Category Archives: Film

Ważne dla 2 osób

Słupskie kino Milenium zostało otwarte w 1963 roku. Miało ponad 700 miejsc, było bardzo nowoczesne, panoramiczne. W 1975 r. nadzór nad kinem Milenium objęło Okręgowe Przedsiębiorstwo Rozpowszechniania Filmów z siedzibą w Koszalinie. Podlegało Zjednoczeniu Rozpowszechniania Filmów w Warszawie. I tu dochodzimy do kolejnego skarbu w naszej kolekcji. Przyjaciel bloga podarował nam takie oto zaproszenie do kina, pochodzące właśnie z okręgu koszalińsko-słupskiego.

Podpisał je z-ca dyrektora ds techniczno-ekonomicznych Kazimierz Straszewski. Jest niewypełnione, można było więc wpisać dowolne kino i seans, także kino Milenium.

Obiekt, do którego chodziłem w dzieciństwie skończył jednak smutno. Ostatni seans filmowy odbył się 16 grudnia 2010 r. Pokazano wtedy „Zerwany most” Jerzego Passendorfera. Od tamtej pory w kinie mieści się… Biedronka 😦

Otagowane , , ,

Jazz, moda i dizajn po polsku

Są już kolejne odcinki mojej autorskiej audycji „Historia Polskiej Popkultury”.

Drugi odcinek poświęcony jest polskiemu dizajnowi i modzie. Wraz z dziennikarką, autorką fantastycznych książek o modzie w PRL i luksusie – Aleksandrą Boćkowską – opowiadamy w nim o Modzie Polskiej, perełkach polskiego dizajnu sprzed lat, takich postaciach jak Barbara Hoff, Jerzy Antkowiak, Zbigniew Horbowy. O meblościankach i fotelu RM58.

Posłuchacie za darmo w formie podcastów na Spotify, Soundcloud, iTunes oraz w formie z obrazem na YouTube.

Wszędzie szukajcie kanału „Historia Polskiej Popkultury”.

Mieczysław Kosz, seria „Polish Jazz”, yass, jazz w polskim kinie – m.in. takie tematy znajdziecie w trzecim odcinku „Historii Polskiej Popkultury”. Opowiadam w nim o „Polskiej Szkole  Jazzu”, a specjalnym gościem jest dziennikarz, autor fantastycznych zdjęć muzyków jazzowych (możecie je zobaczyć w wersji audycji z obrazem na YouTube), Rafał Pawłowski.

O polskim jazzie również posłuchacie za darmo w formie podcastów na Spotify, Soundcloud, iTunes oraz w formie z obrazem na YouTube.

Cykl zrealizowany w ramach stypendium MKiDN „Kultura w sieci”.

Wkrótce kolejne odcinki.

Otagowane , , , , ,

Pogadajmy o czasie wolnym w PRL

Relaks pod namiotem, wakacje w ośrodku wczasowym, czas po lekcjach w domu kultury, autostop, zabawa na podwórku, wspólne oglądanie filmów na vhs… sposobów spędzania wolnego czasu w PRL było zaskakująco dużo. Pogadajmy o nim podczas środowego spotkania w warszawskiej klubokawiarni Kicia Kocia.

Nie tylko opowiem o tym, co znalazło się w mojej książce, ale też przyniosę gadżety związane z czasem wolnym, wakacjami przed laty.

Wpadajcie, wstęp wolny! Więcej szczegółów TUTAJ.

Otagowane , , ,

Historia Polskiej Popkultury odc.1

Hej, wystartowałem z nowym projektem! To cykl audycji „Historia Polskiej Popkultury”. Opowiadam w nim o polskiej szkole jazzu, szkole plakatu, komiksie, dizajnie, a na pierwszy ogień polskiej muzyce filmowej. Dwuczęściowa audycja już pojawiła się w formie podcastów (poniżej na Soundcloud, ale też m.in na Spotify) oraz w formie z obrazem na kanale YouTube („Historia Polskiej Popkultury”).

W opowieści o polskiej muzyce filmowej gościnnie występuje doskonały kompozytor Andrzej Korzyński, twórca niezapomnianych tematów do filmów A. Żuławskiego, A. Wajdy, obrazu „W pustyni i w puszczy”, serialu „Tulipan”, „Akademii Pana Kleksa”, twórca Franka Kimono. Gościem jest również dziennikarz muzyczny Marcin Cichoński. Opowiadamy o kompozytorach przedwojennych, powojennych i współczesnych. Polskich laureatach Oscara, współpracowniku Madonny, pionierach jazzu, mistrzach eklektyzmu muzycznego.

Polecam! Słuchajcie, oglądajcie, dajcie znać co myślicie! Wkrótce kolejne odcinki…

Cykl zrealizowany w ramach stypendium MKiDN „Kultura w sieci”.

Otagowane ,

Czas wolny w PRL cz.8: I co tu robić?

Czas na ostatnią opowieść związaną z moją książką „Czas wolny w PRL”. Finałowy rozdział poświęcam w niej problemom z czasem wolnym. Opowiadam o ludziach, którzy nie umieli albo nie wiedzieli jak wypoczywać. Poniżej fragmenty.

Budzik jak zwykle dzwoni o 4.30. Pani Teresa szybko tłumi przejmujący dźwięk. Nie chce budzić dzieci, męża, matki. Mąż Adam przewraca się na drugi bok. Teresa ubiera się i pomiędzy rozłożonymi wersalkami idzie do kuchni. W pomieszczeniu, które jest jednocześnie korytarzem i umywalnią, nie ma pieca. Gotowa do wyjścia, już w palcie i berecie – bo jest bardzo zimno – kobieta wypija kawę, gryzie kanapkę i rusza do pracy. Musi zdążyć na 5.30. Jej mąż wstaje o 7.00, odprowadza dzieci do żłobka i przedszkola, potem idzie do pracy. Przed wyjściem daje dzieciom gorące mleko. Żeby nie zapomniał, Teresa wcześniej wyjęła je z lodówki. O godz. 13.30 kobieta kończy swoją pracę w bartoszyckiej szwalni. Pracuje tam od 13 lat. Tego dnia zszyła 600 sztuk dziecięcych majtek z anilany.

Po umyciu stanowiska pracy przechodzi przez wartownię, tu jest kontrola – sprawdzają, czy nie wynosi czegoś z zakładu. Wreszcie wychodzi. Potem odbywa codzienną mozolną wędrówkę po sklepach i odstaje swoje w kolejkach. Musi kupić mięso, masło, mleko, chleb, a jak jej się poszczęści, to kupi też dżem, może cukierki dla dzieci. Teresa oblicza, że stanie w kolejkach zajmuje jej średnio 3 godziny dziennie. Po drodze do domu odbiera też dziecko ze żłobka. Synka z przedszkola odbierze mąż. Ona tylko na chwilę wstępuje do domu, bo zajęła kolejkę w mięsnym i musi do niej wrócić. Na szczęście obiadem zajmie się jej mama. Kiedy wróci do domu, nakarmi dzieci, potem napali w piecu. Dalej kolejne obowiązki: pranie, prasowanie, szycie, odkurzanie.

Mąż narzeka, że ma 28 lat i nie znajduje czasu, by spotkać się z kolegami albo pójść z żoną do lokalu czy kina. Na filmy chodzą bardzo rzadko, do lokalu – nie ma mowy, bo i za co. Wreszcie wszyscy układają się na wersalkach. Na jednej dwoje dzieci, na drugiej babcia, na trzeciej Teresa z mężem. Zasypiają, oglądając film w telewizji. Teresa lubi filmy o miłości, Adam wojenne, to z nich, które trafi na swój film i nie zaśnie, gasi telewizor. Jutro będzie dzień taki jak dzisiaj, pojutrze, taki jak jutro1. Tak wyglądała zwykła codzienność – życie młodej kobiety Teresy, opisane w reportażu Dzień jak co dzień, czyli 12 godzin z życia kobiety w tygodniku „Panorama Północy”. Był rok 1981.

To tylko jeden z przykładów tego, że dla kobiet czas wolny był wtedy luksusem. Tylko nieco ponad 30 procent mężczyzn aktywnie uczestniczyło w wychowaniu dzieci. Ich czas pracy kończył się wraz z wyjściem z zakładu. Kobiet nie, one miały drugi etat. W domu.

Ale obywatele nie tylko nie mieli czasu wypoczywać, ale też nie wiedzieli jak. To pewnie niektórych zszokuje, ale jeszcze na początku lat 70. niemal 80 procent osób przyznawało się, że nie umie wypoczywać. Dni powszednie wypełnione były obowiązkami zawodowymi i domowymi. W sobotę po pracy najczęściej spędzano czas przed telewizorem, a w niedzielę odsypiano całotygodniowy trud. Po południu znowu była telewizja, czasami prasa, spacer, rzadziej przyjmowanie gości czy wizyta u znajomych. Dzień wolny, wakacje nie kojarzyły się z wypoczynkiem. Szczególnie w początkach Polski Ludowej wiele osób nie umiało i nie wiedziało, jak wypoczywać.

Apogeum wyjazdów na dłuższy wypoczynek osiągnięto w latach największej prosperity PRL. W 1977 roku był on udziałem 45 procent społeczeństwa. Sprzyjało temu wydłużenie średniej długości urlopu dla robotników do niemal czterech tygodni oraz wprowadzanie wolnych sobót. W 1974 roku wprowadzono sześć sobót w roku wolnych od pracy, w rok później już dwanaście. Rozwój turystyki i sposobów spędzania wolnego czasu zatrzymał krach gospodarczy na początku lat 80.

Ale wtedy ludzie też marzyli o wypoczynku. Pokazuje to ankieta z czasopisma młodzieżowego „Razem” przeprowadzona w 1989 roku, już po pierwszych częściowo wolnych wyborach parlamentarnych, a na kilka miesięcy przed upadkiem muru berlińskiego. Tygodnik zapytał młodych ludzi z Brwinowa, jak chcieliby spędzić wolny czas, a jak rzeczywiście go spędzą.

Wakacje chciałabym spędzić w jakimś odległym kulturowo kraju. Mogłaby to być Japonia albo Nepal czy Etiopia – to marzenie Wioli, lat 16.

Wyjechać w nieznane miejsce z namiotem, śpiworem i fajnymi ludźmi, którzy nigdy się nie smucą i nie nudzą. Wyjechać nad czyste morze, spać na plaży, pić świeże mleko – to już pragnienie Róży, lat 18.

Chciałbym, żeby rodzice kupili mi Simsona Enduro 51S i komputer Atari 520. Chciałbym mieć bardzo dużo kaset z różnymi filmami, najlepiej z komediami. Wtedy na pewno nie nudziłbym się w wakacje. Byłoby jeszcze fajniej, gdybym mógł pojechać na całe dwa miesiące do Stanów Zjednoczonych. Tam zarobiłbym sobie na dobry samochód Adam, lat 15.

Moim marzeniem jest wyjechać na wakacje do wuja do Las Vegas, dlatego że jest tam zawsze wesoło i czysto. Są różne place zabaw, których nie można spotkać w naszej szarej i ponurej Polsce – Marcin, lat 14.

A o tym, jak naprawdę będzie wyglądał ich wypoczynek, pisały inne dzieci.

Sylwia: Tydzień nad brudnym polskim morzem, siedem dni w tygodniu.
Edyta: Na wakacje przeprowadzam się do domu mojej babci mieszkającej trzy ulice dalej w tym samym mieście. To i tak przyjemne urozmaicenie wakacyjnej, domowej nudy.
Staś: W lipcu siedzę w domu, w sierpniu jadę z rodzicami na Mazury, tam, gdzie mieszka Zbigniew Nienacki. Spróbuję go odwiedzić.

Niektórzy opowiadali o wyjeździe z rodzicami na Węgry, do Czechosłowacji, do Zakopanego, pod namiot, najczęściej jednak w planach było spędzenie wakacji w domu albo u babci. I trudno się dziwić, bo koszt wyjazdów był wysoki. Za tydzień na Hawajach trzeba było zapłacić 2 tys. dolarów + 360 tys. zł (Orbis Bis). Komputer Atari kosztował wtedy między 127 a 879 dolarów, a 8 dni na campingu w Grecji 25 tys. zł + 28 dol. (Uniwertour). Tygodnik „Razem”, chyba chcąc dobić czytelników, zaproponował im inne możliwości: wyjście do zoo za 120 zł, odwiedzenie tarasu widokowego na lotnisku na Okęciu za 20 zł lub książkę Arkadego Fiedlera „Kanada pachnąca żywicą” za 800 zł w antykwariacie.

Wiele osób się po prostu nudziło. Nuda szczególnie doskwierała młodym na wsi.

Postoją młodzi pod sklepem do 18.00 racząc się piwem, jeśli budżet pozwoli, potem podpierają kiosk, przystanek odwiedzą i koniec rozrywki – opisywała w swoim dzienniku w 1973 roku uczestniczka konkursu Ministerstwa Kultury i Sztuki oraz „Tygodnika Kulturalnego”, „Jeden miesiąc mojego życia”.

W wielu miastach nie było lepiej. Snującą się po podwórkach bez celu młodzież pokazał w serialu „Stawiam na Tolka Banana” Stanisław Jędryka. Chłopaki szukają rozróby w parku Skaryszewskim w Warszawie. Zaczepiają starsze osoby, rozbijają latarnie, wrzucają ławkę do wody. Drobne przestępstwa, lenistwo, szwendanie się, pijaństwo – tak wygląda też rzeczywistość młodych bumelantów w dokumencie Wojciecha Wiszniewskiego „Jutro. 31 kwietnia – 1 maja 1970”. Bumelanctwo łódzkiej młodzieży z proletariackimi korzeniami reżyser zestawia z komentarzem o amerykańskiej młodzieży (który słychać w tle z telewizora): Dzieci kwiaty nie wierzą w nic. Nie mają żadnego programu. Ich dewizą jest negacja wszystkiego, wszelkich norm społecznych, moralnych, politycznych. Tam zepsucie moralne, a u nas? U nas młodzież takich problemów nie ma – jeden z bohaterów filmu, snując refleksje nad kuflem piwa, mówi, że jest dumny z tego, że pochodzi z robotniczej rodziny. Twórca z gorzką ironią pokazuje ten kontrast – w wersji codziennej i odświętnej (propagandowej).

Swój pomysł na nudę miała grupa przyjaciół, studentów gdańskich uczelni pod koniec lat 60. W piwnicy kamienicy, w której mieszkał jeden z nich, w samym centrum Gdańska przy ulicy Długiej, powołali do życia Piwnicę Artystyczną Witkacy. Urządzili wnętrze, zrobili minibar, na ścianach powiesili obrazy. Przez pięć lat (1968–1973) miejsce było oazą wolności dla wielu młodych ludzi. Co prawda czasami odwiedzał ich dzielnicowy – st. sierż. Iwanek – ale głównie po to, by się z nimi napić wódeczki. To było wyjątkowe miejsce na mapie Gdańska.

W tym nieformalnym klubie odbywały się wernisaże, minikoncerty, wieczorki poetyckie. (A żeby nikt się nie czepiał, jego założyciele uzyskali zgodę dyrektora Klubu Drukarza Rudy Kot – który wtedy regularnie odwiedzali i w którym prowadzili kabaret – na nazywanie swojej Piwnicy filią klubu). „Witkacego” odwiedzili m.in. brytyjski reżyser filmowy i teatralny Peter Brook, Czesław Niemen, członkowie zespołów Skaldowie i No To Co, reżyser Krzysztof Kieślowski oraz wielu trójmiejskich artystów, m.in. jazzman, współpracownik Niemena i współautor muzyki do „Dziewczyn do wzięcia” Janusza Kondratiuka, Helmut Nadolski.

Ilustracjami do tekstu są właśnie zdjęcia z owej piwnicy.

A o książce „Czas wolny w PRL” więcej przeczytacie TUTAJ.

Otagowane , , , , , , , , ,

Czas wolny w PRL cz.7: wieczorki zapoznawcze

Był kwiecień 1945 roku. Toczyły się jeszcze walki o Berlin, kiedy w Komisji Centralnej Związków Zawodowych powołano do życia wydział wczasów pracowniczych. W maju tego roku polski Rząd Tymczasowy powierzył Komisji Centralnej Związków Zawodowych organizację wypoczynku hutników, górników, nauczycieli i innych ludzi pracy na ziemiach polskich. KCZZ utworzyła w tym celu Fundusz Wczasów Pracowniczych. Początki były trudne. Setki przedwojennych obiektów turystycznych z powodu zniszczeń nie nadawało się do użytku. Wspaniałomyślny gest w stronę funduszu wykonał co prawda prezydent Krajowej Rady Narodowej Bolesław Bierut, który na potrzeby wypoczynku robotniczego przeznaczył dawną posiadłość prezydenta Ignacego Mościckiego w Spale.

To był jednak czysto pokazowy podarunek, bo rezydencja była w opłakanym stanie, do czego zresztą przyczyniły się wojska bratniej armii radzieckiej. FWP zaczął jednak przejmować budynki na swoje potrzeby.

Wyjazdy na wczasy wcale jednak nie budziły entuzjazmu wśród robotników. Przed wojną wielu z nich w ogóle nie miało wolnego i nie wiedzieli, jak z niego korzystać. Wstydzili się pokazać w towarzystwie innych grup społecznych, nie wiedzieli, jak się zachować, nie mieli funduszy na porządne ubranie, walizki i sprzęt turystyczny. W pierwszych latach po wojnie wakacyjne wyjazdy nie były dla robotników powszechną potrzebą, nie traktowano ich jako coś oczywistego. Problemem było też to, że małżonkowie nie mogli wypoczywać razem. Fundusz kierował po prostu na wczasy tylko pracowników poszczególnych zakładów. W 1949 roku tylko 2,9 tysiąca z niemal pół miliona wyjeżdżających zabrało ze sobą najbliższych7. Jeszcze w latach 60. kierowano na wczasy jedną osobę z rodziny. Wyjściem były turnusy dla matek z dziećmi, które organizował FWP. Ale tutaj pierwszeństwo też miały przodowniczki pracy. W zachęcaniu do urlopowania z FWP nie pomagały darmowe bilety kolejowe ani dotowanie wczasów. Nie wszyscy chcieli jeździć. W 1947 roku robotnicy stanowili wśród wczasowiczów korzystających z FWP tylko 31 procent8. Problemem była również baza noclegowa.

Na łamach prasy pojawiały się artykuły, w których edukowano wyjeżdżających i przybliżano im uroki wypoczynku zbiorowego. Tak w zabawny sposób „Przekrój” z 1950 roku przedstawiał typy wczasowiczek:
Hałaśliwa sąsiadka – trzyma otwarte kurki w umywalni, przesuwa meble, chrapie, nuci, zaprasza przyjaciółki.
Katastrofistka – z ponurą twarzą zaczepia i przewiduje katastrofy pogodowe, to, że ktoś się utopi itp.
Gwiazda humoru – sypie żartami z rękawa.
Miejscowa Greta Garbo – w ciemnych okularach siedzi nawet przy obiedzie, ma klipsy w uszach, pomalowane paznokcie, pali papierosa między zupą, a mięsem, nudzą ją inne kobiety.
Mama-fonograf – ma przenikliwy głos i cały czas zwraca uwagę dzieciom: nie rób tego, nie biegaj, zostaw itp.
Wczasowiczka z wymaganiami – chce pokój słoneczny, ale chłodny, duży, ale przytulny, spacer daleki, ale nie męcząc.

Najważniejszą osobą na wczasach był referent kulturalno-oświatowy, popularnie zwany kaowcem. Często to stanowisko piastowali studenci, ale też na przykład działacze związkowi, a nawet maturzyści. Zalecenia KCZZ z 1949 roku były takie, że kaowcy mieli witać wczasowiczów już na stacjach kolejowych, przystankach PKS i odprowadzać do domów wypoczynkowych. Zresztą bywało, że towarzyszyli im bagażowi, pomagający przenieść cały dobytek urlopowiczów. Do obowiązków kaowców należała nauka pieśni związkowych lub patriotycznych, organizacja przeglądów prasy (z naciskiem na informacje polityczne), pogadanek o ruchu robotniczym, zawodów i gier sportowych18. Instruktorzy kulturalno-oświatowi urządzali wieczorki literackie, konkursy czytelnicze, przedstawienia teatralne, lekcje nauki pływania, jazdy na nartach, akademie z okazji świąt państwowych.

Ja z wczasów w latach 80. ani kaowca, ani pogadanek o ruchu robotniczym już nie pamiętam. Moi rozmówcy też potwierdzają, że w latach 80. ośrodki wczasowe odchodziły od powierzania organizacji czasu wolnego w ręce kaowców. Pamiętam za to wieczorki zapoznawcze, nie tylko dla dorosłych. Dzieciaki też miały swoją imprezę na rozpoczęcie turnusu. Na stolikach królowała oranżada i paluszki. Były jakieś konkursy taneczne. To miał być zawsze wieczorek zapoznawczy, ale przecież w większości wszyscy się znali, bo jeździli do tego samego ośrodka każdego roku. – Z kawiarni, w której odbywały się zabawy taneczne, w tym wieczorek zapoznawczy, wydobywał się głos pijanych panów śpiewających „Chałupy Welcome To” Wodeckiego. Zabawy były głośne i huczne, zresztą nie tylko podczas wieczorku inaugurującego pobyt. Odbywały się w kawiarni dwa ośrodki obok, bo u nas była tylko świetlica. W kawiarni było prawie jak w peweksie.


Można było kupić pepsi, stały automaty z grami. Za to nad kawiarnią była znienawidzona przez wszystkich stołówka. Jedzenie było straszne – wspomina wczasy w jednym z zakładowych ośrodków w Chmielnie na Kaszubach Roman, który przyjeżdżał tam z rodziną w latach 80.

– W przerwach między posiłkami rozgrywaliśmy turnieje w ping-ponga. Pamiętam też konkurs rysunkowy, chyba go wygrałem. Narysowałem prom, którym płynąłem z Gdańska do stolicy Finlandii Helsinek. Z samego rana chodziliśmy na raki, a wieczorem jedliśmy je, gotując w garnku nad ogniskiem. Wydarzeniem były mecze piłkarskie między wczasowiczami z Gdańska i Gniewu. To właśnie głównie z tych miast przyjeżdżali urlopowicze, bo obok siebie były tam ośrodki zakładów z tych miast. Przed takim meczem dochodziło do tradycyjnej wymiany proporczyków. Rozgrywka toczyła się na klepisku z drewnianymi bramkami. Dookoła rodziny, podpici tatusiowe krzyczący: „Proszę nie spożywać środków dopingujących”. Tymi środkami były piwa kupowane w sklepie w Chmielnie. Mężczyźni jeździli po nie rowerami albo płynęli kajakiem. W Chmielnie znajdowała się też słynna knajpa „Józefinka” na placu Trojana, gdzie panowie chodzili na piwo. To znaczy, tak naprawdę często pili przed knajpą, bo w środku było mało miejsca. Na placu była też piekarnia i kościół, koncentrowało się więc tam całe towarzyskie miasteczkowo-wypoczynkowe życie. Wszyscy nazywali to miejsce placem Pigalle.

„Józefinka” była słynna na całą Polskę. To tutaj w 1960 roku odbyło się wesele Zbigniewa Cybulskiego i Elżbiety Chwalibóg. Jak wspominają mieszkańcy, huczna impreza trwała trzy dni. Weselnikom przygrywała orkiestra cygańska, a parze młodej wręczono żywego prosiaka. Podobno uciekł. Dziś na ścianie kamienicy, gdzie przed laty mieściła się „Józefinka”, widnieje tablica upamiętniająca to wydarzenie. W Chmielnie chodziło się też do warsztatu Neclów podglądać wyrób ceramiki. Dziś mieści się tu Muzeum Ceramiki Kaszubskiej Neclów.

PRL miał swoje specyficzne formy wypoczynku. Były na przykład wczasy językowe, turnusy dla brydżystów i szachistów. Do tego wczasy krajoznawcze na przykład szlakiem Kanałów Mazurskich i Wielkich Jezior Mazurskich. Małgorzata Szejnert w swoim reportażu „Jeśli się odnajdziemy, to cudownie” z 1979 roku opisuje turnus, w którym spotykają się dzieci z domów dziecka i chętni do adopcji rodzice. Wspólne wakacje miały umożliwić bliższy kontakt dzieci i potencjalnych rodziców i ewentualną adopcję. Kontrowersyjny temat podjął Roman Załuski, realizując w 1982 roku oparty na nim film „Jeśli się odnajdziemy” (w jednej z głównych ról wystąpił Krzysztof Kolberger).


Ewenementem, chyba na skalę światową, były wczasy wagonowe. Choć nie do końca powinno się mówić o nich w czasie przeszłym. Bo wciąż istnieją miejsca, gdzie można wybrać taką formę wypoczynku, na przykład w Darłówku. Pamiętam, że jeżdżąc na plażę do Ustki, obserwowałem wczasowiczów wylegujących się na leżakach przy wagonach stojących na bocznicy, obok stacji PKP Ustka. W wagonach spali i wokół nich spędzali większość wolnego czasu. Początkowo taki wypoczynek proponowano tylko pracownikom PKP. Dodatkowo mogli dojechać na miejsce za darmo, bo przecież nie płacili za bilety kolejowe.

Najpopularniejszą formą zorganizowanych wyjazdów wakacyjnych były w PRL-u kolonie. Podczas nich dzieci najczęściej spały w szkołach. Z sal lekcyjnych wynoszono ławki, a ustawiano w nich łóżka. Koszty kolonii w znacznej części pokrywały zakłady pracy.

Poza tym zakłady zabierały swoich pracowników i ich rodziny na wycieczki do hut, muzeów, teatrów. Dowożono ich na miejsce zakładowym autokarem. Niestety wielu wycieczkowiczom puszczały hamulce i zgodnie z hasłem „Wypij swoje pół litra w innym mieście”, upijali się już w autokarach.

Więcej o wypoczynku w PRL przeczytacie w mojej książce „Czas wolny w PRL”.

Polecam i zapraszam do dzielenia się swoimi wspomnieniami. A za tydzień kolejna, ostatnia opowieść…

Otagowane , , , , , , , , , , , ,

Czas wolny w PRL cz.6: tam wypadało bywać

Na plaży słońce praży. Tu bladość ciał zanika. Wśród tłumu wczasowiczów dziewczyna ratownika. I patrzą setki oczu, i z wody i z kocyka, gdy ona idzie plażą, wszyscy o niej marzą – śpiewały Wały Jagiellońskie.

W związku z premierą mojej książki „Czas wolny w PRL” wspominam rzeczywistość kurortów w minionej epoce. Poświęciłem im cały rozdział w książce.

Ja spędzałem każdy wolny wakacyjny czas w Ustce, autobus jechał do niej z rodzinnego Słupska jakieś pół godziny, pociąg podobnie. Stałym punktem pobytu w Ustce był przystanek przy budce z goframi. Musiał być gofr z bitą śmietaną i jagodami. Dopiero potem plaża. Przy wejściu na nią były kabiny do przebierania, restauracje i wypożyczalnie. Można było wypożyczyć sprzęt wodny, kosze wiklinowe, leżaki. Niestety nad częścią miasta unosił się fetor z zakładów produkujących konserwy rybne. Podobne atrakcje, może poza fetorem rybnym, oferowało wiele innych ośrodków wakacyjnych nad Bałtykiem.

Wyjątkowym miejscem był Sopot, a w nim Non-Stop.

Kultowe miejsce zabawy, w którym miejscowa młodzież mieszała się z miłośnikami rock’n’rolla z całej Polski i kilku sąsiednich krajów – dwa razy zmieniał swoją siedzibę. Najbardziej okazałą lokalizacją był wspomniany namiot nad morzem (w nim aż 600 miejsc siedzących). Potem przeniesiono go w pobliżu wyścigów konnych. Przez dwie dekady w klubie występowały legendy polskiej muzyki: Czerwone Gitary, Niebiesko-Czarni, Czerwono-Czarni, Czesław Niemen, Ewa Demarczyk, Michał Burano, Breakout, SBB, Kombi, a do tego goście z zagranicy, na przykład gwiazda z Czechosłowacji – Karel Gott. Non-Stop powołali do życia w 1961 roku dyrektor Państwowego Przedsiębiorstwa Przemysłu Gastronomicznego w Sopocie Mikołaj Laszkiewicz oraz Franciszek Walicki, nazywany ojcem polskiego rocka i bigbitu. Zmierzały do niego pielgrzymki miłośników „mocnego uderzenia” z całego kraju.

Borys, który bywał w legendarnym klubie na przełomie lat 60. i 70., opowiada mi o tamtych czasach i tamtym Non-Stopowym klimacie: – Proszę pana, już jak się wysiadało z eskaemki na dworcu w Sopocie, to było słychać dudnienie muzyki z lokalu – wspomina. – A nie było do niego blisko, bo mieścił się nad samym morzem, w dużym namiocie. Pędziliśmy z chłopakami w dół Sopotu w beatlesówach na nogach, słysząc muzykę z oddali, by posłuchać jak najwięcej przebojów. Grano je podczas tzw. podwieczorków tanecznych. Nie było wtedy mowy o piciu alkoholu. Na stołach królowała oranżada i pączki. Muzykę puszczano w blokach, dając tańczącym czas na przerwę. Przebojami były m.in. „Nad morzem” Czerwonych Gitar, „Puste koperty” Szczepanika, „Wiem, że nie wrócisz” Niemena. A w ostatnim bloku, zazwyczaj wypełnionym zagranicznymi przebojami, musiało polecieć „I Saw Her Standing There” Beatlesów. Tańczyliśmy rock’n’rolla w parach, czasami w kółeczku. Pamiętam, że na każdym wieczorku był taki gość, którego nazywaliśmy marynarzem. Taki miejscowy celebryta, chociaż nie wiedzieliśmy, czym się tak naprawdę zajmuje, ale zawsze miał na sobie koszulkę w paski, stąd marynarz. Zawsze wokół niego kręcił się wianuszek kobiet. Mój rozmówca podkreśla unikatowość tego muzycznego przybytku nie tylko na mapie PRL, ale i całego bloku wschodniego: – Bywało, że do lokalu przyjeżdżali turyści z zagranicy. Głównie z Czechosłowacji i Węgier. Poznaliśmy jednego chłopaka z Budapesztu. Był zachwycony, przyjechał specjalnie, by posłuchać i potańczyć rock’n’rolla. Mówił, że u nich takich miejsc nie ma.

Sopot był także miastem jazzu. To tu w sierpniu 1956 roku odbył się I Ogólnopolski Festiwal Muzyki Jazzowej, wymyślony przez znakomitego pisarza i miłośnika jazzu, Leopolda Tyrmanda. Impreza w kolejnych latach rozrosła się na całe Trójmiasto (koncerty urządzano m.in. na stadionie gdańskiej Lechii i w hali Stoczni Gdańskiej) i stała się słynna na całą Polskę.

W sezonie 1961 Sopot doczekał się kolejnej cyklicznej imprezy, która miała ściągać na polską riwierę rzesze turystów. 25 sierpnia tego roku odbył się I Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie, wymyślony przez doskonałego kompozytora, pianistę, ówczesnego szefa muzycznego Polskiego Radia, Władysława Szpilman.

Sopot to jeszcze trzy wyjątkowe miejsca. Tor wyścigów konnych, korty tenisowe i pierwsza w Polsce dyskoteka. Inauguracyjna powojenna gonitwa na sopockim torze odbyła się w lipcu 1947 roku. Zawody przyciągały tłumy widzów, bo obok gier liczbowych była to w Polsce jedyna dopuszczana przez władze forma hazardu. Oprócz wyścigów konnych rozgrywano tu także zawody w powożeniu. W 1975 roku odbyły się nawet Mistrzostwa Europy w Powożeniu Zaprzęgami Czterokonnymi. Licznie zgromadzeni widzowie mogli podziwiać księcia Filipa, męża królowej Elżbiety II, który był członkiem angielskiej ekipy.

Sopot świecił blaskiem nadmorskiego kurortu, a na przeciwnym krańcu Polski status kurortu kurortów dzierżyło Zakopane. Choć pomiędzy nimi też nie brakowało miejscowości, do których lgnęli wczasowicze chcący zażyć relaksu, zobaczyć celebrycki albo i zachodni styl życia. Sąsiadująca z Sopotem Gdynia przyciągała wspaniałą plażą, ale też delikatesami na Świętojańskiej z kolonialnym stoiskiem, przy którym ustawiały się kolejki po szynkę. Była tu Baltona i salon Mody Polskiej (otwarty w 1966 roku, trzeci po warszawskim i katowickim). Była i Hala Targowa, w której można było dostać niemal wszystko, od ryb i mięs, po dżinsy i zagraniczne wiktuały13. Zresztą hala istnieje do dziś. Zabawić się można było w Gdańsku. W „Rudym Kocie” do tańca grały bigbitowe Akordy, zespół współzałożyciela Niebiesko-Czarnych i Czerwonych Gitar – Jerzego Kosseli. Występował też Andrzej Zaucha z zespołem Telstar. Z kolei w pobliskim „Żaku” (klubie studenckim) odbywały się jam session.

W książce opisuję też wiele innych wypoczynkowych miejsc, poza Sopotem najwięcej miejsca poświęcam Zakopanemu.

Szczególne miejsce na mapie peerelowskich kurortów zajmowało miasto pod Giewontem. Do Zakopanego jechali wszyscy – zimą, wiosną, latem… Jak pisał Leopold Tyrmand w Dzienniku 1954, Zakopane było – obok warszawskiego Służewca, lokalu „Kameralna” i kortów na Agrykoli – najbardziej snobistycznym miejscem „warszawki”. Zresztą sam także często tam bywał. Pod Tatrami lubił wypoczywać także inny pisarz, filozof i futurolog Stanisław Lem. Tam się zaszywał i mógł spokojnie pracować. Czym tak przyciągało to miasto? Redakcja Polskiej Kroniki Filmowej miała na to prostą odpowiedź: Zakopane to raj dla kociaków, żadna kosmetyczka nie dokona tego, co górskie słońce.

W miejscowych lokalach pito kawę, wino, panie ubrane były w czarne kostiumy, panowie w garnitury, rzadko oglądało się stroje sportowe albo swetry. Wczasowicze, młodzież i artyści bawili się przy grających na żywo orkiestrach w lokalach „Watra”, „Jędruś” (do niego przyciągał też striptiz), „Piwnicy” i najbardziej snobistycznym „Orbisie”. W Zakopanem po prostu wypadało bywać. Podobnie jak w Sopocie, na zakopiańskich ulicach można było spotkać ludzi kultury, ale też „klasę pracującą” wypoczywającą w tutejszych ośrodkach fabryk i przedsiębiorstw z różnych rejonów Polski. Obok nich częstymi bywalcami byli świąteczno-niedzielni urlopowicze z okolic Krakowa i Katowic. Zakopane przyciągało 10 procent ruchu turystycznego w Polsce. Tłumy krążyły po Krupówkach, co widać chociażby w filmie Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego z 1960 roku „Pocztówki z Zakopanego”. Doskonale PRL-owską rzeczywistość pokazuje również film Jak to się robi Andrzeja Kondratiuka z 1974 roku. Jan Himilsbach i Zdzisław Maklakiewicz jeżdżą na nartach, odwiedzają bary i restauracje, a wszystko w poszukiwaniu kandydatek do filmu, który sobie wymarzyli. I podobnie jak Sopot, było to miasto kontrastów, tu zderzały się dwa światy. Ale było też oazą swobody w szarym PRL-u.

A wy w których kurortach wypoczywaliście? Piszcie.

Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

Kolejna opowieść o czasie wolnym w PRL na blogu za tydzień. Czekam również na Wasze opowieści.

Otagowane , , , , , , ,

Czas wolny w PRL cz.2: na trzepaku, przed tv, wideo i Atari

Czas wolny w PRL… spędzało się chyba przede wszystkim na podwórku. Przynajmniej jeśli chodzi o młodych ludzi. Trzepak, boisko, ślizgawka, huśtawka z opon samochodowych, piaskownica, klatka schodowa. To był nasz cały arsenał. Oczywiście oprócz tego, co nam przyszło do głowy. A przychodziły rzeczy dziwne.

To na trzepaku wolny czas spędzała Jagoda, córka inżyniera Karwowskiego z „Czterdziestolatka” i bohaterowie młodzieżowych seriali sprzed lat, m.in. „Dziewczyna i chłopak” oraz „Tajemnica starego ogrodu”. Dziś większość trzepaków rdzewieje na pustych podwórkach. Do lamusa odeszło również wiele zabaw, które wtedy rządziły na podwórkach, pikuty, gra w kapsle, strzelanie z procy, ze spluwki.
Oczywiście haratało się też w gałę. Chyba nie było podwórka (albo ulicy), na którym nie grano w piłkę nożną.

Najlepsze drużyny podwórkowe, szkolne brały udział w turniejach „Świata Młodych” albo o Złotą Piłkę. Od połowy lat 60. rozgrywano go na błoniach Stadionu Dziesięciolecia. Brało w nim udział nawet ponad 100 podwórkowych drużyn. Jego pomysłodawcą był sportowiec i działacz Aleksander Zaranek. Rozgrywki piłkarskie – nielegalne – organizował już podczas II wojny światowej. Był też inicjatorem pierwszego powojennego meczu w Warszawie. 25 marca 1945 roku na boisku w Parku Skaryszewskim Polonia zremisowała z Okęciem 3:3.

Do rozgrywek o Złotą Piłkę przystąpili też Perełka, Mandżaro i inni kumple Paragona z książki i serialu „Do przerwy 0:1”. Adam Bahdaj w swojej książce wydanej w 1957 roku i Stanisław Jędryka (był fanem piłki, sam grał w drugoligowej drużynie Stal Sosnowiec) w serialu oraz jego kinowej wersji z końca lat 60. opowiadają o grupie chłopców z warszawskiego podwórka, która bierze udział właśnie w takim turnieju. Do tego mógł przydać się taki podręcznik, o którym pisałem już TUTAJ.

Ale wcale niepotrzebna była piłka, tak naprawdę wystarczył zdezelowany samochód, jakieś patyki. No i oczywiście rower.

Ale czas wolny w PRL to nie tylko podwórko. Jak wychodziło się poza dom, to na przykład do kina. Pamiętam jak moi rodzice chodzili na słynne Konfrontacje Filmowe, czyli przeglądy najciekawszych europejskich filmów. Przy okazji dorzucano też radzieckie produkcje. Wiele kin, a dokładnie ich wystrój i jakość były, mówiąc delikatnie z innej epoki.

O Konfrontacjach pisałem TUTAJ.

 

Zdezelowane krzesła, niedziałające ogrzewanie lub wentylacja, do tego słaba jakość kopii i nagłośnienia. Zdarzało się, że widzowie zamiast na krzesełkach siedzieli na ławkach. „Express Wieczorny” z 1949 roku relacjonował, że w kinoteatrze Stylowy ludzie podczas seansu co jakiś czas podnosili nogi, bo po kinie biegały szczury. I nie był to odosobniony przypadek.

Zawsze można było posiedzieć w domu i obejrzeć telewizję. Sporo o niej piszę w książce, o najciekawszych programach, jej początkach.

Był 25 października 1952 roku, godz. 19.00. W programie wystąpił mim Jan Mroziński, który przedstawił kreacje warszawskiego pijaka i bikiniarza. Jerzy Michotek zaśpiewał Balladę o kułaku, a Maria Nowosad Latarnie gazowe. Zatańczył Witold Gruca. Wszystko w małym studiu, przez zapalone lampy nagrzanym do kilkudziesięciu stopni Celsjusza.

Narodziny polskiej telewizji mogło obejrzeć kilkaset osób na 24 odbiornikach Leningrad umieszczonych w warszawskich świetlicach i klubach. Rok później program nadawano już regularnie. Trwał tylko pół godziny i emitowano go raz w tygodniu. Od 1955 roku już trzy razy w tygodniu. Przez pierwsze lata zasięg telewizyjnych nadajników ograniczał się do okolic Warszawy, dlatego powstawały świetlice z odbiornikami dostępne dla większej grupy widzów. Sytuacja z dostępnością poprawiła się w 1956 roku po rozpoczęciu produkcji telewizorów marki Belweder i Wisła przez Warszawskie Zakłady Telewizyjne.

W styczniu 1957 roku zarejestrowano w kraju ponad 5 tysięcy telewizorów, w tym ponad dwa tysiące odbiorników Wisła. Dekadę później, 21 listopada 1966 roku wyemitowano specjalny program na cześć dwumilionowego widza, został nim Mieczysław Słowik z Krakowa. Spikerką w tym programie była niezwykle urodziwa Alicja Bobrowska, Miss Polonia 1957. Dwa lata później zarejestrowano już trzymilionowego abonenta tv. W październiku 1970 roku uruchomiono drugi program telewizji, który w zamierzeniach miał być kulturalno-oświatowy

Pod koniec lat 80. w polskiej telewizji nie brakowało fragmentów z zachodnich programów satelitarnych, m.in. za sprawą programu „Bliżej świata”, który pojawił się w 1988 roku. Można było w nim zobaczyć m.in. pokazy mody i przygody Benny’ego Hilla. W połowie lat 80. fragmenty produkcji realizowanych za murem berlińskim pokazywano też w programie „Jarmark” Wojciecha Pijanowskiego, Krzysztofa Szewczyka i Włodzimierza Zientarskiego. Puszczano tam na przykład zagraniczne teledyski.

W latach 80. w naszej rzeczywistości pojawił się też świat wideo. Również sporo o nim piszę w książce. Wiedzieliście na przykład, że pod koniec lat 80. w Polsce były tylko 32 wypożyczalnie państwowe i 100 prywatnych. W 1985 roku Przedsiębiorstwo Dystrybucji Filmów dysponowało zaledwie 10 zagranicznymi tytułami na kasetach. Dlatego też kwitł czarny rynek. W 1988 roku w Polsce było około 800 tysięcy magnetowidów, których głównymi dostawcami były Baltona i Pewex. Na 12 milionach kaset można było obejrzeć blisko 3 tysiące tytułów

Fenomen wideo w latach 80. trafnie oddaje piosenka Kapitana Nemo z 1986 roku „Wideonarkomania”: Oto nowy szał, nowy hasz dla mas dziś wiedzie prym. Biały ekran drga, jeden tylko ruch i mieszkasz w nim. Wideo, Wideo, Wideo – Wideonarkomania. To nowy chwyt. Na dzień dobry – clips, po południu garść kowbojskich scen, A po Brusie Lee trochę seksu, nim zapadniesz w se

No i komputery! To był szał. Atari, Commodore i te wszystkie gry. Pisałem o nich sporo już na blogu, m.in. TUTAJ.

 

A pamiętacie programy drukowane w „Bajtku”, albo to, że można je było pozyskać  z radia. W 1986 roku w Rozgłośni Harcerskiej pojawiła się audycja Radiokomputer, w której puszczano program komputerowy w postaci sygnału dźwiękowego, pisków, i można było go zarejestrować na kasecie na swoim kasprzaku.

No, ale wtedy komputery nie dawały jeszcze możliwości kontaktu między znajomymi, rodziną. Forum wymiany informacji i komentarzy była prasa, chociażby „Świat Młodych”, ale też na przykład „Na przełaj”. Fani różnych popkulturowych dziedzin mogli na jej łamach dzielić się swoimi doświadczeniami, informować o nowościach. W zasadzie każde młodzieżowe czasopismo miało kącik dla hobbystów. Proponowano w nim wymianę przedmiotów z kolekcji, poszukiwano skarbów, miłośników określonego gatunku muzycznego, filmów, umawiano się na spotkania. Kilka przykładów z czasopisma „Na przełaj” z 1989 roku:

Poznam miłego i przystojnego mena z Wielunia – miła i przystojna.
Kochani! Pomóżcie mi zakupić maszynę do pisania. Brakuje mi tylko 20 tysięcy złotych. Proponuję składkę po 1 zł wzwyż.
Chcę poznać ludzi rasta – nauczcie mnie siebie.
Zbieram fajne odzywki w rodzaju: schowaj się, bo na małpy polują. Za jedną prześlę pięć. Warunek – znaczek i koperta. Poza tym poznam fajną dziewczynę z Rzeszowa.

 

Dorośli mięli często inny pomysł na spędzenia wolnego czasu. Chodzi na przykład o „tradycyjne Lizanie Śledzia”, czas w salonach z automatami do gier, albo relaks przy budce z piwem.

Było to miejsce wymiany poglądów, rozwiązywania konfliktów, namiętnych romansów, a nawet edukacji. Jeden z takich słynnych kiosków znajdował się w stolicy przy Krakowskim Przedmieściu. O interdyscyplinarnej misji piwnego przybytku pisał Olgierd Budrewicz:

Liczy sobie kilka zaledwie metrów kwadratowych, ale jej zasięg kulturalny i obyczajowy przekracza daleko krąg najwspanialszego fragmentu starej Warszawy. […] Dzięki niemu to zostało uświadomionych seksualnie kilka tysięcy dzieci, przechodzących tędy do szkoły […] lub po prostu zakupujących cukierki w piwiarni. Referaty wygłaszane przez klientów lokalu odznaczają się błyskotliwością i niezrównaną plastyką opisu.

Fenomenalnie rzeczywistość pod budką z piwem uwiecznił Jerzy Gruza w filmie „Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy” z 1973 roku (premierę miał dopiero w 1980 roku), według scenariusza Jana Himilsbacha. Bohater, genialnie zagrany przez Zdzisława Maklakiewicza, pod budką z piwem odpoczywał i nabierał sił. Musiał tylko uważać, by się nie upić, bo jak mówiła jego mama, był za ciężki do rozbierania.

A wy, jak spędzaliście czas wolny?

Kolejna opowieść o czasie wolnym w PRL na blogu za tydzień. Czekam również na Wasze opowieści.

Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

A przedsprzedaż TUTAJ.

Otagowane , , , , , , , , ,

Teledyski, lody i karate

Kilka wyjątkowych wspomnień mam z kasetami wideo, tak jak pewnie każdy, kto wychowywał się na przełomie lat 80/90. U wujka na odtwarzaczu wideo, wraz z kuzynką, oglądaliśmy „Lody na patyku”. U sąsiada oglądałem jakieś pierwsze erotyki. Za to kiedy już mieliśmy własny magnetowid JVC to chodziłem do wypożyczalni kaset wideo „PACO” w domu kultury. Tam najchętniej wybierałem coś z działu sensacja, albo wojenne. Na przykład serię z Nico Toscanim (oczywiście Steven Seagal) albo „Bitwę o Anzio” z Robertem Mitchumem, „Komandosów z Navarony” i „Tylko dla orłów. I właśnie ten film znalazłem wśród kaset, które uchowały się u Staszka i Heleny.

Jest tu cały przekrój tego, co oglądało się przed laty i przegrywało od kolegów. Filmy wojenne, karateckie, „Lody na patyku”, western, ale też bardzo ważna rzecz, teledyski.

Podczas zagranicznych wyjazdów Staszek nagrywał MTV na kasety VHS, jak leci. Programy muzyczne, teledyski. I potem przywoził to do Polski i jego córki wraz z koleżankami oglądały z wypiekami na twarzy.

Filmy też nagrywało się podczas zagranicznych pobytów. Z tamtejszych telewizji. Stąd potem w domach całe rodziny wraz z sąsiadami oglądały „Rambo” po holendersku, albo „Rocky’ego” mówiącego po niemiecku.

Do przegrywania potrzebne były kasety i te były różnej długości. Tu widać przykład 180, 195, 240, ale były też dłuższe. Produkowały je uznane firmy, jak Panasonic, Sony albo Fuji, ale jak widać na zdjęciu firm było znacznie więcej. Czasami egzotycznych. A wśród firm produkujących kasety u nas Polskie Nagrania (czarna kaseta, druga z prawej).

Co do kaset VHS Polskich Nagrań to TUTAJ możecie zobaczyć wiele znakomitych okładek filmów, które dystrybuowali.

Natomiast szczytem marzeń było mieć taki zestaw kaset gotowych do nagrywania ulubionych filmów.

Na swoim blogu zresztą również opisywałem już kilka historii związanych z kasetami z mojej kolekcji. Zapraszam TUTAJ.

Wśród nich miałem kasetę z „Cobrą”.

I uwaga, sam się za niego przebierałem na szkolne zabawy.

Ten po lewej to ja. Zresztą kolega obok też się przebrał za Cobrettiego.

A o kasetach VHS przeczytacie również w mojej książce „Czas wolny w PRL”, która ukaże się 27 maja. Można już ją zamawiać TUTAJ. Polecam!

Otagowane , ,
Stwórz swoją własną witrynę internetową, za darmo na WordPress.com.Stwórz swoją własną witrynę internetową.
Zacznij za darmo