Category Archives: Film

Akademia vs kanikuła

To nie jest klasyczny wpis na blogu o jednym ze skarbów z naszej kolekcji. Tym razem chciałem polecić fanom minionej epoki dwie bardzo fajne imprezy w Warszawie, na które sam mam zamiar się wybrać. Pierwsza z nich odbędzie się w najbliższą sobotę.

Poruszałem tu już kilka razy wątek wakacyjno-wycieczkowy w PRLu. Proponowaliśmy wyjazdy do Jugosławii (TUTAJ) i w inne ciekawe miejsca (TUTAJ).

programwycieczki nrd

zsrr1  nrd1  bulgaria1

Do tego mógł przydać się taki gadżet (TUTAJ).

torba1

Specjalną imprezę, a propos wakacji, przygotował Narodowy Instytut Audiowizualny (to oni odpowiadają za znakomity, pełen ciekawych materiałów wideo serwis ninateka.pl) w swojej imponującej siedzibie, w Warszawie przy ulicy Wałbrzyskiej 3/5. „Duchologia polska | Kanikuła w NInA” związana jest z wydaniem książki „Duchologia Polska. Rzeczy i ludzie w czasach transformacji”, w której Olga Drenda opowiada o przełomie lat 80. i 90.
W ramach imprezy, od godz. 14 przewidziano:
Strefę gier retro – ze stanowiskami z kultowymi grami.
Wystawę fotograficzną „Widoki transformacji”.
Przegląd kronik filmowych z lat 1990-93.
Koncerty projektu Palcolor do filmu „Warszawa 88-89” i Lutto Lento do Archiwów Domowych.
Pop Magic ’88 – przegląd teledysków z lat 80.

Więcej o tej darmowej imprezie przeczytacie TUTAJ.

Tego samego dnia, w warszawskim kinie Iluzjon, w ramach festiwalu Warszawa Singera wystartuje przegląd filmów o przygodach Pana Kleksa. Oczywiście już wspominaliśmy TUTAJ i TUTAJ o przygodach Golarza Filipa, Wielkiego Elektronika i innych. Czas zobaczyć ich na kinowym ekranie.

akademia kleksa

27.08 w Iluzjonie będzie można obejrzeć „Akademię Pana Kleksa„, dzień później „Podróże Pana Kleksa”, a 29.08 „Tryumf Pana Kleksa”. Więcej informacji na stronie Iluzjonu.

Do zobaczenia!

Otagowane , , , ,

Jak pić sok pomidorowy

To będzie wyjątkowy wpis na blogu. Tak jak wyjątkowa była rozmowa z jego bohaterem. Kojarzony jest przede wszystkim z piosenką do serialu „Pszczółka Maja” i „Chałupy welcome to”, ale poza nimi kryje się, a ostatnio na szczęście co raz bardziej ujawnia, całe spektrum możliwości wokalnych, muzycznych, interpretacyjnych i klimatycznych, Zbigniewa Wodeckiego.

Spotkałem się z nim robiąc wywiad do dodatku „Kultura” DGP. Pan Zbigniew (od razu zaproponował przejście na „ty”, jednak nie wyobrażałem sobie takie formy wobec pana Zbigniewa, ja pozostałem więc przy wersji „pan”) okazał się niezwykle czarującym, sympatycznym, otwartym człowiekiem. Sypał anegdotami, żartował, a do tego, wreszcie przekonał mnie do picia soku pomidorowego. Wyszła z tego bardzo ciekawa rozmowa, o muzyce w minionej epoce oraz tym, jak pan Zbigniew odnajduje się dzisiaj. A odnajduje doskonale, o czym przekonała fanów jego wspólna płyta z kolektywem Mitch & Mitch, na której zagrał materiał ze swojego debiut sprzed 40 lat.

Poniżej zapis tej rozmowy oraz notka o płycie, które kilka dni temu miała swoją premierę. To doskonała ścieżka dźwiękowa do serialu „Pszczółka Maja”, autorstwa Karela Svobody.

wodecki1

Stojąc pod sceną podczas pana koncertu z Mitch & Mitch na tegorocznym Open’erze, odniosłem wrażenie, że bawi się pan nie gorzej niż publika. Spodziewał się pan tego, co dzieje się wokół waszej wspólnej płyty, na której powraca pan do debiutu sprzed 40 lat?

Pan Zbigniew Wodecki: Na Open’erze po raz kolejny czułem się dość dziwnie, widząc kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi słuchających i bujających się do moich piosenek sprzed lat. Przecież to pokolenie, które mnie w ogóle nie kojarzy, coś tam może słyszało o „Pszczółce Mai” albo „Chałupach”, ale przecież urodziło się już w innej rzeczywistości. Do tego w Gdyni szukali muzyki alternatywnej. Tak było w Trójce, jak graliśmy ten materiał trzy lata temu, i później na katowickim Off Festivalu. Byłem przerażony, bo po mocnych alternatywnych rockowych koncertach miałem wyjść z jakimiś moimi balladami. Widząc szalejących ludzi pod sceną i Macio Morettiego z Mitchów, myślałem, że to jakaś ukryta kamera. W szkole mnie uczyli, żeby cały czas wygrywać, zajmować pierwsze miejsce, żeby odnieść sukces. I przez kilkadziesiąt lat starałem się być na topie. A muzycy Mitch & MItch nauczyli mnie czy raczej przypomnieli to, co czułem jako siedemnastolatek, że muzyka to jest balanga, żeby się nią bawić. Ciężko było mi do tego wrócić, bo w pewien sposób „skażony” komercją, „Chałupami” i „Pszczołą” musiałem zagrać repertuar, którego nikt nie pamiętał, łącznie ze mną. Mój kolega, który był na naszym występie podczas pewnej gali w Teatrze Wielkim, gdzie publiczność nie była łatwa i ciężko nam się grało, trafnie to zwerbalizował: podobało mi się, bo wy nie gracie piosenek, żeby rozbawić ludzi, tylko żeby oni tego słuchali. To jest może tajemnica tego wydarzenia.

Podobno nie chciał pan zaśpiewać „Chałupy Welcome to”, gdy to panu zaproponowano, tak jak „Pszczółki Mai”. Z Mitchami było podobnie?

Te dwa stare przeboje to nie były moje kompozycje i wykonanie obu było przypadkowe. Pewna pani z postsynchronu „Pszczółki Mai” się uparła, żebym to ja zaśpiewał. Nie chciałem kopiować Karela Gotta, który to wykonywał w oryginalne w wersji niemieckiej, bo mam niższy głos. Musiałem sobie poradzić falsetem. Nagrałem to szybko, w zasadzie na próbę, żeby pokazać, że to nie moja tonacja, ale nie udało mi się ich przekonać, że nie pasuję (śmiech). Spodobało się i tak zostałem Pszczołą. „Chałupy Welcome to” też zaśpiewałem przez przypadek i stały się przebojem głównie przez teledysk z golizną. W propozycji Mitchów z kolei spodobało mi się to, że oni przestali mnie traktować jako piosenkarza popularnego. Macio Morettiego pewnie by szlag trafił, jakbym chciał z nimi na scenie wykonać „Pszczółkę Maję”. Te piosenki mają swoje miejsce, ale nie w tym projekcie. Powracając do debiutu po 40 latach, musiałem go się na nowo nauczyć, nie pamiętałem tych numerów. To jest fajnie zagrana muzyczka, bez nadęcia, przebojowa, ale wtedy praktycznie w ogóle nie była wylansowana. Okazało się, że teraz przyszedł na nią czas.

Wodecki_Mitch

Na okładce płyty „1976: A Space Odyssey” w ogóle nie widać pana twarzy. To celowy zabieg, by podkreślić tutaj znaczenie całego zespołu?

To był znakomity pomysł Macia Morettiego. Pomijając fakt, że w moim wieku najlepiej wychodzę na zdjęciach tyłem, to pokazuje to kwintesencję naszej współpracy. Liczy się tu cały zespół, nie tylko Zbigniew Wodecki. A warto podkreślić, że to bardzo dziwni ludzie. Nie jedzą mięsa, nie palą, nie piją, przynajmniej niektórzy (śmiech). A przy tym olewają popularność, spełniają się w wielu dziwnych, bardzo alternatywnych projektach dla wąskiego grona odbiorców. Im nie chodzi o pieniądze i pewnie też dlatego tak dobrze mi się z nimi gra.

Dlaczego w PRL-u, przez okres ponad 20 lat kariery, nagrał pan tylko dwie solowe płyty? Nikt ich wtedy nie chciał?

Chciałem być znanym piosenkarzem, ale czułem, że to nie do końca jest mój czas, że jestem za bardzo romantyczny i może to zabrzmi nieskromnie, ale za bardzo wykształcony muzycznie. Od piątego roku życia siedziałem w filharmonii i słyszałem, jak ojciec gra Bacha, Beethovena, Szymanowskiego, Czajkowskiego. Potem przez kilka lat w szkole muzycznej w Krakowie sam codziennie grałem repertuar klasyczny. Musiałem zagrać dyplom na skrzypcach, udało mi się wykonać Karłowicza, romantyczny koncert na skrzypce. Bardzo trudny, a zagrałem go z wyróżnieniem. W tym samym niemal czasie jeździłem po świecie, grając z Ewą Demarczyk, z Anawą, w Piwnicy pod Baranami. Z jednej strony była cyganeria krakowska, a z drugiej paryska Olimpia. Targały mną sprzeczne emocje. Tu gram Karłowicza, Paganiniego, a obok mam zaśpiewać parę ładnych piosenek. To nie zabrzmi odkrywczo, ale jest różnica między zaśpiewaniem zwrotki i refrenu a „Kaprysem 9” Paganiniego. Można go ćwiczyć całe życie i nigdy dobrze nie zagrać. Miałem rozterki, bo zależało mi, żeby te moje pierwsze kompozycje były dobre, żeby koledzy, wybitni muzycy, się ze mnie nie śmiali. Tak jak potem nie czułem się dobrze z tym, że zaśpiewałem „Pszczółkę Maję” i na tym zarabiałem dużo więcej niż moi koledzy z orkiestry. Dzisiaj jestem nareszcie w sytuacji, w której nie muszę się starać komuś przypodobać, tylko chcę nauczyć publiczność słuchania tego, co mi się podoba. Dzięki temu czuję się potrzebny.

wodecki2

Powiedział pan jakiś czas temu, że jest tylu fantastycznych młodych muzyków nagrywających płyty, że pan postanowił sobie odpuścić. Niedawno się to jednak zmieniło. Pracuje pan nad nową płytą.

Pomyślałem sobie, że skoro sukces odniosła płyta nagrana 40 lat temu, to może na kolejny nie warto czekać drugie tyle, że teraz uda się wcześniej (śmiech). Mam masę pomysłów, do tego genialnych instrumentalistów. Chcę z tego skorzystać. Postanowiłem sobie trochę ułatwić pracę i nagrać płytę z numerami, które same będą niosły, żeby się ludzie dobrze bawili, ale nie rezygnować przy tym ze znakomitych aranży i wybitnych muzyków. To świetny zestaw, bo w pewnym sensie gwarantuje, że jak wychodzisz na scenę, to wiesz, że ta muzyka musi zadziałać. A jak nie, to znaczy, że publiczność jest mało muzykalna (śmiech). Z jednej strony cieszę się, że po ponad 40 latach wrócił mi luz grania. Z drugiej strony czuję w sobie jakieś posłannictwo. Wychodząc na scenę, chcę pokazać ludziom, że to są skrzypce, nie skrzypki, jak się gra fugę, że Bach był tak naprawdę jazzmanem. Uważam, że strasznie się zapuściliśmy w nauce słuchania muzyki. Jest duża przepaść między artystami a odbiorcami, dlatego ci pierwsi często zaniżają swoje umiejętności. To zresztą dzieje się nie tylko u nas. Na szczęście są jaskółki zmian, płyta z Mitchami pokazuje, że ludzie chcą słuchać muzyki. A tego trzeba się uczyć, tak jak oglądania obrazów, żeby odróżnić Bruegla od jelenia na rykowisku. Jak to się mówi: „trzeba poszerzać wachlarz doznań”. Uczyć powinni zresztą nie tylko artyści, ale też media, telewizja powinna kształcić ludzi. Kilka razy w tygodniu powinien być pokazywany taki występ, jak koncert niemieckiego big-bandu radiowego WDR Big Band z gdańskiego festiwalu Solidarity Of Arts z zeszłego roku. Zespół, która tak gra, to najlepszy pokaz muzycznych możliwości. Ja też się przecież przez lata uczyłem muzyki. Przed dłuższy czas byłem fanem zespołów typu Chicago czy Blood, Sweet & Tears (w tym momencie pan Wodecki zaczyna śpiewać, a w zasadzie naśladować instrumenty z jednej z piosenek Chicago). To się zmieniło, kiedy pewnego razu zachorowałem na trasie. Kolega zostawił mi kasetę big-bandu nieżyjącego już puzonisty niemieckiego Petera Herbolzheimera. Miałem anginę, zapaliłem więc sporta, wypiłem piwo i tego posłuchałem. Fascynowało mnie, jak kilkadziesiąt osób może razem grać. Jaką oni mają świadomość wspólnej kreacji. Tak też poczuliśmy się z Mitchami.

Wiele zaszło zmian w ciągu kilkudziesięciu lat pana grania. Jakie widzi pan najważniejsze?

Zawsze ważna była świadomość tego, co się robi i żeby nie było wstydu. Tego mnie nauczyło granie na skrzypcach. Mam nadzieję, że tak samo mają muzycy dzisiaj. Oczywiście teraz „prostuje” się wszystko komputerem, przed laty trzeba było działać w zespole, nie liczyć na poprawki technologiczne. Żeby śpiewać, trzeba było po prostu umieć śpiewać. Teraz niekoniecznie będąc wybitnym muzykiem, ale znając się na technice, można tworzyć. Teoretycznie każdy może nagrać płytę. Gdyby Wagner miał takie możliwości, jakie są dzisiaj po wciśnięciu jednego klawisza, toby oszalał. Na szczęście jest też dużo fajnej muzyki i dużo młodych ludzi, którzy są artystami, ale widzę, że ciężko im się żyje. Szczęście, że mają gdzie grać. Jeżdżąc jako dziewiętnastolatek z Ewą Demarczyk pod koniec lat 60., występując w Kolonii, Hamburgu czy Paryżu, czułem inne zapachy, wdziałem inne sklepy, ale przede wszystkim sale koncertowe. Zazdrościliśmy im. Teraz my mamy najpiękniejsze sale na świecie. Wielu ludzi bało się, komu takie sale jak NOSPR w Katowicach są potrzebne, że nikt nie będzie przychodził. Powstały i są zabukowane na kilka miesięcy, nie ma miejsc. Ludzie potrzebują sacrum artystycznego. Dogoniliśmy pod tym względem Zachód. Przed laty, grając w takich miejscach na świecie, nie sądziłem, że będę grał w podobnych albo i lepszych w Polsce, i to przy wypełnionych salach. Tak było z Mitchami we wspomnianym NOSPR.

A propos technologii. Ma pan cały czas swój słynny mały kalendarzyk, nie korzysta z komputerów przy planowaniu koncertów?

Oczywiście. (Wodecki wyciąga z kieszeni mały, pogięty kalendarzyk i przewraca zapisanymi kartkami). Bogu dziękować wypełniony.

Był czas, kiedy ten kalendarzyk bywał pusty?

Tak, kiedy rozwiązałem umowę z Radiokomitetem i bojkotowało się telewizję po stanie wojennym. Pojechałem do Poznania i tu popełniłem błąd ideologiczno-socjalny, bo rozwiązałem umowę za obopólną zgodą, nie dałem się wyrzucić. Stałem się człowiekiem wolnym, co znaczyło, że nie musiałem występować w ramach etatu. To nie było łatwe, bo były z tego, nieduże, ale jednak, pieniądze, a miałem na utrzymaniu rodzinę. Ale Bogu dzięki grałem tak zwane chałtury, czy dzisiaj byśmy nazwali joby, i to z wybitnymi artystami. Pieniędzy nie było z tego dużych, ale przynajmniej sporo śpiewałem. I całe szczęście, wciąż mogę to robić.

gadcd044-COVER-600-wpcf_571x571

Pszczółka Maja | Karel Svoboda | GAD Records
Z serialem o Mai, Guciu i innych małych bohaterach najbardziej kojarzony jest u nas utwór tytułowy Zbigniewa Wodeckiego. Jak pokazuje jednak właśnie wydany soundtrack z tej telewizyjnej serii, muzycznie „Pszczółka Maja” miała dużo więcej do zaoferowania. Poza znakomitymi wokalizami Wodeckiego (także w „Piosence Konika Polnego”) i polskim wkładem w soundtrack, czyli „Piosenką Gucia” z tekstem Wojciecha Młynarskiego w wykonaniu Jana Kociniaka, jest tu ponad 20 doskonałych instrumentalnych tematów muzycznych Karela Svobody. To pokaz kunsztu jednego z najpopularniejszych czeskich kompozytorów, porównywanych do naszego Andrzeja Korzyńskiego.

Płyta ukazała się w limitowanym nakładzie 500 sztuk. Więcej info TUTAJ

Otagowane , , , , ,

Bajki o sporcie

„Pohádka o Raškovi”, „Plná bedna šampaňského”, „Syn celerového krále” – m.in. takie dzieła ma na koncie jeden z najciekawszych pisarzy czeskich, a w zasadzie czechosłowackich Ota Pavel. Choć pisarz to za małe słowo, to był też genialny reporter sportowy, komentator.

pavel_ota

Nie mam tu w zwyczaju pisania o książkach, tym bardziej zagranicznych. Pretekst jednak jest wyjątkowy, bo niedawno ukazał się genialny zbiór reportaży sportowych naszego południowego sąsiada. Powstawały w minionej epoce, opisują blaski i cienie komunistycznego sportu, Wyścig Pokoju. Uznałem, że to wystarczający powód, żeby napisać o niej na blogu i szczerze polecić.

otapavel

„Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe”, która ukazała się w serii Mariusza Szczygła „Stehlik” to mała, niepozorna książka, które wciągnie momentalnie nie tylko fanów reportaży, czy opowieści sportowych. Ota Pavel nie skupia się na rezultatach, statystykach, tym wszystkim co można znaleźć w każdej książce, zestawieniach, a dzisiaj w internecie. W niemal bajkowy sposób opisuje historie znakomitych czeskich sportowców.

Dokłada do tego, charakterystyczne dla czeskiej literatury, poczucie humoru, często związane z ich ukochanym piwem. Padają tu na przykład tak piękne stwierdzenia jak: „jak wiadomo, piwo, którego się nie wypije, mija się ze swoim powołaniem”.

raska
Jiří Raška

Książkę zaczyna najdłuższa w niej opowieść o najsłynniejszym skoczku czechosłowackim. Opis tego jak pracował na złoto olimpijskie Jiří Raška pełna jest tyle wzruszających, co zabawnych chwil. Pan Jiří, na przykład, sam wystrugał sobie narty. Niesamowite, jak wtedy wyglądały treningi i jakie pieniądze zarabiali najlepsi sportowcy. Krótko mówiąc, żadne.

Ota Pavel wspomina też słynnych kolaży z Wyścigu Pokoju, m.in. Jana Vesely. Jeden z symboli tego wyścigu, po wycofaniu się podczas jednej z edycji (został do niej wciągnięty na siłę, mimo choroby), został odsunięty od jazdy na kilka lat. Przeżywał dramatyczne chwile. Na szczęście został potem zrehabilitowany.

Pisałem już zresztą o Wyścigu Pokoju m.in. TUTAJ i TUTAJ. To za sprawą takich skarbów w kolekcji.

wazon3  k-csrr

Są tu też czescy hokeiści, piłkarze ręczni (ich trener rzucał złotymi myślami w stylu: „grajcie tak, jak ustaliliśmy. Tylko zmienimy trochę taktykę”), czy wreszcie najsłynniejszy biegacz Emil Zátopek.

vesely
Jan Vesely

O Zátopku Ota Pavel przytacza genialną anegdotę jak ścigał się z psem. Tak wymęczył wilczura, że na drugi dzień jak pies zobaczył, że Zátopek idzie biegać schował się pod stołem, by ten nie zabierał go na wspólny trening.

Żeby napisać te wszystkie reportaże Ota Pavel spędzał ze sportowcami czasami kilka miesięcy. Jeżdżąc w ich rodzinne strony, spędzając z nimi czas na zawodach, trenując (z Zátopkiem tylko jeden dzień, bo więcej nie dał rady).

Mariusz Szczygieł o książce pisze: „Czescy krytycy byli zgodni: historią narciarza Raški Ota Pavel wzleciał w niebo jak ptak z rodziny ptaków morskich. Niebywały tekst!”. Pozostaje tylko przyznać rację. Polecam gorąco.

A to przykład jak biegał Zátopek:

Otagowane , , , , ,

Spotkanie z Pankracym

Pamiętacie „Piątek z Pankracym” albo „Okienko Pankracego”? W najbliższą niedzielę w Fotoplastikonie Warszawskim będzie okazja przypomnieć sobie programy wymyślone przez legendarną postać, twórcę Telewizji Dziewcząt i Chłopców, Macieja Zimińskiego. Przez 10 lat (1978-88) program prowadził Zygmunt Kęstowicz, później przez chwilę Tadeusz Chudecki i wreszcie Artur Barciś. To właśnie Barciś będzie gościem niedzielnego spotkania.

pankracy2  pankracy

Piszemy o tym, także dlatego, że wykorzystana zostanie podczas rozmowy wyjątkowa książka z naszych zbiorów. Chodzi o książkę Macieja Zimińskiego „Piątek z Pankracym”.

pankracy1

Pisaliśmy o niej na blogu TUTAJ.

Jeszcze jedno, zwróćcie uwagę na szałową bluzę Artura Barcisia w programie. Hulk Hogan byłby zadowolony….

Więcej info o wydarzeniu TUTAJ.

Otagowane ,

Cienie Bufetu

BufetPRL znowu w teledysku, a ściślej gadżety z naszej kolekcji! Można je zobaczyć w najnowszym klipie polskiej legendy new romantic/disco, twórców przeboju „Spokój”, Super Girl Romantic Boys.

„Cienie” to singiel z ich najnowszej płyty „Osobno”. Wideoklip (scenariusz i reżyseria Roman Przylipiak) został zarejestrowany kamerą VHS z połowy lat 80 Quasar VM-10. Quasar to amerykańska marka powstała w 1967 roku. Pod ich szyldem pojawiały się nie tylko kamery wideo. Oto dowód:

Ale wróćmy do klipu. Na planie zostało wykorzystanych wiele naszych przedmiotów.

Zobaczycie m.in. szpulowiec Telefunken, o którym pisaliśmy TUTAJ

szpula3

Telewizory Vela oraz Neptun. O nich TUTAJ

vela  neptun3

Do tego lampki, plakaty, kasety, torby i różne gry. Chociażby takie cudo:

fokus1  fokus

O grze Fokus pisaliśmy TUTAJ

Dziękujemy wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że współpracowaliśmy z Super Girl Romantic Boys. A teraz słuchamy i oglądamy!

A na planie było tak:

klip  klip1

klip3  klip4

klip5

klip6

klip7

Zdjecia Olga Przylipiak & Asia Łukijańczuk

Otagowane , , , , ,

Gorzki Bierce

Tytułowy przydomek należy do amerykańskiego nowelisty, satyryka i dziennikarza Ambrose’a Bierce’a. Piszę o nim nieprzypadkowo. Kolega polecił mi bowiem krótkometrażowy film polski z 1967 roku „Kwestia sumienia”, oparty właśnie na opowiadaniu Ambrose’a.

Abierce

Pan Bierce żył na przełomie XIX i XX wieku, brał udział w wojnie secesyjnej, z której przeżycia wykorzystywał później w swoich utworach. Chociażby w „Kwestii sumienia” właśnie. Z powodu zgryźliwości i mrocznego podejścia do życia nazywany był „gorzkim Biercem”. Dowodem na jego czarny humor jest chociażby słynny „The Devil’s Dictionary”. Zamieścił w nim m.in. takie ciekawe stwierdzenia:
„Abstynent: osoba, która poddaje się pokusie odmówienia sobie przyjemności”.
„Cierpliwość: łagodna forma rozpaczy uchodząca za cnotę”.
„Szczęście: miłe uczucie, wyrastające z obserwacji niedoli innych”.

Więcej informacji o autorze znajdziecie tutaj: polecampoczytacambroseabiercea.blogspot.com

Wracając jednak do „Kwestii sumienia”. Obraz wyreżyserowali Ewa i Czesław Petelscy. Czesław był kierownikiem Zespołu Filmowego Iluzjon (w nim powstała „Kwestia sumienia”), wyreżyserował, wraz z żoną, m.in. jeszcze „Ogniomistrza Kalenia”.

Autorem muzyki jest tu doskonały kompozytor i dyrygent Jerzy Maksymiuk. Wrażenie robi obsada aktorska. Główne role grają Wiesław Gołas i Andrzej Łapicki. Wcielają się w żołnierzy wrogich armii, którzy stykają się, i to nie raz, na froncie. Gołas jest taki trochę śmieszny, ale niestety bardziej drewniany w wygłaszaniu swoich dialogów. Łapicki to klasa sama w sobie. Towarzyszą im też chociażby Zdzisław Maklakiewicz (jak to określił mój kolega: Maklak tragiczny w szermierce) i Ryszard Pietruski (kapitan z „Rejsu”).

Nie jest to wielkie dzieło, warto jednak film zobaczyć. Słabo na planie było ze światłem, tereny rezerwatu Biała Woda w Pieninach niespecjalnie oddają klimat amerykańskiej przyrody, do tego kuriozalne sceny wymiany ognia. Ale Maklaka w walce białą bronią i Gołasa w stroju konfederata warto zobaczyć. Ot taka filmowa ciekawostka…

kwestia

Otagowane , , ,

Czuj, czuj, czuwaj

Kontynuujemy drukarskie opowieści. Tym razem czas na czasopismo młodzieży harcerskiej „Na Przełaj”.

naprzelaj

Mamy trzy numery z końca lat 80, ale gazeta była już drukowana zdaje się w okresie międzywojennym. Najbardziej rozrosła się na przełomie lat 70. i 80. Współpracowali z nią chociażby Tomasz Raczek, Marek Sierocki, Jerzy Owsiak, Paweł Sito czy Mariusz Szczygieł. Dokładnie nazywała się Ilustrowany Magazyn Młodzieży Szkolnej (Tygodnik ZHP).

naprzelaj7

Najbardziej były popularne stałe rubryki, jak Prosto, Koalang, Giełda Absurdów, Muzykorama czy plakaty oczywiście.

naprzelaj4  naprzelaj3

naprzelaj5

Nie brakowało też jednak poważnych tematów, jak pokazują powyższe skany. Pierwszy dość mocny tekst, wyjątkowo dziś aktualny, o aborcji. Do tego korespondencja własna z NRD oraz wywiad z seksuologiem, o tym, że każdy z nas był kiedyś… kobietą.

naprzelaj9

Były również fotoreportaże, jak ten o rowerzystach.
A także poważne dyskusje o alkoholu. Tak jak ta, zaczynająca się od odważnego stwierdzenia: „Lubisz alkohol”.

naprzelaj8  naprzelaj6

Obok, kolejna ważna rubryka, modowa.

Najciekawsze były chyba jednak działy muzyczne. Przede wszystkim ostatnia strona, Muzykorama. Redagował ją legendarny Krzysztof Hipsz. Były tu newsy, sylwetki zespołów no i lista Metal Top 20.
Były też na przykład gotowe do wycięcia wkładki do kaset (na skanie gazeta po prawej).

naprzelaj1

Do tego recenzje…

naprzelaj0  naprzelaj2

Ja to jestem jednak największym fanem rubryki Prosto. Doskonałe były tam ogłoszenia czytelników.

naprzelaj10

Opłata za ogłoszenia wynosiła: pięć znaczków, które drukowane były w… „Na Przełaj”. Widać je zresztą na dole po lewej, na skanie wyżej.

A ogłoszenia były, na przykład, takie:

„Jestem sam – Misiek”
„Małgosiu J… pytaj codziennie o list dla Ciebie na głównej poczcie. Nie zapomnij! – Monika z Leszna”
„Poznam Patryka – Patrycja (znana redakcji)”
„Wszyscy chłopcy od 15-18 lat, jesteście nam potrzebni na najbliższą prywatkę u Zuzy. Musi być was przynajmniej czterech. Czekamy – Jojo, Fundzia, Zuza i Wacka”
i moje ulubione:
„Oświadczam, że nie podoba mi się nowa twarz Michaela Jacksona (patrz: Bravo nr 35”.

Szkoda, że ostatni numer „Na Przełaj” ukazał się na początku lat 90.

Otagowane , , , , , , ,

Kryminał co miesiąc

Pułkownik Zbigniew Gabiński, dyrektor Oddziału Kontroli, Badań i Analiz KG MO oraz ppłk Władysław Krupka (to on „wymyślił” kapitana Żbika – o nim więcej TUTAJ), odpowiedzialny w KG MO za kontakty z mediami wpadli na genialny pomysł ocieplenia zgrzebnego, a przede wszystkim wzbudzającego strach milicjanta. Propagandowo idealna wydawała im się literacka seria kryminalna opowiadająca o fascynującej pracy milicjantów. Tak powstał cykl „Ewa wzywa 07…”, który przetrwał kilkadziesiąt lat. Zacząłem go zbierać.

ewawzywa

W latach 1968-89 ukazało się 146 części, a autorami byli m.in. Janusz Głowacki, Andrzej Szczypiorski, Zygmunt Zeydler-Zborowski (jeden z współtwórców Teatru Sensacji Kobra) czy Andrzej Szypulski (scenarzysta „Stawki większej niż życie” i „Życia na gorąco”). 
Fajne są już same tytuły: „Kwadratura trójkąta”, „Noc bliskiego księżyca”, „Polujący z brzytwą”, „Akcja mleczna”, „Pan dyrektor jest zajęty”, „Siedem papierosów Maracho”, „Rendez-vous w hotelu Royal”, no i te które już mam w kolekcji: „Dimanche-znaczy niedziela” i „Fiat z placu Teatralnego”.

ewawzywa3

Na moich wydaniach widnieje stylizowana pieczątka „Powieść co miesiąc” i numer wydawnictwa. Śmiesznie, że ani to nie są specjalnie powieści, bo trochę krótkie ani nie były wydawane co miesiąc -€“ tak było tylko do połowy lat 70. Na takich pieczątkach widniał też później napis: „Zagadka Sensacja”.

ewawzywa2

Starsze jest wydawnictwo „Dimanche-znaczy niedziela” autorstwa Andrzeja Zarzyckiego. Pochodzi z 1973 roku i miało nakład 100 tysięcy egzemplarzy. „Fiat z placu Teatralnego” pochodzi z 1985 roku, tu już nakład był 150 tysięcy. Jest też jedna widoczna różnica na okładce wydawnictwa. Z tyłu był charakterystyczny wizerunek graficzny samochodu i obok wykaz pozostałych części. W starszym wydaniu samochodem jest Warszawa, a w nowym już Duży Fiat.

ewawzywa1

Genialne były tu okładki, ale też sama treść. Oto kilka fajnych przykładów:

„Kapitan Jerzy Szarecki z Komendy Stołecznej MO w skupieniu przeglądał dokumenty zawarte w zielonym skoroszycie. Były to meldunki wywiadowców, zajmujących się środowiskiem warszawskich waluciarzy. Dotyczyły transakcji zawieranych dla tajemniczego pana Bola”.

„Ja go, psubrata, i z tamtej strony ściągnę. Za uszy, czorta, za uszy!”.

„Porucznik znał duszną, zadymioną atmosferę różnych barów i dojrzewalni -€“ jak nazywano pomniejsze knajpki, gdzie całymi dniami wisieli nad kuflem piwa pijaczkowie mniejszego kalibru”.

„-Czołem. – Serwus”.

„-Tu Krokus, słucham. -€“ Tu Mewa”.

Jest też opisanych dużo ówczesnych ciekawych miejsc, knajp, na przykład:

„Widywano go w kawiarni Szwajcarskiej, w Ali Babie na Kniewskiego i winiarni Amfora”.

Tytuły rozdziałów też robią wrażenie.

ewawzywa5

Jeszcze wyjaśnienie nazwy cyklu. 07 to bym wewnętrzny numer milicji, a Ewa to imię żona pułkownika Gabińskiego.

Otagowane , , , ,

Bajka filmowa Garriego

W zeszłym roku do Trybunału Konstytucyjnego Federacji Rosyjskiej zaskarżono decyzję Dumy Państwowej o aneksji Krymu. Pismo podpisało sporo szanowanych rosyjskich ludzi kultury, m.in. uznany animator, twórca bajek Garri Bardin. Wspominam o  nim nie bez powodu. Oto bowiem mamy w naszych zbiorach małą książeczkę z jego bajką.

tecza

To ciekawe wydawnictwo, bo to w zasadzie Bajka Filmowa. Taki trochę komiks, trochę książeczka. Za ilustracje odpowiada tu niejaki pan Popow, albo pani Popow. No ilustracje nie są akurat mocną siłą tej opowieści.

tecza4  tecza3

To historia dwóch chłopców mieszkających na tęczy. A zaczyna się tak…

tecza6

Po drodze mają przeróżne, ciekawe i mniej ciekawe przygody.

tecza7

Zaskakujący jest finał tej opowieści. Jeden z nich na pożegnanie mówi bowiem nie zdrastwujtie czy coś w tym stylu, ale „good bye”, a przypomnę, że książka ukazała się w 1983 roku. Ja to interpretuję tak, że chodzi tu o pojednanie świata zachodniego ze wschodnim. Jeden chłopiec jest z USA, a drugi ZSRR. No, ale może to za dalekie myślenie.

tecza2

Książeczkę wydała dramatyczna instytucja, Wszechzwiązkowe Biuro Propagandy Sztuki Filmowej, przy Związku Filmowców ZSRR. A powstała ona na podstawie filmu rysunkowego Sojuzmultfilmu.

tecza1

Autor, Garri Bardin, robił niewiarygodnie ciekawe rzeczy. Oto próbka jednej z nich:

Otagowane , , , , ,

Konfrontacje z kinem

Najpierw, czyli w latach 60, były organizowane tylko w Warszawie. Potem przeniosły się do innych polskich miast. Były okazją do obejrzenia najciekawszych filmów zachodnich kinematografii, ale w programach można też było znaleźć kino bratnich krajów. Chodzi o Konfrontacje Filmowe, wyjątkowe święto kino w epoce PRLu.

konfrontacje2  konfrontacje1

W rodzinnych zbiorach zachowały się zaproszenia na dwa cykle z lat 80. Pamiętam, że dla rodziców to zawsze było wielkie święto i jak tylko mogli ruszali do kin na konfrontacje.

Dwa tygodnie ze świętem kina odbywały się m.in. w najstarszym kinie w Słupsku, eleganckiej (bo z balkonem) Polonii. To nie był jedyny budynek kinowy w mieście. Najnowsze było Milenium, wybudowane w 1965 roku, wówczas jedno z najnowocześniejszych kin w Polsce. Tutaj odbyły się konfrontacje w 1984. Były jeszcze Ustronie, Wiedza, Relax, Gwardia.

konfrontacje3  konfrontacje

Na powyższych skanach widać ceny biletów (od 600 do 800zł) oraz, które filmy były dozwolone od lat 18, a które miały czytaną listę dialogową. Wśród filmów znalazły się znakomite klasyki jak „Zelig”, „Rok niebezpiecznego życia”, „Fanny i Aleksander” (wpisany jako szwecki :), „Gandhi”, „Paris Texas” czy „Czułe słówka”. Do tego radziecki „Gorzki romans”, węgierski „Sęp” czy „Tysiącletnia pszczoła” CSRS RFN.

Nie dziwię się, że podczas konfrontacji pod kinami ustawiały się kolejki…

A oto fragment niesamowitego pościgu wartburgami, ładami i innymi ciekawymi pojazdami z węgierskiego kryminału „Sęp”:

Otagowane , , , , ,
Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij