Okładka tego numeru pierwszego rocznika „Przyjaciółki” nie powinna dziwić. Pani rzucająca kulą to nawiązanie do zakończonych ledwie kilka dni po wydaniu tego numeru Igrzysk Olimpijskich w Londynie 1948. Były wyjątkowe z wielu powodów.
Anglia jeszcze nie pozbierała się z wojennych zniszczeń, dlatego zawody organizowano w spartańskich warunkach. Ekipy przywoziły nawet własną żywność. Po raz pierwszy istotną rolę odegrały tu kobiety. Takie gwiazdy jak holenderska zdobywczyni 4 złotych medali Fanny Blankers-Koen rozpalały widzów. Polska przetrzebiona wojennymi stratami wysłała skromną reprezentację złożoną z 24 sportowców, w tym 4 kobiet. Jedyny medal dla Polski, brązowy w boksie, wywalczył Aleksy Antkiewicz. Co ciekawe, „Przyjaciółka” nie informuje czytelniczek o medalu, ale przyznaje, że polskie zawodniczki zawiodły:
Igrzyskom w Londynie poświęcono zaledwie ten mały artykulik, resztę gazety tradycyjnie wypełniły różnorakie porady i przepisy. Zestaw obiadowy na ten tydzień prezentuje się następująco:
Dniem bez ziemniaka był tu tylko czwartek.
Przejdźmy do ulubionego przez nas działu „Czytelnicy piszą – Przyjaciółka odpowiada”.
Wśród nich porada dotycząca włosów na nogach. Tutaj przestroga: „W każdym wypadku nie należy włosków golić, ani ścinać nożyczkami, gdyż po takim zabiegu odrastają one jeszcze grubsze i ciemniejsze”.
Zmartwionej Krysi, która nie umie obcować z ludźmi „Przyjaciółka” radzi z kolei: „Te myśli, które kłębią się pani w główce należy ubrać w słowa, bowiem mądre słowa, wypowiedziane we właściwej chwili mogą przynieść wiele dobra innym i stanowią serdeczne ogniwa, które ludzi ze sobą wiążą”.
Układanka logiczna z klocków złożonych z pięciu kwadratów. A że z tych kwadratów można ułożyć 12 różnych figur to właśnie tyle składa się na naszą grę zwaną pentomino. Oto Układanka z jednym rozwiązaniem:
W Wielkiej Brytanii ta gra znana jest pod nazwą maestro puzzle. Pentomino inspirowała się słynna gra Tetris.
Nasza pochodzi prawdopodobnie z lat 70. Jej koszt to 7.70zł. Wyprodukowała ją nieistniejąca już Spółdzielnia Inwalidów Polimer z Łodzi. Jak informuje pieczątka produkt ma gatunek 1. Dla ułatwienia klocki mają różne kolory. Rozwiązanie jest narysowane na karteczce dołączonej do zestawu. Jednak wbrew nazwie jest kilka możliwości ułożenia układanki. Poprzedni właściciel włożył tu nawet kartki z narysowanymi swoimi rozwiązaniami. Mimo to naprawdę nie jest łatwo…
Był szary, szorstki i zawsze było go za mało. Luksus PRLu, czyli papier toaletowy to dzisiejszy bohater naszego bloga. Nie jedyny. Dokładamy to tego drugi niezbędny przedmiot w każdym „normalnym” domu, czyli proszek do prania. Zacznijmy od papieru…
Naszą rolkę wyprodukowały nieistniejące już Warszawskie Zakłady Papiernicze w Konstancinie-Jeziornej. Koszt takiej rolki to 3.5zł. Nie dużo, ale zdobycie jej graniczyło w PRLu z cudem.
Co prawda, papier wynaleziono w Chinach jeszcze przed Chrystusem, ale na produkt odpowiadający dzisiejszemu sposobowi jego użycia wpadli w średniowieczu oczywiście… Chińczycy. Wcześniej też czyszczono sobie te części ciała, tylko że specjalnymi patykami, mchem, piaskiem, gąbkami (Rzym). Kiedy zaczęto wydawać gazety sprawa uległa zmianie, bo ktoś odkrył, że idealnie nadają się do „tego”.
Wreszcie w połowie XIX wieku Joseph Gayetty w USA wytwarza papier toaletowy, a 20 lat później powstaje pierwsza rolka. W Polsce PRLu był to towar deficytowy. Stało się po niego w kolejkach, a szczęśliwcy przewieszali go sobie później przez szyję. O tym jak luksusowy był to przedmiot dobrze świadczą rysunki satyryczne z tamtych lat, które można znaleźć w katalogu z warszawskiego Muzeum Karykatury. Oto kilka przykładów:
Oczywiście z brakiem papieru borykali się nie tylko wytwórcy papieru toaletowego, ale też wydawnictwa czy urzędy. Powstała nawet specjalna Komisja Racjonalizacji Druków. W toaletach publicznych ten problem rozwiązywano różnie. W książce „Z prądem i pod prąd’ taki oto przykład:
Ciekawą wiadomość odnośnie papieru podano w 1988 roku, w Dzienniku Telewizyjnym. Otóż według danych produkuje się u nas 7 rolek na głowę rocznie. Trochę mało. Ale to też nie do końca prawda. Bo tyle zużywa się w warszawskim regionie, a na przykład w wałbrzyskim już tylko 4. Natomiast mieszkańcy radomskiego przeżywali dramat, bo mogli na wolnym rynku kupić tylko 2 metry rolki rocznie na głowę! Z czego to wynika? Zobaczcie:
Materiał od 2:45:
Przejdźmy do proszku. W naszym posiadaniu jest jeden z najsłynniejszych proszków PRLu IXI 65.
Opakowanie miało ułatwiający dozowanie róg:
A z tyłu zalecenia odnośnie prania:
Wyprodukowała go Fabryka Kosmetyków Pollena Lechia z Poznania.
Taki produkt pojawił się jednak dopiero w latach 60. Jak radzono sobie wcześniej? Spojrzenie na porady z pierwszego rocznika „Przyjaciółki” z naszej kolekcji daje pewne pojęcie:
Przy okazji zwróćcie uwagę na małą, ale jakże dostojną odezwę do Polaków z prawej.
Plamy z atramentu to jeszcze pikuś. Gorzej było z bielizną z pleśnią:
Dlatego też, tak wszystkich uradował przedsiębiorca, chemik, innowator Mieczysław Wilczek, który wynalazł metody produkcji detergentów do proszków, za co dostał ogromną na tamte czasy sumę miliona złotych. W latach 60. przeciętna pensja wynosiła 2 tysiące!
Niemniej dzięki Panu Wilczkowi życie gospodyń stało się prostsze. O popularności proszku IXI świadczy dobrze poniższy rysunek ze wspomnianego już wydawnictwa satyrycznego. Zwróćcie uwagę co bohater ma pod płaszczem:
Kiedy można już było spokojnie skorzystać z toalety i wyprać bieliznę ustrój musiał upaść…
Okładka tego numeru „Przyjaciółki” z naszej kolekcji jest zaskakująca. Na skanie tego nie widać, ale do tego zdjęcia dodany jest napis „Własnego chowu…”. Hmm…
No cóż, tutaj naszą uwagę zwrócił m.in. przepis na wino z… zepsutych jabłek. Tradycyjnie również sporo wiedzy dostarcza jadłospis na cały tydzień. Szczególnie sobota brzmi atrakcyjnie: Kapuśniak z ziemniakami, zrazy w sosie grzybowym, kluski krajane, mmmm…
A teraz cztery wyjątkowe rzeczy. Po pierwsze sposób na Szorowanie mebli. Potem reklamy Anidy i Strójwąsa i wreszcie niepozorna reklama: „Obstrukcja zatruwa organizm”. Tam fundamentalne zdanie: „Niewydalone i rozkładające się w kiszkach zaległości trawienia powodują różne objawy chorobowe”.
Na koniec sposób na suknię i płaszcz na chłodne dni:
Aha, zwróćcie uwagę na prawy, górny róg. Tam przepis na kawę żołędziową!
Po 50 latach oszałamiającej kariery i to nie tylko za sprawą rysunkowych historii, bo przecież powstawały też chociażby filmy, Superman trafił do polskich dzieciaków. W 1989 roku specjalne wydawnictwo „Superman. 50 lat komiks” przygotowała Studencka Oficyna Wydawnicza Almapress. Tego komiksu nie mogło zabraknąć w naszych zbiorach:
Wydawnictwo jest pirackie i nie najlepszej jakości. To pocięta historia Supermana w czarno-białej wersji. Białe, puste tła, błędy ortograficzne – wad jest sporo. Ale i tak komiks ten święcił w podstawówce tryumfy. Został wydany w 350 tysiącach egzemplarzy i kosztował 350zł. Okładka to niemal odzwierciedlenie okładki „Action Comics vol.1” z 1971 roku:
W środku nie brakuje akcji, ale też roznegliżowanych niewiast, co było jedną z przyczyn podstawówkowej kariery komiksu:
W razie czego komiks otwiera przypomnienie historii Supermana:
Nie zabrakło tu również miejsca na takie piękne plansze:
Na potrzeby tego wydawnictwa rysunki z oryginalnych wydań DC Comics najprawdopodobniej zwyczajnie przerysował Witold Nowakowski. Zdaje się, że to ten Pan Witold od propagowania kultury japońskiej w Polsce, w tym tamtejszych komiksów. Przerysowywanie nie było zresztą niczym niezwykłym w tamtych czasach. Pisaliśmy tu już przecież o podobnie wydanych „Fistaszkach”.
Czas na przedmiot z osobistych zbiorów rodzinnych. Takie zeszyty zbierali w PRLu niemal wszyscy. Zresztą do kolekcjonowania tego typu przed laty przyznają się również dzisiejsze gwiazdy, chociażby Cezary Pazura. Przedstawiamy zeszyt z wklejanymi zdjęciami gwiazd.
W tego typu zeszyty wklejano przeróżne gwiazdy muzyki, kina, teatru, sportu. Zdjęcia pochodziły z gazet polskich, tych przywożonych z zagranicy, przeróżnych katalogów.
Ważne było ładne podpisywanie gwiazd widocznych na zdjęciu. Kreacje we wklejaniu były dowolne i baaardzo różne. W naszym zeszycie wyglądają one m.in. tak:
Czasami wpisywano też z jakich filmów jest dane zdjęcie. Oczywiście na zdjęciach królowały gwiazdy zagraniczne, ale nie brakuje tu również polskich osobistości kultury.
Nasz zeszyt został znaleziony w piwnicy rodzinnej w Gdańsku, gdzie w latach 1969-73 swoją siedzibę miała Piwnica Artystyczna Witkacy.
Zbieranie jajek, polowanie na kaczki, złodzieje, statki kosmiczne, hokej, wyścigi – takich gierek nie brakowało również w PRLu. A to wszystko za sprawą radzieckiej firmy Elektronika. Producent zegarków i kalkulatorów stworzył coś, czym zachwycaliśmy się w latach 80. To gierki właśnie. Jedną z nich otrzymaliśmy w prezencie od przyjaciółki bloga.
To jedna z najpopularniejszych gier tego typu: Jajka. Tutaj zbiera je Myszka Miki, ale były też takie z Wilkiem i Zającem.
Obudowy tych gier były w różnych kolorach. Co ważne, była to nie tylko gra, ale również zegar i budzik. Stąd z tyłu umieszczono wysuwaną podstawkę. Z tyłu też wybito cenę: 23 ruble. Urządzenie zasilane jest dwiema bateriami V13 GA. Nasz egzemplarz jest w pełni sprawny.
Do wyboru są dwa rodzaje gry. Pierwsza łatwiejsza. Jajka spadają tylko od trzech kur. Druga to już cztery podajniki i szybsza gra. Podczas gry, co pewien czas w górnym lewym rogu pojawia się narzeczona Mikiego. Kiedy nie zbierzemy jajka w czasie, gdy ona jest na ekranie tracimy tylko połowę życia.
Oczywiście to nie jedyny rodzaj gry wypuszczonej przez Elektronikę. Na podobnej zasadzie skonstruowanych było wiele innych. Część obrazka narysowana została na stałe na szybce, reszta wyświetlana. Na tej stronie można zobaczyć kilka przykładów:
Wielką wartością tej gry były charakterystyczne dźwięki. Dlatego postanowiliśmy wrzucić na nasz kanał na YouTube fragment gry, by je przypomnieć:
Pozostaje bić kolejne rekordy! W latach 80.organizowaliśmy zawody w te gierki na podwórku. Nic nie stoi na przeszkodzie, by to powtórzyć…
Dopisek z 8.10.2013:
Kolejna radziecka gra elektronika w naszych rękach!
Oto dość podobne do powyższego zbierania jajek „Polowanie na ptaki”. Również kilka elementów mamy tutaj namalowanych na ekranie na stałe. Poza tym pojawia się pies, no i tradycyjnie jest zegarek. Całość oczywiście w pełni sprawna.
Wielokrotnie opisywaliśmy na naszym blogu komiksy z minionej epoki. Czas na kolejną opowieść obrazkową, ale tym razem naprawdę wyjątkową. Właśnie ukazał się bowiem komiks, który nawiązuje do poprzedniej epoki, mało tego powstał przy naszym małym współudziale. Oto „Papierowe Chłopaki” autorstwa Romana Przylipiaka (scenariusz) oraz Michała Oraszka (rysunki):
Komiks opowiada o kumplach z gdańskiego liceum, którzy nie bardzo potrafią odnaleźć się na przełomie lat 80. i 90. Kończą szkołę, nie mają planów na przyszłość, nie bardzo wiedzą jaką drogą pójść. Postanawiają założyć zespół. Ruszają na kilka koncertów na Półwysep Helski. Po drodze piją swoją ulubioną Pepsi i słuchają przebojów z lat 80…
A jak się ta historia kończy możecie przekonać się zakupując komiks chociażby pisząc do autorów na stronie:
To już 21 numer pierwszego rocznika „Przyjaciółki”, o którym opowiadamy na blogu. Wciąż rosnący nakład – teraz już 715 tysięcy egzemplarzy i wiąż ciekawe tematy. Jedną ze stałych rubryk cieszących się ogromną popularnością są wykroje. Świadczą o tym nie tylko listy czytelniczek do „Przyjaciółki”, ale też umieszczanie w wykrojach reklam.
W tym numerze pojawiły się wśród nich takie rodzynki:
Dobra rada na piegi oraz przestrzeganie przed otyłością to jednak nie jedyne ciekawostki tego egzemplarza. Zwróciliśmy również uwagę na przepisy na domowe wino oraz lody śmietankowe. To tych ostatnich potrzeba kg soli czarnej:
Przy okazji tego numeru zainteresowaliśmy się też główną redaktorkę „Przyjaciółki”. To Anna Lanota, która miała za sobą epizod powstańczy w czasie II Wojny Światowej, przebywała w getcie. Jej mężem był Edward Lanota, działacz komunistyczny, który zmarł podczas wojny. Anna po odejściu z „Przyjaciółki” w 1959 roku podjęła pracę w „Wiedzy i życie”.
Wpis postanowiliśmy zakończyć Działem zagadek. Do wygrania było 10 wartościowych nagród książkowych. Temat zagadki: Rogalik.
To musiało nastąpić. Muppety musiały w końcu pojawić się w tym miejscu. Przecież w latach 80. wieczór bez nich, był dla nas wieczorem straconym. W Polsce można było wtedy kupić kilka gadżetów z nimi związanych. Lizaki zakończone ich postaciami wyrzeźbionymi z plastiku czy gumowe figurki. To prawda, że figurki Muppetów jakie można było kupić w Polsce były tandetnie malowane, ale zabawa i tak była przednia. W naszej kolekcji mamy 5 z nich:
Choć żeby być bardziej drobiazgowym dwie z nich pochodzą z Mapeciątek, ale od początku…
Muppety wymyślił legendarny Jim Henson. Najpierw, pod koniec lat 60., pojawiały się w „Ulicy Sezamkowej”. W 1976 roku dostały już własny program – The Muppet Show. Przez 5 lat wyprodukowano 120 odcinków, w których gościły wielkie gwiazdy. Wśród nich John Cleese, Twiggy, Sylvester Stallone, Roger Moore, Johnny Cash czy Gene Kelly.
Muppety gościły też w kinie, a ich wersją dla młodszych widzów były Mapeciątka. Różnica polegała m.in. na tym, że te drugie były animowane i bardziej ugrzecznione. Henson stworzył też genialnych Fraglesów. Z Mapeciątek mamy Zwierzaka oraz Gonzo.
Szalony perkusista Muppetowego zespołu Dr.Teeth and The Electric Mayhem, to postać wzorowana na bębniarzu The Who. Koledzy przyczepiali go do perkusji łańcuchem. Na pojedynek wyzwał go sam Buddy Rich. Oto jego przebieg:
Inną postać – Gonzo – mamy w dwóch wersjach. Z Mapeciątek i The Muppet Show.
Gonzo to z pochodzenia kosmita, może dlatego cieszy się powodzeniem u kobiet. Jest bardzo przywiązany do kury Camilli, a jego najlepszym przyjacielem jest szczur Rizzo.
Mamy też psa Rowlfa. Na ekranie zadebiutował już w 1962 roku, w reklamie karmy dla psów. Rowlf to utalentowany pianista, który swoje możliwości prezentował chociażby w programie „Saturday Night Live”.
Wreszcie mamy saksofonistę Zoota. Oryginalnie był co prawda niebieski, ale twórcy tych figurek się specjalnie tym nie przejęli.
Zoot gra w Muppetowym zespole Electric Mayhem. Pewnie niewielu wie, że inspiracją dla tej postaci był argentyński jazzowy saksofonista Gato Barbieri.
O pozostałych Muppetach będziemy oczywiście pisać, jak tylko ich figurki zasilą naszą kolekcję. Póki co posłuchajmy Muppetowego wykonania klasyka Queen:
——————————-
Dopisek z listopada 2014:
Czas na kontynuację opowieści o Muppetach. Ostatnio wzbogaciliśmy się o nowych bohaterów tej serii. Jakościowo są podobni do poprzedników. Umowne kolory i niespecjalnie dokładne odlewy – no cóż, nie każdy jest doskonały. W każdym razie, oto oni.
Na początek Kucharz. Szwedzki mistrz gotowania miał tak dużo włosów, że nic nie widział. Nie przeszkadzało mu to w prowadzeniu programu kulinarnego. Mieszał, dosypywał, a często też wybuchał – wiele można powiedzieć o jego programie, ale nie to, że był nudny. Przy okazji kucharz posługiwał się wyjątkowym językiem, jakby parodią szwedzkiego, choć prawdziwych szwedzkich słów wcale nie używał. Wplatał za to pojedyncze słówka angielskie.
Wśród inspiracji tego wyjątkowego bohatera Muppetów wymienia się m.in. niemieckiego kucharza, jednego z pionierów programów kulinarnych w tv Friedmana Paula Erhardta, zwanego Chef Tell. Próbka jego możliwości z amerykańskiej telewizji faktycznie pokazuje językowe inspiracje.
Muppetowy kucharz przerasta go jednak o głowę.
Kolejną gwiazdą w naszym zestawie jest Miss Piggy, absolutnie najjaśniejsza postać Muppetów. Aktorka, wokalistka, celebrytka, po prostu gwiazda. Piggy ma za sobą występy m.in. z Robbie Williamsem.
Nie trudno się domyślić, że Robbie to kolejny zabójczo w niej zakochany nieszczęśnik. Oto dowód:
Na koniec wyjątkowa para. To oczywiście Waldorf i Statler. Ich miażdżące opinie o kolejnych show Muppetów wyjątkowo donośnie dochodziły z balkonu obok sceny.
Ich nazwiska podchodzą od nazw nowojorskich hoteli. Waldorfem przez wiele lat był sam twórca Muppetów, Jim Henson. Oto próbka ich dialogu:
Statler: Myślę, że to przedstawienie nasuwa bardzo ważne pytanie.
Waldorf: Jakie?
Statler: Po co oni to robią?!
To jeszcze kompilacja ich popisów:
————————
Dopisek z lutego 2017:
Kilka dni temu nasza kolekcja, dzięki przyjaciołom powiększyła się o kilkadziesiąt wyjątkowych okazów. Wśród nich, zupełnie niespodziewanie pojawił się mały, sympatyczny gość.
To jeden z moich ulubionych bohaterów Miś Fozzie, w wersji Baby Fozzie.
Podobnie jak dorosły Fozzie, mały chce być śmieszny, choć nie zawsze mu to wychodzi. Ale przyjaciele i tak go lubią. Boi się duchów, potworów i burzy, ale ukojenie znajduje w swoim ulubionym przytulaku, Teddym. Ma go też nasza figurka.
Oczywiście jakość wykonania jest tu sprawą kontrowersyjną. Nie jest, umówmy się, najwyższa. Ale czy w połowie lat 80, kiedy Mapeciątka zadebiutowały, było to dla nas najważniejsze. Wiadomo, że nie!