Wtorek to przecież idealny dzień na mały seans. Proponuję kino rozrywkowe.
Zdjęcie już trochę mówi. Oto program z połowy lat 80., „Mądrej głowie”. Panowie Wojciech Mann i Krzysztof Materna wymyślili go jeszcze przed „Za chwilę dalszy ciąg programu”. Co tu się dzieje i jacy wspaniali goście: Fronczewski, Rewiński, Buczkowski, Stroiński, Pomykała. Tematyka różna, ale związana ze słowem. Tu na przykład wspaniały odcinek o reklamie:
Program „Tik-Tak” od początku lat 80. zagościł w polskiej telewizji i w polskich domach.
Która godzina? – pyta rodzina – jak kraj jest wielki wszerz i wzdłuż, wszyscy gotowi? Można zaczynać? Zatem otwieram nasz program już!
No kto tego nie pamięta?
Tekst rozpoczynającej program piosenki napisała Ewa Chotomska, muzykę skomponował Krzysztof Marzec. Pisałem już tu o nim przy okazji muzyki do serialu „W labiryncie”, którą też mam na kasecie. To on ją skomponował.
Ale wracając do Tik-Taka. W programie emitowanym do końca lat 90. występowały różne gwiazdy, m.in. członkowie zespołu Lady Pank. Sam Marzec był tu Panem Tik-Takiem, a Ewa Chotomska Ciotką Klotką.
Najwięcej zabawy było zawsze przy piosenkach i właśnie na kasecie mam ich zbiór. Są to utwory Krzysztofa Marca, a autorką wielu teksów jest właśnie Ewa Chotomska, córka słynnej pisarki Wandy. I tu ciekawostka. Na ostatnich targach książki w Warszawie, na stoisku z moim książkami miałem wystawioną właśnie kasetę z piosenkami z Tik-Taka. I nagle podeszła pewna miła starsza pani i mówi: „O, to moje piosenki”. To była Ewa Chotomska. No to mi podpisała kasetę.
Prawda, że miło.
Jeszcze ciekawostka. Otóż kasety Polmark miały często specjalne kupony. Trzeba było je wyciąć, nakleić i wysłać. Wtedy już tylko czekać na szczęście…
„Wróbel podpalacz”, „Traktory też dają mleko”, „Jemiołuszki padają ofiarą młodego nicponia”… ciekawych tytułów tam nie brakowało. W kioskach lądował po godz. 15 i wyprzedawał się jak świeże bułeczki. Mowa o wydawanym w latach 1946-99 „Expressie Wieczornym”. Mam kilka egzemplarzy, w tym jeden szczególny, na którym chciałbym się skupić. Dlaczego szczególny? Bo wydany dokładnie w dzień moich urodzin!
Nakład gazety sięgał nawet 600 tys. egzemplarzy. I jak informowała Polska Kronika Filmowa: „Długi ogonek do budki z gazetami, rzecz zwykła i naturalna w godzinach, kiedy wychodzi na miasto »Express wieczorny«. Nasza specjalność to tytuły, dramat i komedia w pięciu słowach. Popularnego ekspresiaka czytają wszyscy, wszędzie i bez względu na przeszkody”.
Oczywiście, że były w nim artykuły o przyjaźni ZSRR, przywódcach partii, walcowniach i tokarniach. Ale to był w końcu taki ówczesny tabloid, więc perełek nie brakowało.
Były też ważne informacje ze świata.
Do tego istotne wydarzenia sportowe.
Sporo żartów, większość związana z Dniem Kobiet.
A przy okazji rysunków, chciałbym zwrócić uwagę na fantastyczne grafiki do różnych działów gazety.
Wreszcie to, co lubię bardzo. Repertuar kin oraz program radiowy i telewizyjny. Patrz ile fantastycznych kin o pięknych nazwach Baśń, Beata, Czar, Jagódka, a w nich m.in. „Szczęki”, „Złoto dla zuchwałych” i nieme kino.
W programie telewizyjnym też ciekawie.
Oznaczone zostały programy puszczane w kolorze. Najbardziej chciałbym obejrzeć „Stawiam na Tolka Banana”, program rozrywkowy „Czy pan chciałby być kobietą” oraz sensacyjny serial radziecki „Wariant Omega”.
Na przestępczy półświatek naszego miasta padł blady strach. Budzi go tajemnicza postać wyłaniająca się co noc z gęstego mroku. To Bat-Man… i już wiadomo o co chodzi. A jeżeli Bat-Man, to taka gra.
Piszę Bat-Man, bo tak jest pisany na tej kultowej grze firmy Ertrob. To producent odpowiedzialny m.in. za słynną planszówkę „Komandosi”. Firma w latach 80. i 90. sprzedawała też różne zabawki, puzzle, a potem zmieniła się w Cobi. Jak widać po tej oryginalnej etykiecie (niestety zaklejonej przez poprzedniego właściciela) firma działała pod szyldem Spółdzielni Rzemieślniczej Rembertów.
Gra ukazała się na fali popularności „Batmana” Tima Burtona z Michaela Keatonem. Mamy tu też Jokera o twarzy Jacka Nicholsona. W tej grze przechodzi się przez różne pola, doświadcza przygód, a wygrywa ten, kto pierwszy stanie na polu Jokera.
Wszystko jest zresztą ładnie wytłumaczone w instrukcji, nie jest to jakieś specjalnie skomplikowane. Rusza się klasycznymi pionkami za pomocą kostki.
Jest tu sporo kart funkcyjnych, żetonów. Bardzo fajne mają rysunki.
Są tu takie karty jak: trująca orchidea, spadający dzwon, spadająca krata, ściana ognia, paraliżujące gazy, zapadnia. Rzuca się kostką i wykonuje to, co należy do danego wyniku. Ale moja ulubiona karta to ta.
W 1989 roku magazyn „Komputer” opublikował listę cen z giełdy wrocławskiej. Atari 800 XL kosztowało ponad 400 tysięcy złotych. Commodore C64 ponad 600 tysięcy, a Commodore Amiga 500 – nawet 2 miliony. Przy średnich zarobkach w Polsce wynoszących wówczas nieco ponad 200 tysięcy złotych miesięcznie nie były to małe kwoty. Kilka pensji. Kurczak kosztował wtedy 5 tysięcy, a pół litra wódki niemal 12 tysięcy. Oznacza to, że commodore był wart tyle, co 120 kurczaków albo 50 butelek wódki. Z kolei na początku lat 90. Amiga kosztowała około 5 milionów, przy średniej pensji wysokości około 2 milionów. No właśnie Amiga. Chyba w przypadku akurat tego komputera słowo kultowy nie jest przesadzone. I tak, nie może być inaczej. Mam ją w swojej kolekcji.
Jako komandosi walczyliśmy z obcymi na stacji kosmicznej w Alien Breed, ścigaliśmy się w Lotus, rozgrywaliśmy mecze w Sensible Soccer, zmienialiśmy się w żołnierzy w Cannon Fodder, lataliśmy helikopterem w Desert Strike. Amiga to z hiszpańskiego „przyjaciółka” i faktycznie ten komputer w latach 90. był przyjacielem wielu z nas. Zresztą znakomicie sprzedawała się na całym świecie. Nie tylko jako maszyna do gier. Używano jej do prac graficznych i nagrywania muzyki. Korzystali z niej chociażby raperzy z Kalibra 44. Tak Amiga 500, córka Commodore 64. Tu nie było kaset, tu już były dyskietki.
Ale moment, za nim do niej przejdę, to warto powiedzieć, że Amiga szybko stała się legendą. Wobec poprzedników jej osiągi nas zabijały. Fakt, był to kawał komputera, ciężka jak cholera, ale ileż na nią było wspaniałych gier. Zresztą podobno gier i programów kompatybilnych z Amigą ukazało się kilkadziesiąt tysięcy. Do tego – w latach 90 – doszło kilka czasopism specjalizujących się tylko w programach i grach na ten komputer: „Amigowiec”, „Magazyn Amiga” i mój ulubiony „Kebab Commodore”, to tylko niektóre z nich. Faktem jest, że w sumie szybko pojawiły się pecety i konsole Pegasus, ale co nam Amiga wyryła w głowach, to tylko my wiemy.
Przyznam, że w latach 90. nie miałem tego skarbu. Kupiłem go dopiero po latach. To gra „Back to the Future II” wydana w 1990 roku. Nie będę ukrywał, że uwielbiam film, na podstawie którego oparto grę. Tutaj przenosimy się – wraz z bohaterami gry i filmu – do roku 2015. No i mamy deskorolki bez kółek i takie tam skarby „z przyszłości”.
Do samej dyskietki z grą jest instrukcja. Tu widzimy, że autorem muzyki jest David Whittaker, autor tematów do wielu gier opartych na filmach, jak „Beverly Hills Cup”, „Star Wars”, „Ghostbusters” oraz gier „Feud”, ” Rampage” czy „Tetris”.
Sama gra nie wygląda tak źle, dzieje się. No i zachowała dużo z filmu.
A w instrukcji jest miły dodatek. To voucher na wspaniałe wakacje!
No i nieskromnie przypomnę, że sporo o grach i komputerach lat 90. przeczytacie w mojej książce:
Stal Sosnowiec, Budowlani Opole, Garbarnia Kraków – m.in. takie – z dzisiejszej perspektywy egzotyczne – zespoły grały w 1956 roku w rozgrywkach I ligi piłki nożnej. Ci, którzy obstawiali wygranie ligi przez CWKS Warszawa mieli nosa. A mogli obstawiać, bo właśnie w marcu 1956 wraz ze startem ligi działalność rozpoczął Totalizator Sportowy.
Mam kilka pamiątek z nim związanych. Taki kalendarz z materiału albo stare zakłady.
Rok później, czyli w 1957 roku odbyło się pierwsze losowanie nowej loterii, czyli Toto-Lotka. Wybrano 6 z 49 liczb. W latach 70. wprowadzono podwójnie losowanie Toto-Lotka oraz losowanie Małego Lotka, Ekspress Lotka i zakłady specjalne. W latach 80. pojawił się jeszcze Super Lotek.
Ja przyznam nigdy nie grałem, kompletnie mnie to nie ciągnęło. Oglądałem jednak losowanie prowadzone przez Ryszarda Rembiszewskiego, który zaczął je prowadzić w 1983 roku. Pan Ryszard był także aktorem, zagrał m.in. w „Polowaniu na muchy” Andrzeja Wajdy.
Oglądałem m.in. dla komisji nadzorującej losowanie. Zapomniałem, że zasiadali w niej zaproszeni goście, tu na przykład sportowcy.
A wracając do filmów i kina. Jakiś czas temu obejrzałem film związany z totkiem, ściślej z wygraną w Toto-Lotka. To „Milioner” z 1977 roku w reżyserii Sylwestra Szyszki. W roli głównej wystąpił Janusz Gajos, który zresztą dostał za nią nagrodę na festiwalu, wtedy jeszcze w Gdańsku, nie w Gdyni. W „Milionerze” świetnie gra kierowcę cementowni, który dorabia na boku. Jego życie zmienia się kiedy wygrywa w totka. Z czasem z tego powodu życie jego i jego rodziny zamienia się w piekło. W filmie dobrze widać życie knajpiane tamtego czasu, zakupy itp. Polecam.
Tymczasem odpaliłem jedną z moich ukochanych płyt z muzyką z programu „Sonda”. Spojrzałem na okładkę i zobaczyłem autograf. Taki trochę nieporadny, ale dla mnie bardzo ważny. To podpis Mikołaja Hertla. Na przełomie lat 80. i 90. jego kompozycje królowały jako ilustracja wielu programów tv i audycji radiowych. Pisał też przeboje dla gwiazd naszej sceny, m.in. Anny Jantar i Zdzisławy Sośnickiej. Przed laty miałem okazję z nim porozmawiać i Pan Mikołaj okazał się przemiłym człowiekiem i opowiedział wiele ciekawych rzeczy. Poniżej niektóre fragmenty naszej rozmowy.
Zanim został pan rozchwytywanym autorem elektronicznych ilustracji do wielu programów telewizyjnych i animacji, pisał pan piosenki dla gwiazd naszej sceny, a wcześniej próbował kariery pianisty. Skąd takie zmiany w karierze?
Gdy kończyłem Wyższą Szkołę Muzyczną w dziedzinie fortepianu, miałem nadzieję na karierę pianistyczną. Na dyplom zagrałem III koncert Rachmaninowa, co było dużym wydarzeniem. Później wyjechałem na konkurs pianistyczny do Vercelli we Włoszech. Znalazłem się nawet w finałowej dwunastce, ale nie dostałem nagrody. Wtedy moja pianistyczna kariera ugrzęzła. Ludzie bez nagród w zasadzie tracą katapultę do kariery. Pozostaje akompaniowanie, a ja nie chciałem z tym wiązać swojej przyszłości. Poza tym po 28. roku życia – to graniczny wiek dla uczestników wielu konkursów – było już za późno na karierę. Zainteresowałem się więc piosenką, bo miałem skłonności do improwizowania. Więc pewnego dnia po prostu zacząłem dzwonić do artystów i proponować im moje kompozycje – dzisiaj pewnie coś takiego nie byłoby możliwe. Dzwoniłem do Jerzego Połomskiego, Alicji Majewskiej czy Zdzisławy Sośnickiej, jechałem do nich i grałem pomysł na pianinie. Albo się podobał i był brany, albo nie. Czasami proponowałem też autora tekstu. Pierwszą taką kompozycją był chyba „Sen, który się spełnia” dla duetu Majewska – Połomski. Dobrze się współpracowało, bo nagranie realizował mój kolega z łódzkiego liceum Włodzimierz Korcz.
A kiedy pojawiły się klawisze?
Zacząłem z nich korzystać trochę z pragmatyzmu. Mogłem na nich sam robić akompaniamenty, nie musiałem jeździć do Łodzi czy Katowic, by tam współpracować z muzykami. Wbrew pozorom mam charakter dość konfliktowy i doprowadzałem do scysji z muzykami czy dyrygentami. A tak, pracując samemu w domu, miałem święty spokój. Szybko doszło do sytuacji zaskakującej. Tak naprawdę na instrumentach klawiszowych wykonałem bardzo mało podkładów piosenkowych, a wszedłem w muzykę instrumentalną. Syntezatory pchnęły mnie w kierunku wielościeżkowego nagrania instrumentalnego. Pochłonęła mnie autonomia tych brzmień, odejście od służebnej roli podkładu. A ponieważ zacząłem mieć na tym polu sukcesy, to na kilka lat wsiąkłem w instrumentalizm. Ale wszystko się kończy.
Na początku XXI wieku zaczął pan odchodzić od elektroniki.
Wynikało to z różnych powodów. Jednym był pewien marazm, który zapanował w instrumentarium elektronicznym. Oczywiście znajdzie się wielu, którzy się ze mną nie zgodzą, ale mam wrażenie, że z czasem na rynek zaczęły wchodzić instrumenty coraz gorsze. Były coraz doskonalsze, jeśli chodzi o funkcjonalność, do wszystkiego: kompozycji i na koncert. Coś się w drodze rozwoju jednak zgubiło. Zamiast fenomenalnych brzmień zaczęła rządzić zasada wygody i funkcjonalności. To mnie zniechęciło. Podobnie jak wymiar wirtualny tych instrumentów. Nie wszedłem już w tę rewolucję.
Na wydanej właśnie płycie „Dźwięki dalekiego świata” znalazła się m.in. kompozycja „Żaglowce w deszczu”, jedno z pana pierwszych elektronicznych dokonań.
To część muzyki napisanej do pokazu mody, a właściwie filmu dokumentującego ten pokaz, „Wybrzeże”. Pokaz Telimeny czy Mody Polskiej odbył się w połowie lat 80. w Gdańsku na cumujących tam wtedy żaglowcach. Motyw, tak jak wiele innych z tej płyty, zagrałem na moim pierwszym znakomitym instrumencie, syntezatorze Roland Juno 106, który kupiłem w Monachium.
Dochodzimy tu do ciekawego epizodu uzdrowiskowego w pana karierze.
Na przełomie lat 70. i 80. dla muzyków były w zasadzie dwie drogi zarabiania na życie. Albo granie na statkach amerykańskich czy też pływających do Skandynawii. Albo granie w „badach”, czyli niemieckich uzdrowiskach. Tam jeździli muzycy, którzy mieli preferencje wynikające z muzyki klasycznej. Grano tam bowiem, oprócz muzyki rozrywkowej, właśnie klasykę. Na statkach preferowano z kolei jazzmanów i muzykę rozrywkową. Ja skończyłem wyższą szkołę muzyczną w klasie fortepianu, więc naturalny był kierunek niemiecki. Zresztą bujanie też miało swoje znaczenie. Koledzy opowiadali, że pierwszy wyjazd spędzali przy burcie, a ja źle znosiłem takie historie. Na pierwszy roczny kontrakt ściągnęli mnie znajomi. To było dość wyczerpujące, bo czasami trzeba było grać nawet trzy razy dziennie. Rano koncert, potem popołudniu, a na wieczór na przykład granie do turnieju tańca. To nie była tylko sielanka, ale za to bardzo dobrze płatna. Na początku miałem 1800 marek miesięcznego wynagrodzenia, co było u nas nawet roczną pensją.
I za te pieniądze kupił pan pierwszy klawisz?
Podczas wolnych poniedziałków w Bad Tölz wyjeżdżałem do sklepu muzycznego w Monachium. Spędzałem tam tyle godzin, że sprzedawca wzdychał, jak mnie widział i musiał często wyrzucać „herr Hertla”, żeby móc zamknąć sklep. Tam udało mi się kupić wspomnianego Rolanda Juno-106, choć wielu przyjaciół namawiało mnie na Yamahę DX7, którą używał chociażby Jean-Michel Jarre. Więc kiedy przyjechałem z tym rolandem, to wśród znajomych przeważał jęk zawodu. Ale później ten Juno-106 stał się kultowym instrumentem. Już go nie mam, ale to też ciekawa historia, bo on trafiał do mnie dwa razy. Sprzedałem go po pewnym czasie za grosze koledze. Potem ten kolega zdradził mi, że sprzedał kolejnemu koledze, i tak po kilku osobach postanowiłem go od kolejnej odkupić, oczywiście za większe pieniądze niż sprzedałem. Byłem w nim zakochany.
Na „Dźwiękach dalekiego świata” jest kilka piosenek poświęconych konkretnym osobom.
„Przylot Okęcie 80” został napisany po katastrofie lotniczej, w której zginęła Anna Jantar. Jedną z jej ostatnich piosenek była nagrana ze mną „Dlaczego nikt nie kocha nas” z tekstem Bogdana Olewicza. „Przylot Okęcie 80” to chyba jedyny przypadek, w którym mój utwór wylądował na półce, był zakaz emisji przez wiele lat. Trudno do końca zrozumieć powody. Ale był znak zapytania wokół tej katastrofy, nie chciano jej zbytnio nagłaśniać, temat był wyciszany.
To jedna z kompozycji, w których korzystał pan z sampli czy też dźwięków niewykreowanych na klawiszach.
Tak, z banku dźwięków wziąłem efekt wybuchu. W numerze słychać też głos stewardessy, która po angielsku prosi o zapięcie pasów. To jest głos mojej żony nagrany w studiu. Jest również na płycie kompozycja „Płomienie świec” zadedykowana Jerzemu Popiełuszce. Odnosi się do płomieni świec, które wierni wystawiali dookoła kościoła św. Stanisława Kostki w Warszawie, w którym kazania prowadził Popiełuszko. Znałem księdza, byłem na jego ostatnich urodzinach, grałem na fortepianie. Napisałem dla niego także kilka innych pieśni.
Wspomniał pan o wykorzystaniu pana muzyki jako ilustracji do wielu programów. Można powiedzieć, że trudno było nie usłyszeć pana muzyki w latach 80. Była m.in. w „Sondzie”, „Pieprzu i wanilii” czy „Radiu dzieciom”.
Faktycznie był taki okres, że zasięg tych kompozycji był ogromny. Także w radiu ich nie brakowało, chociażby w słynnych audycjach Jerzego Kordowicza w radiowej Trójce (niedawno do radia wróciła jego audycja „Studio El Muzyki”). Na przykład nagranie „Zagubiona w nostalgii”, jak wykazywał ZAiKS, było nadawane 300 razy w roku. To był złoty okres muzyki instrumentalnej. W pewnym momencie trend się jednak zmienił. Gdzieś pod koniec lat 90. nastąpił odwrót od muzyki elektronicznej. Weszła muzyka fortepianowa, akustyczna. I też do niej wróciłem, więc moja kariera też zatoczyła koło. Wróciłem do młodości, instrumentarium klasycznego. Piszę teraz utwory na harfę, fortepian, orkiestrę.
Jeszcze kilka słów o tej genialnej płycie wydanej przez wspaniałe GAD Records. Na albumie znalazły się perełki z lat 1976-86. Są tutaj kompozycje z wykorzystanej też w poprzedniej części niemieckiej biblioteki muzycznej Sonoton. Ale największe skarby pochodzą z polskiego rynku, w tym niepublikowane wcześniej nagrania. Jest chociażby genialny, ponad siedmiominutowy numer SBB „Na Czarno”. Poza tym kompozycje ARP Life autorstwa Andrzeja Korzyńskiego, muzyka Krzysztofa Dudy, Mikołaja Hertla czy Władysława Komendarka.
Przygotowując nową książkę ostatnio znowu sięgam po wiele polskich filmów sprzed lat. Są wśród nich perełki kina, ale też koszmarne gnioty. Koszmarne, ale jednak z nutką ciekawych historii. Dziś proponuję dwa z nich. Oba bez problemu obejrzycie w sieci.
„Na całość” – polski film z 1986 roku. Wyreżyserował go i scenariusz napisał doświadczony aktor Franciszek Trzeciak. Sam też zagrał epizod. Główne role to jednak Robert Inglot (porzucił karierę ledwie po kilku latach) oraz Andrzej Krucz (chyba był to jego ekranowy debiut). Warto zwrócić uwagę na muzykę. Przygotował ją zespół Green Revolution (w napisach podpisany jako Free Cooperation). Tutaj możecie posłuchać ich punkowo-jazzowej mieszanki: https://kultowenagrania.pl/product/green-revolution-rewolucja-zielona-cd/
Sama historia? Scenariusz oparto na prawdziwych wydarzeniach, ale bardzo luźno. Tutaj mamy dwóch bohaterów, którzy po wyjściu z więzienia nie bardzo mogą sobie znaleźć miejsce w szarej Polsce. Postanawiają więc obrobić kilka sklepów Peweksu i uzbierać na ucieczkę z kraju. Jeżdżą po Polsce i rabują różne miejsca, nie tylko Peweksy. Zabijają milicjantów, kradną samochody, no idą na całość. Wszystko w oparach PRL-u. Są więc Żuki, Nysy, Stary, Maluchy i inne cuda polskiej myśli samochodowej. Są też sklepy Peweksu, napad na sklep myśliwski i inne perełki dla poszukiwaczy ciekawostek z PRL-u. Akcja dzieje się przede wszystkim na Pomorzu, w Gdańsku, Ustce, okolicach Słupska, Bytowa, ale też Wrocławia.
Wszystko to zagrane koszmarnie, nakręcone koszmarnie (efekty jezus maria), no i napisane tak, że nic, co robią bandziory nie ma sensu. Ale jak warto zobaczyć ten film!
Na przykład dla takich obrazków wnętrza mieszkania głównego bohatera. No kto nie miał takiego pokoju?! Jest tu wszystko. Magnet, plakaty z samochodami, gołymi paniami, plakaty muzyczne (Lady Pank) i inne młodzieżowe dodatki.
Inną ciekawostką jest fakt, że małą rolę zagrała tu Brygida Bziukiewicz. To wicemiss Polonia 1985 i miss gracji, która została wydelegowana na wybory Miss Universe 1986 roku i tam została trzecią wicemiss. Poza „Na całość” zagrała też w filmie „Komedianci z wczorajszej ulicy” (1987). Potem porzuciła karierę aktorską i została śpiewaczką operową. Tu kadr z filmiku z wyborów Miss Universe 1986. Całość: https://www.youtube.com/watch?v=DzMvlPv8KC4
Jeszcze jedna ciekawostka. Jak pisałem, scenariusz został luźno oparty na prawdziwej historii. Z tej prawdziwej wycięto i zamieniono kilka niewygodnych faktów. Na przykład to, że w rzeczywistości broni nie ukradli ze sklepu myśliwskiego w Ustce, ale z tamtejszej jednostki wojskowej. Po tym całym rajdzie przestępczym jak z „Urodzonych morderców”, główny sprawca został skazany na śmierć (wyrok wykonano), a jego kompan na 25 lat więzienia. Tutaj bardzo ciekawy, duży reportaż o tych przestępcach, wraz ze zdjęciami i licznymi wspomnieniami: https://plus.gs24.pl/kara-musi-byc-tylko-jedna-w-tym-dniu-bylo-swieto-milicji-obywatelskiej/ar/10104530
A na deser bardzo złe, czyli wspaniałe plakaty filmowe:
Ale obiecałem dwa filmy. Jest i drugi. To „Skradzione kolekcja” z 1979 roku. Też koszmarny, ale za to z niesamowitym pościgiem pod koniec filmu.
Scenariusz oparto na powieści Joanny Chmielewskiej. Z grubsza opowiada o przyjaciółkach, które chcą odzyskać/ukraść cenny zbiór znaczków. Realizacja i scenariusz są jednak, mówiąc bardzo delikatnie, na poziomie zero, nie ratują ich nawet tacy aktorzy jak Stefan Friedmann, Krzysztof Kowalewski czy Wiesław Drzewicz. Za to warto obejrzeć dla popisów kaskaderskich. Z jednej strony wspomnianego pościgu podrasowanego Malucha i Dużego Fiata. Z drugiej dla pokazów ewolucji grupy Autorodeo. Pamiętam, że jak byłem mały, gdzieś widziałem taki pokaz, na stadionie w Słupsku albo w Gdańsku. No zobaczcie sami, robiło wrażenie:
W filmie można zobaczyć kilka innych ciekawostek. Na przykład taki kolekcjonerski zestaw breloczków.
Czas powrócić do kolejnej odsłony skarbów przejętych od cioci Lucylli z Gdańska. Skarbów z zagranicznych podróży. Tym razem połączyłem je z przygodami kapitana Żbika. Dlaczego?
Mam nadzieję, że te obrazki trochę to wyjaśniają. Otóż ciocia ma pamiątki po kilku hotelach i atrakcjach turystycznych Bułgarii. To też w tym kraju dzieje się akcja mini serii kapitana Żbika. Ciocia była tam w 1961 roku. Akcja pięciu odcinków Żbika, które stanowią całość historii, dzieje się prawdopodobnie trochę później. Seria komiksowa z tymi przygodami, rysowana przez Grzegorza Rosińskiego, a napisana przez Władysława Krupkę ukazała się po raz pierwszy na przełomie lat 60. i 70. Ja korzystam tu ze wznowień wydawnictwa Ongrys, które zresztą regularnie lądują w sklepach.
To jedna z lepszych historii ze Żbikiem w roli głównej. Wędruje po Europie i próbuje złapać szajkę przemytników brylantów i waluty. Odwiedza m.in. NRD oraz Bułgarię właśnie. Sporo tu pościgów, pięknych kobiet, ale też miejscowych hoteli i restauracji
Ciocia Lucylla w 1961 roku też odwiedziła wiele miejsc i hoteli, niektóre z nich znalazły się na pocztówkach i w folderach.
Goście, głównie turyści dewizowi, potrafili się bawić w tych miejscach. Zresztą Żbik i towarzyszące mu panie również.
A jak Żbik podróżował? A różnie, ciocia Lucylla również. Pociągi, samoloty… te drugie należały w większości do nieistniejących już węgierskich linii lotniczych Malev. Dowód w jednym z zeszytów Żbika.
A tu reklama linii z jednego z folderów cioci.
Wspaniałe to musiały być podróże. I Żbika, i cioci. A na deser kilka zdjęć z informatora turystycznego z Budapesztu z 1972 roku.
W nim dużo informacji o zabytkach, muzeach itp, ale też hotelach i atrakcjach wieczornych.
Tutaj mały wykaz nocnych lokali z tańcami. Wśród nic piękne nazwy Astoria, Hallo, Telefon, Casanova, no i Nirvana.
A do tego ile wspaniałych reklam.
I moja ukochana. Oto Hotel Sport, a w nim ogród z miejscowym winem. No czy można lepiej?!
Francesco Napoli, Ken Laszlo, Savage, Koto, Fred Ventura, Sabrina, Gazebo, Den Harrow… no dobra, już wiadomo o co chodzi. O Italo Disco! Królowa cukierkowej muzyki lat 80. Dlaczego wracam do Italo Disco?A za sprawą kolekcji kaset, które mam u siebie oraz super filmu dokumentalnego, który można obejrzeć za darmo w sieci (legalnie).
Taki mniej więcej mam zestaw. W nim klasyki, oryginały i składanki. Z lat 80. i początku 90. W tym moje ukochane Koto. Ten włoski projekt na przełomie tamtych dekad wydał kilka płyt. Zobaczcie jakie fantastyczne okładki!
Przy okazji wydawania tych kaset ujawnił się wielki talent projektantów. Niżej widzicie oryginalną kasetę Savage wydaną przez Tonpress, ale też piracką. Żeby było jasne z jaką muzyką mamy do czynienia jest włoska flaga. Wreszcie autorska okładka brata ze składanką Italo Disco. No miał chłopak talent.
Jest tu też kilka innych perełek, a część z nich można usłyszeć i zobaczyć w dokumencie „Italo disco”. Reżyserem tego filmu z 2021 roku jest Alessandro Melazzini, z pochodzenia Włoch, ale mieszkający w Niemczech. W dokumencie występuje wiele gwiazd gatunku (niektórzy w materiałach archiwalnych), ale też producenci, wydawcy. Opowiadają o pochodzeniu gatunku, kto wymyślił nazwę, ale też o najlepszych dyskotekach z Italo Disco. To, jaki wystrój miały włoskie dyskoteki w latach 80., to jest koniec świata. Jakieś roboty, wnętrza jak ze statków kosmicznych, ruchome podesty. Jest o tym też w dokumencie. Jest też o tym, że Milli Vanilli wcale nie byli pierwsi, jeśli chodzi o udawanie, że śpiewają. Znakomita rzecz dla fanów, a dla nie fanów, przygoda tłumacząca fenomen.
A na deser jest tu sam Roberto Zanetti, czyli Savage, który przy pianinie wykonuje swój pierwszy hit „Don’t cry tonight” z 1983 roku. No trudno nie uronić łzy…