Cztery nowe komiksy zasiliły naszą kolekcję. Wszystkie zostały po raz pierwszy wydane w latach 80., mamy ich pierwsze wydania.
Zacznijmy od tego z najfajniejszą okładką. Chodzi o „Wilcze Imperium”, wydane w 1987 roku.Komiks oparty na powieści Tadeusza Kosteckiego „Wilk”. To autor specjalizujący się w literaturze westernowej, który zadebiutował jeszcze przed II wojną światową. Za rysunki odpowiada Andrzej Nowakowski, a okładkę przygotował Jan Kotarbiński.
Niby jest tu wszystko: strzelaniny, samochody, samoloty, pociągi, piękne kobiety… no, ale nie ma co ukrywać, że nie jest to wybitna rzecz.
Kolejne wydawnictwo to zbiór dwóch komiksów. Pozycja z 1988 roku (nakład 250 tysięcy!) zawiera komiks oparty na opowiadaniu Oskara Wilde’a „Duch z Canterville” oraz na powieści pisarza węgierskiego Jeno Rejto „Krew Tygrysa”.
Autorem scenariuszy jest jego rodak, Tibor Cs. Horvath, o którym pisaliśmy już chociażby TUTAJ.
Rysunki też przygotowali Węgrzy. No ponownie nie jest to jakieś wielkie dzieło.
Okładkę narysował Jacek Skrzydlewski, który na końcu dość niebezpiecznie zbliżył się do Batmana…
Następne dzieło to znowu efekt pracy bratanków z Węgier. „Kapitan Blood” został oparty na powieści Rafaelo Sabattiniego z lat 20. W 1935 roku powstał nawet film. Trailer wygląda tak:
Sam komiks pojawił się w 1984 roku (nakład 100 tysięcy), na papierze zastępczym. Zapewne w kolorze i na lepszym papierze wrażenie byłoby większe, ale i tak szacunek dla Węgrów za przełożenie sporego dzieła literackiego.
Warto jeszcze wspomnieć oryginalny tytuł tej pirackiej opowieści: „Blood kapitany kalandjai”.
Przejdźmy do ostatniej pozycji, zawierającej w sumie 4 komiksy. Oto „Wygnaniec” według powieści Arkadego Fiedlera „Wyspa Robinsona”, „Przygoda z Chmurą”, „Magellana Okrążenie Świata” oraz „Profesor Stokrotek”.
Za „Wygnańca” odpowiada, tu zaskoczenie, Tibor 🙂 Rysunki wykonał Imre Sebok. Akcja rozgrywa się na początku XVIII wieku i opowiada o losach Polaka z pochodzenia, Johna Bobera. Awanturnicza historia została po raz pierwszy opublikowana w połowie ubiegłego wieku.
Drugi komiks przygotowali Stefan Weinfeld (scenariusz) i Zbigniew Kasprzak (rysunki). Nie trudno się domyślić jaką opowiada historię.
Dalej jest jednostronicowy ukłon dla najmłodszych przygotowany przez Jerzego Niemczyka (scenariusz) oraz Joannę Sedlaczek (rysunki), pracująca przy „Świerszczyku” oraz filmach animowanych.
Wreszcie wisienka na torcie, czyli Kajko i Kokosz podróżują w czasie. Opowieść przygotował oczywiście Janusz Christa.
Kajko i Kokosz lądują na planie filmowym, gdzie spotykają swoich sobowtórów. No prawie podobni…
Czas na kolejny skarb z rodzinnych zbiorów. Jako dziecko uwielbiałem odwiedzać ciocię Lucyllę w jej mieszkaniu na Długiej w Gdańsku. Ciocia zamawiała lody z Coctail Baru na parterze kamienicy, robiła kulki czekoladowe, mogłem spać na dwóch zestawionych ze sobą fotelach i oglądać telewizję – jak ciocia zabraniała to przekręcałem się w stronę szafki z szybami. Ekran odbijał się w szybie więc elegancko oglądałem filmy. Bardzo lubiłem też przeglądać zeszyty cioci. Nazywały się Humory i było ich przynajmniej kilkanaście. Teraz mam szczęście mieć je w swojej kolekcji.
Ciocia wklejała tam przeróżne rysunki, historyjki, fraszki, piosenki, śmieszne zdjęcia itp. Pochodziły z różnych gazet, m.in. Ekspresu Wieczornego, Przekroju, Szpilek, Dziennika Bałtyckiego. Z tego ostatniego brała słynny Dzienniczek Zbigniewa Jujki.
Co ciekawe, sama doprawiała okładki zeszytów w śmieszny sposób. Same zeszyty na ostatnich stronach też zawierały rysunki. Oto dowody:
Wiele z tych rysunków pokazuje jak wyglądała ówczesna sytuacja ekonomiczna, co się oglądało, czego słuchało, czego brakowało. Tu zestawienie różnic w posiłku zamożnych i niezamożnych (oczywiście prześmiewcze).
Kiedy popularnością cieszyły się pewne seriale w tv, też było to widać w rysunkach.
Pisałem, że w zeszytach nie brakowało „złotych myśli” oraz zdjęć.
W Humorach widać też, że w polskich gazetach korzystano z przedruków z prasy zagranicznej, chociażby The New Yorkera.
W zeszytach znalazły się też również komiksowe perełki.
Często wykorzystywaliśmy je z bratem jako kolorowanki.
Jak pisałem ciocia wklejała też kolekcje naklejek. To słynne zestawy, które z bratem naklejaliśmy w swoim mieszkaniu na drzwi do pokoju.
Zeszyty zawierają też inne ciekawe pamiątki z minionej epoki. Są w nich bowiem wkładki przygotowywane przez gazety na specjalne okazje, na przykład taka:
W gazetach nie brakowało konkursów współorganizowanych przez PKO albo Totalizator Sportowy.
Michałki, Sezamki, Likworki, czekolada wczasowa, czekolada ratuszowa - produkty z logo Bałtyk Gdańsk rządziły w PRL0-u nie tylko na pomorzu. Jednym z nich były także cukierki Toffi o smaku… nie, nie, wcale nie o smaku toffi, ale owocowym. Nie mamy samych cukierków, ale od jakiegoś czasu mamy za to w zbiorach opakowanie, a dokładniej papier do ich pakowania. Dar pochodzi od przyjaciela Radka z Gdańska.
Dzięki opakowaniu możemy m.in. poznać skład tych smakołyków. Otóż były w nim takie substancje jak syrop ziemniacz., tłuszcz cukierniczy czy glikoza.
Słodkości zostały wyprodukowane przez Zakłady Przemysłu Cukierniczego „Bałtyk”. W branży działają ponad 90 lat. W latach dwudziestych XX wieku na terenie ówczesnego Wolnego Miasta Gdańsk powstały trzy fabryki cukiernicze: „Anglas”, „Baltic” i „Kosma”. W 1951 roku zostały one upaństwowione i weszły w skład Zakładów Przemysłu Cukierniczego „Bałtyk”. Jak wspominał portal trójmiasto.pl: „W Zakładzie nr 1 w Oliwie doskonała receptura kuwertury czekoladowej pozwalała na produkcję czekolady i wyrobów czekoladowych oraz związaną z nią obróbkę ziarna kakaowego. Zakład nr 2 we Wrzeszczu specjalizował się w produkcji galaretek wielosmakowych, bloków grylażowych oraz tzw. wyrobów wschodnich czyli chałwy i sezamków. Zakład nr 3 wytwarzał karmelki twarde i nadziewane oraz lizaki. W 1977 roku na mocy zarządzenia wojewody gdańskiego przyłączono do „Bałtyku” fabrykę wyrobów cukierniczych zlokalizowaną w Gdyni. Jej specjalnością stała się produkcja galaretek, żelek, a także popularnych wówczas wśród kierowców cukierków auto-caffe”.
Jak wspomnieliśmy papier dostaliśmy od naszego przyjaciela. Oto jak on opowiada o jego pochodzeniu:
Opowieść o papierze cukierków „Bałtyk” to historia szwindli dziadka Franca… Dziadek był zaopatrzeniowcem w jednym z pomorskich PGR-ów i odpowiadał za „załatwianie” wszystkiego. Swoim lśniącym Starem, obwieszonym proporczykami LZS-ów, przemierzał cały kraj, realizując zlecenia – także te nie do zrealizowania. Kiedy kierownik PGR-u bronił pracy inżynierskiej na akademii rolniczej, Franc woził tony ziemniaków i transporty bydła kadrze profesorskiej. Mokre, nie nadające się do niczego zboże Państwowe Zakłady Zbożowe przyjmowały tylko od jednego kierowcy. Nieosiągalne dla nikogo części do traktorów i maszyn zdobywał w Polmozbytach tylko jeden facet. Pijany dyrektor, który na polowaniu zastrzelił ciężarną łanię też wiedział do kogo w nocy zadzwonić. Milicjanci lokalnej drogówki zamiast kontrolować samochód i stan trzeźwości kierowcy, przyjaźnie machali rękami, bo doskonale wiedzieli kto zaopatruje dowódcę ich wydziału. Nie mieli pojęcia, że po zwyczajowym „cześć” i minięciu radiowozu, dziadek zawsze dodawał jak panowie mają na imię i czym zajmują się ich matki… Franc wiedział jak gadać z ludźmi, a co chyba ważniejsze – wiedział kiedy przestać mówić i zacząć działać (polewać). Dzięki tej wyjątkowej umiejętności przez lata potrafił zorganizować wszystkie z oficjalnych (lub nie do końca) zleceń. Pracując na konto PGR i przełożonych zawsze jednak pamiętał o swoich małych sprawach… Na każdej trasie zjeżdżało się do zaprzyjaźnionych rolników, którzy w czasach PRL mieli spore kłopoty ze zdobyciem paliwa. Zaopatrzeniowcy i handlowcy w miastach zawsze szeroko otwierali ramiona na pegerowskie souveniry – mleko, śmietanę, jaja, czy mięso. Zarabiało się jak mówił „na kieliszek chleba”. Prócz gotówki dało się zdobyć wiele innych ciekawych rzeczy: pas milicyjny, blachę na garaż, czy rolkę papieru do zawijania cukierków. Franca nie ma już od paru lat, Star dawno ze złomowany, ale bela firmowego papieru „Bałtyk” odnalazła się niedawno na dnie szuflady babci.
Na deser tej wyjątkowej opowieści Janusz Rewiński zaśpiewa nam o Starze z cukierkowej historii:
Na ogół wspominamy tutaj dobrze się nam kojarzące przedmioty i zjawiska z okresu naszego dzieciństwa. Nie ukrywamy jednak, że rzeczywistość była wtedy przerażająca. Dzisiaj o jej części opowiemy, a dokładniej o tej określanej skrótem ORMO. Pretekstem do tego są przedmioty, które ostatnio zasiliły naszą kolekcję. Oto kask oraz gazeta.
Oberschlesische Actien-Gesellschaft für Fabrikation von Lignose Schiesswollfabrick für Armee und Marine in Kruppamühle, czyli Górnośląska Spółka Akcyjna do Produkcji Lignozy – Wełny Strzelniczej dla Armii i Marynarki w Krupskim Młynie – tak nazywał się zakład, który w latach 70. XIX wieku powstał w miejscu dawnego młyna w małej miejscowości na Śląsku. Produkowano tam m.in. proch. W 1945 roku fabrykę przejęli żołnierze radzieccy. Szybko przekazali ją nam i powrócono tam do produkcji, chociażby dynamitu. W latach 60. do oferty wprowadzono także tworzywa sztuczne. Produkowano tam m.in. zderzaki do Fiata 126p. Tam też, jak pokazuje metka naszego kasku, powstawały osłony na głowy członków ORMO.
Kask najprawdopodobniej pochodzi z lat 60., bo dekadę później firma nazywała się już Nitron-Erg. To w zasadzie klasyczny motocyklowy orzech tylko, że z napisem i niebieskim pasem. Ma też zresztą z boku wytarty już znaczek Nitron. Tworzywo uzupełnione zostało skórą chroniącą uszy i szyję z tyłu głowy.
O samej ORMO nie będziemy się rozpisywać, bo historię tej organizacji bez problemu znajdziecie w sieci. Przejdźmy zatem do związanej z nią gazety. Oto ukazujący się od kwietnia 1945 roku tygodnik Milicji Obywatelskiej „W Służbie Narodu”. Mamy numer z 21 lutego 1982 roku.
Na zdjęciu członek, jakżeby inaczej, ORMO. Numer jest z okresu stanu wojennego i zawiera przerażające, absurdalne teksty o szlachetnych ideach służby i przykładach wiernych członków ORMO. Wyśmiewani są tu również opozycjoniści. Nawet jeżeli zdarzało się, że ormowcy pilnowali porządku na ulicach to nie ma wątpliwości, że była to formacja wykorzystywana do umacniania władzy komunistycznej.
Oto przykład tekstu pokazującego jak miło i „przyjacielsko” dla mieszkańców czas spędzali członkowie ORMO z Boguchwały – czy tylko mi ta nazwa wydaje się nieprzypadkowa?
Są też „piękne” peany na rzecz członków Wojsk Ochrony Pogranicza.
Do tego absurdalne zdjęcia z pseudo służby ormowców.
Do ormowców list wystosował sam generał Czesław Kiszczak.
Nie brakowało informacji ze świata, a wieści nie były wesołe. Na Węgrzech panowała plaga alkoholizmu. Tak jakby u nas jej nie było. Gazeta podaje zatrważające dane. W 1980 roku 37% przestępstw popełniono pod wpływem alkoholu. Dwukrotnie wzrosła śmiertelność wśród mężczyzn, a do tego są stwierdzenia typu: „w dyskotekach już niemal normalnym zjawiskiem stał się widok pijanej dziewczyny”. U nas chyba nie było specjalnie inaczej.
Jak w wielu innych gazetach ostatnia strona zarezerwowana była na ciekawostki oraz anegdoty. Na przykład takie:
Jeszcze tylko opis redakcji gazety i jej ceny.
Pamiętamy, że PRL to był dla wielu straszny czas i na pewno jeszcze o tym będziemy mówić na naszym blogu.
Ten wpis to wynik niezwykłego spotkania w pięknym portowym mieście o wiele mówiącej nazwie… Porto. Otóż chodząc po niespecjalnie turystycznych uliczkach tego wyjątkowego miasta (chociaż Lizbona mogła by tu konkurować) natrafiliśmy przypadkowo na przesympatycznego pana, a co więcej, jego wyjątkowy sklep. Mieści się przy Rua do General Silveira 39. Z zewnątrz może nie prezentuje się zbyt okazale, ale w środku czeka na nas (tzn. zakręconych na punkcie przedmiotów sprzed lat) wiele magicznych przedmiotów.
Zacznijmy jednak od przedmiotu, który nas najbardziej zaskoczył. Nie chodzi o piękne aparaty sprzed stu lat, które miał sympatyczny Portugalczyk, ani stare samochody, lalki czy zapinak do guzików (nie wiem jak inaczej nazwać dziwne urządzenie, które nam pan pokazał). Chodzi o zdjęcie. Pan powiedział, że ma zdjęcie pewnej „słynnej” aktorki i nam je pokazał. Powiedział, że znalazł je w książce, która trafiła do niego pewnego dnia. Okazało się, że pan miał w swoich zbiorach taki wystawiony na widok okaz:
Ale nie o to przecież chodzi na naszym blogu. Skupmy się na naprawdę pięknych rzeczach. Pan ma umownie podzielone swoje skarby na działy. Jest na przykład półeczka Coca-Coli.
Laleczki, figurki i inne skarby.
Produkty apteczne i inne trucizny.
Jest też cała kolekcja gumek.
Do tego przeróżne tory wyścigowe.
I oczywiście dużo samochodzików.
Co ważne, pan właściciel sam reperuje te okazy. A nad bezpieczeństwem czuwa zestaw monitoringu. Oczywiście zabytkowy.
Właściciel ma w kolekcji przedmiot, który pamiętamy z naszego bloga.
Pozdrawiamy pana serdecznie i przy okazji przenosimy się do… kolejnego uroczego miejsca w Porto. To raj dla fanów komiksów, Tintina oraz przygód Jamesa Bonda. Wejście może nie wygląda okazale.
Ale w środku jest już raj.
Gadżetów była taka ilość, że musieliśmy szybko uciekać…
Tutaj zakupiliśmy w prezencie dla przyjaciela bloga taką piękną gazetkę „Tintin”.
Nowy Rok zaczniemy nietypowym wpisem. Chcemy bowiem opowiedzieć o pewnej bardzo ciekawej książce, którą w tym roku przyniósł nam Mikołaj. Oto opowieść o klasycznych grach video z przełomu lat 70 i 80.
To książka genialnego brytyjskiego wydawnictwa Shire, które wypuszcza takie małe pozycje na przeróżne, bardzo ciekawe tematy. Więcej o nich TUTAJ.
Nasza książka to „Classic Video Games” z 2012 roku. Jej autorem jest Brian R. Eddy, znakomity amerykański programista związany z firmą Midway Games. Eddy pracował przy takich mega hitach jak Arctic Thunder, Strangehold czy Medieval Madness.
W „Classic Video Games” opowiada o boomie na gry video na przełomie lat 70 i 80. Dużo tu informacji o samych grach, ale też trendach. Nie brakuje zdjęć automatów i screenów z gier.
Zaczyna się takim pięknym automatem z grą Computer Space, nazywaną pierwszą komercyjną grą video. Stworzyli ją późniejsi założyciele Atari Nolan Bushnell i Ted Dabney. Gra i automat pojawiły się na początku lat 70. Później pojawiły się m.in. kultowe Pong oraz Gunfight – pierwsza gra z użyciem broni na ekranie.
Lata 70. to także takie produkcje jak Night Driver, Breakout (maczał przy niej palce Steve Jobs), Space Wars, Atari Football (pierwsza gra sportowa), Lunar Lander, Galaxian, Asteroids i olbrzymi hit w postaci Space Invaders stworzony przez Japończyka Tomohiro Nishikado.
Lata 80. to z kolei ogromny rozkwit rynku i takie hity jak Battlezone, Berzerk, Centipede (pierwsza, którą polubiły kobiety, pewnie dlatego, że zabijało się w niej insekty), Defender, Tempest, Rally X i oczywiście Pac-Man. O nim pisaliśmy już więcej TUTAJ.
W książce pojawiają się także opowieści o Donkey Kong, wielkim hicie Nintendo wymyślonym przez Shigeru Miyamoto. W tej grze po raz pierwszy pojawił się przycisk pozwalający skakać oraz historia, która stoi za jej bohaterami – jak pisze Eddy.
Jako szczyt zachwytu nad grami Eddy wskazuje rok 1982. Automaty stały wtedy w Stanach niemal wszędzie. Weszły też do kina, to za sprawą gry Tron. Gra i film Disneya pojawiły się w tym samym roku. Inne przeboje tego okresu to Zaxxon (gra pojawiła się w filmie „WarGames”), Robotron, Q*bert i Moon Patrol.
Schyłek tego boomu to rok 1983. Rynek się nasycił i zainteresowanie zaczęło spadać. Za to w tym okresie nie mogło zabraknąć gry nawiązującej do „Gwiezdnych Wojen”. Atari przygotowało Star Wars, w którym znalazły się oryginalna muzyka oraz kwestie z sagi, chociażby „Use the force, Luke”… Można w nią było grać m.in. na konsoli Atari 2600, którą mamy w swojej kolekcji. Pisaliśmy o niej TUTAJ.
Na naszym blogu nie zajmowaliśmy się jeszcze jedną z najlepszych gazet epoki PRLu, czyli „Przekrojem”. Mamy ich kilka w naszej kolekcji. Z okazji świąt przypominamy numer sprzed ponad 50 lat, świąteczny.
Tygodnik ukazywał się od 1945 roku. Założył go Marian Eile, który w naszej gazecie z 1963 roku wciąż jest redaktorem naczelnym. Tematem gwiazdkowego numeru, który kosztował 6zł są oczywiście święta.
Zacznijmy jednak od wiadomości ze świata…
Wśród newsów na przykład taki: „Pierwsza w kraju wypożyczalnia telewizorów powstanie w Warszawie w styczniu z inicjatywy „Expressu Wieczornego”.
Albo: „Starachowice obchodziły 15-lecie wyprodukowania pierwszego wozu Star-20”.
Niżej mamy propozycje lektur książkowych oraz reklamę Sylwestra w Zakopanem. Widać też oryginalny sposób na numerację stron za pomocą palców dłoni.
Nie brakuje humoru nadesłanego przez czytelników. Mój ulubiony fragment: „Miał krótki wzrok ponieważ nosił okulary”.
Nie mogło zabraknąć również propozycji sylwestrowych. Jaka fryzura, jak się malować? Oto odpowiedzi „Przekroju”.
Bardzo ciekawa jest rozkładówka z przykładowymi wycieczkami Orbisu oraz z sondą 33 osób z Warszawy jak spędzą okres świąteczny. Wśród zapytanych m.in. bufetowa, szatniarz, kapral MO, aktorki Barbara Rylska i Danuta Szaflarska, która odpowiedziała krótko: „Potańczę twista”.
Z wycieczek zagranicznych Orbisu na rok 1964 uwagę zwracają „30 dni ZSRR, Chiny, Wietnam” za 25 tysięcy zł. Jest też „3 tyg. z polowaniem przez Moskwę, Irkuck – 19.000”.
Na innej stronie młoda gwiazda Ewa Pokaz oraz zagadka kryminalna.
Kto odgadnie rozwiązanie dostanie specjalny prezent od BufetuPRL!
Proszę odpowiadać w komentarzach.
A teraz mały konkurs świąteczny PZU. Co byście napisali w tych ramkach?
Na koniec tradycyjnie humorystyczna ostatnia strona „Przekroju”z rysunkiem Eryka Lipińskiego (jego imię nosi Muzeum Karykatury w Warszawie) oraz Filutkiem Zbigniewa Lengrena.
Porucznik Borewicz, lokatorzy bloku przy Alternatywy 4 i taksówkarze ze „Zmienników” Barei – bohaterowie przebojów telewizyjnych epoki PRL podbijają rynek gier planszowych. Przyjrzałem się im w tekście dla dodatku „Kultura” DGP, przyglądam się na naszym blogu. My mamy w posiadaniu „07 zgłoś się”.
Miszcz dokonał napadu w hotelu Forum, Taksiarz dopuścił się fałszerstwa na wyścigach konnych na Służewcu, a Chudy szantażował w hotelu Victoria. Z takimi sprawami można się zderzyć, grając w „07 zgłoś cię”. To kolejna, po „Zmiennikach” i „Alternatywy 4”, gra nawiązująca do polskich seriali z epoki PRL.
Patent jest prosty. Wykorzystuje bowiem wszechobecną „tęsknotę” do minionej epoki. W różnych kanałach telewizyjnych wciąż brylują seriale „Stawka większa niż życie”, „07 zgłoś się” czy „Alternatywy 4”. Ciągle powstają knajpy nawiązujące klimatem do PRL (podają galaretę, a z głośników leci Krzysztof Krawczyk). Wychodzą wznowienia płyt z muzyką z tamtych lat, na półkach lądują odświeżone produkty popularne dekady temu, chociażby buty Relaks. Do czasów wyrobów czekoladopodobnych i polo-cockty możemy się również przenieść dzięki wspomnianym grom planszowym. Obok popularnych „Kolejki” i „Pan tu nie stał”, które odnoszą się ogólnie do epoki, pojawiły się planszówki serialowe.
Od razu trzeba powiedzieć, że gra „07 zgłoś się” do serialu z porucznikiem Borewiczem nawiązuje jedynie klimatem. Nie ma tu ani Borewicza, ani Zubka czy Jaszczuka. Żadna postać z gry nie odnosi się do tej z serialu. Zachowany został jednak klimat lat 70. i 80. Akcja gry toczy się w różnych warszawskich lokalizacjach, od Pałacu Kultury i Nauki, przez Tor Wyścigów Konnych, lotnisko Okęcie, hotele, po Stare Miasto. Przestępstwa też są charakterystyczne dla tamtych lat, ścigamy bowiem nie tylko złodziei i morderców, ale też spekulantów i cinkciarzy. Podczas prowadzenia śledztwa możemy wysyłać patrole. Mamy do dyspozycji samochody, którymi poruszał się Borewicz, czyli polonezy i duże fiaty.
Mechanika gry została oparta na pomyśle Martina Wallace’a, twórcy popularnej gry dedukcyjnej o detektywie z Los Angeles „P.I.”. Autorzy w rozmowie z serwisem GamesFanatic.pl przyznali, że „07 zgłoś się” to pokłosie ich współpracy z Telewizją Polską przy grze „Czas honoru: Operacja Most III”, która w zeszłym roku odniosła sukces. Jeżeli „07 zgłoś się” też trafi na podatny grunt, a to raczej więcej niż pewne, to możemy się spodziewać kolejnych serialowych planszówek. Szkoda tylko, że odwołanie się do serialu z Bronisławem Cieślakiem jest symboliczne, to tylko wabik dla fanów. Dużo ciekawiej byłoby, jak Borewicza i jego kolegów oraz koleżanki z komendy moglibyśmy zobaczyć nie tylko na opakowaniu do gry, ale też wcielić się w nich w samej grze. Zapewne problemem były tu prawda do wykorzystania wizerunków z serialu.
Podobny wytrych zastosowali twórcy gry „Alternatywy 4”. Mamy tu blok przy Alternatywy 4, peerelowskie realia, nawet postaci z serialu, czyli gospodarza domu Stanisława Anioła, profesora Dąb-Rozwadowskiego, śpiewaczkę Kolińską albo Józefa Balcerka. Nie zobaczymy jednak prawdziwych zdjęć postaci z serialu, a jedynie karykaturalne rysunki przypominające bohaterów. Z jednej strony wykonujemy różne działania, które przynoszą nam punkty, z drugiej – staramy się zaszkodzić sąsiadom.
Ci sami autorzy, czyli Robert Sypek i Maja Mirska, przygotowali też inną grę, „Zmiennicy”, która nawiązuje do serialu Stanisława Barei. Wcielamy się w kierowcę WPT realizującego zlecenia przewiezienia różnych osób. Akcja jest osadzona w podobnych miejscach co „07 zgłoś się”. Zamiast prawdziwych zdjęć mamy rysunki postaci przypominające osoby z serialu.
Zaletami tych gier są na pewno dość proste zasady i klimat. Szkoda tylko, że gry nie wykorzystują rzeczywistych zdjęć z telewizyjnych serii. Oby to się zmieniło przy następnych planszówkach nawiązujących do przebojów małego ekranu sprzed lat, bo gry oparte na „Tulipanie”, „Siedmiu życzeniach” czy „Janie Serce” wydają się kwestią czasu. Póki co, zagramy Borewiczem…
Nie był ani szybki, ani wygodny, nawet niespecjalnie tani. A jednak fiat 126, czyli maluch, stał się legendą polskiej motoryzacji i popularnym motywem w popkulturze. Za sprawą wydanej właśnie książki „Maluch. Biografia” Przemysława Semczuka nadszedł czasy by opowiedzieć o maluchu w polskiej kulturze, głównie kinie.
Na początku tego wieku w Bielsku-Białej miejscowe radio zorganizowało plebiscyt na symbol miasta. Drugie miejsce zajęli Bolek i Lolek, wygrał fiat 126p. To nie był koniec czczenia malucha w tym mieście. Kilka miesięcy temu otwarto poświęconą autku kawiarnię, Maluch Cafe. Patrząc na historię samochodu, jaki ślad zostawił w naszej popkulturze, takie wyróżnienia nie powinny dziwić.
„Znowu liście spadły miła na nasz dach/ wyjdź z łazienki jeszcze raz rzućmy okiem/ jak tam stoi wśród innych taki sam - ale nasz/ na niewielkim parkingu przed blokiem/ popatrz miła, jaki obcy jest ten świat/ dotąd dom był jedynym schronieniem/ teraz mamy już drugie, te są innych, ten nasz/ odkąd przestał być tylko marzeniem” - to fragment piosenki, do której słowa napisał w 1976 roku (trzy lata po tym, jak maluch wyjechał na nasze drogi) kompozytor, działacz polityczny w stanie wojennym był internowany w Białołęce, Jan Krzysztof Kelus.
Dwie dekady później kompozycję przypomniały Elektryczne Gitary. O Maluchu śpiewała też w telewizyjnej reklamie Halina Frąckowiak, a w numerze „Nie płacz, Ewka” wspominał go, jako szczyt marzeń Perfect. Te przykłady podaje w swojej książce „Maluch” Przemysław Semczuk. Jak pisze, środowiska artystyczne zainteresowały się samochodem już w momencie jego narodzin, czyli czerwcu 1973 roku, kiedy pierwsze maluchy zaczęły zjeżdżać z taśm fabryki w Bielsku-Białej. Do zakładu zawitała ogromna (200-osobowa) grupa uczestników Krajowego Spotkania Przedstawicieli Środowisk Twórczych. Byli wśród nich przedstawiciele przeróżnych dziedzin, od filmu, przez literaturę, po muzykę. W zakładowym Dyskusyjnym Klubie Filmowym Andrzej Wajda pokazał nawet swój najnowszy film „Ziemia obiecana”. Obok twórcy „Kanału” do Bielska-Białej zawitali też chociażby reżyserzy Jerzy Kawalerowicz i Jerzy Passendorf.
Niby Pani sobie odpoczywa, a jednak prawie czci…
Maluch jest przede wszystkim kojarzony z „Czterdziestolatkiem”. Czerwonym modelem z chromowanymi zderzakami jeździł główny bohater inżynier Karwowski. Po sukcesie serialu fiaty 126p nawet nazywano jego nazwiskiem.
Trudno nie zauważyć też malucha w komedii „Nie ma mocnych” Sylwestra Chęcińskiego, która pojawiła się na ekranach rok po debiucie auta. Z kolei dwie dekady później męczył się w nim bohater „Nic śmiesznego” Marka Koterskiego, Adaś Miauczyński (Cezary Pazura). Adaś nigdy nie mógł domknąć drzwi od swojej pomarańczowej maszyny, zamknąć do końca okna, nie mówiąc już o odpaleniu. Maluch pojawiał się też na ekranie później, chociażby w „Drogówce” Wojtka Smarzowskiego (auto postaci granej przez Henryka Gołębiewskiego) albo jako środek transportu głównego bohatera (gra go Maciej Stuhr) filmu „Fuks”. Widać go zresztą też na ekranie w zagranicznych produkcjach, ale jest tam jedynie statystą: scena z serialu „Czarna lista” kręcone na Kubie, gdzie eksportowaliśmy przez wiele lat maluchy. W większej roli samochód pojawił się w komedii „Była sobie zbrodnia” z 1992 roku. Radiowozem maluchem jest tu przewożony James Belushi. Nasze małe autko pojawiło się też w japońskiej anime „FLCL”.
Zdjęcie z wyprawy maluchami dookoła świata
Wracając do PRL, tutaj też mieliśmy animację z maluchem. Samochodem jeżdżą Bolek i Lolek w edukacyjnym filmie „Szerokiej drogi” z 1976 roku. Trudny fakt zdobycia auta w tamtych czasach poruszyła Szarlota Paweł w swoim komiksie z serii „Kubuś Piekielny” wydanej pod koniec lat 70. Tutaj bohaterowie walczą o malucha na loterii. Semczuk w swojej książce podaje przykłady ludzi kultury, którzy walczyli o malucha w świecie realnym. Wśród nich byli Jacek Fedorowicz (chciał samochód dla żony) albo operator Witold Sobociński, który nazwał go „bezsprzecznie najlepszym samochodem wśród wozów małego litrażu”. Autor przypomina też wyjątkową imprezę, jaką zorganizowano z okazji wyprodukowania milionowego egzemplarza. W marcu 1980 roku w katowickim Spodku odbył się „Wielobój gwiazd”. Artyści występowali między zawodami drużyn zakładowych, polegającymi na przykład na złożeniu malucha na czas. Imprezę prowadzili Tadeusz Sznuk oraz Wojciech Pijanowski, a na scenie brylowali artyści z zagranicy (m.in. wokalista Josef Laufer z Czechosłowacji) oraz nasze gwiazdy. Wśród nich Maryla Rodowicz, która przez chwilę nawet miała swojego malucha. Dostała go jako nagrodę na festiwalu w Sopocie, ale jak sama przyznała od razu go sprzedała.
A to zdjęcie włoskiego modelu z albumu „Samochody w PRL-u”
O popularności „kaszlaka” świadczy liczba żartów, jakie krążyły o nim w PRL. Semczuk przytacza wiele z nich, chociażby taki: „Podobno Szwajcarzy zakupili ostatnio większą partię maluchów - do drążenia dziur w serze”. Na uwagę zasługuje też fakt, że auta stały się środkiem transportu dla trzech śmiałków, którzy 1976 roku wyruszyli nimi w podróż dookoła świata. Opowieść o ich wyprawie to jeden z najciekawszych wątków w książce.
Po 27 latach, we wrześniu 2000 roku zakończono produkcję malucha, składając w Polsce łącznie ponad trzy miliony, trzysta tysięcy egzemplarzy. Samochód przeszedł do legendy, także popkultury.
Tak redaktorzy gazety „Motor” pokazali na okładce zimę w 1988 roku
Maluch nie był jedynym samochodowym aktorem w polskim kinie i telewizji. Na ekranie brylowały syreny, które produkowano w latach 1957-83. Skarpeta pojawiła się m.in. w serialach „Dom” i „Siedem stron świata” oraz „Rozmowach kontrolowanych”.
Rządziła też warszawa, czyli nasza wersja radzieckiej pobiedy. Gościła w „Czterdziestolatku” (w wersji milicyjnej), „Wakacjach z duchami” (także z logo MO), „Wojnie Domowej”, „Kapitan Sowa na tropie”, „Nie lubię poniedziałku” (taksówka) i „Małżeństwie z rozsądku” (też jako taksi).
Pod koniec lat 70. pojawił się polonez, dla którego nazwę wymyślili uczestnicy plebiscytu „Życia Warszawy”. Można go zobaczyć w wielu filmach z lat 80., chociażby „Wielkim Szu”, „Wściekłym”, „Zabij mnie glino”. Jeździł nim Stanisław Tym w „Misiu” oraz porucznik Borewicz (białym modelem).
Ten ostatni w początkowych odcinkach serii „07 zgłoś się” prowadził inny samochód, chyba najbardziej rozpowszechniony w kinie i telewizji. Chodzi o dużego fiata, czyli fiata 125p, od 1983 r. nazywanego FSO 125p. Z „kwadratem”, „kanciakiem”, „kredensem”, jak nazywany był duży fiat wiąże się jedna z najbardziej widowiskowym scen „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”, kiedy przypadkowo zamieniono go na kabriolet. Duży fiat to jeden z najważniejszych bohaterów serialu „Zmiennicy” Stanisława Barei. Tu był słynną żółtą taksówką o numerze 1313. Pojawił się w niezliczonej liczbie fabuł, także współczesnych, chociażby „Sztosie”, „Domu złym” czy „Jacku Strongu”. Poza tym także w zagranicznych tytułach, m.in. bułgarskim „Człowieku na jezdni” (1987), co nie powinno dziwić, bo eksportowano go do wielu krajów, m.in. Francji, Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii, Jugosławii, NRD, Ameryki Południowej, Iranu i Bułgarii właśnie. Fiat doczekał się nawet komiksowej okładki. Czerwony 125p pojawił się też na okładkach „Na zakręcie” oraz „Zatrzymać niebieskiego fiata”, komiksów z serii „Kapitan Żbik”.
W czasach mojej młodości słodycze wyglądały, delikatnie mówiąc, inaczej niż teraz. Jadło się domowej roboty czekoladę, o której produkcji pisaliśmy TUTAJ. Ciocia robiła słynne kulki z płatków, do tego oczywiście chleb z masłem i cukrem. W wyrabianiu słodyczy pomagały też takie urządzenia jak nasz dzisiejszy bohater, zdobycz z ostatniej garażówki w klubokawiarni KiciaKocia.
To radziecki zestaw z maszynką do wyciskania ciastek, kremu pochodzący z końca lat 70. Kosztował 6 rubli. Wyprodukował go zakład z Kamieńca Podolskiego, dziś należącego do Ukrainy. To miasto z ogromną historią. Opis oblężenia Kamieńca Podolskiego przez Turków znalazł się w „Panu Wołodyjowskim” Henryka Sienkiewicza.
Zasady działania urządzenia są bardzo proste, trochę jak w wyciskaczu silikonu itp. Pompuje się górną częścią i w środku obniża się okrągła nakładka, która wyciska krem.
W zestawie jest kilka różnych końcówek, dzięki którym wychodzą różne formy ciastek.
Jest też instrukcja wyjaśniająca jak to działa i co można uzyskać, jak wyrabiać nie tylko ciastka, ale też dekorować ciasta albo torty.
Przy okazji postanowiliśmy powrócić do słodkich przepisów sprzed lat. Kilka znaleźliśmy w pierwszym roczniku „Przyjaciółki” z 1948 roku, o którym pisaliśmy TUTAJ. W nim na przykład przepis na ciastka z płatków owsianych.
Dalej kruche ciastka z marmoladą.
Wreszcie bardzo ciekawy zestaw. Czekoladki zrobione w domu, makagigi z niestęchłego maku oraz coś co nie nazywa się najlepiej, ale pomaga na kaszel: cukierki ślazowe.
My na pewno skorzystamy z tej maszyny podczas operacji: świąteczne wypieki.