Category Archives: Druk

Cukier krzepi!

Do kogla-mogla, na kanapkę z masłem. Ja na przykład pamiętam takie zastosowanie cukru w dzieciństwie. Ostatnio wpadło do kolekcji kilka opakowań, w sumie to niesamowite, że ktoś je zachował.

To chyba najbardziej charakterystyczne opakowanie. Dobrze widać je chociażby w cudownym filmie „Poszukiwany, poszukiwana„.

Ale mam również kilka innych ciekawych graficznie opakowań. Na przykład z cukrowni Lublin będącej w zrzeszeniu Cukropol. W samym okręgu w Lublinie miała 8 cukrowni. Na opakowaniu widnieje data 1826, ja jednak znalazłem najstarsze ślady cukrowni Lublin sięgające lat 90. XIX wieku. Nie zmienia to faktu, że opakowanie fajne.

Inna data – 1985 – widnieje na cukrze z innej cukrowni z tamtego okręgu. Jest nawet fajne stare logo.

Mam też coś, co chyba można nazwać opakowaniami zastępczymi. Grafik tutaj nie ma, po prostu napisy Cukier Kryształ.

Jeden z nich jest z Cukrowni Witaszyce. Już nie istnieje, a kiedyś to był moloch zatrudniający nawet niemal pół tysiąca osób. Początki tej cukrowni też sięgają końca XIX wieku.

Warto pamiętać, że cukier w PRL był towarem strategicznym i przez wiele lat sprzedawano go na kartki. Ciekawostka: czasami, jak na przykład w latach 80., kiedy był masowo wykupowany, nawet nie trudzono się, by go pakować w takie woreczki. W niektórych sklepach sprzedawano go na kilogramy z wielkich worków.

A Wy jaki przysmak z cukrem pamiętacie?

Otagowane , , ,

Obowiązuje strój wizytowy

Takie bomby wpadają do kolekcji rzadko, ale się zdarzają.

Oto programy dnia z flagowego statku Polskich Linii Oceanicznych TS/S Stefan Batory. Był następcą słynnego liniowca MS Batory. Pływał do 1988 roku (pod tą nazwę, bo złomowany został dopiero w 2000 r.) i był synonimem luksusu. Pływał m.in. przez ocean, a słynął chociażby z dancingów. To znaczy z doskonałych zespołów przygrywających do tańca. Widać to już w pierwszym programie, z 17 grudnia 1973 r.
Widać też jak fantastyczny był program dnia. Od koncertów muzyki symfonicznej, przez grę bingo i pokaz filmu, po koncert wieczorny i dancing. Widać też ile było wyjątkowych sal: Wielki Salon Dancingowy, Mały Salon Dancingowy, Sala Kinowo-Teatralna, Klub nocny.

W programie drugiego dnia rejsu wycieczki kolejne atrakcje, m.in. zwiedzanie Kopenhagi oraz „quiz o Danii”. Tutaj pojawia się ciekawa funkcja prowadzącego: oficer rozrywkowy. Był to taki kaowiec na statku, przez cały dzień prowadził różne zajęcia, rozbawiał i zajmował się pasażerami. Ryszard Wojtaszewski, który był anglistą z wykształcenia, zainicjował takie programy jak „język polski na wesoło” i „spotkania z polską muzyką” – skierowane głównie dla cudzoziemców.

W programie kolejnego dnia widać inne atrakcje Batorego: łaźnię parową oraz gabinet masażu. Są też słynne „fajfy” czyli dancingi o godz. 17. Do tego koncert muzyki młodzieżowej (w stereo!) i pokaz angielskiego filmu „Arabeska„. Prawdopodobnie chodziło o amerykański film o tym tytule, realizowany w Anglii. Wystąpili w nim Sophia Loren i Gregory Peck.

Kolejny program i kolejne atrakcje: gimnastyka poranna, zwiedzanie Londynu i kolejny film oraz dancing.

I wreszcie wigilia. Tutaj poza obiadem we własnym zakresie (za dewizy), wieczór wigilijny, no i pasterka. Do tego życzenia świąteczne od kapitana i całej załogi.

Trzeba przyznać, że programy są też piękne graficznie. Skorzystam z nich pisząc nową książkę, a potem pewnie przekażę do cudownego Muzeum Emigracji w Gdyni, w którym już jest sporo pamiątek po Batorym.

