Brawo! To klej. Znaczy to co po nim pozostało, sam pojemnik, bo klej po tych 40 latach wysechł. Taki kleje dodawano do plastikowych modeli samolotów, które można było kiedyś kupić na przykład w Składnicach Harcerskich. Wiem, wiem. Nie tylko takie kleje były dostępne. Takie też:
Czas na powrót do plastikowych cudeniek, bo ostatnio dzięki koleżance kolekcja powiększyła się o takie super okazy:
Różnych firm, z różnych lat, ale wszystko w skali 1:72.
Największy z nich to PZL-37 Łoś. Pamiętam, kiedyś sklejałem tego masakratora. Z szybami było najtrudniej, zostawały ślady po kleju. Ten zestaw ZTS Plastyk Pruszków można było skleić w dwóch wersjach oznakowania: polskim i rumuńskim. Pochodzi z 1985 roku i kosztował 154 zł. Ciekawy jest kolor tego plastiku prawda?
Kolejne dwa projekty z Pruszkowa to modele Jak-1M. Również w różnych malowaniach.
Kolejny model wyprodukowała czechosłowacka firma. To Polikarpov PO-2. Ma tu malowanie radzieckie i czechosłowackie. Dla polskich modelarzy jest instrukcja w naszym języku.
I ostatnie cudo w pięknym mydelniczkowym kolorze. To model radzieckiej produkcji, ale z możliwym polskim malowaniem. Też P0-2, tylko jak zwrócicie uwagę na opakowanie, tutaj z mniej dynamicznym rysunkiem niż produkcja czechosłowacka.
Takie stwierdzenie zapamiętałem z jednej z rozmów z mistrzem, taki był też tytuł wywiadu z nim. Smutne są okoliczności przypomnienia tej wyjątkowej postaci. Odszedł od nas Andrzej Korzyński, fenomenalny kompozytor muzyki filmowej oraz elektronicznej, przebojów popowych, a do tego fantastyczny facet.
Rozmawiałem z nim w kawiarni, przez telefon, ale najbardziej zapamiętam wizytę w jego warszawskim domu. Gadaliśmy o pierdołach, poczęstował mnie kawą, wreszcie opowiadał o muzyce. Zawsze z pasją, anegdotami, szacunkiem dla innych. Na koniec dał mi taką płytę.
„A takie tam moje kompozycje, posłucha sobie pan” – powiedział. Takie kompozycje?! „Akademia Pana Kleksa”, „Na Srebrnym Globie”, „Panna Nikt”, „Wierność”, „Człowiek z marmuru”, „Bestia” – przecież to kawał historii polskiej muzyki i kina.
Pisał muzykę do filmów Wajdy, Żuławskiego, doskonałych seriali (m.in. „Tulipan”), stworzył Franka Kimono, pisał przeboje dla Rodowicz, Niemena. Był pionierem elektroniki na naszym rynku, kiedy współtworzył projekt Arp-Life.
Do tego fantastyczna muzyka z filmowych przygód Pana Kleksa. Masa wspaniałych dźwięków.
Może jednak to sam Pan Korzyński najlepiej opowie o swojej muzyce, mi pozostaje smutek…
Podobno niewiele brakowało, a muzyka ilustracyjna z filmów o przygodach Pana Kleksa nigdy nie ukazałaby się na płycie, bo miała wylądować… w piecu?
Oryginalne partytury już dawno poszły na makulaturę, a taśmy z nagraniami tematów do filmów Krzysztofa Gradowskiego miały faktycznie trafić do pieca lub na guziki. Kiedy kilkanaście lat temu likwidowano łódzką wytwórnię filmową, a dokładniej jej archiwum dźwiękowe, niektóre taśmy przygotowano do likwidacji. Uratował je tak naprawdę pewien dźwiękowiec z wytwórni. Zadzwonił do mnie i zapytał, czy mnie te taśmy interesują. Oczywiście, że tak! Pojechałem po nie do Łodzi i dołączyły do mojego osobistego archiwum. W moim garażu zrobił się już spory magazyn. W podobny sposób udało mi się uratować też na przykład taśmy z muzyką do „Na srebrnym globie” Andrzeja Żuławskiego. One z kolei przez lata leżały na korytarzu wrocławskiej wytwórni, przez który przewijały się setki ludzi, i w zasadzie każdy mógł je zabrać. Z tym filmem wiąże się ciekawa anegdota. Żuławskiemu przez kilka lat na przełomie lat 70. i 80. w Polsce ten film wstrzymywano. Ale jakimś cudem udało mu się i tak wywieźć go na festiwal do Cannes. Film był niedokończony, bez dźwięku, ale muzykę już miał. I Żuławski puścił go. Sam wziął mikrofon i mówił, co jest na ekranie, żeby publiczność rozumiała, o co chodzi, nie słysząc dialogów. Ludzie myśleli, że to jest fantastyczna nowa forma projekcji filmowej. Momentalnie zwrócił uwagę na siebie i moją muzykę. Po tej prezentacji dostałem ofertę napisania muzyki do zachodnioniemieckiego filmu SF „Stworzony do latania”.
