Podobno największą kolekcję takich opakowań posiada niejaki pan Kramsky, mieszkaniec Pragi. My mamy jej zalążek, ledwie kilka opakowań czekolady nadziewanej z serii „hobby” i „kolekcjoner”.
Starsza była kolekcja „hobby”. Zakłady Przemysłu Cukierniczego 22 lipca, czyli po prostu Wedel wpadły na genialny pomysł ich produkcji w latach 70. Powstawały w różnych smakach, m.in. mlecznym i owocowym. Dzieciaki mogły zbierać do specjalnych albumów aż 360 obrazków z dziedziny samochody, lokomotywy, samoloty i statki. Na odwrocie znajduje się ważna informacja. Po zebraniu 180 kuponów można było otrzymać specjalny album zaprojektowany przez genialnego grafika Bohdana Wróblewskiego.
Seria „hobby” cieszyła się taką popularnością, że postanowiono ją kontynuować serią „kolekcjoner”, która miała „kontynuować seriale ilustracji z różnych dziedzin historii materialnej naszej cywilizacji oraz zoologii i botaniki”. Mamy trzy opakowania takich czekolad nadziewanych z truskawkami.
Zdaje się, że na tych egzemplarza nie poprzestaniemy….
Kilka lat temu Wedel wypuścił nawiązującą do tej serii kolekcję vintage, no ale to już nie było to samo.
Zakończyły się właśnie igrzyska paraolimpijskie w RIO. Polacy spisali się znakomicie! Te piękne zawody podsunęły nam pomysł na kolejną garść wspomnień z naszego archiwum. Oto kilka przedmiotów powiązanych z igrzyskami, które mamy w kolekcji. Z igrzyskami w Moskwie 1980.
Na siedem miesięcy przed rozpoczęciem zmagań sportowych wojska radzieckie wkroczyły do Afganistanu. W efekcie igrzyska zbojkotowało kilkadziesiąt krajów, a wiele tych, których przedstawiciele przyjechali nie wystąpiło pod flagą państwową, ale jako przedstawiciele narodowych komitetów olimpijskich. Zabrakło m.in. USA, Izraela i RFN. Polacy, jako sojusznik ZSRR musieli oczywiście przyjechać. Zanim jednak o tym opowiemy przyjrzyjmy się przedmiotom z naszej kolekcji, które mają nadrukowany symbol igrzysk.
Pierwszy z nich to nieduży, brązowy pojemnik. Niestety nie wiemy na co. Może na lornetkę, przybory do golenia? Z tyłu ma mocowanie do paska, zapinane jest na zamek błyskawiczny. Inny wyjątkowy przedmiot to przenośna lodówka. Styropianowy pojemnik ma w środku specjalne wkłady na lód. Wszystko opatulone zielonkawym, mocnym materiałem.
Mamy również w kolekcji radziecki album poświęcony igrzyskom. Wydany w 1980 roku, pełen jest zdjęć i opisuje wszystkich medalistów działań sportowych. Oczywiście najwięcej medali zdobyli zawodnicy ZSRR, bo aż 195. Wśród Polaków na podium stawali m.in. Jacek Wszoła, Andrzej Supron, Czesław Lang, Paweł Skrzecz, Bronisław Malinowski i sprawca największej sensacji Władysław Kozakiewicz. Ten ostatni nie tylko pobił rekord świata w skoku o tyczce, ale przede wszystkim pokazał „wała” – i to dwukrotnie. To gest wobec niechętnie nastawionej wobec niego publiczności złożonej w części z działaczy partyjnych i żołnierzy. Ambasador ZSRR zażądał po tym geście odebrania mu medalu, ale prasę na całym świecie zdążyły już obiec zdjęcia gestu Kozakiewicza. Oczywiście prasa w Polsce i ZSRR go nie pokazała. W albumie Kozakiewiczowi poświęcono wyjątkowo mało miejsca, a przecież został rekordzistą świata!
W albumie są duże zdjęcia postaci, która po igrzyskach – i w ich trakcie – zrobiła dużą karierę. To miś Miszka, maskotka. Twarz Miszki pojawiła się na wielu produktach, w filmie animowanym, co było pierwszym na tak dużą skalę wykorzystaniem marketingowym maskotki olimpijskiej.
Ciekawe są również zdjęcia wioski olimpijskiej, przypominającej osiedla mieszkalne wielu z nas. Widać też techniki używane przez ówczesnych operatorów. Wyjątkowy album, przepełniony bijącą po oczach radziecką propagandą.
Mamy także oryginalne bilety na ceremonię otwarcia i zamknięcia! Do tego niewykorzystane, a są przecież na miejsca w pierwszym rzędzie. Ktoś kto był ich posiadaczem musiał być prawdopodobnie niezłą szychą. Tylko dlaczego nie pojechał do Moskwy…
Otwarcie miało miejsce na stadionie Lenina w Moskwie.
A oto rewers:
Zwróćcie uwagę na to, że na bilecie na otwarcie znicz jest zapalony, a na poniższym, na zamknięcie, już zgaszony.
Kolejny bardzo ciekawy zestaw w naszych zbiorach to znaczki olimpijskie z igrzysk w Moskwie 1980:
Kilkanaście znaczków kupiliśmy od sprzedawcy przy Hali Mirowskiej w Warszawie. Powiedział, że należały do jego dziadka. Wszystkie w idealnym stanie i przedstawiające różne dyscypliny olimpijskie.
Jest boks, pływanie, gimnastyka, biegi, rzut oszczepem, hokej, wioślarstwo i siatkówka.
Jeden z nich się jednak wyróżnia. To znaczek ze zniczem olimpijskim i logo Moskwy 80.
„Pohádka o Raškovi”, „Plná bedna šampaňského”, „Syn celerového krále” – m.in. takie dzieła ma na koncie jeden z najciekawszych pisarzy czeskich, a w zasadzie czechosłowackich Ota Pavel. Choć pisarz to za małe słowo, to był też genialny reporter sportowy, komentator.
Nie mam tu w zwyczaju pisania o książkach, tym bardziej zagranicznych. Pretekst jednak jest wyjątkowy, bo niedawno ukazał się genialny zbiór reportaży sportowych naszego południowego sąsiada. Powstawały w minionej epoce, opisują blaski i cienie komunistycznego sportu, Wyścig Pokoju. Uznałem, że to wystarczający powód, żeby napisać o niej na blogu i szczerze polecić.
„Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe”, która ukazała się w serii Mariusza Szczygła „Stehlik” to mała, niepozorna książka, które wciągnie momentalnie nie tylko fanów reportaży, czy opowieści sportowych. Ota Pavel nie skupia się na rezultatach, statystykach, tym wszystkim co można znaleźć w każdej książce, zestawieniach, a dzisiaj w internecie. W niemal bajkowy sposób opisuje historie znakomitych czeskich sportowców.
Dokłada do tego, charakterystyczne dla czeskiej literatury, poczucie humoru, często związane z ich ukochanym piwem. Padają tu na przykład tak piękne stwierdzenia jak: „jak wiadomo, piwo, którego się nie wypije, mija się ze swoim powołaniem”.
Jiří Raška
Książkę zaczyna najdłuższa w niej opowieść o najsłynniejszym skoczku czechosłowackim. Opis tego jak pracował na złoto olimpijskie Jiří Raška pełna jest tyle wzruszających, co zabawnych chwil. Pan Jiří, na przykład, sam wystrugał sobie narty. Niesamowite, jak wtedy wyglądały treningi i jakie pieniądze zarabiali najlepsi sportowcy. Krótko mówiąc, żadne.
Ota Pavel wspomina też słynnych kolaży z Wyścigu Pokoju, m.in. Jana Vesely. Jeden z symboli tego wyścigu, po wycofaniu się podczas jednej z edycji (został do niej wciągnięty na siłę, mimo choroby), został odsunięty od jazdy na kilka lat. Przeżywał dramatyczne chwile. Na szczęście został potem zrehabilitowany.
Pisałem już zresztą o Wyścigu Pokoju m.in. TUTAJ i TUTAJ. To za sprawą takich skarbów w kolekcji.
Są tu też czescy hokeiści, piłkarze ręczni (ich trener rzucał złotymi myślami w stylu: „grajcie tak, jak ustaliliśmy. Tylko zmienimy trochę taktykę”), czy wreszcie najsłynniejszy biegacz Emil Zátopek.
Jan Vesely
O Zátopku Ota Pavel przytacza genialną anegdotę jak ścigał się z psem. Tak wymęczył wilczura, że na drugi dzień jak pies zobaczył, że Zátopek idzie biegać schował się pod stołem, by ten nie zabierał go na wspólny trening.
Żeby napisać te wszystkie reportaże Ota Pavel spędzał ze sportowcami czasami kilka miesięcy. Jeżdżąc w ich rodzinne strony, spędzając z nimi czas na zawodach, trenując (z Zátopkiem tylko jeden dzień, bo więcej nie dał rady).
Mariusz Szczygieł o książce pisze: „Czescy krytycy byli zgodni: historią narciarza Raški Ota Pavel wzleciał w niebo jak ptak z rodziny ptaków morskich. Niebywały tekst!”. Pozostaje tylko przyznać rację. Polecam gorąco.
Ponieważ rozpoczęcie budowy naszej makiety kolejki z miasteczkiem rozpocznie się już dosłownie za moment, czas na kolejną budowlę, która na niej stanie. Po kilku domkach, lampie i torach oraz polskim przystanku osobowym Odra nadszedł czas na kolejny mini dworzec, w zasadzie stację.
Wyprodukowała go firma Olbernhauer Wachsblumenfabrik Olbernhau, czyli OWO Spielwaren. Pisaliśmy już o niej TUTAJ
Stacja jest piękna. Ma przejście podziemne i kilka fajnych dodatków. Nie jestem przekonany czy wszystkie pochodzą akurat z tego modelu, ale w naszym pudełku były.
Widać poszczególne elementy budynku, okna, murki itp. Jest też specjalna konstrukcja podestu z zejściem do przejścia podziemnego.
Do tego piękna czerwona ławka, plakat zagraniczny i napis wzięty z porządnego baru. Choć ta „przekąska” wydaje się jednak rozmiarowo chyba nie do końca pasować do makiety.
Najfajniejsza jest jednak konstrukcja zegarowo-informacyjna. Mówi nam, że jesteśmy na 1 peronie, a do tego z którego toru odchodzą odpowiednie pociągi. Pośpieszny odjeżdża do Warszawy, a osobowy do… Szczcina. No, po prostu chyba się dwie literki nie zmieściły.
Do zestawu dołączona została pomocna instrukcja. Dowiadujemy się z niej m.in., że firma polecała do montażu klej Certus, który był m.in. stosowany w lotnictwie. Musiał być mocny. Ważne, że instrukcja dawała pewną dowolność. Otóż „komin może być dowolnie osadzony”. No ja jeszcze nie wiem, w którym miejscu go umieszczę.
Instrukcja jest po polsku, nie trudno się więc domyślić, że ten zestaw można było u nas nabyć.
Czas powrócić do naszej kolekcji kaset magnetofonowych. Tym razem cztery przykłady taśm kabaretowych.
To przykłady bardzo różne, które dobrze pokazują, że w latach 80 i 90 kabaretów na kasetach wychodziło mnóstwo, głównie pirackich oczywiście, i cieszyły się ogromną popularnością.
Ot taki Bohdan Smoleń i Zenon Laskowik.
Znalazł się tu występ z festiwalu w Opolu z 1980 roku. Jest to akurat kaseta oryginalna, wydana przez Polskie Nagrania. Obok wymienionych satyryków wystąpili m.in. Hanna Banaszak i Zbigniew Wodecki. Pamiętam, że „Z tyłu sklepu, czyli benefis Zenona Laskowika” katowałem przez wiele nocy. Niestety to już się nie powtórzy. Na kasecie, jak widać po naklejce, a raczej kawałku plasterka, ktoś nagrał relację z wizyty Papieża na Jasnej Górze…
Kolejna kaseta to także oryginał, tym razem wydana przez warszawski Wifon. To Piosenki Kabaretu „Jeszcze Starszych Panów” Przybory i Wasowskiego. Co ciekawe, także pochodzą z 1980 roku. Wśród wykonawców znaleźli się tacy mistrzowie jak Bogdan Łazuka, Kalina Jędrusik czy Wiesław Gołas.
Wifon (po adresie widać, że mieścili się w budynku Telewizji Polskiej) to wydawca także kolejnej mojej kasety, zapisu dzieł kabaretu Dudek. Tu kolejne wielkie nazwiska: Tym, Młynarski, Dziewoński, Gołas, Kobuszewski. Kaseta pochodzi najprawdopodobniej z końca lat 70.
Na koniec kaseta już ewidentnie z lat 90, najmniej ciekawa w zestawie. Oto wydawnictwo Gamma i „Przychodzi baba do lekarza”. To już nie było śmieszne…
Nasze zasoby baltonowskie się powiększają. Kilka razy pisaliśmy o gadżetach Baltony, chociażby TUTAJ.
Dzięki przyjaciółce naszego bloga zdobyliśmy kolejne wyjątkowe siatki.
Pierwsza papierowa z charakterystycznym logo Baltony. Sprytnie rozwiązano grafikę, bo z jednej strony główną częścią jest słynny marynarz z zakupami, a z drugiej znaczek z kotwiczką. Nieodzowny jest napis „duty free shop”. Siatka ma taką wielkość, żeby idealnie zmieściłyby się do niej, na przykład, dwie buteleczki winiaka klubowego.
Druga siatka, nowsza, już nie jest tak wyrafinowana. To klasyczny foliowy przykład reklamówki. Ciekawa jest tu historia jej producenta.
To Zakłady Chemiczne Blachownia Kędzierzyn-Koźle. W części miasta, Blachowni właśnie, na początku II wojny na zlecenie armii niemieckiej koncern Oberschlesische Hydrierwerke rozpoczął budowę zakładu wytwarzającego syntetyczne paliwa płynne (benzyna samolotowa i olej napędowy). Rozkradzione pod koniec wojny zakłady odbudowały się dopiero w latach 50. Wytwarzano tam różne rzeczy, m.in. polietylen, z którego powstawały… siatki.
Czy to koniec naszych baltonowskich gadżetów? No niekoniecznie…
Odwiedziliśmy pchli targ (choć tak naprawdę patrząc na rozmiar trudno nazwać go pchlim) na warszawskim stadionie Olimpii. Tradycyjnie znaleźliśmy tam kilka skarbów, które powiększyły naszą kolekcję. Oto dwa z nich.
Prezentowaliśmy tu już kilka zaproszeń. Ręcznie wykonane na bal sylwestrowy i bardziej oficjalne.
Teraz zdobyliśmy pośrednią wersję. To ładnie wykonane zaproszenie z 1976 roku. Napis wykonany mazakami, znaczek też. Ten kto rysował dbał o jakość. Widać jeszcze linie pomocnicze wykonane ołówkiem.
Centralny Związek Spółdzielni Rolniczych Samopomoc Chłopska (ładny narysowany znaczek na pierwszej stronie zaproszenia) z Krośniewic (okolice Łodzi) informuje o otwarciu Wiejskiego Domu Towarowego. Zaproszenie dostał dyrektor Biura Gastronomii inżynier Wacław Owczarek.
Na pewno zabawa była przednia…
Drugi skarb to już książeczka. W zasadzie okładka mówi wszystko.
To pełny plan wycieczki, z mapą, rozpiską godzinową, najciekawszymi atrakcjami po Jugosławii z 1957 roku. Na początku można poznać „warunki uczestnictwa w wycieczkach zagranicznych organizowanych przez Orbis”. Można się m.in. dowiedzieć, że przed wycieczką trzeba było wpłacić zaliczkę w wysokości 1.050 zł, i przygotować zdjęcia. Ciekawe, że do ZSRR, Czechosłowacji albo NRD wystarczyło jedno zdjęcia, ale już do Włoch 6, a do Francji 13!
Z opłat celnych były zwolnione na przykład podróżny aparat radiowy oraz napoje alkoholowe w ilości nieprzekraczającej 2 litrów. Mało cholera.
Sama wycieczka do Jugosławii miała trwać 18 dni. Przejazd odbywał się pociągiem. Pierwsze 5 dni przedstawiało się tak:
Dużo było w planie dni wolnych, ale przewidziano też m.in. wycieczkę motorówką. Zapowiadało się ciekawie…
Napis z tytułu tego wpisu kojarzy się ze sklepami wolnocłowymi na lotniskach. Z nimi, z kolei, kojarzy się Baltona.
O przedsiębiorstwie, które powstało w 1949 roku jako Przedsiębiorstwo Państwowe „Baltona Zaopatrzenie statków” pisaliśmy już TUTAJ przy okazji zdobycia takich siatek z logo tej firmy.
Teraz powracamy do Baltony, bo mamy kolejny skarb w kolekcji związany z tą firmą. To też papierowa siatka/torebka, choć mniej wytworna niż ta powyżej.
Siatka z szarego papieru, niemal kartonu, ale za to z zagranicznymi napisami. Po obu stronach ma bowiem informację „duty free shops”, na charakterystycznym żółto-niebieskim logo. Konstrukcja jest wąska i podłużna. Oczywiście dlatego, żeby łatwo zmieściły się w niej butelki z alkoholem. Główny punkt zakupu w Baltonie.
To jeszcze na deser, niezapomniana reklama Baltony z Januszem Józefowiczem, głosem Wojciecha Manna i pięknym elementem kobiecym…
Pamiętacie „Piątek z Pankracym” albo „Okienko Pankracego”? W najbliższą niedzielę w Fotoplastikonie Warszawskim będzie okazja przypomnieć sobie programy wymyślone przez legendarną postać, twórcę Telewizji Dziewcząt i Chłopców, Macieja Zimińskiego. Przez 10 lat (1978-88) program prowadził Zygmunt Kęstowicz, później przez chwilę Tadeusz Chudecki i wreszcie Artur Barciś. To właśnie Barciś będzie gościem niedzielnego spotkania.
Piszemy o tym, także dlatego, że wykorzystana zostanie podczas rozmowy wyjątkowa książka z naszych zbiorów. Chodzi o książkę Macieja Zimińskiego „Piątek z Pankracym”.
Nasz nowy mały skarb to duża zagadka. Tak naprawdę nie wiemy z którego są roku, kto wyprodukował, ani kto się nimi bawił. Wiemy jednak, że takich ładnych puzzli w PRLu nie brakowało.
Podobno po raz pierwszy słowo puzzle pojawiło się w obiegu za sprawą książki „The Voyage of Robert Dudley…to the West Indies, 1594–95” opublikowanej pod koniec XVI wieku. Znane nam dzisiaj puzzle wymyślił kartograf z Londynu John Spilsbury. W połowie XVIII wieku skonstruował puzzle do nauki geografii. Niezwykle popularne stały się na przełomie kolejnych wieków. TUTAJ przeczytacie bardzo ciekawą historię puzzli.
W czasach PRLu często nazywały się składankami albo układankami dla dzieci. Przygotowywały je m.in. liczne spółdzielnie inwalidów, rzemieślnicze. Były puzzle z różnymi rysunkami, ale też na przykład muzycznymi gwiazdami. Mamy taki rarytas w naszej kolekcji.
Te, o których piszemy dzisiaj są dla młodszych dzieci. To charakterystyczne klocki z sześcioma różnymi obrazkami, na każdym boku innym. Obrazki nawiązują do popularnych bajek: „Pszczółki Mai”, „Kopciuszku” albo „Czerwonym Kapturku”.
Na jednym z obrazków odkryliśmy jak fajnie dzieci wykorzystywały inaczej te rysunki. Ponieważ obrazki prześwitywały trochę po drugiej stronie, dziecko które używało naszych potraktowało je jak kolorowanki. Prawda, że szacunek za pomysłowość.