Category Archives: Zabawki

Czas wolny w PRL cz.1: Pochody, emdeki, mpiki i kinofikacja

Czas wolny w PRL… niektórzy mieli go niewiele, inni nie bardzo wiedzieli co z nim zrobić. Wiecie, że  w badaniach, które przeprowadzono na początku lat 70. niemal 80 procent osób przyznawało się, że nie umie wypoczywać. Ja nie miałem z tym wielkiego problemu. Czy to był czas wolny w weekend, czy w tygodniu po szkole. Ale miałem to szczęście, że wychowywałem się w okresie, w którym soboty były już wolne. Warto pamiętać, że przez niemal trzy dekady tylko niedziela była wolnym od pracy dniem w tygodniu. Co obywatele robili wtedy ze swoim czasem wolnym? Co robili w dni powszednie po pracy i w soboty? Jak korzystali z tego, co oferowało im państwo?

Dziś rozpoczynam cykl wpisów poświęconych wolnym chwilom w PRL. Co tydzień będę opowiadał o innym aspekcie relaksu, wypoczynku. Przedstawię wam wiele osobistych historii, ciekawostek, cytatów z ówczesnej prasy, filmów, książek. Poznacie kilka wyjątkowych osób. A wszystko to związane z książką „Czas wolny w PRL”, która ukaże się 27 maja (także w formie ebooka). Właśnie o czasie wolnym w PRL. Miałem przyjemność ją popełnić i bardzo chętnie się z wami podzielę tym, co będziecie mogli w niej znaleźć (jeżeli zechcecie po nią sięgnąć). A na koniec 8-odcinkowego cyklu będzie mały quiz z super nagrodami z epoki.

Ja pamiętam różne niedziele. Czasami rodzice prosili bym poszedł na mszę. Potem były lody w lodziarni „Magnolia” (przed wejście stało piękne drzewo). Obiad w domu, zazwyczaj specjalny, czyli na przykład pieczony kurczak z ziemniakami i mizerią. Wieczorem zabawa klockami Lego, bajka, a pod koniec lat 80. program „Bliżej świata” z fragmentami audycji z satelity (był tam Benny Hill, moda, czasami jakiś teledysk).

Pisząc książkę „Czas wolny w PRL” znalazłem wiele materiałów, które świadczyły o tym, że była spora grupa obywateli, którzy niespecjalnie wiedzieli, jak spędzić wolną niedzielę.

„Nienawidzę niedzieli. Od siedmiu lat, tzn. od czasu kiedy rozwiodłam się z mężem, niedziela jest dla mnie dniem koszmarnym. W niedzielę zabija mnie samotność i beznadziejność […], najwięcej ukojenia psychicznego przynosi mi książka, oczywiście wartościowa. Toteż w niedzielę czytam dużo, zamknięta w czterech ścianach pokoju, ale nawet i wtedy na dnie mego serca czai się gorycz i rozdrażnienie. Taka jest moja niedziela” – zwierzała się w pewnej ankiecie urzędniczka na stanowisku kierowniczym, lat 39.

Władza starała się zrobić wiele, żeby obywatele się nie nudzili. Wiadomo, jak się nudzisz to przychodzą ci do głowy głupie rzeczy. Dlatego, na przykład, organizowano liczne festyny. Całe rodziny ciągnęły do budek z watą cukrową, wodą sodową. Można było sobie zrobić zdjęcie z małpką albo kucykiem. Odbywały się miejskie wyścigi rowerowe, potańcówki „na dechach” – skleconym z desek parkiecie tanecznym pod gołym niebem.

Nie brakowało wielu innych aktywności fizycznych, szczególnie dla młodzieży. Pokazują to okolicznościowe proporczyki, które udało mi się zebrać.

   

 

Przez całą epokę PRL-u bezsprzecznie największym świętem państwowym było Święto Odrodzenia Polski – 22 lipca – czyli rocznica ogłoszenia Manifestu PKWN. To były, tak zwane „urodziny PRL-u”. Rokrocznie ten dzień naznaczony był ważnymi wydarzeniami państwowymi. 22 lipca uchwalono konstytucję PRL (1952), w Warszawie oddano do użytku Stadion Dziesięciolecia (1955), w Bielsku-Białej rozpoczęto produkcję fiata 126p (1973). W 1955 roku tego właśnie dnia przekazano warszawiakom wielki prezent od Wielkiego Brata – Pałac Kultury i Nauki.

Z kolei imieninami był 1 maja. Podobnie, jak 22 lipca, dzień wolny od pracy. Na głównych placach i wzdłuż reprezentacyjnych arterii miast ustawiano wtedy trybuny dla przemawiających sekretarzy partii. Przed nimi defilowali robotnicy, rolnicy, nauczyciele, członkowie różnych organizacji, sportowcy, artyści, uczniowie. Sam pamiętam kilka takich przemarszów. Jako członek sekcji judo milicyjnego klubu sportowego Gryf w Słupsku szedłem z całą sekcją w pochodzie. Wcześniej pod nasz klub sportowy podjeżdżała nyska z flagami. Staraliśmy się wybierać te biało-czerwone, ale niektórym trafiały się czerwone, na cześć naszego „przyjaciela” zza wschodniej granicy. Niektórzy mieli jednak jeszcze gorzej, musieli nieść transparenty. I dźwigać nad głowami ciężar propagandowych haseł: „Dokerzy gdyńscy zawsze z tobą, towarzyszu Wiesławie”, „Ręce precz od Wietnamu!”, „Niech żyje Chińska Republika Ludowa – potężny kraj pokoju i socjalizmu!”.

Uroczyście odchodzono nie tylko święta państwowe, ale też branżowe – dzień górnika, metalowca, pracowników handlu, stoczniowca itp. A do tego centralne dożynki.

Od 21 lipca 1973 roku obywatele mieli jeszcze jeden pretekst do świętowania. To była pierwsza wolna sobota w PRL-u.  Ale, żeby jednak nie było tak łatwo, to wolne soboty należało odpracować.

Do pracy władza zaganiały obywateli podczas czynów partyjnych i społecznych. Bardzo często te akcje związane były ze świętami państwowymi i zjazdami partii. Na przykład w 1986 roku chwalono się, że dla uczczenia X Zjazdu PZPR w zakładach sprzętu grzejnego Wrozamet we Wrocławiu kilkudziesięciu członków organizacji młodzieżowej wraz z załogą zakładu zrobiło 200 kuchenek gazowych typu Ewa13.

Na szczęście władza organizowała czas wolny obywatelom nie tylko wysyłając ich na pochody i „zapraszając” na czyny społeczne. Domy kultury – były to wyjątkowo żywe obiekty skupiające przede wszystkim młodzież, organizowały im czas. W takich domach dzieciaki mogły nauczyć się modelarstwa, fotografii, obejrzeć filmy (pamiętam pokazy filmów z Sylwestrem Stallone z kaset vhs), zapisać się do teatrów amatorskich. Piszę o nich w książce. Opowiadają mi o nich jedni z wyjątkowych bohaterów, do których udało mi się dotrzeć.

Pan Jerzy Lach, który w połowie lat 80. stworzył jeden z najlepszych teatrów amatorskich w Polsce, czyli Teatr im. Alberta Tison w Żninie.

Pan Tadeusz Sakowski, który pierwszy teatr zorganizował w kotłowni swojego bloku na Saskiej Kępie, jak był jeszcze nastolatkiem. Po latach realizował pasję w domu kultury swojej dzielnicy. Pana Tadeusza kojarzą na pewno też miłośnicy caravaningu, bo to słynny „Papa Camper”. I o początkach polskiego caravaningu też piszę w książce.

 

Ale domy kultury nie służyły tylko teatrom, modelarzom. W jednym z takich ośrodków w Częstochowie muzyczną karierę zaczynał Muniek Staszczyk z zespołem T.Love. W 1983 roku, w studiu w Miejskim Domu Kultury, nagrali swój pierwszy materiał demo. Następnie w Domu Kultury Stradom zagrali pierwszy koncert pozaszkolny, organizowali tam też festiwal Punk Arena.

W maju 1985 roku Dom Sztuki na warszawskim Ursynowie odwiedzili bohaterowie niezwykle popularnego brazylijskiego serialu „Niewolnica Isaura”, czyli Lucelia Santos i występujący w roli okrutnego Leoncia – Rubens de Falco. Gwiazdy popijały wodę mineralną oraz napój „Ptyś”.

Wyjątkowe były nie tylko domy kultury, ale też ośrodki „Praktyczna Pani” organizowane przez WSS „Społem” i coś o czym w „Baedekerze warszawskim” Olgierd Budrewicz pisał tak: „Ta instytucja to takie bary mleczne dla ludzi z potrzebami kulturalnymi”.

Chodzi o Klub Międzynarodowej Prasy i Książki, zwany w skrócie MPiK-iem Pierwszy otwarto w Warszawie w 1948 roku w okazałym gmachu przy placu Unii Lubelskiej (róg Bagateli). Potem otwierano kolejne. Do dziś działa ten przy palmie. Przez pierwsze 10 lat istnienia klubów przewinęło się przez nie około 5 milionów osób. Cieszyły się ogromną popularnością, m.in. dlatego, że można tam było poczytać zagraniczną prasę, i to nie tylko radziecką.

Z kolei na wsiach działały kluby „Ruchu” i Kluby Rolnika. Można było w nich poczytać gazety, pograć w gry planszowe, obejrzeć telewizję. Na wsie przyjeżdżało też kino objazdowe (furmanki, nysy) oraz teatry.

Po wsiach jeździły specjalnie przygotowane kinowozy, samochody marki Lublin (w środku było nawet miejsce do spania dla kierowcy-operatora i piecyk do ogrzania wnętrza), a potem Nysa. Standardowy model przerobiono tak, by mógł przewieźć bezpiecznie urządzenia do projekcji filmów. Niektóre modele tylko przewoziły sprzęt, a kierowca, i zarazem operator, ustawiał go na miejscu w świetlicy wiejskiej albo remizie. W takiej „sali kinowej” było duszno i gorąco, często niewiele też było widać (z powodu palonej machorki) i słychać (słaba jakość aparatury). Za to nierzadko te przyjazdy kończyły się po seansie wspólną balangą widzów.

Więcej o objazdowej kulturze też przeczytacie w mojej książce.

Polecam`ją tym, którzy przeżyli tamten czas i pewnie odnajdą w niej fragmenty swoich przeżyć, ale też tym, którzy PRL-u nie pamiętają. Dzięki niej poznacie, mam nadzieję, kilka ciekawych opowieści o tym, jak różne oblicza miał wtedy czas wolny. Jedni zdawali się na to, co proponowały władze. Inni nie pozwalali się zamknąć w sztywnych ramach peerelowskiego „jedynie słusznego” relaksu i płynęli osobnym nurtem.

Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

A przedsprzedaż TUTAJ.

Kolejna opowieść o czasie wolnym w PRL na blogu za tydzień. Czekam również na Wasze opowieści.

Otagowane , , , , , , ,

Domgos i Kora

Pamiętacie, jak dotykało się językiem płaskiej baterii i sprawdzało czy kopie, znaczy działa? Albo jak bawiło się w podchody w nocy biegając z latarkami po lesie? A może jak wsadzało się latarki w usta i straszyło dziewczyny świecącą twarzą? Wystarczyła płaska bateria, latarka i była zabawa!

Mam kilka latarek i baterii sprzed lat w swojej kolekcji. Najbardziej pamiętam właśnie taką szarą. Miała z tyły metalowy zaczep. Wieszaliśmy ją podczas biwaków w naszym namiocie u góry, by móc jeszcze trochę pogadać przy świetle. Działała na baterię płaską, czyli 3R12, 4,5 V.

 

Latarkę produkowały w latach 80. Częstochowskie Zakłady Mechaniczne, które miały uroczy skrót CZM DOM-GOS. Założony na początku lat 60. zakład już nie istnieje. Produkował artykuły gospodarstwa domowego, ale też na przykład sprzęt dla milicji.

Latarka ma banalnie prostą konstrukcję. Łatwo się otwiera, by zmienić żarówkę czy baterię. Podobnie jak późniejsza latarka, czyli Kora.

Produkował ją zakład Elektron ze Starogardu Gdańskiego. Przed II wojną, te Zakłady Wytwórcze Ogniw i Baterii nazywały się Daimon i również produkowały podobne rzeczy.

 

Konstrukcja jest bardzo podobna do tej poprzedniej, tylko że wszystko mniej trwałe, bo z plastiku. Pochodzi najprawdopodobniej z przełomu lat 80. i 90. Z tego też okresu chyba pochodzi takie mistrzowskie dzieło.

Oto eko-latarka, produkt poznańskiego Wydawnictwa Towarzystwa Chrystusowego założonego w latach 30. XX wieku. To chyba najprostsza forma latarki w historii. W ten kartonowy pojemnik (autorstwa dyrektora Hlondianum, czyli Lecha Przybylaka) wsadza się płaską baterię, a od góry żarówkę i jest! Świeci się!

 

Prawda, że genialne w swojej prostocie.

Ale takie genialne wynalazki nie miałyby racji bytu, gdyby nie baterie 3R12. Mam kilka przykładów w kolekcji.

Produkcja polska i radziecka. Naszą wyprodukowały Poznańskie Zakłady Elektrotechniczne Centra. Ich historia sięga 1910 roku. Wtedy w Berlinie powstała firma produkująca baterie, która niemal dekadę później przeniosła się do Poznania. Po wojnie Centra także produkowała baterie, ale też na przykład akumulatory do samochód Syrena i Warszawa.

Kolejna bateria to już „baterija” z radzieckich zakładów Syrius. Wyprodukowano ją w 1969 roku.

 

A przy okazji, przypomnienie jeszcze jednej ekstra latarki, tym razem gadżetu reklamowego PEKAO.

Przeczytacie o niej więcej TUTAJ.

Otagowane , , , , , , , ,

Biegać, skakać, latać, pływać…

To było najważniejsze miejsce na podwórku. Fakt, czasami dochodziły od niego odgłosy trzepania dywanów, ale służył przede wszystkim nam, dzieciakom. Choć z drugiej strony to najczęściej młodzież trzepała dywany. W każdym razie chodzi o trzepak, jedno z najważniejszych miejsc związanych z odpoczynkiem, czasem wolnym, podwórkiem i w ogóle życiem młodzieży w PRL-u.

Moje dzieciństwo w latach 80. to przede wszystkim trzepak na podwórku w Słupsku. Graliśmy przy nim w siatkę, spotykaliśmy się by pogadać, w zimę rzucaliśmy przez niego śnieżkami. Obok była piaskownia, murek (graliśmy na nim w kapsle), huśtawka z opon i ślizgawka. Ależ to było niebezpieczne urządzenie. Metalowa konstrukcja pochłonęła palec sąsiada.

A o kapslach pisałem więcej TUTAJ.

 

Ale nawet trzepak albo piaskownica nie były nam potrzebne. No zobaczcie jaki musiałem być szczęśliwy wtedy na kocyku przed domem na trawie 🙂 A jeszcze mogłem zaimponować dziewczynom moim Wigry 3.

Często gościłem u rodziny w Gdańsku. Na Dolnym Mieście miałem babcię Zosię, wujka, ciocię i kuzynów. Obok ich kamienicy był super warzywniak, jeszcze z takim napojem.

Ale baaardzo fajna była też zdezelowana Warszawa tuż obok, oj było przy niej zabawy!

A co robili w tym czasie dorośli? No lepiej nie pytać…

Niestety, teraz o takich sposobach na spędzenie wolnego czasu można pomarzyć. A tak wzięłoby się Alfettę Spider albo Poloneza i pojechało na piknik…

Póki co, szykujcie się, bo nadchodzi dobrooooo

Otagowane , , ,

Szombierki, Gwardia, ROW

Legia w Pucharze Europy wygrywa z IFK Goeteborg 4-0 (na wyjeździe), Górnik Zabrze wygrywa z BK Aalborg w Pucharze Zdobywców Pucharów (też na wyjeździe, gola strzela Lubański), Ruch Chorzów remisuje z Fiorentiną (mecz na Stadionie Śląskim oglądało 80 tysięcy widzów), a GKS Katowice przegrywa 0-1 z Barceloną (oba mecze w Pucharze Miast Targowych). Te wyniki brzmią dziś jak żart, kiedy się patrzy na sytuację polskich klubów w Europie, ale w sezonie 1970/71 nie były niczym zaskakującym. O tym sezonie opowiada wyjątkowy zeszyt, który ostatnio zdobyłem.

 

Jego autorem jest pan Wojtek z warszawskiego Czerniakowa. Nie trudno się domyślić, fan futbolu. Takie albumy nie były niczym wyjątkowym przed laty. Sam prowadziłem taki w latach 90., o lidze NBA. Ten jednak wyróżnia się genialnym rysunkami. Popatrzcie na ten poniżej (po prawej). Cóż za fantastyczna sytuacja bramkowa! No i nawet reklamy się znalazły: „Margaryna Smaczna Tania Zdrowa”.

W zeszycie znalazły się wycinki z gazet sportowych o polskich ligach piłkarskich, reprezentacji, gwiazdach światowego futbolu. W II lidze grały wtedy m.in. Garbarnia, Cracovia, Odra, Hutnik, Urania i Motor. Z kolei w I m.in. Legia, Polonia, Gwardia, Szombierki, Stal, ROW i Zagłębie Sosnowiec.

Dla mnie jednak najfajniejsze są te rysunki. Co ciekawe, pan Wojtek nie tylko prowadził taki album, ale też trenował podwórkową drużynę.

A ty, jaki prowadziłeś zeszyt?

Bo, na przykład, moja ciecia prowadziła zeszyty Humor, o których pisałem TUTAJ.

 

A tu wspomnienie meczu GKS-u Katowice z Barceloną z 1970 roku:

Otagowane , , , ,

Wiewiórka radzi

Sylwester to czas zabawy… a może spędzić go z grą. Na przykład taką…

Trzeba i warto myć zęby – takie jest w skrócie przesłanie gry Spacer z Wiewióreczką. Zasady tej planszówki są bardzo proste. Trzeba dotrzeć do mety i kto zrobi to pierwszy wygrywa. Po drodze czekają jednak pułapki, ale też pomocnicze pola. Każdy z numerów odpowiada zadaniu. Dotyczą one higieny jamy ustnej, można się dowiedzieć co warto jeść, jak często myć zęby, jakiej pasty używać.

Po drodze są rysunki, które przypominają wiele przysmaków sprzed lat.

Wśród nich toffi, krówka, owocowa guma do żucia…

Tą piękną grę przygotował IRWiK – Ośrodek Poradnictwa Konsumenta. Domyślam się, że rozdawano ją w szkołach, w gabinetach dentystycznych.

Pamiętam różne akcje dentystyczne namawiające nas do mycia zębów w latach 80: od wspólnego szczotkowania w klasie, po pokazy jak należy to robić. Niewiele to dawało, bo każdy z nas panicznie bał się szkolnej dentystki, która na słowo „boli”, odpowiadała „ma boleć”.

Projekt graficzny tej gry przygotowała Małgorzata Wajszczuk, a konsultantką była dr Wiesława Sędrowicz.

Z jakich lat pochodzi ta gra? Myślę, że 80, ewentualnie 70. Mam nadzieję, że zachęciła kilka dzieciaków do mycia zębów…

Otagowane , , ,

Grzybowa i legumina

Ostatni dzwonek przed świętami! Nie macie jeszcze prezentów, nie wiecie co podać? Pierwszy rocznik „Przyjaciółki” z 1948 roku pomoże. Oto wybrane porady ze świątecznego numeru z grudnia 1948.

Najpierw menu. Kilka przykładów znam dobrze dziś, ale niektóre? Bo na przykład śledzie i grzybowa ok. Ale gdzie karp? Za to dużo dorsza no i legumina, czyli po prostu deserek.

Z prezentów bardzo popularne były wtedy książki. Poniżej propozycje dla dzieci. Przyznam, że nie czytałem żadnej 😦

Dla młodzieży idealnym prezentem był… karnet filatelistyczny. I to ze znaczkami z wyścigu Dookoła Polski (Tour de Pologne) ze stemplami z miast etapowych. Jak pisała redakcja to był idealny prezent „od matki dla syna” i od „siostry dla brata”.

Jak jednak pokazują moje listy do Mikołaja z lat 80, ja miałem inne priorytety.

Otagowane , , ,

Do zabaw rytmicznych

Kastaniety – brzmi jak narzędzie zbrodni… a to instrument perkusyjny do zabaw rytmicznych.

Pamiętacie go z przedszkola, może zerówki? Teraz udało mi się go zdobyć na jednej z wyprzedaży. I to w oryginalnym opakowaniu.

Zasady gry/zabawy były bardzo proste. Wystarczyło machać zabawką, plastikowe okrągłe elementy się poruszają i uderzają o siebie wydając dźwięki.

Nasze kastaniety pochodzą z połowy lat 80. Zabawkę wyprodukowała Spółdzielnia Rzemieślnicza Centrum z Warszawy. Czy napis na etykiecie „made in Poland” świadczy o tym, że były wysyłane do bratnich krajów?

Otagowane , , ,

Bolid Unitra Zatra

Stanisław Wierzbicki był mistrzem startów. Pokazał to także w swoim pierwszym wyścigu w serii Prefo. Wygrał start i to z samym Fittipaldim!

Jednak zawodnik zespołu sponsorowanego przez skierniewicki zakład Unitra Zatra już tuż za startem musiał walczyć z usterką swojego bolidu.

Fittipaldi na moment wyprzedził Wierzbickiego, ale ten wykorzystał wewnętrzną linię toru. Opóźniając hamowanie wyprzedził rywala.

Widać było, że bolid Wierzbickiego nie sprawuje się najlepiej, rzucało go po torze, ale kierowca z Katowic doskonale nadrabiał wady auta swoimi umiejętnościami i odwagą.

Jeszcze na ostatnim okrążeniu Wierzbicki prowadził. Fittipaldi był tuż za polskim kierowcą. I wtedy tragedia!

Tuż przed start-metą przednia oś w bolidzie Wierzbickiego pękła i ten cudem tylko ratuje się przed poważną kraksą. Jednak bolid staje, a Fittipaldi mija go na kilka metrów przed metą…

…może tak wyglądałby wyścig, powiedzmy w latach 70. gdyby w F1 jeździł Polak. Czy jego bolid byłby tak awaryjny? Te samochody na zdjęciu nie są łatwe w prowadzeniu. Na zakrętach trzeba zwalniać, by nie wylecieć z toru, cały czas kontrolować gaz. Robi się to za pomocą specjalnych sterowników.

Mają przycisk do regulowania prędkości. Są podłączone do toru i do transformatora. Ale ten zestaw wyścigowy, który dostałem od kolegi, ma też wersję dostępną na baterie.

Całość składa się z masy elementów. Są części trasy, elementy ogrodzenia, oznaczniki i wiele innych części. No i cały zestaw naprawczy z oponami, silnikiem itp, jak w boksie F1.

Zestaw można było powiększać i budować coraz większe tory. No właśnie, ten zestaw został zakupiony w Centralnej Składnicy Harcerskiej w Warszawie, zapewne w latach 70. Na opakowaniach są pieczątki z cenami, wahają się w okolicach kilkudziesięciu złotych.

Od lat 50. podobne składnice znajdowały się w wielu większych miastach w Polsce.

Elektryka nie jest jakaś skomplikowana, jak widać, ale i tak nie było łatwo uruchomić ten tor po wielu latach.

W zestawie jest też instrukcja, co ważne po polsku, dzięki której można dokonywać napraw, ale też zobaczyć różne ustawienia toru.

Jeszcze słowo o Prefo, czyli enerdowskiej firmie, która produkowała ten tor. Zajmowała się również m.in. modelami H0.

Firma powstała w Dreźnie, już w latach 20. XX wieku. Produkowała różne tory z różnymi samochodzikami. TUTAJ możecie poczytać więcej.

A jeszcze ciekawostka. Wiecie co to za model wyścigowego auta?

Otóż to Wartburg F3. No to jazda!

Otagowane , , , ,

Tajne przez poufne

Podobno w tych rejonach były kopalnie urany. Potwierdzają to najstarsi mieszkańcy. Dlatego, w pewien sposób odwzorowując okolice Lwówka Śląskiego i Pławnej na Dolnym Śląsku postanowiłem nawiązać do tej legendy.

Nie zacząłem jednak szukać uranu, a nawiązałem do legendy na mojej makiecie H0, którą buduję przede wszystkim z elementów sprzed lat. Są pociągi, domki, tory i wiele innych rzeczy oryginalnych z PRL-u. Możecie o niej przeczytać więcej w specjalnej zakładce Makieta H0.

Dziś opowieść o kolejnym elemencie. A zaczęło się tak…

Najpierw było kilka desek, elastyczny czarny materiał, styropian, mata udająca ziemię, trochę kleju i kilka chwil roboty.

Potem trzeba było zbudować wzniesienia, doczepić kopalnię. To jest tajne miejsce, wielu mieszkańców tak naprawdę nie wie, co się tu odbywa, choć wiedzą, że coś dziwnego.

Jak widać, Henryk, Zygmunt i Benio już pracują na dole. Warunki są ciężkie. Wentylatory niespecjalnie pomagają. Ale tajemnicze kryształy wydobywane pod ziemią powodują, że chce się pracować.

Sama kopalnia nie była specjalnie trudna do wykonania, gorzej ze wzgórzem.

Styropian oblepiony materiałem imitującym ziemię nie wyglądał najlepiej.

Ale po dołożeniu drzewek, piachu, konarów i innych leśnych historii zaczęło to wyglądać.

Jak widać na górze prace również trwają. Specjalny dźwig wyciąga wagonikiem towar na rampę i tam jest zabierany.

Jest też miły akcent, to pani Halina. Lubi się opalać, po prostu…

Wiele elementów jest tu niedokończonych, ale kto powiedział, że prace zostały zakończone..

Otagowane , , , , ,

Pan Henryk wylądował

Wreszcie! Wreszcie powróciłem do makiety H0, o której możecie przeczytać w specjalnej zakładce. Staram się ją robić przede wszystkim z przedmiotów sprzed lat. Teraz dołączył samolot.

Tym razem wykonałem Fokkera DR-1. Model marki Revell pochodzi z 1983 r. Nie był specjalnie trudny do złożenia. Kilka części, pilot. Jak widać zostawiłem oryginalny kolor plastiku, moim zdaniem sprawdza się idealnie.

Kiedy dostałem model w prezencie, postanowiłem wykorzystać go na makiecie. Skala nie jest idealna z H0, ale bardzo bliska. Żeby samolot mógł „wylądować” na makiecie musiałem zbudować lotnisko. Postanowiłem zrobić je z kawałka deski. Okleiłem ją, dołożyłem kilka gadżetów, namalowałem pas startowy i jest. Na zdjęciu poniżej widać też małe światła, znaczniki końca pasa.

Jasne, samolot Fokker DR-1, który produkowano w latach 1917-1918 nie mógł trafić na lotnisko małego aeroklubu w PRL… a może jednak. Wyobraźmy sobie, że pasjonat lotnictwa – pan Henryk – wszedł w posiadanie takiego samolotu po wojnie. Postanowił go odnowić, i wreszcie się udało! Genialny trójpłat z kratownicowym kadłubem krytym płótnem, który maksymalnie osiągał około 160 km/h, wylądował w naszym miasteczku. Pana Henryka nie witały jednak tłumy, tylko małżonka z dzieckiem i para miejscowych pijaczków.

Oczywiście ten fragment makiety nie jest jeszcze dokończony, ale pracuję nad tym 🙂

Tymczasem… niemal w tym samym czasie, pan Gerard zakupił piękną Skodę 100 na pobliskiej giełdzie. Nie mógł sobie nie zrobić z nią zdjęcia na rynku miasteczka. Niestety tutaj też załapał się jakiś miejscowy pijaczyna…

Otagowane , , , , ,
Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij