„Całość naszej tegorocznej produkcji to 275 tysięcy par nart. Z tego 130 tysięcy na krajowy rynek. Reszta na eksport” – powiedział w rozmowie z „Echem Krakowa” dyrektor zakładu w Szaflarach, największego producenta nart na polski rynek w PRL. Produkowano je dla rodzimego Polsportu. W tym samym wywiadzie z 13 grudnia 1979 roku dyrektor wspomniał o nowości, były nią biegowe narty Gorce E-561. Tak się składa, że niedawno przyjaciel podarował mi takie narty. Stały przy śmietniku. Teraz mają zaszczytne miejsce w mojej kolekcji.
Gorce E-561 są jednak zdecydowanie bardziej profesjonalne. Choć dziś, szczególnie mocowania wyglądają staroświecko.
Mają jednak fantastyczne malowanie. Na ówczesny czas nowoczesne. Były też na tyle dobrze wykonane, że konkurowały z zagranicznymi. Wspomniany dyrektor mówił o tym tak: „Narty znanych firm, te z seryjnej produkcji, nie takie robione z ogromnym pietyzmem dla narciarskich asów, są podobne do naszych. Przecież te, które sprowadzono do polskich sklepów też się rozklejały, też były reklamowane”. Chyba dość szczery pan dyrektor 🙂
W każdym razie piękne są te narty, niestety bez jednej części, gąbeczki przy mocowaniach, ale i tak są extra.
Możecie też pomóc i przy okazji zaopatrzyć się w taki wyjątkowy zestaw.
Na licytację dla Niny wystawiam dwie książki mojego autorstwa + dodatki. Wydaną w zeszłym roku „Czas wolny w PRL” oraz najnowszą „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.”. Obie zebrały znakomite recenzje, znalazły się w czołówce bestsellerów literatury faktu Empiku. Pełne są zdjęć i fantastycznych opowieści.
Każdą z nich okraszę osobistą dedykacją. Dodatkowo przekazuję gadżety z nimi związane: oryginalną kasetę zespołu Depeche Mode „Some Great Reward” oraz limitowaną, niedostępną w sprzedaży pocztówkę. Proponuję licytację od 99 zł. Potrwa ona do 3 lipca do godz. 21:00:59.Zwycięzcy prześlę cały zestaw na mój koszt.
Może pamiętacie oznaczenia na parapetach przy oknach mieszkań znajomych, którzy mieli telewizję satelitarną? Były to po prostu miejsca, w których trzeba było ustawić talerz tak, by łapał właściwego satelitę. Satelita, jeden z symboli lat 90., o tym też piszę w swojej nowej książce „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.”.
Jeśli chodzi o telewizję satelitarną to nie mogłem nie wspomnieć o kultowej już Sky Orunia. Założył ją Zbigniew Klewiado. W książce historia zaczyna się tak:
„Mieszkał w dzielnicy Orunia, tuż przy kanale Raduni. Orunia słynęła wtedy z tego, że po zmroku lepiej było się w nią nie zapuszczać. Zresztą dzisiaj niektóre rejony dzielnicy mają podobną reputację. Klewiado miał warsztat naprawy telewizorów. Z papierosem pod bujnym wąsem siedział w kineskopach całe dnie. I jako jeden z pierwszych w dzielnicy miał talerz do odbioru telewizji satelitarnej. Oglądał zachodnie kanały. Pewnego dnia pomyślał sobie: a macie, ludzie, też sobie pooglądajcie. Programy z satelity nagrywał na kasety. Skonstruował nadajnik i materiał z kaset puszczał dalej. Sąsiednie mieszkania wypełniła niebieska poświata z telewizorów, w których leciały zachodnie filmy, teledyski z kaset Zbigniewa. W tym niezwykle popularne erotyki. Podobno nawet ksiądz z ambony się oburzał, że ktoś grzeszne filmy ogląda. Ciekawe, skąd wiedział… W każdym razie Zbigniew zaczął puszczać coraz więcej i sygnał miał coraz większy zasięg. Obejmował dzielnicę, potem sąsiednie, a nawet doszedł do podgdańskiego Pruszcza. W końcu Klewiado wraz z grupą znajomych wpadli na pomysł, że pokażą coś swojego. Tak na przełomie lat 80. i 90. narodziła się pierwsza prywatna telewizja w Polsce, a Klewiado zyskał ksywę „pirat z Oruni”.
Następnie opisuję przygody na planie różnych programów Sky Orunia. Opowiadają mi o tym jej ówczesne pracownice. Słynna była wpadka z programem na żywo. „– Klewiado wymyślił letnie studio – opowiada Monika. – Posadził naszego kolegę w swoim ogródku. Żeby nie było widać zabudowań, zawiesił maskujące siatki wojskowe. Ale kiedy prowadzący, zresztą w okularach słonecznych, bo takie mocne było słońce, czytał wiadomości, siatka spadła i widzom ukazała się kobieta rozwieszająca pranie na sznurku. Program szedł na żywo. Takich wpadek było dużo, ale i tak cieszyliśmy się, że możemy robić telewizję”.
To był czas, kiedy Trójmiasto było mocnym ośrodkiem telewizyjnym. Bo to nie tylko Sky Orunia, ale chociażby TTK Gdynia i TV Siesta, a dokładniej TV Siesta Trójmiejska Telewizja Rozrywkowa. Zaczęła nadawanie w 1994 roku. Puszczała zagraniczne i polskie filmy, miała też ofertę własną. Mariusz, którego ojciec w połowie lat 90. miał agencję ochrony, dobrze pamięta TV Siesta. Jej siedziba mieściła się w baraku, obok biura agencji taty. Pokój z biurkiem, tapeta, kwiaty, kamera VHS – skromnie to jest chyba najlepsze słowo. Tak też rodziła się telewizja.
„W Trójmieście narodziła się jeszcze jedna telewizja, zupełnie inna od barakowego projektu TV Siesta czy pasjonackiej, sąsiedzkiej Sky Orunia. To Prywatna Telewizja El-Gaz. Jej właściciel Janusz Leksztoń w latach 90. próbował niemal wszystkiego. Był wówczas najbarwniejszą postacią polskiego biznesu. Człowiekiem z bajeru – jak głosi tytuł książki, którą w latach 90. napisał o nim jego rzecznik prasowy, Jerzy Mazur. Dużo mówi już sama jej okładka. Biznesmen pozuje z otwartą walizką wypełnioną plikami pieniędzy”.
Tak, o Januszu Leksztoniu nie mogłem nie wspomnieć. Jego kariera dobrze pokazuje szalone lata 90.
W 1991 roku znalazł się na piątym miejscu na liście stu najbogatszych Polaków według tygodnika „Wprost”. Ale przesadny rozmach inwestycyjny i niepłacone kredyty spowodowały, że kilka miesięcy później firma ogłosiła upadłość. Potem jeszcze, pod koniec ubiegłego wieku, Leksztoń wydawał m.in. polską edycję czasopisma erotycznego „Hustler”, a wreszcie trafił do aresztu.
Lata 90. to był niesamowity czas pirackich telewizji. Ludzie nie chcieli już oglądać tylko państwowej telewizji.
„Dobrze wyraził je jeden z rozmówców Polskiej Kroniki Filmowej z 17 lutego 1993 roku, pytany o oczekiwania wobec telewizji prywatnych: Ja bym się spodziewał atrakcyjnych, rozrywkowych, ładnych programów, broń Boże jakiejś nudy albo narzuconych historyjek. Ja tylko korzystam z Dziennika, który też nie jest wyczerpujący. Patrzę, bzdury jakieś tam wtykają, ja muszę telewizor wyłączać, bo mnie to denerwuje. Ja jestem człowiek wolny i chcę to, co ja chcę”.
Więcej o prywatnych telewizjach i historiach z satelity przeczytacie w mojej książce.
Pewnie już wiecie. Od miesiąca w księgarniach (w formie ebooka) również, dostępna jest moja nowa książka. Po „Czasie wolnym w PRL” napisałem reportaż o popkulturze w Polsce przełomu 80/90 i lat 90. „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.” to m.in opowieść o kulturze video, kasetach, filmach, wypożyczalniach kaset. I od tego chciałem zacząć krótkie przedstawianie historii z książki i zachęcić do zajrzenia do niej.
Tak to się zaczyna. Wspomnieniem o dramacie i radościach młodych chłopaków 🙂
„Odbywało się losowanie, bo każdy z nas bał się pójść. Choć może nie do końca bał, a wstydził. Chodziło przecież o erotyk. Nieważne jaki, ważne, żeby był. Z kolegami z klasy siedzieliśmy na murku przed wypożyczalnią Paco, która mieściła się na parterze Młodzieżowego Centrum Kultury. Chodziłem tam wielokrotnie, miałem swoją kartę. Na weekendy brałem wojenne klasyki, żeby oglądać z tatą, niektóre po kilka razy: Bitwa o Anzio, Działa Navarony, O jeden most za daleko. W tygodniu – sensacyjne i „obyczaje”. Ale wreszcie nadszedł czas na erotyka. Fakt, widziałem już kilka razy takie filmy. Byłem u sąsiada, jak puszczał jakieś erotyki z Niemiec. No i z kuzynką oglądałem Lody na patyku. Ale to nie to samo. Ucieszyłem się, bo zapałkę wylosował kolega Tomek. To znaczy on miał pójść do wypożyczalni. Całe szczęście, bo wyglądał na najstarszego. Musiał przejść do magicznego regału z napisem „Dla dorosłych” i wybrać dla nas film. Dział był schowany w rogu wypożyczalni, za czarną kotarą. Samo wybieranie na podstawie okładek mogło doprowadzić nastolatka do zawału serca. Zupełnie nie wiem, dlaczego kolega pożyczył akurat bawarskie kino erotyczne. Chociaż wiem, na okładce była pani z baaardzo bujnym biustem. Wyszedł z wypożyczalni cały czerwony, ale się udało! Pobiegliśmy do mnie do domu.
Mama miała wrócić z pracy dopiero za dwie godziny. Drżącymi rękami odpaliłem nasz odtwarzacz video z możliwością nagrywania – w ciszy i napięciu oglądaliśmy zabawy dorosłych z jodłowaniem w tle. Palec cały czas trzymałem na pilocie, na guziku „stop”, żeby zdążyć wyłączyć, gdyby mama wróciła wcześniej. Udało się obejrzeć do końca, a potem szybko oddaliśmy kasetę z powrotem do Paco, żeby pozbyć się dowodów. Trzeba było ją przewinąć do początku, bo za oddanie nieprzewiniętej płaciło się karę. Takie były wtedy, na początku lat 90., doświadczenia seksualne pewnie setek tysięcy chłopaków, przynajmniej tych, którzy mieli w domu video albo kolegę dysponującego takim magicznym sprzętem”.
Fot. Dwa hity video lat 90.: „Terminator” był u nas przetłumaczony na „Elektronicznego mordercę”. „Callanetics” z Mariolą Bojarską sprzedał się w 3 milionach egzemplarzy. Mowa tylko o oryginalnych kopiach.
W książce opowiadam o wypożyczalniach kaset video. To tam całe dnie spędzali fani kina. Nie wiem czy wiecie, jest kilka wciąż działających. W Warszawie na pewno dwie. I tu powróćmy do książki.
„TAO, wbrew nazwie, nie jest azjatyckim barem. To wypożyczalnia filmów, dziś głównie na DVD, ale gdy rozpoczynała działalność, wypełniały ją kasety VHS. Od lat 90. mieści się na parterze bloku na warszawskich Bielanach. To jedno z ostatnich takich miejsc, nie tylko w stolicy. Niełatwo tam trafić, z ulicy jej nie widać. Wchodzi się od podwórka. Na szybie szyld z napisem „Wypożyczalnia filmów”. Właściciel przesiaduje tutaj kilka godzin dziennie. Otwarte od poniedziałku do piątku w godzinach popołudniowych. Oglądam kasety VHS, które zajmują górną półkę. Są przeboje lat 90.: Życie Carlita, Speed, Kasyno. Właściciel ma też katalog z okładkami filmów schowanych na zapleczu. Rozmawiamy oczywiście o filmach, o wypożyczalni. Czuję, że trzyma ten interes dla kontaktu z ludźmi, z sąsiadami, którzy przychodzą do niego od lat. Kiedy pytam o zarobki, śmieje się. Zapisuję się, mam numer 1490. Wypożyczam film. Można go zobaczyć w serwisach streamingowych, niedawno był w kinach, ale przecież nie o to chodzi. W latach 90. byłby dostępny tylko w takiej wypożyczalni. Właśnie wtedy w świat filmów video wkroczyli Anna i Zenon. (…) Po wielu u nieprzespanych nocach w czerwcu 1991 roku otworzyli swoją wypożyczalnię kaset. Nad wejściem wisiał szyld z nazwą: „Magic”.
Fot. To jest wejście do wciąż działającej wypożyczalni filmów w Warszawie TAO.
W książce piszę też o pokazach filmów z kaset video (w kinach, a nawet na komendzie policji), piractwie, pierwszych polskich kasetach video, polskich magnetowidach, Polskiej Partii Posiadaczy Magnetowidów, pokazach filmów video w pociągach oraz gazetach poświęconych kulturze vhs.
A tu przykłady perełek, czyli opisów filmów z katalogu „The Best of Video” z 1990 roku:
„Pokaz najnowocześniejszych technik filmowo-elektronicznych. Błyskotliwa reżyseria, głośni aktorzy. Szlagier finansowy sezonu 1988/89 – to opis Batmana z 1988 roku”. „Dużo przemocy, gwałtu i obsceniczności nie było zapewne tym, na co czekali miłośnicy ekranowego straszenia – tak opisany jest horror Powrót do miasteczka Salem”. „Grupa uczniów college’u postanawia spędzić noc w niezwykłym miejscu. Nie jest to szczęśliwy wybór – to o horrorze pod interesująco przetłumaczonym tytułem Schronienie przeznaczenia (oryg. Doom Asylium)”. „Zrealizowane na fali sukcesów „Conana” nudziarstwo z mnóstwem bójek, dymu i nagich torsów, ale niewnoszące niczego nowego – tak „zachwalano” Żelaznego wojownika z 1987”.
A jakie są Wasze wspomnienia związane z kulturą video?
Więcej o video, ale nie tylko przeczytacie w mojej książce. W następnym wpisie o telewizji tamtego okresu, m.in. o kultowej Sky Orunia.
Powracam do mojej makiety w skali H0 w starym stylu. A to za sprawą takiej nowej lokalizacji.
Ten rynek powstał z bardzo różnych części. Pisałem już niżej więcej o sklepie GS, który do niego przylega. Zresztą mój GS wzorowany jest na prawdziwym sklepie, czy raczej pozostałościach po nim. Wyczaiłem go na Dolnym Śląsku. Nawet jeszcze widać skrzynki, plakaty i inne fragmenty wystroju wnętrza.
Sklep stoi na makiecie, to model z kartonu. Trochę przeze mnie udoskonalony, podobnie jak budki na rynku, tak zwane szczęki.
Jak widać zrobiłem towar na straganach, różne płotki, śmietnik, ławeczkę itp. A zaczęło się od pustego miejsca.
Trochę się napracowałem, szczególnie z dodatkami na stragany. Wszystko zrobione z różnych odpadów po modelach. No i są ludzie. W tym pan sprzedawca z przerwą na napój (ten w głębi).
Przerwę ma też pracownik GS-u, na papieroska i oranżadę.
Jest jeszcze trochę rzeczy do poprawki, ale też nie chcę przesadzić. Ma być surowo, tak jakbym budował to w latach 80. i nie miał dostępu do nowoczesnych modeli itp.
Co myślicie? A więcej o mojej makiecie znajdziecie w specjalnej zakładce „Makieta H0”. A to jeszcze nie koniec budowy!
Mieliście też tak, że losowo dotykaliście jakiegoś miejsca na mapie albo na globusie i myśleliście sobie, że kiedyś tam pojedziecie? Ja tak miałem. Lubiłem też oglądać zdjęcia z różnych stron świata i wyobrażać, że tam jestem. Tak było chociażby z czasopismem „Dookoła świata”, które pokazywało kolorowy świat, często nam odległy. Jakiś czas temu od przyjaciela dostałem zestaw tych magazynów z przełomu lat 50. i 60. Co za perełka!
Całość zaczyna okładka z kwietnia 1955 roku. No i właśnie, okładki. Jakież one są wspaniałe! Tutaj kadr (pomalowany, bo film jest czarno-biały) z komedii sensacyjnej „Wróg publiczny nr. 1” z 1953 roku z wybitnym francuskim aktorem Fernandelem w roli głównej. Niżej z kolei fantastyczne zdjęcie ze Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, który odbył się w Warszawie w 1955 roku.
Wreszcie inny przykład fantastycznego projektu, zdjęcia.
Trudno się dziwić tak fenomenalnej szacie graficznej tego powstałego w 1954 roku czasopisma. Pracowali w nim fantastyczni graficy, rysownicy, jak Janusz Stanny, Szymon Kobyliński czy Zbigniew Lengren. Oto próbki ich możliwości.
Magazyn wypełniały fantastyczne reportaże, teksty popularnonaukowe, dużo było sportu, chociażby popularnego wtedy kolarstwa. Nie brakowało też ciekawostek. Na przykład takie sportu jak Moto-Ball nie znałem.
Kurczę, to naprawdę ciekawa gazeta.
A do tego jeszcze publikowała teksty takich mistrzów jak chociażby Stanisław Lem.
Oczywiście nie brakowało w niej kącika dla szachistów, filatelistów, maniaków krzyżówek i zagadek.
Do tego fantastyczne ciekawostki…
…oraz piękne reklamy.
Pisałem już kiedyś o tym genialnym czasopiśmie. A dokładnie rok temu, przy okazji wydania mojej pierwszej książki „Czas wolny w PRL”. Opisuję w niej m.in. akcję autostopową gazety, którą wymyślono w 1958 roku. Więcej o tym przeczytacie TUTAJ: Czas wolny w PRL cz.4: Tour de Pologne 1957 | Bufet PRL
Do tej gazety jeszcze wrócę w kolejnym wpisie. Tymczasem zostawiam Was ze znakomitymi pytaniami i odpowiedziami…
Dla miłośników fotoreportaży, PRL, dobrych zdjęć i niesamowitych historii, to chyba wystawa nie do odpuszczenia. Mowa o „Ostrzej widzieć. Fotoreportaże „itd” 1960-1990″. Można ją oglądać do końca wakacji w warszawskim super miejscu, czyli Domu Spotkań z Historią. Polecam!
Fantastyczna to wystawa. Sto kilkadziesiąt zdjęć znakomitych fotografów, wśród nich są: Krzysztof Barański, Andrzej Baturo, Sławek Biegański, Dorota Bilska, Stanisław Ciok, Adam Hayder, Andrzej Kiełbowicz, Witold Kuliński, Jan Michlewski, Maciej Musiał, Anna Musiałówna, Sławomir Olzacki, Maciej Osiecki, Krzysztof Pawela, Włodzimierz Pniewski, Andrzej Polec, Janusz Sobolewski, Jacek Wcisło, Krzysztof Wojciewski i Krzysztof Wójcik.
Do tego są opisy, a także dodatkowe opowieści wspaniałych znawców tematu, na przykład Aleksandry Boćkowskiej i Filipa Springera.
Sam magazyn „itd” to było pismo studenckie czasów PRL. Oprócz fantastycznych zdjęć, fotoreportaży, których część widać na wystawie, drukowano tam na przykład rysunki takich mistrzów jak Andrzej Mleczko i Henryk Sawka.
Zdjęcia przywołują wspomnienia. No na przykład taka karuzela łańcuchowa, która była częścią wesołego miasteczka w moim rodzinnym Słupsku.
Albo takie sceny, fani z magnetofonami nagrywającymi koncert w Jarocinie, no i ten mistrz, który trzyma magnet (chyba Kasprzaka) z extra bateriami.
Albo wystroje mieszkań i akademików, no popatrzcie na plakaty!
Są też na przykład takie extra plakaty z hasłem „Zabijamy się sami”.
Był Polonez na kablu, był gramofon Bambino, były kasety vhs… czas na kolejny wyjątkowy przedmiot sprzed lat.
Tym razem na naszej wystawie „Przedmiot tygodnia” bohaterem jest kaseta magnetofonowa.
Kaseta – nośnik opatentowany przez koncern Philipsa w 1963 roku. W Polsce rządził na przełomie lat 80. i 90. Oj u mnie też rządził. Robiłem na kasetach własne składanki, nagrywałem własne audycje, sam projektowałem okładki, numerowałem je. Też tak robiliście?
Mam ich setki. Oryginały, podróbki, składanki, tak, to był dziki czas. Pamiętam, że w moim rodzinnym Słupsku można je było nawet przegrać w bibliotece miejskiej. Znaczy przegrać u nich płytę z CD na kasetę.
Na wystawie w oknie Stacji Muranów przy ulicy Andersa 13 w Warszawie (dostępna 24/7) przez tydzień zobaczycie nie tylko ciekawe kasety z mojej kolekcji, ale też kilka przedmiotów.
Są tu kasety z muzyką, grami komputerowymi, stojak, gazety muzyczne, oryginalny Kasprzak i pierwszy polski walkman Kajtek.
O kulturze muzycznej związanej z kasetami opowiadam też w swojej nowej książce „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.” (Wydawnictwo Muza), którą oczywiście polecam 🙂
Ale zapraszam też na mini wystawę, może mieliście/macie podobne kasety?
…no ale nie takie piękne i świecące jak te nowe. For You pochodzi z Polleny w Stargardzie. Jest klasy II, kosztowało 5 zł.
Z kolei Jacek i Agatka to mydło Klasy I, przetłuszczone, łagodne, perfumowane, z Polleny z Raciborza.
Różne były opakowania mydeł Jacek i Agatka, ale to chyba jest najbardziej efektowne. A postaci to oczywiście bohaterowie słynnej bajki emitowanej w TVP1 na przełomie lat 60. i 70. Bohaterów wymyśliła Wanda Chotomska.
Głosu obu postaciom, a także pojawiającej się gościnnie w serii Pani Zosi użyczyła Zofia Raciborska, która dubbingowała wiele animowanych postaci w tamtym czasie. Laleczki zaprojektował Adam Kilian, laureat Orderu Uśmiechu z 1974 roku. A pomysł na ten order zrodził się właśnie pośrednio z serii „Jacek i Agatka”.
Po tej bajce nazwano nie tylko mydła, olejki, ale także kilka szkół dostało imię Jacka i Agatki.
„I tak to jest” – jak mówiła ciocia Lucylla po kilku minutach milczenia przy rosole. Dzisiaj oficjalna premiera mojej drugiej książki „Sex, disco i kasety video. Polska lat 90.”. W formie papierowej oraz ebook. Masa osób mi pomogła przy pracy nad nią. Dziękuję Im wszystkim, odezwę się do Was jeszcze osobiście. Dziękuję, że podzieliliście się swoimi historiami. Wy, których znam od lat i osoby, których na oczy do tej pory nie widziałem. Oby to się zmieniło! Dziękuję za zdjęcia, za pomoc w promocji (jak jeszcze ktoś ma jakieś możliwości, to ja chętnie , za dzielenie się materiałami. To opowieść o czasach, które sam przeżyłem, łażąc do wypożyczalni kaset video, salonów gier, sklepów z kasetami, pierwszych fastfoodów itp. O tamtym czasie opowiadają pracownicy barów (nie tylko pierwszego McDonald’sa w Polsce), pracownica warszawskiego sklepu muzycznego Digital (ma zdjęcie z Michaelem Jacksonem!), prowadzący salon gier, wydawca komiksów TM-Semic, twórcy gier z LK Avalon i California Dreams, przedstawiciel branży erotycznej (tak, oglądałem pierwsze polskie porno), prowadzący wypożyczalnie kaset video, handlarz na Jarmarku Europa, znakomity fotograf z tamtych lat (nie tylko aktów), twórcy kultowych czasopism, reporterki pierwszej telewizji satelitarnej Sky Orunia, sprzedawcy kaset, muzyk, architekt, modelka… kilkadziesiąt osób. Troszkę to przefiltrowałem przez swoje doświadczenia, no i jest. Wkrótce wymyślę spotkanie autorskie i Was wszystkich zaproszę. Zamówię wiadro wina i będziemy się nim polewać. Nie mam własnych książek na sprzedaż (pewnie będę miał jak ogarnę spotkanie autorskie), ale chętnie podpiszę Wam, jak zakupicie w swojej małej, osiedlowej księgarni. Dziękuję wszystkim, z którymi spotkałem się po drodze i dawali mi inspiracje. Czytajcie i dajcie znać jak jest. A tak wygląda okładka:
A z kolei tak wygląda moja poprzednia książka, którą też nieskromnie polecam: