Tak, uczyłem się języka angielskiego z kaset magnetofonowych. To było na początku lat 90. Z tego okresu pochodzi taki piękny zestaw, który ostatnio wpadł mi do kolekcji dzięki przyjacielowi Krzysztofowi.
Osiem kaset, niesamowity zestaw do nauki języka na dłuuugi czas. Przygotowała go amerykańska firma Hooked on Phonics, która zresztą istnieje do dziś. Pełen pakiet zawiera kasety, specjalne karty i książeczki z ćwiczeniami.
Różne są tu rodzaje ćwiczeń, zależne od poziomu trudności danej lekcji. Jak widać, chyba jeszcze nikt tego używał, nówka sztuka w zasadzie.
W latach 90. te programy były bardzo popularne, pomagały w tym liczne reklamy telewizyjne. Na przykład taka, konkretnie naszego zestawu: https://www.youtube.com/watch?v=gcITeGy-U6w
Umówmy się, są urządzenia przydatne, ale są też po prostu piękne. Ten nowiutki ciśnieniomierz taki właśnie jest. Opakowanie czy raczej torebka jest niepozorna.
Ale jak pięknie jest dalej! Nowiutka sztuka, z całym wyposażeniem, instrukcją, no nic, tylko mierzyć!
Zestaw otrzymany od przyjaciela jest nowiutki. Ma wszystkie elementy i jak dla mnie mógłby po prostu stać na półce jako piękny gadżet. No popatrzcie.
Elektronika IAD-1 to mistrzostwo prostego, ale też funkcjonalnego dizajnu. No i do tego jest instrukcja!
Dowiaduję się z niej, że prawdopodobnie pochodzi z 1989 roku, przynajmniej najpóźniej z tego roku. Jest w niej też kilka innych przydatnych informacji i rysunków…
Dziś skarb telefoniczny i nie do końca z PRL. Od przyjaciela ze Słupska dostałem bowiem takie cudo.
Ten wyjątkowy telefon służył w słupskim zakładzie fryzjerskim, na głównym deptaku Wojska Polskiego. Znalazł się tam w latach 90., jeszcze zanim komórki stały się częścią naszej rzeczywistości.
Telefon służył pracownikom zakładu, wtedy dzwoniło się po przekręceniu kluczyka. Mógł też służyć klientom, wtedy trzeba było wrzucić taki żeton.
Zdarzało się również, że po prostu ktoś z zewnątrz wchodził by skorzystać z automatu.
Jak widać telefon był już na guziki, z boku miał pojemnik, do którego wpadały niezaakceptowane żetony, a z dołu wysuwaną szufladkę na żetony.
Ja w tamtym czasie korzystałem z automatów ulicznych. Pamiętam jeden wyjątkowy. Był zepsuty i można było z niego dzwonić bez żetonów. Co tam się działo…
Ciężko o bardziej ikoniczne wspomnienie jeśli chodzi o młodzieżowe gazety z PRL. Myślę, że wielu z nas powie: „Świat Młodych”. No to bum! Co prawda pisałem już o tej gazecie jakiś czas temu, a opisywany wcześniej numer pochodzi ze stycznia 1970 roku. Też piękny. Przeczytacie o nim tutaj: https://bufetprl.com/2016/05/12/gazeta-harcerska/
Teraz od przyjaciela dostałem inny numer „Świata Młodych”, z grudnia 1982 roku. Więcej tu kolorów, no i przede wszystkim komiks! Coś na co chyba najbardziej czekałem, kupując nowy numer gazety.
Pierwsza strona i pierwsze ciekawostki. Pojazdy powietrzne, Muppety, komputery, no i Groteka. Spotkanka z planszówkami musiały cieszyć się sporym powodzeniem. Widać, że zdjęcie ustawione (każdy ubrany w inny kolorek itd.), ale chyba i tak było fajnie. Wiele gier było wtedy trudno dostępnych, ale bywalcy znaleźli na to sposób. Wykonywali je sami. Z tekstu wynika też, że grali w gry, których ja nie znam, na przykład sidża.
Są stałe rubryki z wiadomości z różnych dziedzin. Na przykład o kosmosie, jeździectwie, narciarstwie.
Nie mogło zabraknąć mody i humoru. W modzie dla mnie koszmar: pulower!
Za to baaardzo lubię listy od czytelników, a do tego porady redakcji.
Wreszcie złoto. Gwiazdozbiór ŚM, a w nim król komisarzy milicji, Borewicz. A precyzyjniej wywiad z Bronisławem Cieślakiem.
Co było najlepszym finałem ŚM? Oczywiście komiks. Tutaj są „Przygody Jonki, Jonka i Kleksa” Szarloty Pawel. Oj czytało się, czytało…
Pisałem już na blogu o różnych klockach. Oryginalnym Lego z lat 80., polskich klockach, enerdowskich…
Czas na kolejną opowieść. Powodem piękne klocki, jakie dostałem od przyjaciela jeszcze z podstawówki. Oto radziecki „Konstruktor”.
Akurat tego zestawu z dzieciństwa nie kojarzę. Pamiętam polskiego konstruktora z częściami metalowymi. A tu jest taka wersja Lego Technics trochę. Najprawdopodobniej z lat 70.
Jest oryginalne opakowanie, instrukcja przykładowych konstrukcji, no i klocki. Powinno być 450 elementów, ale kilku brakuje. Jest też fragment oryginalnej naklejki sprzed lat. Niestety niewiele można z niej odczytać.
Ale składać można. Zrobiłem kilka zestawów z instrukcji oraz extra statek wojenny.
Są tu bardzo ciekawe klocki, do budowy kół, różnych działek itp. Do tego różne kolory i wielkości klocków. Można się pobawić.
Jak widać sporo jest możliwości. To baaardzo fajne klocki. Na pewno jeszcze do nich wrócę…
To była kolejna sentymentalna wycieczka. Rodzinny Słupsk. Rodzinny w sensie, tutaj się urodziłem w 1978 roku i mieszkałem przez 20 bodaj lat. Dzieciństwo to przede wszystkim Zatorze. Podwórko z tych dwóch czarno-białych zdjęć. Na nich dwie najważniejsze rzeczy: trzepak i huśtawka z opon. Były jeszcze betonowy murek z kawałkami drewna na górze. Miało to udawać ławki. O ten murek rozwaliłem sobie durny łeb dzień przed balem 8 klas. Miałem tańczyć w pierwszej parze z wychowawczynią, ale jak mnie rano zobaczyła z odrapanym nosem, to wywaliła z zaszczytnej pierwszej pary. Trzepak był też mega ważny, nie tylko a propos trzepania. Tutaj jestem z bratem Romkiem i kuzynem Igorem. A niżej huśtawki (też z kuzynem), przy których stała metalowa ślizgawka. Oj powodowała rany, a nawet utratę palca.
Na tym podwórku spędzaliśmy całe dnie. Gra w nogę, wyścigi rowerowe, budowle, karty, zawody sportowe, gra w noża, jeżdżenie rowerem między klatkami, że to niby autobus… no działo się.
Zaraz obok podwórka była lodziarnia Magnolia, wypożyczalnia kaset video PACO, spożywczak Stodoła. Do centrum jeździliśmy autobusem, mówiło się nawet, że „idziemy do miasta”. Teraz do centrum szedłem 10 minut. No wszystko się zmniejsza.
W każdym razie jakiś czas temu wybrałem się na podwórko i trochę zbladłem. Nie ma prawie niczego, co pamiętam z dzieciństwa. Ok, ślizgawka była groźna, ale nie ma huśtawki, trzepaka. Pozostała za to piaskownica. No ale nie ma też w ogóle dzieci. Wszystko jakieś też takie małe, ale wiadomo, ja większy. Nie ma też zresztą wypożyczalni kaset, nie ma lodziarni.
Czy to były ostatnie spotkania wokół moich dwóch dotychczasowych książek, nie wiem. Na pewno były pierwszymi w tym roku. Było fantastycznie!
Najpierw Darłowo i Miejska Biblioteka Publiczna. Przyznam bez bicia, że w mieście byłem chyba po raz pierwszy. Przynajmniej o ile pamiętam. No i baaardzo mi się podobało. Miły rynek, kilka kafejek (polecam m.in. Cafe Łódź), no i Tyrmand. Tak jest, Leopold Tyrmand, który ma w mieście swój pomnik i ławeczkę. Autor „Złego” bywał tu w latach 40. i akcję jednej ze swoich książek „Siedem dalekich rejsów” osadził właśnie w Darłowie. Zresztą w 1963 r. Jan Rybkowski nakręcił film na jej podstawie, „Naprawdę wczoraj”, w którym zagrali m.in. Andrzej Łapicki, Beata Tyszkiewicz, Gustaw Holoubek i Wiesław Gołas.
Ale dobra, wracając do spotkania…
Było fantastycznie, cała sala pełna, oryginalne gadżety sprzed lat, pokaz zdjęć, przekąski (koreczki, paluszki), no i oranżada! Do tego konkurs, opowieści gości, no po prostu ciekawe super spotkanie!
I info: moje obie książki są już do wypożyczenia w MBP Darłowo. Niestety tuż po spotkaniu musiałem uciekać, znaczy pojechałem do Słupska.
I będąc w Słupsku nie mogłem ominąć tego legendarnego miejsca, czyli pizzerii przy Barze Mlecznym Poranek. To najstarsza pizza w Polsce, o której zresztą wspominałem w swojej książce. Do wyboru kilka sztuk, mi pani poleciła z kiełbasą. Koszt 8,50 🙂 Ten smak świeżej sztuki prosto z pieca, mmm.
A wieczorem spotkanie w nowym extra miejscu w Słupsku. To kluboksięgarnia Cepelin Books (w miejscu, gdzie przez lata była Cepelia), naprzeciwko słynnego kina Millenium (od lat jest w nim niestety Biedronka). Spotkanie było pełne wzruszeń, przynajmniej dla mnie.
Pogadaliśmy o tematach wokół książek, wokół Słupska, spotkałem bardzo ciekawych ludzi. W tym moich przyjaciół, mamę mojego przyjaciela z podstawówki (dostałem od niej extra prezenty!), no i moją najlepszą nauczycielkę z podstawówki (chodziłem do SP14, znaczy wtedy to była SP14, teraz chyba 3). Pani Irenka to fantastyczna osoba, której wiele zawdzięczam. Przy okazji opowiedziała kilka historii z mojej szkoły, m.in. jak pożyczałem od niej pieniądze na zapiekanki z budki koło szkoły. Na szczęście powiedziała, że wszystko oddałem.
Oj działo się! Za wszystkie spotkania bardzo dziękuję, MBP w Darłowie oraz Cepelin Books za gościnę, a wszystkim, którzy przyszli za wspaniałe towarzystwo. Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy!
Pamiętam pierwsze spotkanie z muzyką pana Zbigniewa. Wczasy, Chmielno na Kaszubach, koniec lat 80. Lataliśmy z chłopakami po ośrodkach wczasowych i okolicznych lasach. Kiedy wpadaliśmy do świetlicy w naszym ośrodku by zagrać w ping-ponga; pod namiot, by poprosić mamę o kanapkę albo do toalet, to niemal non-stop w tle było słychać radio. A w nim nieśmiertelny przebój wakacyjny: „Chałupy welcome to” Zbigniewa Wodeckiego. Kojarzyłem go też z czołówki do „Pszczółki Mai”, ale to „Chałupy welcome to” wbiło mi się do głowy na zawsze. Minęło ponad 20 lat i spotkałem się z Panem Zbigniewem. Efekt mojej rozmowy z panem Wodeckim wrzucałem już zresztą tutaj: https://bufetprl.com/2016/08/14/jak-pic-sok-pomidorowy/
Potem jeszcze widziałem pana Zbigniewa na koncercie z Mitchami. To było koncertowe przeżycie roku! A jakiś czas temu miałem okazję odwiedzić Kraków, miejsce gdzie miał swój gabinet, poznać jego wyjątkową córkę, wreszcie przejrzeć archiwum artysty. Udało mi się nawet zajrzeć w listy od jego fanek z lat 70 🙂 Od fanów też zresztą. Niedawno też moje winylowe zbiory uzupełniły dwa analogowe cuda. Oto pierwsze z nich.
„Wodecki Jazz’70 Dialogi” – obraz Wodeckiego, myślę, że mało znany. Bo obraz jazzmana. Co to za fantastyczna płyta! Do materiałów z archiwum muzyka tematy zagrali współcześnie m.in. Leszek Możdżer, Henryk Miśkiewicz i Marek Napiórkowski. Sam Wodecki śpiewa tu i gra na skrzypcach. Chyba największe wrażenie zrobił na mnie utwór „Wariacje na temat tańców rumuńskich”. Co tu się dzieje? Trochę jak z amerykańskiego kryminału z lat 70., trochę nostalgii, wspaniałe i szalone wokalizy Wodeckiego, taneczne bajlando, klimat niemal jak ze „Star Wars”, wreszcie moment jak z europejskiego filmu noir. Geniusz! Pozostałe numery też mistrzowskie. Zresztą miałem okazję posłuchać tego na żywo w super warszawskim klubie jazzowym Jassmine. Polecam Wam koncerty tego składu wykonującego właśnie ten mało znany materiał. No i oczywiście polecam też płytę.
Tuż przed nowym rokiem miałem okazję spotkać się z genialnym aranżerem, kompozytorem Wojciechem Trzcińskim. Opowiadał mi o pierwszej płycie pana Zbigniewa. Pierwszej solowej, tej z 1976 roku. Wspominał fantastyczne rzeczy, m.in. jak doskonały w studio był Wodecki, jak sam nagrywał partie wszystkich instrumentów do numeru, jak współpracowało się z Alibabkami, które zaśpiewały w chórkach itp. No i wreszcie jak niestety ta genialna płyta wtedy przeszła prawie bez echa. Na szczęście kilka lat temu do życia przywrócili ją Mitch & Mitch wraz z Wodeckim. Ale to oryginał wciąż rządzi.
Oczywiście to zremasterowana wersja współczesna, no ale numery wciąż genialne. Moje ulubione to „Wieczór już”, „Posłuchaj mnie spokojnie” oraz „Panny mego dziadka”. Także jeśli chodzi o teksty.
A na koniec jeszcze jedno zdanie, oby prorocze: to nie koniec historii mojej i pana Wodeckiego, ale o tym wkrótce…
Hurrra, no wreszcie się udało. Cieszę się bardzo, bo w końcu udało się zorganizować spotkanie w moim rodzinnym Słupsku. Pogadamy wokół tematów związanych z historiami z moich książek „Czas wolny w PRL” oraz „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.”. Także o tym jak czas przełomu lat 80. i 90. wyglądał w Słupsku.
Powspominamy, a pomoże w tym kilku bohaterów moich książek, którzy pojawią się na spotkaniu. Będę również miał oryginalne gadżety sprzed lat związane z tematem, pokażę kilkadziesiąt fotografii, no i wypijemy noworoczny toast 🙂
A wszystko w klimatycznej kluboksięgarni Cepelin, która mieści się w byłej Cepelii w Słupsku. Wpadajcie! Więcej szczegółów na FB Cepelina i na moim 🙂