propos tych ostatnich.
Cedety stawiały na luksus, jest nawet napis „exklusiv”.
Wreszcie Domy Towarowe Centrum, o których kilka razy już pisałem. Wyraźnie widać ich hasło: „Domy towarowe Centrum miejscem dobrych zakupów”.
Czas na drugą odsłonę prezentacji niesamowitej kolekcji po mojej cioci-babci Lucylli, czyli zestawu serwetek sprzed lat. Oto miks polskich i zagranicznych. Na początek pamiątki po podróżach samolotami oraz pociągami.
Dalej piękne rybki i serwetki Zjednoczenia Gospodarki Rybnej, które od lat 60. jednoczyło przedsiębiorstwa i instytucje zajmujące się handlem rybami, połowem, sprzedażą, a nawet popularyzowaniem spożycia ryb.
W zestawie jest też kilka zagranicznych perełek, na przykład z różnych kawiarni.
Jest też kilka przykładów serwetek z po prostu pięknymi wzorami.