To już chyba ostatni moment na czynność przed laty bardzo popularną, a dziś zapomnianą. A szkoda, bo przecież taka piękna. Chodzi o wysłanie kartek z życzeniami świątecznymi do rodziny, przyjaciół. Proponuję więc mały przegląd kartek sprzed lat z mojej kolekcji.
Klasyką na takich kartkach był oczywiście element świąteczny: bombka, choinka, ozdoby, Mikołaje…
Te kartki przygotowało biuro wydawnicze RUCH. Jak widać czasami umieszczano na nich grafiki (na rewersie jest nazwisko autorki, bądź autora), a czasami zdjęcia (wtedy nazwisko autora fotografii).
Wreszcie były kartki pocztowe kolorowe, no i czarno-białe. I zestawem tych drugich namawiam Was do wysłania na te święta życzeń w takiej formie. Zobaczycie jak się obdarowani zdziwią i ucieszą…
I jest. Moja nowa książka „Kelnerki, barmani, wodzireje. Jak obsługiwaliśmy klienta w PRL”. Kilkadziesiąt rozmów, wielu bohaterów, mity, tajemnice z zaplecza. Pierwsza pizza w Polsce, striptizy, wagony restauracyjne i przemyt cytryn, ciężka walka w barach mlecznych, najlepsze bary w hotelach, podrobiony Rolex w zamian za ulubioną piosenkę, u Maxima w Gdyni, tajemnice regionalnych karczm, polskie fastfoody PRL-u… i wiele innych opowieści w książce. Wiele rozmów z cudownymi bohaterkami i bohaterami, kelnerkami, dyskdżokejami, kucharkami, barmanami, kalkulatorką, szefową… z kultowych lokali stolicy, Szczecina, Trójmiasta, Krakowa i innych miejsc.
Rozpoczynam wizyty w bibliotekach i różnych instytucjach kultury w Polsce. Szukajcie info, chętnie spotkam się z Wami na szlaku i powspominamy ciekawe czasy…
Mój tata na przykład przekładał Mocne do opakowania po Marlboro i tak udawał, że pali te lepsze papierosy. Inni styczność z luksusem okazywali poprzez siatki. Na przykład siatka Lego oznaczała, że zapewne byłeś w Peweksie albo Baltonie i jesteś gość. Ostatnio do kolekcji wpadł mi zestaw siatek sprzed lat. Jest kilka luksusowych.
Lego mam dwie, nie są z PRL, ale nie są współczesne. Jedna klasyczna, z logotypem, a druga ciekawa, z klockiem.
Jak wspomniałem Lego można było w PRL kupić na przykład w sieci sklepów Baltona, które najpierw zaopatrywały statki, marynarzy, potem otwierały się na przejściach granicznych, lotniskach, wreszcie w różnych miastach dostępne dla wszystkich. Szerzej opisałem ich historie i spisałem opowieści pracowników Baltony w książce „Zakupy w PRL. W kolejce po wszystko” (Muza). Mam już kilka papierowych siatek Baltony, ale takiej plastikowej jeszcze nie miałem.
W takich Baltonach i Peweksach można było również kupić japońskie sprzęty. Chociażby firmy Seiko. Mam ciekawą siatkę jej podfirmy zajmującej się m.in. produkcją drukarek Seikosha.
Pisałem, że Baltona mieściła się m.in. na lotniskach. A propos, to mam także siatki linii lotniczych. Sieciówki aptecznej oraz LOT z okazji wprowadzenia do floty samolotów Boeing 767, co nastąpiło na początku lat 90. Maszyny te latały m.in. do Chin i USA.
A teraz rarytas. Polska Centrala Produktów Naftowych powstała pod koniec II wojny i przez cały PRL była monopolistą na rynku paliw. Od lat 60. towarzyszyło jej znakomite logo zaprojektowane przez Ryszarda Bojara. Pojawiało się też na siatkach. Wraz z nimi wspaniałe hasło.
Są też dwie inne ciekawe siatki. Sieci Euro Shop, która działała na lotniskach i promach, no i siatka wszystkich bossów!
Przyznam, że sam nigdy nie wysłałem, ale mam w swojej kolekcji. Oto coś, czego już nie ma. Nazywa się telegram.
Pamiętam jeszcze w rodzinnym Słupsku na poczcie był napis: Poczta, Telegraf, Telefon. Trochę dlatego, że tak brzmiała nazwa Poczty Polskiej do 1991 r. To znaczy dokładnie brzmiało to Poczta Polska, Telegraf i Telefon. A nazywało się tak, bo takie świadczyło usługi. Z poczty wysyłało się listy, dzwoniło, no i wysyłało telegramy. Tylko w 1985 roku wysłano ich 20 milionów!