Sporo ma pan jeszcze niewydanej muzyki w swoim magazynie?
Napisałem muzykę do 120 filmów, trochę więc jej jeszcze zostało. GAD Records, które wydało „Akademię Pana Kleksa”, przymierza się do „Wielkiego Szu”. Z kolei brytyjskie wydawnictwo Finders Keepers Records, które wydało już moją muzykę do „Trzeciej części nocy” czy „Opętania” Żuławskiego, pyta o soundtrack do jego ostatniego filmu „Kosmos”. Jest nad czym pracować.
Uratował pan własne nagrania, ale też zajmował się archiwizacją oraz popularyzacją naszego bigbitu.
Od początku powstania Młodzieżowego Studia Rytm w Polskim Radiu w połowie lat 60. mieliśmy problemy. Byliśmy młodzi i proponowaliśmy inną muzykę. W naszym studiu nagrywali najważniejsi artyści w tamtym czasie, cały kwiat naszego bigbitu. Ale były osoby, które nienawidziły całej tej kultury, więc problemów nie brakowało. Nauczyłem się robić kopie piosenek, które na wszelki wypadek umieszczałem w fonotece Radia dla Zagranicy i w PR 3 .Tam przeleżały wiele lat, bo chętnie puszczali nagrania Studia Rytm. A warto pamiętać, że w latach 60. i 70. polska muzyka młodzieżowa to był absolutny top europejski. Kiedy posłuchamy na przykład francuskiego rock’n’rolla z tamtych czasów, to przekonamy się, jaką był imitacją. A polskie zespoły Polanie, Niebiesko-Czarni czy Niemen zarażali autentyzmem. Potem, podczas transformacji ustrojowej na początku lat 90., muzykę nagraną w Studio Rytm przypomnieliśmy naszej publiczności. Wraz z kolegą biznesmenem wykupiliśmy licencję na te nagrania, znalezione w Trójce, w Radiu dla Zagranicy i w innych miejscach PR, i wydaliśmy je na CD. Masteringi i nagrania realizowaliśmy w Holandii, bo u nas nie było jeszcze tłoczni płyt CD. Rozesłaliśmy je do kiełkujących wtedy prywatnych stacji radiowych. Przyjmowali je z otwartymi rękoma, bo pracowali na CD, a te nagrania były do tej pory wyłącznie na winylach. Potem te taśmy oddaliśmy do archiwum radiowego. Dzisiaj są już właściwie przechowywane.
W Polskim Radiu nagrywał pan muzykę do „Pana Kleksa”?
Tak, w studiu S1. Muzycy byli brani m.in. z orkiestry radiowej, ale też z „miasta”. Wśród nich byli doskonali muzycy sesyjni, jak gitarzysta Winicjusz Chróst, basista Arkadiusz Żak, bębniarz Wojciech Kowalewski, Paweł Perliński (el. Piano) czy Marek Stefankiewicz, który grał na syntezatorach. Z tymi muzykami i z orkiestrą symfoniczną udało się zarejestrować muzykę, która z założenia miała być trochę inna niż to, co można było u nas usłyszeć, może bardziej hollywoodzka, w disneyowskim stylu. A używaliśmy wyjątkowych, jak na tamte czasy, sprzętów. Chociażby legendarnej yamahy DX7, rolanda TB 303 czy samplera Akai, którego kupiłem w Niemczech. To na nich zagrane są m.in. dźwięki z ilustracji do filmowych scen z Filipem Golarzem. Mam je zresztą do dziś.
Święta za moment. To ostatni czas na wysłanie kartki i wizytę na poczcie. Na przykład Małej Poczcie.
Ostatni bastion PRL, cuchnący bękart minionej epoki, relikt Polski Ludowej – to tylko łagodniejsze określenia instytucji Poczty Polskiej. Otóż nie! O tym, że na poczcie może być miło, przyjemnie, elegancko i kolorowo świadczy produkt Spółdzielni Pracy Udziałowa z Częstochowy.
Mała Poczta to zabawka dla tych, którzy jako dzieci marzyli by kiedyś stawiać stemple, segregować listy czy dostarczać emerytury. Zabawka spełniała te marzenia. Mała Poczta ma w sobie wszystko by stać się pełnoprawnym punktem pocztowym. W zestawie są bowiem: znaczki pocztowe, kartki, widokówki, przekazy, kopertki, papier listowy, telegramy, stempelki, poduszka do stempli, a nawet żetony imitujące monety. Mało tego, samo pudełko stanowi skrzynkę pocztową.
Czarują zwłaszcza widokówki. Są wśród nich z bałwankiem, z jajkami wielkanocnymi i bawiącymi się dziećmi. Wszystko wygląda jak ręcznie malowane. Do tego jest oczywiście instrukcja.
Jedno z dzieci jest urzędnikiem pocztowym, pozostałe interesantami – instruuje.
Na pudełku widnieje symbol 3.12.75, co najprawdopodobniej oznacza datę produkcji. Cena detaliczna towaru wynosi 60zł. Takie zabawki powstawały nie tylko u nas, ale także na przykład w USA i to już kilkadziesiąt lat wcześniej. Zresztą wciąż można kupić ich nowe wersje.
Strażacy w dzieciństwie byli dla mnie bohaterami, zresztą są nimi nadal. Dlatego samochody strażackie w latach 80. szczyciły się na mojej półce szczególnymi przywilejami. A już taki zestaw i to matchboksów to było coś. Wtedy takiego nie miałem, tylko pojedyncze samochody. Teraz się to zmieniło. Oto on:
Zestaw Motorcity jest pierwszym w naszej kolekcji. Mamy dowód, że został kupiony w Peweksie:
Seria Motorcity była emitowana już w latach 80. Z zestawów można było zbudować swoiste miasto. Można było kupić bowiem zestawy policyjne, garaże, wyścigówki, zestaw samochodów używanych na budowach, a nawet ulice.
Poszczególne samochody z naszego zestawu powstawały w różnych latach, w dekadzie 80. Jak widać jest tu również samolot. Co prawda nie wyprodukowano ich już w Anglii, ale jeszcze nie w Chinach. Te pochodzą z Tajlandii.
Niemal każdy ma jakąś ruchomą część. W samolocie jest to śmigło, w dwóch samochodach drabiniastych drabiny, a w ciężarówce z lotniskowej straży wieżyczka do wyrzucania piany.
Całość jest w znakomitym stanie i na pewno będzie nam służyć jeszcze wiele lat.
Na koniec wiekowa reklama Motorcity firmy Matchbox:
Takie prezenty to ja lubię. Odwiedziłem kolegę jeszcze z podstawówki i podarował mi takie cudo. To więcej niż płyta, bo są i wyjątkowe dodatki.
Boski Don Johnson w wersji muzycznej. „Heartbeat” to pierwszy album Dona, z 1986 roku. Był już wtedy gwiazdą „Policjantów z Miami”. Sam Don mówił, że chciał by jego płyta była nowoczesna i rockowa. No trochę jest. A w nagraniu pomogli mu tacy mistrzowie jak Ron Wood, Willie Nelson i Stevie Ray Vaughn.
Jest tu dużo pięknych zdjęć, pięknego Dona, ale co chyba ciekawsze, płyta okazała się mieć wyjątkowe dodatki. Najpierw to.
Otóż jest to plakat filmowy, a na rewersie reklama telewizji ElGaz (pisałem o niej w swojej książce „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.”) oraz wykaz nagród Koła Piśmiennictwa Filmowego SFP za rok 1990. Czyli gazeta pochodzi z 1991. Kurczę same dobre filmy.
Do wkładki jest przyczepione jeszcze coś. To teksty piosenek z tłumaczeniami z niemieckiego „Bravo”. Ja wycinałem takie z naszej edycji oraz z „Popcornu”. Przy okazji tych tekstów widać singlowe przeboje w Niemczech w maju 1987 r. Są wśród nich m.in. John Farnham i Madonna, ale też artyści u nas wtedy mało znani. No chyba Pierre Cosso nie był u nas wielką gwiazdą co nie?
Baaardzo lubię takie niespodzianki. A płyta Dona dołączyła do mojej kolekcji obok tej, znaczy kolegi policjanta z Miami, Ricardo Tubbsa.
To był ciekawy rok. Premierę miał serial „Życie na gorąco” z boskim Leszkiem Teleszyńskim; Polska pokonała Holandię 2-0 na Stadionie Śląskim; została też otwarta Linia Hutnicza Szerokotorowa. A w Opolu odbył się XVII Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej. Co grano pokazuje ta kaseta.
Sześć festiwalowych dni wypełniła masa piosenek, tutaj znalazły się premiery. Nagrody w tej konkursowej części odebrali ex aequo Zdzisława Sośnicka za „Żegnaj lato na rok” oraz Krystyna Prońko i Zbigniew Wodecki za „Wspomnienie tych dni”, a do tego Bogusław Mec „W białej ciszy powiek” i grupa VOX „Masz w oczach dwa nieba”. Na kasecie zabrakło utworu w wykonaniu Meca.
Kasetę wydał WIFON i kosztowała 120 zł. Za redakcję kasety odpowiada pracująca w radiowej Trójce Teresa Kowińska.
Dobry to zestaw, z doskonałymi Wodeckim, Zauchą i Majką Jeżowską (tu Marią).
Przyznam się, że do czasu, kiedy ten katalog trafił do mojej kolekcji, to nie miałem pojęcia, że takie muzeum istnieje w Polsce. Ale okazało się, że tak. Nazywa się Muzeum Weterynarii, jest przy Muzeum Rolnictwa i mieści się w Ciechanowcu na granicy podlaskiego i mazowieckiego.
Ekspozycja działu weterynarii została otwarta w 1982 roku, a ten katalog pochodzi z 1984. I na dzień dobry znajduje się w nim coś, co uwielbiam w starych książkach: errata. Ileż tu fantastycznych poprawek, np:
-nie poże, a noże, -nie hippikę, a hipiatrykę, -nie głogonogów, a głowonogów, -i moje ulubione, nie postać pół-konia, a postać pół-człowieka, pół-konia.
Dalej w katalogu jest opis powstania muzeum, no i historia weterynarii oraz przykłady eksponatów. Czasami dodane są grafiki, czasami zdjęcia. Muszę przyznać, że te narzędzia są dość przerażające, już z samej nazwy.
Bardzo fajne jest, że pod koniec katalogu jest wersja tekstu po angielsku, rosyjsku i francusku.
Ale to, co mnie tu raduje najbardziej, to okładka. Autorem grafiki jest Tadeusz Gajl, grafik, projektant herbów m.in. Białegostoku i województwa podlaskiego.
Wesoły Tułacz, Hutnik, Harfa, Słowik, Cecylia – to tylko niektóre z chórów uczestniczących w VII Światowym Festiwalu Chórów Polonijnych Koszalin 1988. Na cenie koszalińskiego amfiteatru występowali artyści z Czechosłowacji, RFN, Kanady, USA, towarzyszyły im hasła „Cześć polskiej pieśni” i „Tobie Polsko śpiewamy”. Powracam do tamtego wydarzenia z powodu takiej ładnej pamiątki, która ostatnio trafiła do mojej kolekcji.
Wazonik ozdobny z herbem Koszalina, a z drugiej strony logo i nazwą festiwalu.
Festiwalu, którego początki sięgają 1970 roku. W trakcie imprezy występowały chóry z całego świata, ale odbywało się również Studium Dyrygentów. Wydarzenie odbywało się głównie w amfiteatrze, ale też miejscowych kościołach i kinie. Ostatni festiwal miał miejsce w 2012.
Edycja z 1988 roku była bardzo bogata, o czym informował ówczesny „Głos Pomorza”. Chóry witano okazałym bochenem chleba, goście z zagranicy brali udział w licznych spotkaniach, zwiedzali okolice. Na czas festiwalu w mieście przygotowano wiele wystaw malarstwa, grafik, rzeźb. No było na bogato.
Wracając do samego wazonu. Wyprodukował go Zakład Porcelany Stołowej Lubiana w Łubianie koło Kościerzyny. Jest w super stanie. I teraz w nim trzymam goździki i inne takie…
„Urządzenie uznano za dobre i zalecono do stosowania” – napisano w instrukcji tego skarbu sprzed lat. Pieczątką przybito datę produkcji: 15 września 1978. Oto Rożen do pieczenia w gazowych i elektrycznych piekarnikach, znaczy uniwersalny.
Pieczone serca, nerki, wątróbka, kiełbasa, szaszłyk, kurczaki – takie rzeczy można elegancko przyrządzić dzięki temu urządzeniu. Przynajmniej tak mówi instrukcja. Rożen, który właśnie wylądował w naszych zbiorach wyprodukowało Przedsiębiorstwo Produkcji Przemysłowej Budownictwa Komunalnego w Bydgoszczy.
Jest w znakomitym stanie, w oryginalnym opakowaniu, z instrukcją. Ciekawe, że producent zamiast w przeznaczonym do tego miejscu, dane pierdyknął za pomocą pieczątki. Widać, że kosztował chyba 30 zł.
Konstrukcja bardzo prosta w złożeniu. Kilka części i cyk, można wsadzać do piekarnika. Do tego jest instrukcja (z fantastyczną grafiką) z opisem urządzenia, ale też przepisami i poradami.