Tag Archives: czas wolny w prl

Czas wolny w PRL cz.7: wieczorki zapoznawcze

Był kwiecień 1945 roku. Toczyły się jeszcze walki o Berlin, kiedy w Komisji Centralnej Związków Zawodowych powołano do życia wydział wczasów pracowniczych. W maju tego roku polski Rząd Tymczasowy powierzył Komisji Centralnej Związków Zawodowych organizację wypoczynku hutników, górników, nauczycieli i innych ludzi pracy na ziemiach polskich. KCZZ utworzyła w tym celu Fundusz Wczasów Pracowniczych. Początki były trudne. Setki przedwojennych obiektów turystycznych z powodu zniszczeń nie nadawało się do użytku. Wspaniałomyślny gest w stronę funduszu wykonał co prawda prezydent Krajowej Rady Narodowej Bolesław Bierut, który na potrzeby wypoczynku robotniczego przeznaczył dawną posiadłość prezydenta Ignacego Mościckiego w Spale.

To był jednak czysto pokazowy podarunek, bo rezydencja była w opłakanym stanie, do czego zresztą przyczyniły się wojska bratniej armii radzieckiej. FWP zaczął jednak przejmować budynki na swoje potrzeby.

Wyjazdy na wczasy wcale jednak nie budziły entuzjazmu wśród robotników. Przed wojną wielu z nich w ogóle nie miało wolnego i nie wiedzieli, jak z niego korzystać. Wstydzili się pokazać w towarzystwie innych grup społecznych, nie wiedzieli, jak się zachować, nie mieli funduszy na porządne ubranie, walizki i sprzęt turystyczny. W pierwszych latach po wojnie wakacyjne wyjazdy nie były dla robotników powszechną potrzebą, nie traktowano ich jako coś oczywistego. Problemem było też to, że małżonkowie nie mogli wypoczywać razem. Fundusz kierował po prostu na wczasy tylko pracowników poszczególnych zakładów. W 1949 roku tylko 2,9 tysiąca z niemal pół miliona wyjeżdżających zabrało ze sobą najbliższych7. Jeszcze w latach 60. kierowano na wczasy jedną osobę z rodziny. Wyjściem były turnusy dla matek z dziećmi, które organizował FWP. Ale tutaj pierwszeństwo też miały przodowniczki pracy. W zachęcaniu do urlopowania z FWP nie pomagały darmowe bilety kolejowe ani dotowanie wczasów. Nie wszyscy chcieli jeździć. W 1947 roku robotnicy stanowili wśród wczasowiczów korzystających z FWP tylko 31 procent8. Problemem była również baza noclegowa.

Na łamach prasy pojawiały się artykuły, w których edukowano wyjeżdżających i przybliżano im uroki wypoczynku zbiorowego. Tak w zabawny sposób „Przekrój” z 1950 roku przedstawiał typy wczasowiczek:
Hałaśliwa sąsiadka – trzyma otwarte kurki w umywalni, przesuwa meble, chrapie, nuci, zaprasza przyjaciółki.
Katastrofistka – z ponurą twarzą zaczepia i przewiduje katastrofy pogodowe, to, że ktoś się utopi itp.
Gwiazda humoru – sypie żartami z rękawa.
Miejscowa Greta Garbo – w ciemnych okularach siedzi nawet przy obiedzie, ma klipsy w uszach, pomalowane paznokcie, pali papierosa między zupą, a mięsem, nudzą ją inne kobiety.
Mama-fonograf – ma przenikliwy głos i cały czas zwraca uwagę dzieciom: nie rób tego, nie biegaj, zostaw itp.
Wczasowiczka z wymaganiami – chce pokój słoneczny, ale chłodny, duży, ale przytulny, spacer daleki, ale nie męcząc.

Najważniejszą osobą na wczasach był referent kulturalno-oświatowy, popularnie zwany kaowcem. Często to stanowisko piastowali studenci, ale też na przykład działacze związkowi, a nawet maturzyści. Zalecenia KCZZ z 1949 roku były takie, że kaowcy mieli witać wczasowiczów już na stacjach kolejowych, przystankach PKS i odprowadzać do domów wypoczynkowych. Zresztą bywało, że towarzyszyli im bagażowi, pomagający przenieść cały dobytek urlopowiczów. Do obowiązków kaowców należała nauka pieśni związkowych lub patriotycznych, organizacja przeglądów prasy (z naciskiem na informacje polityczne), pogadanek o ruchu robotniczym, zawodów i gier sportowych18. Instruktorzy kulturalno-oświatowi urządzali wieczorki literackie, konkursy czytelnicze, przedstawienia teatralne, lekcje nauki pływania, jazdy na nartach, akademie z okazji świąt państwowych.

Ja z wczasów w latach 80. ani kaowca, ani pogadanek o ruchu robotniczym już nie pamiętam. Moi rozmówcy też potwierdzają, że w latach 80. ośrodki wczasowe odchodziły od powierzania organizacji czasu wolnego w ręce kaowców. Pamiętam za to wieczorki zapoznawcze, nie tylko dla dorosłych. Dzieciaki też miały swoją imprezę na rozpoczęcie turnusu. Na stolikach królowała oranżada i paluszki. Były jakieś konkursy taneczne. To miał być zawsze wieczorek zapoznawczy, ale przecież w większości wszyscy się znali, bo jeździli do tego samego ośrodka każdego roku. – Z kawiarni, w której odbywały się zabawy taneczne, w tym wieczorek zapoznawczy, wydobywał się głos pijanych panów śpiewających „Chałupy Welcome To” Wodeckiego. Zabawy były głośne i huczne, zresztą nie tylko podczas wieczorku inaugurującego pobyt. Odbywały się w kawiarni dwa ośrodki obok, bo u nas była tylko świetlica. W kawiarni było prawie jak w peweksie.


Można było kupić pepsi, stały automaty z grami. Za to nad kawiarnią była znienawidzona przez wszystkich stołówka. Jedzenie było straszne – wspomina wczasy w jednym z zakładowych ośrodków w Chmielnie na Kaszubach Roman, który przyjeżdżał tam z rodziną w latach 80.

– W przerwach między posiłkami rozgrywaliśmy turnieje w ping-ponga. Pamiętam też konkurs rysunkowy, chyba go wygrałem. Narysowałem prom, którym płynąłem z Gdańska do stolicy Finlandii Helsinek. Z samego rana chodziliśmy na raki, a wieczorem jedliśmy je, gotując w garnku nad ogniskiem. Wydarzeniem były mecze piłkarskie między wczasowiczami z Gdańska i Gniewu. To właśnie głównie z tych miast przyjeżdżali urlopowicze, bo obok siebie były tam ośrodki zakładów z tych miast. Przed takim meczem dochodziło do tradycyjnej wymiany proporczyków. Rozgrywka toczyła się na klepisku z drewnianymi bramkami. Dookoła rodziny, podpici tatusiowe krzyczący: „Proszę nie spożywać środków dopingujących”. Tymi środkami były piwa kupowane w sklepie w Chmielnie. Mężczyźni jeździli po nie rowerami albo płynęli kajakiem. W Chmielnie znajdowała się też słynna knajpa „Józefinka” na placu Trojana, gdzie panowie chodzili na piwo. To znaczy, tak naprawdę często pili przed knajpą, bo w środku było mało miejsca. Na placu była też piekarnia i kościół, koncentrowało się więc tam całe towarzyskie miasteczkowo-wypoczynkowe życie. Wszyscy nazywali to miejsce placem Pigalle.

„Józefinka” była słynna na całą Polskę. To tutaj w 1960 roku odbyło się wesele Zbigniewa Cybulskiego i Elżbiety Chwalibóg. Jak wspominają mieszkańcy, huczna impreza trwała trzy dni. Weselnikom przygrywała orkiestra cygańska, a parze młodej wręczono żywego prosiaka. Podobno uciekł. Dziś na ścianie kamienicy, gdzie przed laty mieściła się „Józefinka”, widnieje tablica upamiętniająca to wydarzenie. W Chmielnie chodziło się też do warsztatu Neclów podglądać wyrób ceramiki. Dziś mieści się tu Muzeum Ceramiki Kaszubskiej Neclów.

PRL miał swoje specyficzne formy wypoczynku. Były na przykład wczasy językowe, turnusy dla brydżystów i szachistów. Do tego wczasy krajoznawcze na przykład szlakiem Kanałów Mazurskich i Wielkich Jezior Mazurskich. Małgorzata Szejnert w swoim reportażu „Jeśli się odnajdziemy, to cudownie” z 1979 roku opisuje turnus, w którym spotykają się dzieci z domów dziecka i chętni do adopcji rodzice. Wspólne wakacje miały umożliwić bliższy kontakt dzieci i potencjalnych rodziców i ewentualną adopcję. Kontrowersyjny temat podjął Roman Załuski, realizując w 1982 roku oparty na nim film „Jeśli się odnajdziemy” (w jednej z głównych ról wystąpił Krzysztof Kolberger).


Ewenementem, chyba na skalę światową, były wczasy wagonowe. Choć nie do końca powinno się mówić o nich w czasie przeszłym. Bo wciąż istnieją miejsca, gdzie można wybrać taką formę wypoczynku, na przykład w Darłówku. Pamiętam, że jeżdżąc na plażę do Ustki, obserwowałem wczasowiczów wylegujących się na leżakach przy wagonach stojących na bocznicy, obok stacji PKP Ustka. W wagonach spali i wokół nich spędzali większość wolnego czasu. Początkowo taki wypoczynek proponowano tylko pracownikom PKP. Dodatkowo mogli dojechać na miejsce za darmo, bo przecież nie płacili za bilety kolejowe.

Najpopularniejszą formą zorganizowanych wyjazdów wakacyjnych były w PRL-u kolonie. Podczas nich dzieci najczęściej spały w szkołach. Z sal lekcyjnych wynoszono ławki, a ustawiano w nich łóżka. Koszty kolonii w znacznej części pokrywały zakłady pracy.

Poza tym zakłady zabierały swoich pracowników i ich rodziny na wycieczki do hut, muzeów, teatrów. Dowożono ich na miejsce zakładowym autokarem. Niestety wielu wycieczkowiczom puszczały hamulce i zgodnie z hasłem „Wypij swoje pół litra w innym mieście”, upijali się już w autokarach.

Więcej o wypoczynku w PRL przeczytacie w mojej książce „Czas wolny w PRL”.

Polecam i zapraszam do dzielenia się swoimi wspomnieniami. A za tydzień kolejna, ostatnia opowieść…

Otagowane , , , , , , , , , , , ,

Dzień zabaw w klimacie PRL

Oj będzie się działo! Zapraszamy na kolejne wydarzenie z naszymi skarbami w roli głównej!

Już 13 czerwca (sobota) w Domu Zabawy i Kultury DZiK w Warszawie na ulicy Belwederskiej będzie można zobaczyć wiele przedmiotów z naszej kolekcji, ale przede wszystkim pobawić się nimi! Wszystko za darmo!

Będą komputery Atari i Commodore (będzie można zagrać m.in. w kultowe „River Raid”), gry planszowe, zręcznościowe. Wszystko do Waszej dyspozycji od godz. 14.

 

A o godz. 15.00 zapraszam na spotkanie autorskie a propos książki „Czas wolny w PRL”. Będzie dostępna w super cenie!

Szczegóły wydarzenia TUTAJ.

Zachowamy specjalne środki ostrożności. Dla gości będzie ogródek, taras i specjalne menu! Zapraszam, wpadajcie!

Otagowane , , ,

Konkurs-zabawa

Hej, zapraszam do konkursu-zabawy związanego z moją książką „Czas wolny w PRL”. Konkurs dla tych, którzy już mają książkę albo planują ją szybko kupić 🙂

Otóż pomysł jest taki. Masz już książkę „Czas wolny w PRL” (w formie papierowej albo ebook), to ją wykorzystaj. Zrób ciekawe, śmieszne, interesujące, nieoczywiste, zwariowane, dziwne, a może ekstremalnie normalne zdjęcie z książką – lepsze niż moje u góry. Ważne, żeby było widać kawałek Ciebie (może być nawet jeden palec albo stopy :), no i kawałek książki. Jak zrobisz, to wyślij do mnie na mail bufetprl@gmail.com albo wejdź na profil BufetPRL na Facebooku TUTAJ i wrzuć tam pod konkursowym postem.