Otagowane , ,

Wielki wyścig o wszystko

Jest piękna pogoda, tłum wypełnił trybuny toru Lincoln w Doncaster, by zobaczyć pierwszy wyścig sezonu. To miejsce z historią, której początki sięgają połowy XIX wieku. Teraz mamy rok 1935. Wcześniej wygrywały tu takie konie jak Leonidas, Elton, Knight Error i Dark Warrior.
Konie wystartowały ławą. Odgłos i drgania biegnących rumaków roznoszą się po torze, publiczność szaleje. Brytyjska telewizja realizuje materiał filmując biegnące konie ze specjalnej maszyny z zamontowaną kamerą. Potem te niesamowite zdjęcia będzie można zobaczyć w kronice. Na prostej koń Flamenco zaczyna wyprzedzać i zyskuje przewagę. Do celownika dobiega z przewagą trzech długości i to w rekordowym czasie 1:41. Przeszedł do historii, stał się nawet bohaterem gry. Tej gry.

Zdobyłem ją niedawno w jednym z warszawskich lumpeksów. To wydanie z lat 40., ale sama gra została wydana po raz pierwszy w 1938 roku przez firmę Waddington. Założył ją w Leeds John Waddington, a pomagał mu w tym aktor i autor sztuk Wilson Barrett.

Nazwa wskazuje podobieństwo do Monopoly, ale nie do końca tak jest. To bardziej skomplikowana rozgrywka. W pierwszej fazie (na jednej stronie dużej planszy) gracz może kupić konia poprzez licytację, leczyć konia, trenować, otrzymuje się raporty, stosuje diety itp. Dopiero potem jest faza druga, na drugiej planszy, czyli wyścig. Każdy ma po 3 konie. Podczas wyścigu taki koń może wyprzedzać, tracić pozycje, wypaść z rywalizacji. Oczywiście takie wyścigi się obstawia, wygrywa albo przegrywa pieniądze.

Jest tutaj dużo kart. Te z nazwami koni.

Oraz różne funkcyjne.

Najpiękniejsze są jednak figurki koni. Z jakiegoś stopu metalu, cudowne.

W zestawie jest instrukcja, nawet dwie oryginalne kostki. Chyba nie pozostaje nic innego jak wreszcie zagrać…

A na deser materiał wideo ze zwycięstwa konia Flamenco w 1935 roku: https://www.youtube.com/watch?v=gUqDHHLsWlk

Otagowane , , , ,

Jak Elvis czy Europa

Były ich cztery: Wars, Sawa, Junior (wszystkie trzy działały pod wspólnym szyldem Domy Towarowe Centrum) i Sezam. Niezwykle ważne na handlowej mapie Warszawy, ale też całej Polski. Mam kilka skarbów z nimi związanych, nie mogłem też nie wspomnieć o nich w swojej najnowszej książce, reportażu „Zakupy w PRL. W kolejce po wszystko”. Oto fragmenty.

Pierwszym, który został otwarty dla klientów, był Junior z asortymentem skierowanym do młodych ludzi. Nazwę wybrano w konkursie, w którym proponowano też m.in. Autostop, Kaśka, Młodzieżowiec, Narkotyk, Elvis, Teksas czy Europa. Z jednej strony Junior zachwycał – jak pisał magazyn „Stolica” jeszcze przed jego otwarciem: „Będzie to »okno wystawowe« naszego przemysłu państwowego, artystycznego i ludowego oraz spółdzielczości pracy, a także Wars, Sawa i Junior, czyli Domy Towarowe Centrum usytuowane na tzw. Ścianie Wschodniej przy ulicy Marszałkowskiej w Warszawie Ta największa w kraju placówka handlowa przeznaczona do obsługi klientów nie tylko ze stolicy, ale z całej Polski, stanowić będzie równocześnie swojego rodzaju osobliwość Warszawy, jak Galerie de Lafayette (pisownia oryginalna – przyp. red.) w Paryżu czy Herzmansky w Wiedniu. Tyle tylko, że nasze domy towarowe na wschodniej ścianie będą piękniejsze i bardziej nowoczesne”.
W Juniorze można było kupić rzadko pojawiające się gdziekolwiek indziej ubrania (m.in. majorki, czyli męskie koszule w stylu wojskowym i szyte z klinów spódnice bananówy) albo sprzęt tenisowy brytyjskiej firmy Dunlop (popularność tego sportu wzrosła na fali sukcesów polskiego tenisisty Wojciecha Fibaka). Wśród klientów byli dygnitarze, aktorzy, dziennikarze, ale też handlarze, którzy zakupionymi towarami handlowali na bazarach.

Do ostatniej chwili przed otwarciem ustawiano towary, wypisywano karteczki z cenami, odkurzano stoiska, a „panie posiadające estetyczne fryzury wprost z Polleny kończyły swój makijaż”. Przed Sezamem klientów witała grupa statystów przebranych za bohaterów baśni Ali Baba i czterdziestu rozbójników i trzymających transparent: „Zapraszamy do Sezamu”.

Pierwszego dnia funkcjonowania tego drugiego, czyli 10 października 1969 roku zaproszono dziennikarzy, zorganizowano konferencję prasową, pokazano wnętrza. Następny dzień był już dla zaproszonych gości, władz Centrali Spółdzielni Spożywców „Społem”, do której Sezam należał, przedstawicieli władz miasta, wreszcie klientów. Wszyscy mieli zobaczyć dom handlowy, o którego nowoczesności miało decydować skupienie pod jednym dachem sprzedaży zróżnicowanych towarów, a także zorganizowanie systemu
ekspedycji, sprzedaży i obsługi, który – dzięki funkcjonalnemu rozwiązaniu i wyposażeniu obiektu – zapewniał klientom wysoki poziom usług handlowych.

Zadbano też o wnętrze. „Do wykończenia ścian wewnątrz budynku użyto specjalnych wykładzin, które są bardzo ładne, a ponadto cechuje je duża odporność na uszkodzenia i zdolność tłumienia dźwięków. Posadzki wykonano z materiałów trudnościeralnych, niewydzielających pyłu i łatwo zmywalnych.
Została również zaprojektowana odpowiednia wentylacja”. Wzrok przyciągały Domy Towarowe Centrum miały nie tylko neony z nazwami każdego ze stoisk oraz schody ruchome – na stopniach reklamowano dostępne towary: Szkło, Garnki, Prodiże, Czajniki, Syfony…

Pracując nad książką dotarłem do Pań, które pracowały na kierowniczych stanowiskach w Sezamie i one opowiedziały wspaniałe historie o sprowadzaniu towarów z zagranicy, strajku klientów, alarmie bombowym i nie tylko. Ale o tym już w książce „Zakupy w PRL”…

Otagowane , , , , ,

Tylko Nysą

Czas wrócić do kolekcji etykiet zapałczanych z PRL. Pisałem o nich kilka razy, czas na drugą odsłonę etykiet reklamowych. Tutaj też dużo cudeniek.

Na początek Polskie Linie Lotnicze, narodowy przewoźnik nie mógł przepuścić okazji i też reklamował się na etykietach. Zresztą mam kilka innych skarbów lotoskich, o których pisałem wcześniej.

Wróćmy jednak do etykiet. Takie wspaniałe okazy. Uniwersalna pasta DOM oraz rocznicowa etykieta z okazji 100 lat firmy Konstal Chorzów. Firma obchodziła je w 1964 r.

Inny okaz jeszcze sprzed pewnej tragedii. Chodzi o rafinerię w Czechowicach-Dziedzicach. Tutaj gwarantuje jakość, ale rafineria zasłynęła z pożaru, do którego doszło w 1971 r. Doszło do niego po uderzeniu pioruna, kilkadziesiąt osób zginęło, ponad sto było rannych, spłonęło kilkadziesiąt samochodów.

Usługi fotograficzne też pojawiały się na etykietach. Tutaj przykłady.

A propos usług, no to jeszcze pomoc drogowa Polskiego Związku Motorowego. Takimi żółtymi Nysami śmigali.

Jeszcze różne oferty PKO. Oferty oszczędzania (na przykład dla dzieci), składania na mieszkanie, reklamujące książeczkę premiową, która potrajała wkład albo informujące, że przecież „październik miesiącem upowszechniania oszczędności”.

Do etykiet jeszcze wrócę…

Otagowane , , , , , , , , ,

Kultura zapałczana

Od jakiegoś czasu opowiadam o skarbie, który trafił do mojej kolekcji. To kilkaset etykiet zapałczanych sprzed lat. Wspaniały świat perełek. Czas na kolejną opowieść. Tym razem o etykietach kulturalnych.

Pojawiały się na nich grafiki związane z festiwalami, rocznicami, premierami, jubileuszami. Na przykład a propos przeglądu Festiwal Filmów Polskich wrzesień 1961. Nie chodziło tu o festiwal w Gdyni (wcześniej w Gdańsku). Początki jego sięgają połowy lat 70. Ten festiwal to był po prostu pokaz wybranych polskich produkcji w różnych kinach. W repertuarze znalazły się m.in.: „Kanał” Andrzeja Wajdy i „Żołnierz królowej Madagaskaru” Jerzego Zarzyckiego.

Nie mógł się tam znaleźć „Faraon”, film reklamowany na kolejnej etykiecie, bo w kinach pojawił się dopiero w połowie lat 60.
Z tego samego okresu pochodzi taka rocznicowa etykieta:

Ta podobnie. Swoją drogą ciekawe, że już wtedy odbywał się festiwal kina amatorskiego, a prawdziwi filmowcy, jeszcze swojego nie mieli.

Nazwa festiwalu Pol-8 powstała od słów Polanica i Polska, a 8 odnosi do formatu filmowego 8mm, bo taki wtedy był używany. Niestety tego festiwalu nie ma już na filmowej mapie Polski. Nie ma też już imprezy z kolejnej etykiety.

Za to wciąż odbywa się Międzynarodowe Biennale Plakatu w Warszawie, pierwsza edycja miała miejsce w 1966. Ja mam etykiety z trzech.

Mam też okolicznościowe etykiety zespołu Śląsk.

A na deser jeden z „bohaterów teatrów lalek”, czyli wesoły Tomcio Paluszek.

Otagowane , , , ,

Traktory też dają mleko

W drugiej połowie lat 70. było ich w Polsce prawie 34 tysiące, w tym 12,5 tysięcy na wsiach. Dostępny w nich asortyment skł­­adał się z nawet 6 tysięcy różnych produktów­. Można w nich było kupić niemal wszystko, choć pachniały przede wszystkim papierosami, proszkiem do prania i codzienną prasą. Dodatkowo w latach 60. wprowadzono możliwość przyjmowania w nich opłat za telefon i radio. Nazywano je najmniejszymi domami towarowymi świata. Faktycznie – miejsca było w nich tyle, że trudno było się obrócić. W zasadzie można tam było kupić wszystko, takie skarby też.

Chodzi o kioski Ruchu. W mojej nowej książce „Zakupy w PRL. W kolejce po wszystko” poświęciłem im cały rozdział. To bez wątpienia bardzo ważny element krajobrazu PRL, dziś znikający. Bo od lat kioski zamieniają się w budki parkingowe, domki działkowe albo stoją gdzieś niszczejąc. Jak ten podpatrzony przeze mnie w Otwocku.

Pierwsze budki oferujące tytoń i prasę otwierano na dworcach kolejowych tuż po I wojnie światowej. W połowie lat 30. XX wieku kiosków było już około 700 w całej Polsce. Rozwój sieci przerwała II wojna światowa, ale od połowy lat 40. – przejęte przez państwowe władze – kioski nie tylko się odrodziły, ale też zrobiły zawrotną karierę.
W PRL-u były wszędzie. Były tak istotne, że przewodniki turystyczne informowały, czy na danym campingu obok restauracji, świetlicy, ubikacji, jest kiosk właśnie.
Pracę w kiosku często dostawało się przez znajomości. Nie było wcale tak łatwo przejść przez rekrutację – przed przejęciem kiosku sprzedawca musiał zdać egzamin z zasad BHP i rachunkowości, musiał uczestniczyć w pogadankach wyjaśniających zasady kolportażu itd. Poza tym trzeba było wykazać się sprytem – można było się wyłożyć choćby na podpisaniu podsuniętego oświadczenia, że piecyk grzewczy będzie ustawiony przynajmniej pół metra od każdej ze ścian i towaru. Przecież wiadomo, że takie odległości są niemożliwe w kioskowej klitce, nawet zawieszenie piecyka pod sufitem by nie pomogło.

Jednym z najbardziej pożądanych towarów były papierosy. Dobrze schodziły zarówno te gorszej jakości jak zefiry, popularne, klubowe czy sporty, jak i te lepsze: caro, carmeny. Nie mówiąc już o rzucanych czasami do sprzedaży francuskich gauloisesach, gitanesach albo kubańskich partagasach.
Według sondażu magazynu „Opinia” i Ruchu Polacy w 1967 roku najchętniej palili giewonty, a potem sporty (szczególnie na wsi) i papierosy Wrocławskie.
W kioskach można było kupić też zabawki, prezerwatywy, kosmetyki, książki, pocztówki dźwiękowe, no i gazety. Na przykład „Express Wieczorny”. Ukazywał się w Warszawie w latach 1946-1999. Sobotnie wydanie nosiło nazwę „Kulisy”. Był łagodniejszą wersją dzisiejszych tabloidów, choć i w nim nie brakowało ostrych tytułów w stylu: „Wróbel podpalacz”, „Tańcząc twista, wypadł z pociągu”, „Traktory też dają mleko”, „Czarny Robin Hood w policyjnej sieci”, „Z drugiego piętra w ramiona męża” albo „Jemiołuszki padają ofiarą młodego nicponia”.
Do „Expressu…” pisali jednak cenieni autorzy. To w nim Stefan Wiechecki Wiech zamieszczał swoje niezwykle popularne felietony, a Gwidon Miklaszewski – rysunki z humorystycznego cyklu „Nasza Syrenka ” (około ośmiu tysięcy rysunków przez ponad 30 lat). Nakład pisma sięgał nawet 600 tysięcy egzemplarzy. O tym, jak duża jest to liczba, da pojęcie fakt, że to więcej niż średni nakład dziesięciu najbardziej poczytnych w Polsce dzienników w roku 2022 – łącznie. „Express…” miał rekordowo niską liczbę zwrotów i pod koniec lat 50. Jego sprzedaż w stolicy dziesięciokrotnie wyprzedzała naczelny organ propagandowy, czyli „Trybunę Ludu”.

Odpowiednikiem ogólnopolskiego ekspresiaka w Trójmieście był lokalny „Wieczór Wybrzeża” – rozchodził się równie błyskawicznie. Przyczyniały się do tego drukowane w nim komiksy Janusza Christy. Najpierw Kajtek i Koko, a potem Kajko i Kokosz, które w gazecie ukazywały się formie kilkuobrazkowych pasków komiksowych.  Popularność gazet podnosiły nie tylko komiksy, ale też rozbierane zdjęcia drukowane zwykle na ostatniej stronie. Takie chętnie zamawiano do mitycznych teczek.

Tak wspomina je jedna z pań prowadzących kiosk w Warszawie w latach 70/80: „Teczki zakładało się dobrym klientom i to ja decydowałam, kto może u mnie w kiosku taką mieć. W zasadzie można było do nich odkładać wszystko. Najczęściej były to gazety, takie jak „Forum”, „Polityka”, „Kobieta i Życia”, „Przyjaciółka”, „Przekrój”. Dla najmłodszych „Świerszczyk”, a dla pasjonatów „Młody Technik” albo „Wędkarz”. No i komiksy. Tak naprawdę z tymi teczkami było jednak dużo zachodu. Mogłam ich założyć maksymalnie 30, bo zwyczajnie nie było ich gdzie trzymać. Poza tym sama musiałam je kupować. Kiedy przychodziły zamówione gazety, trzeba było je zapełniać, a to wszystko zajmowało czas”.

Teczki z czasem stały się zmorą dla prowadzących kioski, zupełnie jak sprzedaż biletów na komunikację miejską, która w ogóle nie przynosiła dochodów, albo rozprowadzanie kuponów na loterie, na przykład na „Syrenkę” (to w Warszawie), „Liczyrzepkę” (Wrocław) albo „Łuczniczkę” (Bydgoszcz). Było to problematyczne, bo nie było żadnych maszyn, wypisywało się kupony ręcznie, wszystko trwało.

Historia kiosków jest bardzo szeroka i mógłbym tu rozpisać się jeszcze na parę stron. Po więcej zachęcam do mojej książki.

A na deser uwaga czytelnika magazynu „Veto” z 1987 roku: „Na początku maja w kioskach Ruchu ukazał się »Rozkład jazdy autobusów komunikacji miejskiej w województwie piotrowskim« po 10 złotych. Nie leżał jednak zbyt długo, gdyż taka publikacja przydaje się każdemu pasażerowi. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że rozkład jest przeterminowany, bowiem jego ważność upłynęła 30 kwietnia bieżącego roku. Nie chodzi przecież o 10 złotych, ale o sam fakt, no i… papier!”.

Otagowane , , ,

Wódka za kawę

Były zmorą, trzeba je było zbierać, naklejać, sprawdzać. Zajmowały miejsce, czas, były uciążliwe dla wszystkich. Choć wiązanie ich z PRL-em kojarzy się w większości z latami 80., to na różne towary obowiązywały praktycznie przez cały PRL. Kartki. Piszę o nich w swojej nowej książce „Zakupy w PRL. W kolejce po wszystko”.

Pierwsze kartki uprawniające do zakupu określonej ilości żywności i artykułów codziennego użytku wprowadzono na terenie Polski już we wrześniu 1944 roku. Miały pomagać społeczeństwu w zaspokojeniu podstawowych potrzeb, jednak z czasem stały się symbolem sklepowych braków i zapaści gospodarki ręcznie sterowanej. Były uciążliwe dla państwa, bo wydłużały biurokrację i generowały koszty (chociażby druku i zatrudnienia ludzi do ich obsługi). Były także uciążliwe dla sprzedających i klientów.

W pierwszych powojennych latach obowiązywały kartki na chleb, mąkę, ziemniaki, mydło, zapałki albo proszek do prania. Kartkowane były także: benzyna, obuwie, mleko dla niemowląt, papierosy (które można było wymienić na słodycze, za trzy paczki należało się równo 10 dag cukierków) i wódka (można było ją wymienić na kawę). Obowiązywał przydział jednego mydła toaletowego na dwa miesiące, co nie sprzyjało higienie, za to otwierało drogę chorobom. Te szerzyły się także z powodu jedzenia mięsa niewiadomego pochodzenia, które to zjawisko było z kolei powodowane niedoborami mięsa na rynku oraz wysokimi cenami tego dostępnego.

System kartkowy, po zniesieniu w 1949 roku wrócił dwa lata później i trwał kolejne dwa lata. Jego zniesieniu w 1953 roku towarzyszyły drastyczne podwyżki cen – w myśl zasady, że jeśli ludzi nie będzie stać na cukier, to nikomu nie będzie przeszkadzało, że cukru w sklepach nie ma. Kartki wróciły w 1976 roku na prawie dziesięć następnych lat (chociaż mięso w pewnym stopniu było reglamentowane aż do końca PRL-u).

Przydziały niektórych towarów zależały od miejsca zamieszkania, wykonywanego zawodu, sytuacji życiowej. Na przykład na ślub i chrzciny dostawało się specjalne przydziały alkoholu. W przypadku zgonu członka rodziny lub własnego małżeństwa można było kupić buty i garnitur, nowożeńcy dostawali też specjalny kwit na zakup obrączek. Osobom niepracującym fizycznie przysługiwała kartka M-I tzw. inteligencka, a tym, którzy urabiali sobie ręce po pachy – kartka M-II. Specjalne kartki „O”, były przeznaczone dla niemowląt i uprawniały do zakupu m.in. kaszy manny, cukru, mleka w proszku, mydła i oliwki. A np. do zakupu papieru toaletowego uprawniało pokwitowanie z punktów skupu makulatury, przysługiwała jedna rolka za kilogram makulatury. Zresztą za zdaną makulaturę można było również nabyć m.i.n 1 parę majtek damskich (za 4 kg), 1 butelkę szamponu (za 2 kg) i 6 sztuk talerzy (za 4 kg).

Funkcjonowały też inne zasady innego rodzaju, np. mieszkańcom Katowic przysługiwał większy przydział na proszek do prania i mydło.

Warto pamiętać, że kartki nie zastępowały pieniędzy. Po ich przekazaniu sprzedawcy za dany towar płaciło się zwykłą cenę. A skąd je brano? Zakłady pracy wydawały je swoim pracownikom, jednostki wojskowe – żołnierzom, administracja lokalna – emerytom, a zakłady służby zdrowia rodzicom niemowląt. Ostatnie kartki zniesiono w 1989 roku.

Podczas niedawnego spotkania autorskiego w Słupsku, od mamy mojego kumpla z podstawówki dostałem kartki na wódkę. Te na zdjęciu powyżej. Co ciekawe, niewykorzystane 🙂

Na deser wpis z książki skarg i zażaleń: „Mimo iż nie mam kartki zarejestrowanej w tym sklepie, proszę o sprzedanie mi 30 dkg kiełbasy krakowskiej, ponieważ bardzo mi zależy”.

Otagowane , , ,

Z etykietami w świat

Jakiś czas temu pisałem, że do kolekcji wpadło mi kilkaset wspaniałych etykiet zapałczanych sprzed lat. Czas na kolejną odsłonę tych perełek. Tym razem pierwsza część poświęcona reklamie.

Wbrew pozorom w PRL reklama była szeroko obecna. Niby nie było niczego albo wszędzie było to samo, ale jednak chociażby etykiety pokazują, że reklama miała się wyjątkowo dobrze. Z jednej strony reklamowały się różne wielkie przedsiębiorstwa typu PKP. Tutaj widać reklamę ich placówek POLRES, które odpowiadały za rezerwacje miejscówek w komunikacji krajowej, jak i zagranicznej.
Z drugiej różne zakłady produkcyjne. Gorzowski Stilon, który produkował m.in. taśmy magnetofonowe. Gliwicki Chemifarb produkujący lakier Chemolak.

Jak jednak pokazuje etykieta poniżej, czasami reklamowano produkt bez podania jego producenta. Koncentraty spożywcze najpewniej można było kupić w sklepach Społem. A kto je produkował? Tego już tutaj nie podają. Swoją drogą na tej pierwszej zegarek pokazujący, że za 5 dwunasta, chyba miał dać do zrozumienia, że z tego da się zrobić coś bardzo szybko. W końcu hasło „oszczędzają czas”.

Za to niżej wszystko wiadomo. Ubezpieczyciel PZU oraz Centrala Rolniczych Spółdzielni. Patrzcie jacy ci państwo w aucie szczęścili (chyba łapać motyle jadą).

Wreszcie zapałczane perełki jednego z narodowych przewoźników organizujących przejazdy autokarowe, pociągiem, wycieczki lotnicze w różne części świata. To Orbis.

Dwie ostatnie dotyczą wyjazdów stricte pociągiem. Ta najniżej wydaje się najstarsza, chyba z lat 50.

Wkrótce więcej o reklamach. Zresztą sporo piszę o nich w swojej nowej książce „Zakupy w PRL. W kolejce po wszystko”.

Otagowane , , , , , ,

Ostrożnie z ogniem

Takie „strzały” uwielbiam. Dzwoni znajoma i mówi: mam do oddania pewną kolekcję, chcesz? No jasne, biorę! W taki prosty sposób ostatnio trafiła do mojego archiwum wspaniała kolekcja etykiet zapałczanych sprzed lat. Z PRL i nie tylko. Jest ich z kilkaset. Są tak genialne graficznie i pomysłowe, że na pewno poświęcę im tu sporo miejsca. Może taki cykl, co poniedziałek.

Na początek wybrałem mini kolekcję „drogową”. Zebrałem tu etykiety związane z ruchem drogowym, pieszymi, ciągnikami itp.

Cała seria haseł namawiających do ostrożności na drodze, chodnikach, w polu, na torach, próśb o pilnowanie dzieci, nie prowadzenie po alkoholu i innych.

Większość z nich wyprodukowały zakłady zapałczane w Częstochowie i Czechowicach-Dziedzicach. Te drugie były najnowocześniejsze w Polsce. Otwarte już w 1921 roku. Niestety już przestały istnieć.

Natomiast w tej w Częstochowie znajduje się muzeum filumenistyczne, podobno jedyne w Europie. Tu więcej o nim: https://www.zapalki.pl/

Poza samymi grafikami warto zaznaczyć genialność haseł: „Śmierć lubi nieostrożnych”, „Kierowco ufamy tobie”, „Znak drogowy twój przyjaciel”, „Rolniku kup wóz ogumiony”.

Wszystkie etykiety poprzedni właściciel podkleił delikatną listewką, przez co są bardzo trwałe.
Wspaniałe prawda? W następnym wpisie o kolejnych etykietach (może z reklamami albo sportowych) postaram się napisać coś o ich projektantach. Jeżeli znajdę o nich informacje…

Otagowane , , , , ,
Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij