Jestem fanem prasy sprzed lat. Mam setki magazynów, tygodników, dzienników, bardzo różnych gazet. Niektóre fascynują zawartością merytoryczną, inne szatą graficzną. Są też takie, które łączą te cechy. Należy do nich czasopismo „Horyzonty techniki”. Szczególnie w pierwszych dekadach wydawania.
Pierwszy numer ukazał się jesienią 1948 roku. Od początku przyciągał wspaniałymi grafikami. Stąd zapraszam na mały wernisaż genialnych okładek z kolekcji gazet z lat 50.-60.
Ostatnio kilka mini gier wpadło do mojej kolekcji. Jedna z nich to karciany klasyk sprzed lat. Tutaj „zachwyca” grafiką.
Prawda, że piękne? Czarny Piotruś to popularna gra, w którą do gry wystarczą 2 osoby. Jest tutaj 12 par kart + dodatkowo Czarny Piotruś. W skrócie polega na dobieraniu par (poprzez losowanie kart od przeciwnika) i wykładaniu ich. Przegrywa ten, kto zostaje z Czarnym Piotrusiem.
To – jak widać – pary dobrane tematycznie. Jak informuje opakowanie autorem rysunków jest Stanisław Szczuka. Za to autorem pomysłu Filip Trzaska. Prawdopodobnie chodzi o wydawcę, nauczyciela, autora książek, a podczas II wojny zasłużonego działacza konspiracyjnego, m.in. spikera powstańczego Radia Błyskawica.
Karty wydało Związkowe Przedsiębiorstwo Wydawniczo-Handlowe WIGOR z Warszawy. Wydawało one wiele książek w latach 80. i 90. dotyczących gotowania, wróżenia z kart, horoskopów. To, co jednak w Czarnym Piotrusiu przyciąga mnie najbardziej, to grafika. Patrzcie jakie piękne:
Jakiś czas temu pisałem o wspaniałym informatorze handlowym 1984/85 Peweksu, który trafił do mojej kolekcji. Obiecałem kontynuację, no to jest. Dużo to skarbów, które sam pamiętam, ale też ciekawostki.
No bo przecież kto nie pamięta tych gum albo czekoladek. Same opakowania trzymało się w domu, żeby robiły wrażenie. Pamiętam, że kiedyś od gościa z Finlandii dostałem całe opakowanie takich małych Marsów. Zjadłem je na raz.
Pewex to też oczywiście alkohole. Butelka każdego takiego skarbu w domowym barku robiła swoje. Oczywiście nie w każdym Peweksie wszystkie były dostępne, ale wybór był spory.
Również wybór polskich wódek. Słabo było z winami, ale przecież wtedy raczej wóda gościła na stołach. Były także piwa krajowe Krakus czy Piast, ale to puszki po Carlsbergach, Tuborgach i innych zagranicznych piwach trzymało się jak trofea.
Natomiast ciekawostką dla niektórych może być to, że Pewex to były nie tylko słodkości i alkohol, ale też takie oto rzeczy: sprzęt wędkarski, cement (ze słotą zasadą: „w przypadku braku cementu Portland oferowany jest cement Hutniczy”), namioty czy nagrobki. No w tych ostatnich chyba można było poczuć się niemal jak żywy.
Wreszcie chłodziarki i zamrażarki. Przyznam, że w latach 80. nie widziałem u nikogo takiego sprzętu. No ale pewnie ktoś go miał…
W ostatnim wpisie wspomniałem o Peweksie. Postanowiłem kontynuować ten temat. Powodem takie wspaniałe informatory, które mam w kolekcji.
Mi ten sklep kojarzy się wyjątkowo i już kilka razy tu o nim wspominałem, chociażby za sprawą komputera Atari 65xe kupionego w Peweksie w Koszalinie w 1988 r. Mam go do dziś, nawet z gwarancją i pisałem o tym tutaj: https://bufetprl.com/2012/11/22/8-bitowa-zabawa/
W informatorach znalazłem wiele skarbów, o których przed laty marzyłem. Są tu matchboksy i Lego.
Mam kilkanaście matchboksów i jeden wyjątkowy zestaw. Ten poniżej. Na opakowaniu ma nawet naklejkę z Peweksu.
W informatorze można znaleźć ceny autek. W dolarach, a wtedy czyli w 1984 r. dolar kosztował około 600 zł. Przy średniej pensji miesięcznej nieco ponad 16 tys. było to naprawdę dużo pieniędzy. Lego też było drogie. Ja mam taki zestaw z nieistniejącej już serii Space. Pisałem o niej tu: https://bufetprl.com/2014/02/13/leg-godt-czyli-baw-sie-dobrze/
Widać, że wtedy seria Space kosztowała do 27 dolarów. W informatorze są jednak nie tylko zabawki. Nie wiem czy wiecie, ale w Peweksach można było masę rzeczy, w tym cement, nagrobki, kafelki, piecyki i takie tam. Sprzęt elektroniczny też. Patrzcie jak drogie były telewizory, radia, magnetofony.
Idźmy dalej. Kosmetyki. Na zdjęciu poniżej pokazuję perfum Antilope na reklamie w informatorze i oryginalny flakonik z Peweksu mojej mamy.
Przyznam, że dezodorantu Fii nie pamiętam, ale opakowanie extra!
Ciekawostką jest fakt, że w Peweksie można było zakupić paczki z artykułami spożywczymi albo chemią. Pamiętacie proszki Omo albo Coral?
A te szynki? Pamiętam i Polish Ham i Dak.
No i batony. Raidery, to były chyba takie a la Twix. Choć wtedy wolałem Marsy, były dostępne też takie malutkie w paczkach. Oczywiście zjadałem całą paczkę. Pamiętam jeszcze Muszkietery, ale ich tu nie ma.
Ten informator to również bajeczne reklamy. Mały przegląd.
Do informatora z 1984/85 jeszcze wrócę w kolejnym wpiscie, ale zajrzymy do informatora artykułów dystrybucyjnych. Tutaj wykaz wielu ciekawych artykułów, które pewnie nie są kojarzone z Peweksem: wykładziny, urządzenia sanitarne, dachówki, cegły, płyty azbestowe, pilarki, bojlery, rury…
To jeszcze nie koniec opowieści o informatorach Peweksu i wyjątkowych towarach.
Tymczasem kontynuuję opowieść o tygodniku „Panorama”. Teraz przenieśmy się do lat 90.
Jedną z dużych zmian, była większa ilość reklam. Ale o nich na końcu, dużo tam perełek. Oczywiście bardzo przyciągnęła mnie w tych numerach muzyka. Iluż tu wykonawców wspaniałych. Chociażby taka strona w sekcji „Świat gwiazd”. Kris Kross i NKOTB pewnie większość kojarzy, ale czy pamiętacie szwedzką wokalistkę Indrę. „Nie mylić z Sandrą” jak pisze redaktor. Eksmodelka zasłynęła m.in. numerami „Temptation” i „Misery”. Nie pamiętacie? Może i dobrze 🙂 Posłuchajcie sami:
Jeśli chodzi o stronę muzyczną wyżej, to zwracam jeszcze uwagę na ten żółty element. Adresy fanclubów! Oj pisało się, ja na przykład do U2, Radiohead i Pearl Jam. I odpisywali, do dziś mam od nich super materiały.
Ale muzyka, to nie tylko ten dział. To również super reportaże. Na przykład ten z 1992 roku o jednym z największych koncertów w Polsce w historii. Chodzi o wydarzenie zorganizowane m.in. przez Marka Kotańskiego, czyli koncert z dochodem wspierającym ludzi chorych na AIDS. Na Stadionie X-Lecia 80 tysięcy widzów oglądało koncerty kilkadziesiąt zespołów i solistów. Wystąpili m.in. Niemen, Budka Suflera oraz legenda brytyjskiego rocka URIAH HEEP. Podobno ci ostatni dali świetny koncert, za to słabo spisały się Wilki: „kluski w gębie wokalisty nie zapewnią poprawnej wymowy języka angielskiego, a nadużywanie słowa krew w tekstach, po prostu mrozi krew”.
Przemówienia dali do tego m.in. Zofia Kuratowska, Miss Świata Aneta Kręglicka oraz sam Kotański.
Reportaży muzycznych było więcej. Chociażby o Jarocinie…
Jest też duży materiał o Jacksonie zwieńczonym quizem: „Co wiem o Jacksonie?”.
Ale „Panorama”, to nie tylko muzyka. Jak na lata 90. przystało, to również video. Jest tutaj specjalny dział „Videorama”. W nim nowości, ale też hity wypożyczalni. W tym numerze Danuta, Fenix i Adamark. Ale zobaczcie jakie tytuły!
Są tu też teksty dla mnie ważne. Igrzyska w Barcelonie pamiętam doskonale. Nie za sprawą naszych piłkarzy, ale tego zespołu poniżej. Dream Team z moim ulubionym Barkleyem. Wtedy w Polsce był szał na NBA i mnie też dotknął. Zresztą pisałem o tym w swoje drugiej książce oraz tu: https://bufetprl.com/2021/07/14/hej-hej-tu-nba/
Druga osobista rzecz, to relacja z otwarcia pierwszego Disneylandu w Europie, czyli tego pod Paryżem. Ja tam byłem! Znaczy nie na otwarciu, ale chwilę potem. Ależ było wspaniale! Wyobraźcie sobie małego Wojtka, który w połowie lat 90. jedzie ze Słupska do Disneylandu. Aż z wrażenia zgubiłem w nim aparat z pamiątkowymi zdjęciami!
Ale wystarczy dramatu. Wisienką na torcie niech będzie przegląd wspaniałych reklam z tamtego czasu:
Czas powrócić po małej wakacyjnej przerwie. Powrócić z wpisem dwuczęściowym, bo tu sporo dobra. Chodzi o prasę, a konkretniej o wydawane od połowy lat 50. czasopismo „Panorama”, które ostatnio znowu zasiliło moje zbiory.
Tygodnik ilustrowany był wydawany w Katowicach. Ja mam numery z lat 80. i 90. Najpierw te starsze. Na okładkach różne zaproszone panie, na przykład studentka albo realizatorka tv. To ta poniżej. Nazywa się Nina Gocławska i była nie tylko realizatorką, ale też aktorką („07 zgłoś się”, „Pan Kleks w kosmosie”).
W gazecie dużo fantastycznych rzeczy: fotoreportarze, wywiady, przedruki książek, moda, informacje z życia gwiazd, muzyczny kącik „Fan Club”. Jest tu na przykład wspaniały reportaż o pierwszym przeszczepie serca zespołu Zbigniewa Religi w 1985 r.
W gazetach są też propozycje aranżacji wnętrz. Na przykład taki pokój dla chłopca. Widać nowoczesność: białe meble, super dodatki, magnetofon z kasetami itp. Tylko kto z nas miał wtedy, znaczy w połowie lat 80. taki pokój co.
Jednak to, co mnie najbardziej zachwyca to część muzyczna redagowana przez Zygmunta Kiszakiewicza. Nieżyjącego już redaktora, pierwszego polskiego korespondenta publikującego relacje z imprez muzycznych w Cannes i targów MIDEM.
Opisywał muzyczne nowości, ciekawostki, sensacje: tutaj „Lambada”!. Pamiętam jak tańczyłem lambadę w podstawówce, mieliśmy nawet specjalny kurs.
Zwróciliście też pewnie uwagę na ramkę na dolę. Tak, „klubowa lista przebojów”! Oj sporo tu perełek, ale też numerów, którzy szczerze mówiąc nie pamiętam. No na przykład „Tenderness” albo „Jutro bal”.
Umówmy się jednak, że to na co czekała większość, to plakaty. Co tu się dzieje! Oto mały wernisaż:
Ponowie powracam do niesamowitej pamiątki rodzinnej. To albumy cioci Lucylli z Gdańska z podróży zagranicznych w PRL. Zwiedziła pół świata, nie tylko Europę. Zbierała cały rok, a potem siup na wycieczkę Orbisu albo innego biura. Tym razem będzie to wpis trochę połączony, bo pokazuje pamiątki z albumu cioci, ale też z podobnej wycieczki mojej mamy.
Na teczce cioci widać datę wycieczki, rok 1961. Była to wycieczka autokarem Biura Turystyki Sportowej Sports-Tourist Warszawa-Praga-Budapeszt-Warszawa. Dziś pokażę część węgierską.
Widać imponujący program wycieczki. Ważna informacja. Uczestnicy mogli kupić dewiz (czyli waluty zagranicznej) za sumę ponad 1300 zł. Sama wycieczka kosztowała 2600 zł. Średnia pensja wynosiła wtedy w Polsce ponad 1600 zł, więc nie był to tani wyjazd.
Tradycyjnie ciocia zbierała wszystko z takiej wycieczki, foldery, programy, prospekty. W tym taki piękny folder najstarszego węgierskiego biura podróży IBUSZ.
Na górnym zdjęciu dojrzycie niespodziankę, to znaczek (przypinka) biura podróży.
Tradycyjnie po przyjeździe ciocia wklejała zdjęcia w album i podpisywała je na maszynie.
Wklejała też różne pocztówki.
Podobne pamiątki pozostały po wycieczce mojej mamy do Budapesztu w 1972. Zachowały się z niej ważne dokumenty.
14-dniowy pobyt kosztował wtedy niecałe 5 tys. zł. Były to niemal dwie średnie miesięczne pensje krajowe w 1972 r.
Mama też przywiozła trochę pocztówek.
I taka ciekawostka. Na takim folderze wypisała słówka, których chyba chciała się nauczyć po węgiersku.
Następny wpis będzie kontynuacją z pamiątkami po czechosłowackiej części wycieczki cioci.
Tymczasem chciałbym się z Wami spotkać. W niedzielę 21 maja o g. 11 będę na targach książek i mediów na PGE Narodowy w Warszawie.
Chętnie podpiszę swoje książki, ale wezmę też kilka super gadżetów sprzed lat, a w ogóle to świetnie będzie po prostu pogadać. Wpadajcie, będzie mi miło. Tu rozpiska MUZY:
Dawno nie pisałem o komiksach. Czas powrócić do nich, bo mam jeszcze w zbiorach sporo, o których nie wspominałem. Na początek może mniej komiks, a bardziej opowieść obrazkowa.
Teraz czas na opowieść z ilustracjami Krzysztofa Dębowskiego i tekstem Krzysztofa Wierzbiańskiego.
Janosika wydała Agencja Presspol-Spółdzielnia Pracy Dziennikarzy w Warszawie w 1983 roku. Muszę powiedzieć, że rysunki są wyjątkowe. Zresztą te rysunki doczekały się przelania na kliszę, bo można znaleźć bajkę o Janosiku do wyświetlania przez rzutniki, właśnie z tymi rysunkami. Jak „Matrix”!
Historia kończy się dramatycznie, bo śmiercią Janosika, ale za to na tylnej okładce mamy takie złoto. Zapowiedź co się jeszcze ukaże. Znaczy mam co zbierać.
Seria „Dziesięciu z wielkiej ziemi” została zapoczątkowana „Chrztem bojowym” w 1987 roku. Mamy tu opowieści starszego pana, kustosza muzeum historycznego. Niestety komiks jest przegadany, no i naładowany propagandą. Jednak przed laty, średnio to przeszkadzało. I tak się czytało. Tym bardziej, że autorami są Władysław Krupka oraz Jerzy Wróblewski, którzy przecież tworzyli przygody kapitana Żbika.
Kojarzone wcześniej twarze zapewne niektórzy rozpoznają w tym komiksie.
Prostą historię z dzikiego zachodu narysował i napisał Jerzy Wróblewski. Zresztą rysownik wielu „Żbików”, postać głównego bohatera, kowboja Roda Taylora, stworzył chyba trochę odwzorowując Żbika. No nie jest podobny?
W każdym razie w kowbojskiej opowieści nie brakuje strzelanek i mojego ulubionego motywu: opisów dźwięków.
Jest klasyczne „bam!”, ale też jakie piękne „tzing!”.
Swoją drogą Rod Taylor, to amerykański aktor, który wystąpił m.in. w filmach Antonioniego, Hitchcocka, no i „Bękartach wojny” Tarantino.
Teraz jeden moich ulubiony komiksów sprzed lat. Czytam go co jakiś czas i wciąż wciąga historią i zachwyca ilustracjami.
Historia Jekylla/Hyde’a narysowana przez Marka Szyszko z mrocznym Londynem w tle, została wydana w 1982 roku. Jakież tu są mrożące krew grafiki.
Albo to:
Jak byłem mały, to się trochę ich bałem.
Na koniec ciekawa rzecz, która nie jest komiksem, ale ma sporo rysunków.
Rysunki do tej opowieści Julio Cortazara opracował Jerzy Skarżyński, którego wspominałem na początku przy okazji Janosika. Są tu dwa rodzaje. Kolorowe jakby fragmenty komiksu:
I czarno-białe grafiki:
Przykuwają uwagę, a ta ostatnie trochę jakby inspiracja dla „Requiem dla snu”…
Miałem okazję przejrzeć wyjątkowe archiwum. To archiwum Społem, oddział Śródmieście. Duuużo miałem skarbów w ręku. Wśród nich roczniki czasopisma „Społem”. Jakież tam robili boskie okładki! Postanowiłem zrobić z nich mały wernisaż, no bo co tu pisać, to trzeba oglądać.
A na deser… czekolada deserowa pełna Dessert!
Spytacie: a po co, w tym Społem Pan żeś był? A o tym wkrótce…