Konkurs trwa od teraz do piątku 12 czerwca, do północy. No i najważniejsze, będą nagrody! Spośród nadesłanych zdjęć jury wyłoni trzech laureatów najciekawszych zdjęć. Jury będzie surowe, bo będę zasiadał w nim ja 🙂

Wyróżniona trójka otrzyma wyjątkowe oryginalne gadżety z PRL-u! Wysyłka na mój koszt.

Zapraszam do zabawy!

Otagowane ,

Czas wolny w PRL cz.6: tam wypadało bywać

Na plaży słońce praży. Tu bladość ciał zanika. Wśród tłumu wczasowiczów dziewczyna ratownika. I patrzą setki oczu, i z wody i z kocyka, gdy ona idzie plażą, wszyscy o niej marzą – śpiewały Wały Jagiellońskie.

W związku z premierą mojej książki „Czas wolny w PRL” wspominam rzeczywistość kurortów w minionej epoce. Poświęciłem im cały rozdział w książce.

Ja spędzałem każdy wolny wakacyjny czas w Ustce, autobus jechał do niej z rodzinnego Słupska jakieś pół godziny, pociąg podobnie. Stałym punktem pobytu w Ustce był przystanek przy budce z goframi. Musiał być gofr z bitą śmietaną i jagodami. Dopiero potem plaża. Przy wejściu na nią były kabiny do przebierania, restauracje i wypożyczalnie. Można było wypożyczyć sprzęt wodny, kosze wiklinowe, leżaki. Niestety nad częścią miasta unosił się fetor z zakładów produkujących konserwy rybne. Podobne atrakcje, może poza fetorem rybnym, oferowało wiele innych ośrodków wakacyjnych nad Bałtykiem.

Wyjątkowym miejscem był Sopot, a w nim Non-Stop.

Kultowe miejsce zabawy, w którym miejscowa młodzież mieszała się z miłośnikami rock’n’rolla z całej Polski i kilku sąsiednich krajów – dwa razy zmieniał swoją siedzibę. Najbardziej okazałą lokalizacją był wspomniany namiot nad morzem (w nim aż 600 miejsc siedzących). Potem przeniesiono go w pobliżu wyścigów konnych. Przez dwie dekady w klubie występowały legendy polskiej muzyki: Czerwone Gitary, Niebiesko-Czarni, Czerwono-Czarni, Czesław Niemen, Ewa Demarczyk, Michał Burano, Breakout, SBB, Kombi, a do tego goście z zagranicy, na przykład gwiazda z Czechosłowacji – Karel Gott. Non-Stop powołali do życia w 1961 roku dyrektor Państwowego Przedsiębiorstwa Przemysłu Gastronomicznego w Sopocie Mikołaj Laszkiewicz oraz Franciszek Walicki, nazywany ojcem polskiego rocka i bigbitu. Zmierzały do niego pielgrzymki miłośników „mocnego uderzenia” z całego kraju.

Borys, który bywał w legendarnym klubie na przełomie lat 60. i 70., opowiada mi o tamtych czasach i tamtym Non-Stopowym klimacie: – Proszę pana, już jak się wysiadało z eskaemki na dworcu w Sopocie, to było słychać dudnienie muzyki z lokalu – wspomina. – A nie było do niego blisko, bo mieścił się nad samym morzem, w dużym namiocie. Pędziliśmy z chłopakami w dół Sopotu w beatlesówach na nogach, słysząc muzykę z oddali, by posłuchać jak najwięcej przebojów. Grano je podczas tzw. podwieczorków tanecznych. Nie było wtedy mowy o piciu alkoholu. Na stołach królowała oranżada i pączki. Muzykę puszczano w blokach, dając tańczącym czas na przerwę. Przebojami były m.in. „Nad morzem” Czerwonych Gitar, „Puste koperty” Szczepanika, „Wiem, że nie wrócisz” Niemena. A w ostatnim bloku, zazwyczaj wypełnionym zagranicznymi przebojami, musiało polecieć „I Saw Her Standing There” Beatlesów. Tańczyliśmy rock’n’rolla w parach, czasami w kółeczku. Pamiętam, że na każdym wieczorku był taki gość, którego nazywaliśmy marynarzem. Taki miejscowy celebryta, chociaż nie wiedzieliśmy, czym się tak naprawdę zajmuje, ale zawsze miał na sobie koszulkę w paski, stąd marynarz. Zawsze wokół niego kręcił się wianuszek kobiet. Mój rozmówca podkreśla unikatowość tego muzycznego przybytku nie tylko na mapie PRL, ale i całego bloku wschodniego: – Bywało, że do lokalu przyjeżdżali turyści z zagranicy. Głównie z Czechosłowacji i Węgier. Poznaliśmy jednego chłopaka z Budapesztu. Był zachwycony, przyjechał specjalnie, by posłuchać i potańczyć rock’n’rolla. Mówił, że u nich takich miejsc nie ma.

Sopot był także miastem jazzu. To tu w sierpniu 1956 roku odbył się I Ogólnopolski Festiwal Muzyki Jazzowej, wymyślony przez znakomitego pisarza i miłośnika jazzu, Leopolda Tyrmanda. Impreza w kolejnych latach rozrosła się na całe Trójmiasto (koncerty urządzano m.in. na stadionie gdańskiej Lechii i w hali Stoczni Gdańskiej) i stała się słynna na całą Polskę.

W sezonie 1961 Sopot doczekał się kolejnej cyklicznej imprezy, która miała ściągać na polską riwierę rzesze turystów. 25 sierpnia tego roku odbył się I Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie, wymyślony przez doskonałego kompozytora, pianistę, ówczesnego szefa muzycznego Polskiego Radia, Władysława Szpilman.

Sopot to jeszcze trzy wyjątkowe miejsca. Tor wyścigów konnych, korty tenisowe i pierwsza w Polsce dyskoteka. Inauguracyjna powojenna gonitwa na sopockim torze odbyła się w lipcu 1947 roku. Zawody przyciągały tłumy widzów, bo obok gier liczbowych była to w Polsce jedyna dopuszczana przez władze forma hazardu. Oprócz wyścigów konnych rozgrywano tu także zawody w powożeniu. W 1975 roku odbyły się nawet Mistrzostwa Europy w Powożeniu Zaprzęgami Czterokonnymi. Licznie zgromadzeni widzowie mogli podziwiać księcia Filipa, męża królowej Elżbiety II, który był członkiem angielskiej ekipy.

Sopot świecił blaskiem nadmorskiego kurortu, a na przeciwnym krańcu Polski status kurortu kurortów dzierżyło Zakopane. Choć pomiędzy nimi też nie brakowało miejscowości, do których lgnęli wczasowicze chcący zażyć relaksu, zobaczyć celebrycki albo i zachodni styl życia. Sąsiadująca z Sopotem Gdynia przyciągała wspaniałą plażą, ale też delikatesami na Świętojańskiej z kolonialnym stoiskiem, przy którym ustawiały się kolejki po szynkę. Była tu Baltona i salon Mody Polskiej (otwarty w 1966 roku, trzeci po warszawskim i katowickim). Była i Hala Targowa, w której można było dostać niemal wszystko, od ryb i mięs, po dżinsy i zagraniczne wiktuały13. Zresztą hala istnieje do dziś. Zabawić się można było w Gdańsku. W „Rudym Kocie” do tańca grały bigbitowe Akordy, zespół współzałożyciela Niebiesko-Czarnych i Czerwonych Gitar – Jerzego Kosseli. Występował też Andrzej Zaucha z zespołem Telstar. Z kolei w pobliskim „Żaku” (klubie studenckim) odbywały się jam session.

W książce opisuję też wiele innych wypoczynkowych miejsc, poza Sopotem najwięcej miejsca poświęcam Zakopanemu.

Szczególne miejsce na mapie peerelowskich kurortów zajmowało miasto pod Giewontem. Do Zakopanego jechali wszyscy – zimą, wiosną, latem… Jak pisał Leopold Tyrmand w Dzienniku 1954, Zakopane było – obok warszawskiego Służewca, lokalu „Kameralna” i kortów na Agrykoli – najbardziej snobistycznym miejscem „warszawki”. Zresztą sam także często tam bywał. Pod Tatrami lubił wypoczywać także inny pisarz, filozof i futurolog Stanisław Lem. Tam się zaszywał i mógł spokojnie pracować. Czym tak przyciągało to miasto? Redakcja Polskiej Kroniki Filmowej miała na to prostą odpowiedź: Zakopane to raj dla kociaków, żadna kosmetyczka nie dokona tego, co górskie słońce.

W miejscowych lokalach pito kawę, wino, panie ubrane były w czarne kostiumy, panowie w garnitury, rzadko oglądało się stroje sportowe albo swetry. Wczasowicze, młodzież i artyści bawili się przy grających na żywo orkiestrach w lokalach „Watra”, „Jędruś” (do niego przyciągał też striptiz), „Piwnicy” i najbardziej snobistycznym „Orbisie”. W Zakopanem po prostu wypadało bywać. Podobnie jak w Sopocie, na zakopiańskich ulicach można było spotkać ludzi kultury, ale też „klasę pracującą” wypoczywającą w tutejszych ośrodkach fabryk i przedsiębiorstw z różnych rejonów Polski. Obok nich częstymi bywalcami byli świąteczno-niedzielni urlopowicze z okolic Krakowa i Katowic. Zakopane przyciągało 10 procent ruchu turystycznego w Polsce. Tłumy krążyły po Krupówkach, co widać chociażby w filmie Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego z 1960 roku „Pocztówki z Zakopanego”. Doskonale PRL-owską rzeczywistość pokazuje również film Jak to się robi Andrzeja Kondratiuka z 1974 roku. Jan Himilsbach i Zdzisław Maklakiewicz jeżdżą na nartach, odwiedzają bary i restauracje, a wszystko w poszukiwaniu kandydatek do filmu, który sobie wymarzyli. I podobnie jak Sopot, było to miasto kontrastów, tu zderzały się dwa światy. Ale było też oazą swobody w szarym PRL-u.

A wy w których kurortach wypoczywaliście? Piszcie.

Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

Kolejna opowieść o czasie wolnym w PRL na blogu za tydzień. Czekam również na Wasze opowieści.

Otagowane , , , , , , ,

Nie tylko o relaksie

Jeśli macie chwilkę wolnego czasu to polecam dwie rozmowy o książce „Czas wolny w PRL”, ale też o naszej kolekcji. Jest o działkach, kaowcach, podwórkach…

W radiowej Czwórce TUTAJ

A TUTAJ w Radio Zet, również o grach podwórkowych oraz złotej zasadzie PRL-u, czyli „zrób to sam”.

Otagowane , , ,

Biegać, skakać, latać, pływać…

To było najważniejsze miejsce na podwórku. Fakt, czasami dochodziły od niego odgłosy trzepania dywanów, ale służył przede wszystkim nam, dzieciakom. Choć z drugiej strony to najczęściej młodzież trzepała dywany. W każdym razie chodzi o trzepak, jedno z najważniejszych miejsc związanych z odpoczynkiem, czasem wolnym, podwórkiem i w ogóle życiem młodzieży w PRL-u.

Moje dzieciństwo w latach 80. to przede wszystkim trzepak na podwórku w Słupsku. Graliśmy przy nim w siatkę, spotykaliśmy się by pogadać, w zimę rzucaliśmy przez niego śnieżkami. Obok była piaskownia, murek (graliśmy na nim w kapsle), huśtawka z opon i ślizgawka. Ależ to było niebezpieczne urządzenie. Metalowa konstrukcja pochłonęła palec sąsiada.

A o kapslach pisałem więcej TUTAJ.

 

Ale nawet trzepak albo piaskownica nie były nam potrzebne. No zobaczcie jaki musiałem być szczęśliwy wtedy na kocyku przed domem na trawie 🙂 A jeszcze mogłem zaimponować dziewczynom moim Wigry 3.

Często gościłem u rodziny w Gdańsku. Na Dolnym Mieście miałem babcię Zosię, wujka, ciocię i kuzynów. Obok ich kamienicy był super warzywniak, jeszcze z takim napojem.

Ale baaardzo fajna była też zdezelowana Warszawa tuż obok, oj było przy niej zabawy!

A co robili w tym czasie dorośli? No lepiej nie pytać…

Niestety, teraz o takich sposobach na spędzenie wolnego czasu można pomarzyć. A tak wzięłoby się Alfettę Spider albo Poloneza i pojechało na piknik…

Póki co, szykujcie się, bo nadchodzi dobrooooo

Otagowane , , ,
Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij