Poprzednim razem byłem tam 25 lat temu. Niewiele pamiętam. Teraz odkrywałem miasto na nowo, a w nim dużo elementów z przeszłości. Zacząłem od wizyty w miejscu bardzo ciekawym i dziś trochę o nim.
Skierował mnie do niego taki zestaw przed wejściem: lampka, stolik, telefon, a miasto to Szczecin.
W środku Muzeum Szczecin w PRL od razu wita cudowna Justyna, prowadząca muzeum przewodniczka szczecińska. Myślę, że warto, żeby pokazała wam kilka perełek, bo wspaniale o nich opowiada.
Całość jest podzielona na kilka pokoików, sekcje. Fajnie, że muzeum nie jest przeładowane, a wszystkie cuda dobrze widoczne.
Myślę, że istotne jest to, że ma wiele przedmiotów związanych stricte ze Szczecinem i są to perełki.
Jest na przykład oryginalna ławka drewniana spod miejscowego szpitala, na której przysiadali lekarze na przerwie na fajeczkę. Jest metalowa drabina dla dzieci z podwórka, do tego pamiątki po miejscowych zakładach Odra i Dana.
Do tego pamiątki dworcowe, wspaniała mozaika i wiele innych skarbów.
Szczególnie zainteresowały mnie pamiątki po słynnych lokalach i barach Szczecina. Wyobraźcie sobie, że niektóre istnieją do dziś…
Jest piękna pogoda, tłum wypełnił trybuny toru Lincoln w Doncaster, by zobaczyć pierwszy wyścig sezonu. To miejsce z historią, której początki sięgają połowy XIX wieku. Teraz mamy rok 1935. Wcześniej wygrywały tu takie konie jak Leonidas, Elton, Knight Error i Dark Warrior. Konie wystartowały ławą. Odgłos i drgania biegnących rumaków roznoszą się po torze, publiczność szaleje. Brytyjska telewizja realizuje materiał filmując biegnące konie ze specjalnej maszyny z zamontowaną kamerą. Potem te niesamowite zdjęcia będzie można zobaczyć w kronice. Na prostej koń Flamenco zaczyna wyprzedzać i zyskuje przewagę. Do celownika dobiega z przewagą trzech długości i to w rekordowym czasie 1:41. Przeszedł do historii, stał się nawet bohaterem gry. Tej gry.
Zdobyłem ją niedawno w jednym z warszawskich lumpeksów. To wydanie z lat 40., ale sama gra została wydana po raz pierwszy w 1938 roku przez firmę Waddington. Założył ją w Leeds John Waddington, a pomagał mu w tym aktor i autor sztuk Wilson Barrett.
Nazwa wskazuje podobieństwo do Monopoly, ale nie do końca tak jest. To bardziej skomplikowana rozgrywka. W pierwszej fazie (na jednej stronie dużej planszy) gracz może kupić konia poprzez licytację, leczyć konia, trenować, otrzymuje się raporty, stosuje diety itp. Dopiero potem jest faza druga, na drugiej planszy, czyli wyścig. Każdy ma po 3 konie. Podczas wyścigu taki koń może wyprzedzać, tracić pozycje, wypaść z rywalizacji. Oczywiście takie wyścigi się obstawia, wygrywa albo przegrywa pieniądze.
Jest tutaj dużo kart. Te z nazwami koni.
Oraz różne funkcyjne.
Najpiękniejsze są jednak figurki koni. Z jakiegoś stopu metalu, cudowne.
W zestawie jest instrukcja, nawet dwie oryginalne kostki. Chyba nie pozostaje nic innego jak wreszcie zagrać…
Miesięcznik „Cinema Press Video” podawał, że w Polsce w 1993 roku było ponad tysiąc firm zajmujących się wydawaniem i dystrybucją kaset. Do tego ponad 10 tysięcy wypożyczalni. Z kolei w roku 1994 r. magnetowidy posiadała już prawie połowa polskich gospodarstw domowych. Każdy z nas chciał mieć taki sprzęt, no i kasety. U nas w domu pierwszy magnetowid był marki JVC. Do tego oczywiście kasety. Najlepiej oryginalne, ale te najlepsze jak Sony czy TDK były drogie i do kupienia w Peweksie. Było jednak masę innych firm produkujących kasety, także podróby. Najbardziej pamiętam Kamasonic. Ostatnio do kolekcji wpadło mi trochę kaset. Ileż tu fantastycznych perełek graficznych i kultowych kaset. Zapraszam na mały wernisaż.