Klasyczne telegramy wysyłało się na zwyczajnych drukach. Ale te wyjątkowe, właśnie na przykład z życzeniami na takich kolorowych kartkach. Motylki namalował tu pan Gospodarek i druk pochodzi z początku lat 60. Telegramy polegały na wysyłaniu prostych informacji. Trochę jak dziś sms.
Pamiętam taką rodzinną historię. Ktoś z rodziny otrzymał telegram, z którego zrozumiał, że mieszkający na wsi dziadek zmarł. Cała rodzina w rozpaczy. Zebrała się i wybrała na pogrzeb. Kiedy dojechali na miejsce, całą trupę idącą przez wieś zobaczył dziadek. Zapytał się, gdzie oni idą, a ci, że przecież na twój pogrzeb! Ktoś coś pomieszał w przekazie. Dziadek żył i miał się dobrze. Zabawa trwała kilka dni.
Dziś już telegramów przez pocztę nie da rady wysłać. Chyba że poprzez taką.
Opakowania – to jeden z moich ulubionych tematów jeśli chodzi o epokę słusznie minioną. Jestem fanem zarówno tych pięknie zaprojektowanych, jak i tych zaprojektowanych nie do końca pięknie. Czas na mały przegląd, bo ostatnio dostałem do kolekcji kilka kuchennych perełek sprzed lat.
Na początek pieprz ziarnisty. Wyprodukowany dla Społem. Dwa opakowania i dwa różne odcienie. Myślę jednak, że tu chodzi o te same kolory, tylko jeden pewnie pochodzi z partii, w której trochę już zabrakło farby.
Przy kminku wchodzimy w lepszy projekt. Być może dlatego, że pieprz pochodzi z lat 80., czasów dramatycznego niedoboru wszystkiego, a kminek z dekady wcześniej. Prosty, czysty projekt dla Łódzkich Zakładów Zielarskich Herbapol.
Dalej też Herbapol i też z Łodzi, czyli nasiona gorczycy białej.
Następny projekt może mało efektowny graficznie, ale za to super liternictwo. Tak poradziła sobie spółdzielnia inwalidów z kwasem cytrynowym.
I coś, co pamiętam dobrze. Zawsze wolałem budyń, nie kisiel. Oto budyń gdański błyskawiczny, czekoladowy mmm. Wyprodukowany przez Gdańskie Zakłady Środków Odżywczych w Gdańsku Oliwie. Na opakowaniu jasny przepis. Przede wszystkim nie gotować. Trzeba było zalać mlekiem o temperaturze pokojowej, roztrzepać trzepaczką i zostawić do ochłonięcia na 10 minut. A opakowanie? Cudo!
I na koniec rarytas, który w latach 80. nie był niczym dziwnym. Opakowanie zastępcze, po czymś. W tym przypadku był cynamon mielony, a jest pieprz. O czym informują pieczątki.
To już jutro (wtorek 11 czerwca). Wielki finał, czyli ostatni publiczny pokaz mojej autorskiej „Historii warszawskiej popkultury”. Dwa premierowe odcinki, specjalny poczęstunek, prezenty! Tak w skrócie zapowiada się wieczór w Międzypokoleniowej Klubokawiarni na warszawskim Muranowie. Start o godz. 18. Wstęp wolny.
Nad cyklem audycji „Historia warszawskiej popkultury” pracuję ponad pół roku. W każdym z odcinków opowiadam o różnych dziedzinach popkulturowego życia związanego ze stolicą i jak rezonują na naszą całą kulturę. W każdym odcinku są specjalni goście: twórcy, krytycy, autorki, specjalistki danego tematu. Wszystkich audycji możecie posłuchać za darmo w formie podcastów na platformach Spotify i Soundcloud oraz w formie z obrazem na YouTube. Dla tych, którzy nie będą mogli pojawić się jutro na premierze jeden z odcinków: Warszawa w filmie, kinie, telewizji. Przez seriale, po fabuły i cudowne dokumenty: „Alternatywy 4”, „Przepraszam, czy tu biją?”, „Ekstradycja”, a może „Lalka”? O tym wszystkim opowiadam wraz z krytykiem filmowym z redakcji „Polityka”, Jakubem Demiańczukiem. Tutaj film: https://www.youtube.com/watch?v=zCeLx6FQQRk&t=469s
Tymczasem jutro wleci najnowszy odcinek (i jego premiera w Międzypokoleniowej) o Warszawie w komiksie. Gościnią autorka genialnego komiksu i wspaniała rozmówczyni Beata Pytko, opowie o swoim „Mordzie na dzielni” i atrakcyjności komiksu w ogóle. A ja opowiem o niesamowitym „Festiwalu” Jacka Świdzińskiego.
Czas powrócić do graficznych skarbów. Od jakiegoś czasu w kolekcji mam pokaźny zestaw etykiet zapałczanych sprzed lat. Dużo tam dobra. Tym razem po raz kolejny powrócę do reklam.
Wiele ciekawych przykładów. Na przykład reklamy produktów bez podania producenta i miejsca zakupu. Jak te sok, koncentrat i zupa powyżej. Poniżej już różne przykłady. Bo jest reklama sieci sklepów meblowych chyba ze słynnym krzesłem Chierowskiego model 366. Jest też środek na ochronę drewna i czysta, żywa wełna.
A tu klasyk z marynarzem z Baltony, czyli sklepów na początku zaopatrujących statki i marynarzy, a potem już otwartych dla wszystkich. Jest też reklama zakładów jubilerskich Przedsiębiorstwa Handlu Detalicznego (prawdopodobnie) z hasłem „punktualność obowiązuje”.
Kolejny klasyk. Reklama czasopisma „Polityka” i baterie Centra.
Oczywiście mam oryginalną baterię Centry, płaską. Pamiętacie jak się sprawdzało czy jeszcze działa?
Niżej mieszanka obówniczo-kuchenna.
Teraz czas na domy handlowe. Było ich trochę, rolniczaki, cedety, pedety. To a propos tych ostatnich.
Cedety stawiały na luksus, jest nawet napis „exklusiv”.
Wreszcie Domy Towarowe Centrum, o których kilka razy już pisałem. Wyraźnie widać ich hasło: „Domy towarowe Centrum miejscem dobrych zakupów”.
Kontynuując poprzedni wpis zapraszam na wycieczkę wokół kolejnych przedmiotów z kolekcji związanych z Jarmarkiem Dominikańskim w Gdańsku. Jak już pisałem, mam do niego słabość, bo sam przed laty na nim handlowałem. Teraz mogę cieszyć się wieloma gadżetami z logo jarmarku. Na początek piękny brelok.
Jak widać pochodzi z 1984 roku. A co oznacza ten skrót na rewersie? To Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Handlu Wewnętrznego, które na pewno partycypowało w organizacji tej imprezy. Imprezy, na której wystawiały się wielkie zrzeszenia, przedsiębiorstwa i mali rzemieślnicy. Niektórzy mieli swoje gadżety. Na przykład Polski Len, czyli Zrzeszenie Przedsiębiorstw Przemysłu Lniarskiego i taka siatka z materiału.
Co jednak warto było wziąć kierując się na jarmark? Na pewno płaszcz przeciwdeszczowy i mapę/przewodnik. Też takie mam.
Niezbędny może być również katalog jarmarku. W poprzednim wpisie pokazywałem jeden, teraz czas na kolejny, z 1974 roku.
Wiele w nim zdjęć, historii, opowieści, ale – co dla mnie najciekawsze – reklamy wystawców. Ileż tu perełek. Są tu adresy, spisy towarów itp. Na przykład Pewex i Orbis.
Idźmy dalej. Wykaz kawiarni Społem i ośrodków „Praktyczna Pani„.
Tutaj fantastyczne rysunki Jujki, no i hasła.
Wreszcie coś słodkiego. Słynny Bałtyk ze wspaniałym hasłem: „Spróbuj słodyczy ZPC Bałtyk, staniesz się wiernym klientem”. Ja byłem.
Ta tradycja ma długą historię również w mojej rodzinie. Ja stałem w latach 90., sprzedawałem komiksy i puszki. Oczywiście puste, o czym boleśnie przekonał się pewien turysta, który myślał, że sprzedaję napoje. To były kolekcjonerskie puszki! Ale puste. Niestety nie mam zdjęć z tamtego okresu. Kontynuowałem tradycję, bo sprzedawał też mój brat, moja ciocia-babcia, rodzice. Tu dowody. Ciocia Lucylla, piękna mama Krystyna i modny tata Bogdan. W takiej kolejności.
Chodzi oczywiście o Jarmark Św. Dominika. Historia tej imprezy handlowo-kulturalnej sięga średniowiecza. W PRL jednak, aż do 1972 roku, zaniechano jej organizacji. Jednak właśnie wtedy, m.in. z inicjatywy redakcji „Wieczoru Wybrzeża” powrócono do niej i do dziś ta wielka impreza ściąga tysiące turystów. Ostatnio do kolekcji, od przyjaciela Rafała, wpadło wiele skarbów związanych z jarmarkiem. Czas na pierwszą część prezentacji.
Z jarmarkiem związane jest wiele gadżetów, reklamowych i nie tylko, w tym chociażby powyższy medal, czy długopisy i papeteria.
Mam też cudowne naklejki oraz proporczyki.
Chyba jednak najbardziej wartościowym, a na pewno wnoszącym najwięcej informacji, jest katalog z drugiej (po reaktywacji) edycji, czyli z 1973 roku.
Ileż tu cudownych informacji. O organizatorach, historii, do tego zdjęcia.
Katalog to również wiele reklam, które są doskonałym dokumentem o bardzo różnych zakładach, zrzeszeniach itp. Są adresy, menu, spisy towarów i nie tylko. Wszystko w towarzystwie rysunków Zbigniewa Jujki. Zobaczcie jakie są perełki, nawet konkretne dania! Mnie zainteresował napój Boruta.
A ta Krewetka, to wiecie, ta gdzie potem było kino.
Do tego na przykład wykaz lotów z Gdańska, to są dopiero dokumenty epoki! Są również cudowne hasła reklamowe: „Mydła toaletowe? Oczywiście!”.
I zwrócę uwagę na jeszcze jeden skarb. Chodzi o Pepsi-Colę, która od lat 70. była produkowana w Gdańsku. W katalogu znalazła się reklama oraz fota Starów ze skrzynkami.
Mało tego, jest też wspaniały wykaz poszczególnych oddziałów Gdańskich Zakładów Piwowarskich. Widać, że Pepsi i Tonic Water rozlewano w Gdańsku-Wrzeszczu. A na deser słodkości z Bałtytku.
Skarbów związanych z jarmarkiem mam więcej, o nich wkrótce. A Wy, bywaliście na nim przed laty?
Trochę już skarbów piorących sprzed lat mam. Chociażby taki proszek Ixi. Klasyk, który można było kupić w kioskach RUCH-u. Swoją drogą wiecie, dlaczego w pewnym okresie zalecano sprzedawcom w kioskach, by nie sprzedawać go młodym ludziom? Bo okazało się, że niektórzy mądrzy podgrzewają go na patelni i się narkotyzują.
Do rzeczy jednak. Wpadło mi ostatnio kilka ciekawostek związanych z praniem. Oto one. Zacznę od interesującego produktu, jeśli chodzi o jego wytwórcę. Oto wybielacz do tkanin o mało wyrafinowanej nazwie Biel. Pochodzi z lat 80. i jak zapewnia producent „tkaniny pożółkłe odzyskują śnieżna biel”. A ten producent to… Fundacja Ochrony Zabytków.
W przypadku kolejnego produktu producent jest mniej zaskakujący. To Spółdzielnia Rzemieślnicza „Zjednoczenie” Zduńska Wola. Cudo nazywa się farbka do płukania z wybielaczem optycznym. Mnie najbardziej zaciekawiła ładna grafika na opakowaniu z praniem wiszącym na sznurku i przypiętym klamerkami.
Skąd jednak ludzie mieli wiedzieć jak i jakie środki piorące stosować? Ano z takiej broszury.
Wydało ją Zjednoczenie Przemysłu Chemii Gospodarczej. Tak w latach 1964-1970 nazywało się zjednoczenie, potem znane jako Pollena. Zaskakujące jest to, że broszurę wydano w nakładzie miliona egzemplarzy! Jeszcze bardzo szokujący może wydawać się jednak mały komunikat: „Uprzejmie zawiadamiamy klientów, że proszek do prania SAM 65 w najbliższym czasie nie będzie produkowany”.
Broszura ma bardzo ładne grafiki na niebieskim tle i wiele przydatnych informacji. Na przykład o podziale proszków na niskoprocentowe (np Mirax), o zawartości 30% substancji, powyżej 405 substancji aktywnych (Pralux, Bieluks), uniwersalne (Ixi, Sam 65). Do tego informacje jak należy prać i o właściwościach włókien.
Jest też bardzo przydatna tabela racjonalnego stosowania nowoczesnych proszków piorących.