Przegrane filmy z Michaelem Dudikoffem czy Arnoldem Schwarzeneggerem były dostępne nie tylko na oryginalnych kasetach SKC, Goldstar, B&S, Konica, Samsung, Fuji, JVC, Akai, Kodak, Sanyo, Hitachi, Shivaki, Adachi, tureckich RAKS czy wreszcie gorzowskich Stilon (korzystających często z dobrych taśm BASF). Rynek był bardzo chłonny. Magazyn „Life Video” z 1992 roku szacował, że w Polsce sprzedawało się wtedy od 10 do 20 milionów kaset rocznie. W różnych standardach i o różnej długości. Najpopularniejsze były 180, 195 i 240 minut. Tylko w okresie komunii schodziły E-60. Tych najpopularniejszych też trochę mam.
Wariacje graficzne naprawdę robią wrażenie. Nazwy też, te poniższe (z tego co pamiętam) nie należały do najlepszych jakościowo.
Wiele z firm produkujących kasety mieściło się w Japonii.
Nie brakowało też jednak firm z innych części świata. Ta Yellow Box to chyba z NRD.
Bardzo dobrze pamiętam firmę Akai i tu mam jakiś skarb high quality.
Wreszcie coś co przypomina Panasonic, ale to Pensonic z Malezji.
Zresztą i tak najważniejsze było to, co na kasetach, a nie okładki.
I małe rozdawnictwo. Chętnej osobie przekażę cztery kasety video. Oczywiście za darmo. Zajrzyjcie na profile BufetPRL na FB albo Instagramie i napiszcie tam.
Były ich cztery: Wars, Sawa, Junior (wszystkie trzy działały pod wspólnym szyldem Domy Towarowe Centrum) i Sezam. Niezwykle ważne na handlowej mapie Warszawy, ale też całej Polski. Mam kilka skarbów z nimi związanych, nie mogłem też nie wspomnieć o nich w swojej najnowszej książce, reportażu „Zakupy w PRL. W kolejce po wszystko”. Oto fragmenty.
Pierwszym, który został otwarty dla klientów, był Junior z asortymentem skierowanym do młodych ludzi. Nazwę wybrano w konkursie, w którym proponowano też m.in. Autostop, Kaśka, Młodzieżowiec, Narkotyk, Elvis, Teksas czy Europa. Z jednej strony Junior zachwycał – jak pisał magazyn „Stolica” jeszcze przed jego otwarciem: „Będzie to »okno wystawowe« naszego przemysłu państwowego, artystycznego i ludowego oraz spółdzielczości pracy, a także Wars, Sawa i Junior, czyli Domy Towarowe Centrum usytuowane na tzw. Ścianie Wschodniej przy ulicy Marszałkowskiej w Warszawie Ta największa w kraju placówka handlowa przeznaczona do obsługi klientów nie tylko ze stolicy, ale z całej Polski, stanowić będzie równocześnie swojego rodzaju osobliwość Warszawy, jak Galerie de Lafayette (pisownia oryginalna – przyp. red.) w Paryżu czy Herzmansky w Wiedniu. Tyle tylko, że nasze domy towarowe na wschodniej ścianie będą piękniejsze i bardziej nowoczesne”. W Juniorze można było kupić rzadko pojawiające się gdziekolwiek indziej ubrania (m.in. majorki, czyli męskie koszule w stylu wojskowym i szyte z klinów spódnice bananówy) albo sprzęt tenisowy brytyjskiej firmy Dunlop (popularność tego sportu wzrosła na fali sukcesów polskiego tenisisty Wojciecha Fibaka). Wśród klientów byli dygnitarze, aktorzy, dziennikarze, ale też handlarze, którzy zakupionymi towarami handlowali na bazarach.
Do ostatniej chwili przed otwarciem ustawiano towary, wypisywano karteczki z cenami, odkurzano stoiska, a „panie posiadające estetyczne fryzury wprost z Polleny kończyły swój makijaż”. Przed Sezamem klientów witała grupa statystów przebranych za bohaterów baśni Ali Baba i czterdziestu rozbójników i trzymających transparent: „Zapraszamy do Sezamu”.
Pierwszego dnia funkcjonowania tego drugiego, czyli 10 października 1969 roku zaproszono dziennikarzy, zorganizowano konferencję prasową, pokazano wnętrza. Następny dzień był już dla zaproszonych gości, władz Centrali Spółdzielni Spożywców „Społem”, do której Sezam należał, przedstawicieli władz miasta, wreszcie klientów. Wszyscy mieli zobaczyć dom handlowy, o którego nowoczesności miało decydować skupienie pod jednym dachem sprzedaży zróżnicowanych towarów, a także zorganizowanie systemu ekspedycji, sprzedaży i obsługi, który – dzięki funkcjonalnemu rozwiązaniu i wyposażeniu obiektu – zapewniał klientom wysoki poziom usług handlowych.
Zadbano też o wnętrze. „Do wykończenia ścian wewnątrz budynku użyto specjalnych wykładzin, które są bardzo ładne, a ponadto cechuje je duża odporność na uszkodzenia i zdolność tłumienia dźwięków. Posadzki wykonano z materiałów trudnościeralnych, niewydzielających pyłu i łatwo zmywalnych. Została również zaprojektowana odpowiednia wentylacja”. Wzrok przyciągały Domy Towarowe Centrum miały nie tylko neony z nazwami każdego ze stoisk oraz schody ruchome – na stopniach reklamowano dostępne towary: Szkło, Garnki, Prodiże, Czajniki, Syfony…
Pracując nad książką dotarłem do Pań, które pracowały na kierowniczych stanowiskach w Sezamie i one opowiedziały wspaniałe historie o sprowadzaniu towarów z zagranicy, strajku klientów, alarmie bombowym i nie tylko. Ale o tym już w książce „Zakupy w PRL”…
Czas wrócić do kolekcji etykiet zapałczanych z PRL. Pisałem o nich kilka razy, czas na drugą odsłonę etykiet reklamowych. Tutaj też dużo cudeniek.
Na początek Polskie Linie Lotnicze, narodowy przewoźnik nie mógł przepuścić okazji i też reklamował się na etykietach. Zresztą mam kilka innych skarbów lotoskich, o których pisałem wcześniej.
Wróćmy jednak do etykiet. Takie wspaniałe okazy. Uniwersalna pasta DOM oraz rocznicowa etykieta z okazji 100 lat firmy Konstal Chorzów. Firma obchodziła je w 1964 r.
Inny okaz jeszcze sprzed pewnej tragedii. Chodzi o rafinerię w Czechowicach-Dziedzicach. Tutaj gwarantuje jakość, ale rafineria zasłynęła z pożaru, do którego doszło w 1971 r. Doszło do niego po uderzeniu pioruna, kilkadziesiąt osób zginęło, ponad sto było rannych, spłonęło kilkadziesiąt samochodów.
Usługi fotograficzne też pojawiały się na etykietach. Tutaj przykłady.
A propos usług, no to jeszcze pomoc drogowa Polskiego Związku Motorowego. Takimi żółtymi Nysami śmigali.
Jeszcze różne oferty PKO. Oferty oszczędzania (na przykład dla dzieci), składania na mieszkanie, reklamujące książeczkę premiową, która potrajała wkład albo informujące, że przecież „październik miesiącem upowszechniania oszczędności”.
Przeglądając u rodziców stary rocznik „Przekroju” (z 1980 r.) zobaczyłem znajomą twarz. W dziale mody. Tekst Barbary Hoff, a obok jej zdjęcia. Wspaniałej modelki Barbary. Rozmawiałem z nią do swojej książki „Zakupy w PRL”. Cudowna, ciepła, otwarta i piękna kobieta. Tu na zdjęciach z „Przekroju”.
Barbara współpracowała z Modą Polską, Telimeną. Autorami jej fotografii byli głównie Tomasz Sikora i Janusz Sobolewski. Barbara wspomina m.in.:
„Trafiłam do modelingu, ale przez przypadek. Zachęcił mnie jeden z fotografów pracujących dla Mody Polskiej. Nie było mu łatwo namówić mnie na zdjęcia, ale w końcu się zgodziłam. Zaczęłam występować w sesjach dla Telimeny, Mody Polskiej, Barbary Hoff. To był czas, kiedy nie było agencji modelek i sama wybierałam, gdzie i z kim pracuję(…) Nie było wtedy na sesjach wizażystek, makijażystek. Same robiłyśmy sobie makijaż. Używałyśmy też swoich kosmetyków, najlepsze były firmy Celia”.
Więcej jej wspomnień o pracy modelki w latach 70. i 80., ale też o zdobywaniu wtedy super ciuchów w mojej najnowszej książce. Co do samej Mody Polskiej to warto wspomnieć, że w pierwszym roku (1958) działalności firma prowadziła tylko jeden salon odzieżowy, ale dekadę później – już siedem. W 1976 roku liczba sklepów wzrośnie do 26, a w 1986 – do 49. Na samym początku lat 60. w Warszawie i Katowicach otwierają się także dwa pierwsze salony Mody Polskiej z ubraniami dla mężczyzn (pod szyldem „Adam”). Asortyment: garnitury, krawaty, płaszcze, kapelusze, skarpetki z importu.
Moda Polska, podobnie jak Telimena, organizowała pokazy mody otwarte dla szerszej publiczności, które zapowiadały nadchodzące trendy i były źródłem wiedzy nie tylko dla kupujących, ale też – a może nawet przede wszystkim – dla projektantów.
Na wybiegach występowały nie tylko kobiety. Zarówno na pokazach, jak i na zdjęciach modowych (na których ulubionym tłem są samochody, na przykład wołga) często pojawia się aktor-lalkarz Jerzy Sapecki, obdarzony klasyczną urodą i głębokim głosem (śpiewał w chórze zespołu ludowego). Podobno jedną z jego zalet było wyjątkowe podobieństwo do ówczesnego głównego projektanta męskich ubrań w Modzie Polskiej, Stanisława Kudaja.
W PRL Moda Polska działała świetnie. Niestety schyłek systemu, to też schyłek Mody Polskiej. Firma straciła nawet prawo do znaku graficznego – logo zostało zastawione w banku jako zabezpieczenie kredytu. Historia Mody Polskiej skończyła się ostatecznie w 1997 roku.
Jajka zawsze i wszędzie, w każdej postaci. Taka jest moja koncepcja co do jedzenia jajek. Dlatego tak ucieszył mnie nowy skarb w kolekcji. Taki zestaw śniadaniowy.
Wyprodukowała go warszawska Spółdzielnia Rzemieślnicza Reflex. Mam już jeden skarb, który tam powstał. Takie piękne autko.
Zestaw śniadaniowy wyprodukowano w latach 80. Kosztował 239 zł. To wszystko można wyczytać z dobrze zachowanych oznaczeń na opakowaniu.
Okazały komplet składa się z solniczki (z literką S), pieprzniczki (domyślacie się, że P) oraz czterech kieliszków na jajka. Choć materiał imituje drewno, to tworzywo sztuczne.
Wydaje się, że to idealny prezent na święta. Choć chyba jednak zostawię go i sam będę spożywał z niego cuda na miękko.
Trzeba też przyznać, że na kartonie widnieje charakterystyczny obrazek z tamtego okresu. Zestaw namalowany w taki sposób, że trochę imituje zdjęcie. Jest tu jednak małe zakłamanie.
Otóż na obrazku na pojemnikach są kwiaty. W rzeczywistości ich niestety nie ma. Oj spółdzielnia Reflex ostro zagrała.
Lokomotywownia Zduńska Wola Karsznice w ten sposób poinformowała o odznaczeniu orderem sztandaru pracy II klasy. W jaki sposób? Reklamą na ścianie budynku. Takie formy reklamy były popularne w PRL. Reklamowały się w ten sposób firmy kosmetyczne, LOT, Pomorzanka, Izokar, Baltona czy Pewex.
Właśnie starą reklamę Peweksu wciąż można zobaczyć w Łodzi. Zdjęcie, które tu widzicie zrobiłem dwa dni temu. Ciekawe jest to, że czasami za pomocą takich „ścian” jak wtedy mówiono (nie nazywano tego muralami) prowadzono też kampanie społeczne. Na ścianach pojawiały się na przykład butelki mleka z hasłem „mleko = zdrowie”.
W Warszawie można zobaczyć jeszcze na przykład „ściany” Foton albo PolDróbze słynnym wystającym jajem.
A w Waszym mieście ostały się jeszcze takie reklamowe „ściany” sprzed lat?
Od jakiegoś czasu opowiadam o skarbie, który trafił do mojej kolekcji. To kilkaset etykiet zapałczanych sprzed lat. Wspaniały świat perełek. Czas na kolejną opowieść. Tym razem o etykietach kulturalnych.
Pojawiały się na nich grafiki związane z festiwalami, rocznicami, premierami, jubileuszami. Na przykład a propos przeglądu Festiwal Filmów Polskich wrzesień 1961. Nie chodziło tu o festiwal w Gdyni (wcześniej w Gdańsku). Początki jego sięgają połowy lat 70. Ten festiwal to był po prostu pokaz wybranych polskich produkcji w różnych kinach. W repertuarze znalazły się m.in.: „Kanał” Andrzeja Wajdy i „Żołnierz królowej Madagaskaru” Jerzego Zarzyckiego.
Nie mógł się tam znaleźć „Faraon”, film reklamowany na kolejnej etykiecie, bo w kinach pojawił się dopiero w połowie lat 60. Z tego samego okresu pochodzi taka rocznicowa etykieta:
Ta podobnie. Swoją drogą ciekawe, że już wtedy odbywał się festiwal kina amatorskiego, a prawdziwi filmowcy, jeszcze swojego nie mieli.
Nazwa festiwalu Pol-8 powstała od słów Polanica i Polska, a 8 odnosi do formatu filmowego 8mm, bo taki wtedy był używany. Niestety tego festiwalu nie ma już na filmowej mapie Polski. Nie ma też już imprezy z kolejnej etykiety.
Za to wciąż odbywa się Międzynarodowe Biennale Plakatu w Warszawie, pierwsza edycja miała miejsce w 1966. Ja mam etykiety z trzech.
Mam też okolicznościowe etykiety zespołu Śląsk.
A na deser jeden z „bohaterów teatrów lalek”, czyli wesoły Tomcio Paluszek.
Jeszcze pachnie, trochę taką babcią, ale pachnie. Oto skarb z cudownego sklepu Biały Latawiec mieszczącego się w Muzeum Nowej Huty.
Ten piękny flakonik od razu przykuł moją uwagę. Odkręcany efektowny korek i ta butelka. Na niej napis: Woda kwiatowa, Florina Kraków.
Florina to zakład, którego początek sięga 1945 roku. Na zakrętce jest zresztą ładne logo.
Dlaczego jednak nazwałem ją „dynguską”. A no dlatego, że kiedyś podczas lanego poniedziałku niektórzy wariaci polewali dziewczyny właśnie takimi tanimi wodami toaletowymi. Taka to była zabawa.
A o samej Nowej Hucie i sklepie Biały Latawiec więcej wkrótce…