Można go było zabrać na piknik, podłączyć do niego komputer, obejrzeć Dziennik Telewizyjny. Telewizor Neptun z gdańskiego Unimoru niedawno zasilił nasze zasoby (podziękowania dla szwagra).
Wisła, Belweder, Jantar, Szmaragd, Wawel, Klejnot, Aladyn, Fiord, Fala, Szecherezada, Saturn, Rubin - w Gdańsku produkowano przeróżne modele telewizorów. Zakład powstał w 1957 roku jako Gdańskie Zakłady Radiowe T-18. W 1972 roku przedsiębiorstwo zmieniło nazwę na Gdańskie Zakłady Elektroniczne „UNIMOR”. W najlepszych czasach produkowano w nich nawet kilkaset tysięcy telewizorów rocznie.
Telewizory Neptun zaczęto w nich wytwarzać pod koniec lat 50. Nasz pochodzi z lat 70. Warto też przypomnieć, że zakłady produkowały inne urządzenia. Strona unimor.info podaje: „Pierwszymi urządzeniami wyprodukowanymi w 1959 roku były radiołącza „Korab-3″, które znalazły zastosowanie w kraju na stacjach nadawczych i przekaźnikowych telewizji oraz były przedmiotem eksportu do ZSRR i Węgier. Produkcja tych urządzeń trwała do roku 1965. Od roku 1966 do produkcji zaczęto wprowadzać wiele nowych urządzeń takich jak: radiostacje szalupowe, radiostacje pokładowe i inne”.
Nasz Neptun 150 ma przekątną 12 cali, obraz jest czarno-biały. Można zaprogramować siedem kanałów. Ma wbudowaną antenę oraz dodatkowe gniazdo na antenę zewnętrzną. Reguluje się głośność, jasność i kontrast. Produkowano je w kilku kolorach, m.in. białym żółtym i czerwonym.
Na naszym egzemplarzy ważne są naklejki: Mega Sport i I Love Coca-Cola & Lublin. Nie zdejmowaliśmy ich, bo dobrze dopełniają całości.
Na jego podzespołach powstał Neptun 156, używany jako komputerowy monitor.Taki egzemplarz można oglądać chociażby w warszawskim Muzeum Techniki.
Nasz też może do tego służyć, oto dowód.
Z naszej konsoli Atari 2600 odpaliliśmy grę River Raid. O konsoli pisaliśmy już TUTAJ
Ponieważ obraz jest krzywy (możliwe, że trzeba uregulować kineskop, ale tego nie potrafimy niestety) postanowiliśmy podłożyć książkę i działa, że ho ho!
Kilkukrotnie opowiadaliśmy tu o różnych lampkach i lampach z minionej epoki. Mamy przecież w swojej kolekcji takie klasyki, jak ta lampa, o której pisaliśmy TUTAJ.
Dzisiaj zajmiemy się dwiema mniejszymi źródłami światła. Na początek lampka na biurko, a la kreślarska. Wyprodukował ją zakład Polam-Wilkasy (nazwa od jeziora na Mazurach). Trudno powiedzieć z jakiego pochodzi roku, ale stawiamy na lata 70.
Oprawa stołowa ma numer St-24, jej cena wynosiła wtedy 400zł.
Polam to była skrócona nazwa Zjednoczenia Sprzętu Oświetleniowego i Elektromechanicznego. Wilkasy były jednym z oddziałów. Jego początki sięgają końca lat 40., chociaż wtedy zakład zajmował się maszynami rolniczymi. Za oświetlenie wzięli się w nim w latach 50. Trochę zdjęć produktów Polam możecie znaleźć na ciekawym blogu: http://vintagedesignblog.com/polam/
Druga lampka to produkt niemiecki. Wyprodukowała ją firma SIS-Licht Gebr., której początki sięgają lat 20. Jednak, bardzo ważna rzecz. Na guziczku, który włącza światło widnieje napis „Italy” – z kraju Festiwalu Piosenki San Remo niemiecki producent sprowadzał ten element.
Lampka ma piękny dizajn, elementy żółte i charakterystyczne dla tamtych czasów ramie wyginające się w różne strony. Podobną konstrukcję ma zresztą pokazany wyżej Polam. Podobne mają też włączniki. Ta niemiecka jest jednak mniejsza i bardziej zgrabna.
Obie dumnie nam służą i nie zanosi się by szybko to się zmieniło.
Jeżeli macie może więcej informacji o pokazanych lampkach podzielcie się z nami!
„A w Poroninie, to mieszka jeden baca/ Co Leninowi zsiadłym mlekiem leczył kaca/ A ty maszeruj, maszeruj głośno krzycz/ Niech żyje nam Wołodia Ilicz!” – podobną taką piosenkę można było usłyszeć z ust aktywu ZSMP podczas rajdów szlakiem zdobywców wału pomorskiego w latach 70. Pretekstem do jej przytoczenia jest taka oto pamiątka z naszej kolekcji.
Ten absurdalny przedmiot to pamiątka po X Centralnym Rajdzie Szlakami Zdobywców Wału Pomorskiego z 1977 roku z oddziału w Bielsko-Białej. Warto krótko wyjaśnić co to były te rajdy, Wał Pomorski i ZSMP.
Rajdy były popularną formą wypoczynku w PRLu, trochę jak kolonie, tylko trzeba się było bardziej napracować, znaczy nachodzić. Rajdy ZSMP odbywały się w latach 60., 70. i 80.
ZSMP, czyli Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej narodził się w 1976 roku z połączenia Związku Młodzieży Socjalistycznej, Związku Socjalistycznej Młodzieży Wiejskiej i Socjalistycznego Związku Młodzieży Wojskowej. Prowadził indoktrynację młodzieży, mobilizował do nauki i wysiłku fizycznego. Stąd podobne rajdy.
Wał Pomorski, nazywany Pozycją Pomorską (Die Pommernstellung) to umocnienia na wschodniej granicy III Rzeszy, w okolicach Wałcza, Szczecinka i Gorzowa Wielkopolskiego. Budowa rozpoczęła się pod koniec lat 20. O historii Wału możecie poczytać TUTAJ. My powracamy do fascynującej deski, która właściwie nadaje się tylko do powieszenia na ścianie w korytarzu. To jedna z tych pamiątek, które po otrzymaniu stawały się obiektem do zbierania kurzu w domu. A u nas ma zaszczytne miejsce.
Nie był ani szybki, ani wygodny, nawet niespecjalnie tani. A jednak fiat 126, czyli maluch, stał się legendą polskiej motoryzacji i popularnym motywem w popkulturze. Za sprawą wydanej właśnie książki „Maluch. Biografia” Przemysława Semczuka nadszedł czasy by opowiedzieć o maluchu w polskiej kulturze, głównie kinie.
Na początku tego wieku w Bielsku-Białej miejscowe radio zorganizowało plebiscyt na symbol miasta. Drugie miejsce zajęli Bolek i Lolek, wygrał fiat 126p. To nie był koniec czczenia malucha w tym mieście. Kilka miesięcy temu otwarto poświęconą autku kawiarnię, Maluch Cafe. Patrząc na historię samochodu, jaki ślad zostawił w naszej popkulturze, takie wyróżnienia nie powinny dziwić.
„Znowu liście spadły miła na nasz dach/ wyjdź z łazienki jeszcze raz rzućmy okiem/ jak tam stoi wśród innych taki sam - ale nasz/ na niewielkim parkingu przed blokiem/ popatrz miła, jaki obcy jest ten świat/ dotąd dom był jedynym schronieniem/ teraz mamy już drugie, te są innych, ten nasz/ odkąd przestał być tylko marzeniem” - to fragment piosenki, do której słowa napisał w 1976 roku (trzy lata po tym, jak maluch wyjechał na nasze drogi) kompozytor, działacz polityczny w stanie wojennym był internowany w Białołęce, Jan Krzysztof Kelus.
Dwie dekady później kompozycję przypomniały Elektryczne Gitary. O Maluchu śpiewała też w telewizyjnej reklamie Halina Frąckowiak, a w numerze „Nie płacz, Ewka” wspominał go, jako szczyt marzeń Perfect. Te przykłady podaje w swojej książce „Maluch” Przemysław Semczuk. Jak pisze, środowiska artystyczne zainteresowały się samochodem już w momencie jego narodzin, czyli czerwcu 1973 roku, kiedy pierwsze maluchy zaczęły zjeżdżać z taśm fabryki w Bielsku-Białej. Do zakładu zawitała ogromna (200-osobowa) grupa uczestników Krajowego Spotkania Przedstawicieli Środowisk Twórczych. Byli wśród nich przedstawiciele przeróżnych dziedzin, od filmu, przez literaturę, po muzykę. W zakładowym Dyskusyjnym Klubie Filmowym Andrzej Wajda pokazał nawet swój najnowszy film „Ziemia obiecana”. Obok twórcy „Kanału” do Bielska-Białej zawitali też chociażby reżyserzy Jerzy Kawalerowicz i Jerzy Passendorf.
Niby Pani sobie odpoczywa, a jednak prawie czci…
Maluch jest przede wszystkim kojarzony z „Czterdziestolatkiem”. Czerwonym modelem z chromowanymi zderzakami jeździł główny bohater inżynier Karwowski. Po sukcesie serialu fiaty 126p nawet nazywano jego nazwiskiem.
Trudno nie zauważyć też malucha w komedii „Nie ma mocnych” Sylwestra Chęcińskiego, która pojawiła się na ekranach rok po debiucie auta. Z kolei dwie dekady później męczył się w nim bohater „Nic śmiesznego” Marka Koterskiego, Adaś Miauczyński (Cezary Pazura). Adaś nigdy nie mógł domknąć drzwi od swojej pomarańczowej maszyny, zamknąć do końca okna, nie mówiąc już o odpaleniu. Maluch pojawiał się też na ekranie później, chociażby w „Drogówce” Wojtka Smarzowskiego (auto postaci granej przez Henryka Gołębiewskiego) albo jako środek transportu głównego bohatera (gra go Maciej Stuhr) filmu „Fuks”. Widać go zresztą też na ekranie w zagranicznych produkcjach, ale jest tam jedynie statystą: scena z serialu „Czarna lista” kręcone na Kubie, gdzie eksportowaliśmy przez wiele lat maluchy. W większej roli samochód pojawił się w komedii „Była sobie zbrodnia” z 1992 roku. Radiowozem maluchem jest tu przewożony James Belushi. Nasze małe autko pojawiło się też w japońskiej anime „FLCL”.
Zdjęcie z wyprawy maluchami dookoła świata
Wracając do PRL, tutaj też mieliśmy animację z maluchem. Samochodem jeżdżą Bolek i Lolek w edukacyjnym filmie „Szerokiej drogi” z 1976 roku. Trudny fakt zdobycia auta w tamtych czasach poruszyła Szarlota Paweł w swoim komiksie z serii „Kubuś Piekielny” wydanej pod koniec lat 70. Tutaj bohaterowie walczą o malucha na loterii. Semczuk w swojej książce podaje przykłady ludzi kultury, którzy walczyli o malucha w świecie realnym. Wśród nich byli Jacek Fedorowicz (chciał samochód dla żony) albo operator Witold Sobociński, który nazwał go „bezsprzecznie najlepszym samochodem wśród wozów małego litrażu”. Autor przypomina też wyjątkową imprezę, jaką zorganizowano z okazji wyprodukowania milionowego egzemplarza. W marcu 1980 roku w katowickim Spodku odbył się „Wielobój gwiazd”. Artyści występowali między zawodami drużyn zakładowych, polegającymi na przykład na złożeniu malucha na czas. Imprezę prowadzili Tadeusz Sznuk oraz Wojciech Pijanowski, a na scenie brylowali artyści z zagranicy (m.in. wokalista Josef Laufer z Czechosłowacji) oraz nasze gwiazdy. Wśród nich Maryla Rodowicz, która przez chwilę nawet miała swojego malucha. Dostała go jako nagrodę na festiwalu w Sopocie, ale jak sama przyznała od razu go sprzedała.
A to zdjęcie włoskiego modelu z albumu „Samochody w PRL-u”
O popularności „kaszlaka” świadczy liczba żartów, jakie krążyły o nim w PRL. Semczuk przytacza wiele z nich, chociażby taki: „Podobno Szwajcarzy zakupili ostatnio większą partię maluchów - do drążenia dziur w serze”. Na uwagę zasługuje też fakt, że auta stały się środkiem transportu dla trzech śmiałków, którzy 1976 roku wyruszyli nimi w podróż dookoła świata. Opowieść o ich wyprawie to jeden z najciekawszych wątków w książce.
Po 27 latach, we wrześniu 2000 roku zakończono produkcję malucha, składając w Polsce łącznie ponad trzy miliony, trzysta tysięcy egzemplarzy. Samochód przeszedł do legendy, także popkultury.
Tak redaktorzy gazety „Motor” pokazali na okładce zimę w 1988 roku
Maluch nie był jedynym samochodowym aktorem w polskim kinie i telewizji. Na ekranie brylowały syreny, które produkowano w latach 1957-83. Skarpeta pojawiła się m.in. w serialach „Dom” i „Siedem stron świata” oraz „Rozmowach kontrolowanych”.
Rządziła też warszawa, czyli nasza wersja radzieckiej pobiedy. Gościła w „Czterdziestolatku” (w wersji milicyjnej), „Wakacjach z duchami” (także z logo MO), „Wojnie Domowej”, „Kapitan Sowa na tropie”, „Nie lubię poniedziałku” (taksówka) i „Małżeństwie z rozsądku” (też jako taksi).
Pod koniec lat 70. pojawił się polonez, dla którego nazwę wymyślili uczestnicy plebiscytu „Życia Warszawy”. Można go zobaczyć w wielu filmach z lat 80., chociażby „Wielkim Szu”, „Wściekłym”, „Zabij mnie glino”. Jeździł nim Stanisław Tym w „Misiu” oraz porucznik Borewicz (białym modelem).
Ten ostatni w początkowych odcinkach serii „07 zgłoś się” prowadził inny samochód, chyba najbardziej rozpowszechniony w kinie i telewizji. Chodzi o dużego fiata, czyli fiata 125p, od 1983 r. nazywanego FSO 125p. Z „kwadratem”, „kanciakiem”, „kredensem”, jak nazywany był duży fiat wiąże się jedna z najbardziej widowiskowym scen „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”, kiedy przypadkowo zamieniono go na kabriolet. Duży fiat to jeden z najważniejszych bohaterów serialu „Zmiennicy” Stanisława Barei. Tu był słynną żółtą taksówką o numerze 1313. Pojawił się w niezliczonej liczbie fabuł, także współczesnych, chociażby „Sztosie”, „Domu złym” czy „Jacku Strongu”. Poza tym także w zagranicznych tytułach, m.in. bułgarskim „Człowieku na jezdni” (1987), co nie powinno dziwić, bo eksportowano go do wielu krajów, m.in. Francji, Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii, Jugosławii, NRD, Ameryki Południowej, Iranu i Bułgarii właśnie. Fiat doczekał się nawet komiksowej okładki. Czerwony 125p pojawił się też na okładkach „Na zakręcie” oraz „Zatrzymać niebieskiego fiata”, komiksów z serii „Kapitan Żbik”.
Zgodnie z obietnicą powracamy do zabawek z z Zabawkarsko-Kaletniczej Spółdzielni Pracy w Warszawie, przy placu Grzybowskim. Udało nam się zdobyć kolejne pojazdy serii Auto-Unia. O platformie pisaliśmy TUTAJ. Czas na kolejne.
Mamy kolejną platformę, różniącą się od poprzedniej kolorami. Na drugim zdjęcie można dostrzec z jakim pietyzmem wykonywano te autka. Odwzorowano nawet elementy na desce rozdzielczej.
W dwóch wersjach mamy wozy strażackie. Pierwsza w kartonie, druga w folii. Za auta można zdemontować drabinę, ruchome jest też działko z wodą.
Jest jeszcze jeden wóz strażacki, tym razem drabiniasty. Tutaj zrobiliśmy też zdjęcie pieczątki zdradzające szczegóły wyrobu.
Te samochody można było samemu montować. Dowodem instrukcja z opakowania samochodu ciężarowego.
Wspomniane wyżej samochody miały na oponach napisy „Made In Poland”. Nieco wyróżnia się ostatni produkt z tego samego zakładu. To wóz strażacki, ale nieco mniejszy. Nie tak dokładnie wykonany, prostszy w budowie. Nie powinno więc dziwić na etykiecie oznaczenie, że to zabawka gatunku II.
Wciąż polujemy na wóz transmisyjny TVP z tej serii.
Łunochod 1 dotarł na Księżyc w ramach misji Łuna w listopadzie 1970 roku. Czy już wtedy inżynierowie z firmy zabawkarskiej Straume w Rydze na Łotwie myśleli o swojej kosmicznej zabawce, trudno powiedzieć. Na pewno jednak już w latach 70. dzieciaki za naszą wschodnią granicą, a później z całego bloku wschodniego mogły kupić ten oto cudowny pojazd księżycowy.
Pojazd udało nam się zdobyć w pewnym warszawskim antykwariacie. Ma długość ponad 30 cm, działa dzięki dwóm płaskim bateriom. Z boku widać nazwę firmy, a na kaskach kosmonautów jasny sygnał z jakiego są państwa.
Pojazd ten produkowany był w różnych wersjach, miał różne numery boczne i różny kolor kosmonautów. Po prostu ewoluował.
Biała kopuła z przodu zaczyna zachwycać po uruchomieniu pojazdu. Wypełnia się błyskami świateł, a sam pojazd porusza się. Co ważne i niezwykłe to fakt, że po dotarciu do przeszkody pojazd cofa się minimalnie, skręca i rusza dalej. Co widać na filmie na samym dole.
Baterie wkłada się od dołu, tam też znajduje się włącznik pojazdu i koła.
W środku zabawki znaleźliśmy dwie płaskie baterie. Wyprodukowano je w ZSRR, a pochodzą, uwaga, z 1969 roku! Zatem pojazd nie może być wiele starszy.
Na koniec film udowadniający, że nasz pojazd działa i świetnie radzi sobie z przeszkodami:
Wreszcie uzupełniliśmy nasze zbiory o piękne modele, które można było kupić chociażby w składnicach harcerskich. Oto RWD, JAK i MiG w postaci modeli do sklejania.
Modelarstwo było niezwykle rozpowszechnione w PRLu. Działało wiele klubów, na moim podwórku w Słupsku wiele dzieciaków spędzało noce na klejeniu sobie rąk nieporęcznymi klejami do modeli. Nam udało się zdobyć trzy modele z tamtych lat.
Najpierw projekt Stanisława Wigury z lat 30. minionego wieku, czyli RWD-8 DWL.
To był najpopularniejszy samolot w II Rzeczypospolitej, głównie treningowy. Do zestawu jest zresztą dołączona wkładka z historią tego modelu. Opisane są też sposoby malowania i oznaczenia. Dołączono też instrukcję odnośnie montażu oraz kalkomanię. Pamiętam jak naklejki najpierw trzeba było moczyć w wodzie i dopiero potem przykleić na model. Często zostawały na palcu, albo na kancie miseczki.
Model wyprodukowały Podlaskie Zakłady Wytwórcze w Siedlcach. Zestaw pochodzi z lat 80., a jego cena to 280 zł.
Kolejny model, to wcześniejszy o kilka lat Jak-1M. Radziecki myśliwiec pochodzi z lat 40.
Instrukcja napisana jest tu nie tylko po polsku, ale też angielsku, niemiecku i francusku. Kalkomania do wyboru: PRL albo ZSRR.
Model wyprodukowała firma Plastyk Pruszków. Zdublowana wkładka w środku zdradza wszystko. Rok 1981, cena 42 zł, dla dzieci od lat 10.
I wreszcie produkt naszego południowego sąsiada. To MiG-19 (jego konstrukcja pochodzi z lat 50.) w wersji czechosłowackiej.
Tradycyjnie w środku opis montażu oraz opowieść o historii samolotu, a dokładnie jego dwóch wersjach: czechosłowackiej oraz pakistańskiej. MiG wyprodukował zakład Kovozavody Prostejov. Ciekawe, że po kilkuletniej przerwie praska firma wznowiła działalność!
Nie pozostaje nic innego jak zacząć składać…
Szybka aktualizacja tego wpisu, bo właśnie poszerzyliśmy kolekcje o kolejnych 6 modeli!
Na początek coś dla zawodowców. Trzymiejscowy samolot rozpoznawczo-bombowy PZL-46 SUM.
To wyjątkowy model, bo części trzeba samemu wyciąć z zalanego plastiku. Wyprodukowała go Wytwórnia Akcesoriów i Zestawów Modelarskich Miniplast z Nowej Soli. Model kosztował 420zł.
Kolejna wyjątkowa konstrukcja. Takie modele można było kupić raczej tylko w Peweksach. To lekki krążownik amerykańskiej marynarki USS San Diego, który służył na Pacyfiku podczas II wojny światowej.
Częściowo sklejony model miał w środku, a raczej opakowanie miało, pudełko od zapałek. Często używane przez modelarzy do chowania małych części. Statek wyprodukowała znana przede wszystkim z modeli samochodów firma Matchbox. Ten model pochodzi z 1983 roku. O produktach Matchbox pisaliśmy TUTAJ.
Wróćmy do czechosłowackiej firmy Kovozavody Prostejov, której jeden model omówiliśmy wyżej. Mamy również MiG 21MF. Tutaj specjalną atrakcją są dokupione przez poprzedniego właściciela metalowe (na niby metalowe oczywiście) części do tego modelu.
Oto te części:
W pudełku znalazł się też charakterystyczny dla tamtych czasów klej do modeli. Wyglądał tak:
Kolejny wyjątkowy egzemplarz. Ten Goshawk F11C-2wyprodukowany przez amerykańską firmę Monogram pochodzi z 1968 roku! Początki tej firmy sięgają 1945 roku. Piękny model prezentuje się tak.
Na koniec dwa modele radzieckiego naddźwiękowego Suchoja. Najpierw Su-7 wyprodukowane za naszą zachodnią granicą. W środku oflagowanie polskie, radzieckie albo czechosłowackie oraz ciekawostka.
Ta ciekawostka to specyficzny pojemniczek. O ile pamiętam mieścił się w nim klej.
Drugi to inny model Su-7, mianowicie BKL. To podobno najbardziej rozpowszechniona wersja tego samolotu. Nasz model to kolejne dzieło wspomnianej wyżej czechosłowackiej firmy.
Tutaj też mamy w środku pudełka piękną niespodziankę. Oto dokupiony fotelik do modelu. Wyprodukował go Zakład Produkcji Zabawek Aga z Białegostoku.
Gramofonów ci u nas pod dostatkiem. W kolekcji mamy Bambino, o którym TUTAJ, a do tego chociażby Artura, o którym TUTAJ.
Po ostatniej wyjątkowej uroczystości od przyjaciela Marka otrzymaliśmy takie cudo.
Ładne, niebieskie pudełko kryje w sobie piękny gramofon Maestro Fonica.
Sprzęt najprawdopodobniej z lat 60. minionego wieku operował jeszcze trzema prędkościami. Oprócz popularnych 45 i 33, także 16. Ta ostatnia, wprowadzona w latach 50. nie odniosła sukcesu.
Gramofon ma też inne ciekawe rozwiązanie. Gumową rączkę można bowiem w bardzo prosty rozciągnąć, co pokazuje poniższe zdjęcie przed i po rozciągnięciu.
Różne były wersje i kolory tego walizkowego gramofonu. Nasz ma jeszcze wtyczkę i końcówki do głośników z bakelitu.
Nie był to sprzęt specjalnie lekki, ani zbyt dobrze grający, ale design miał wyjątkowy.
Kiedy w 1969 roku David Bowie nagrywał swój kosmiczny przebój „Space Oddity” postanowił wykorzystać w nim pewien bardzo dziwny przedmiot, w zasadzie instrument muzyczny. Był to stylofon, który od jakiegoś czasu, dzięki szwagrowi Marcinowi jest w naszych zbiorach.
To nie jest dzieło inżynierów z PRLu, ale nie zmienia to faktu, że związane jest z tamtą epoką. W latach 70. w Wielkiej Brytanii marzyło o nim niemal każde dziecko. Tak jak u nas marzyło się o pierwszej gitarze albo motorynce. Oto nasz stylofon, wyprodukowany w Anglii, ale eksportowany do Niemiec.
To piękne urządzenie wynalazł w 1967 roku Brian Jarvis, a rozpropagował australijski artysta rozrywkowy Rolf Harris, który notabene siedzi obecnie w więzieniu za obrzydliwe rzeczy. Możecie go zobaczyć ze stylofonem tutaj:
Jak to działa? Stylofon to przenośny, na baterie 9V, syntezator dźwięku. Dotykając tak zwanym stylusem metalowej klawiatury zamykamy obwód i wytwarzamy dźwięk. Produkowane były trzy wersje, obok standardowej także basowa i sopranowa.
Ta maszyna to dowód na współpracę polskiego rządu w PRLu ze wschodnią częścią Niemiec. Oto kolejny dar dla naszego bloga od przyjaciół Patryka i Iwony – piękna maszyna licząca Astra:
Fabryka Astry powstała w Chemnitz, które w latach 1953–1990 miało doniosłą komunistyczną nazwę Karl-Marx-Stadt. Tam w latach 20. założono specjalizującą się w maszynach do liczenia firmę Astra Werke. Później urządzenia dla niej wykonywali przebywający podczas II wojny światowej w obozach pracy w Chemnitz Polacy.
Z tego co udało nam się ustalić firma Astra zmieniła w 1959 roku swoje logo na Ascota. To dowód, że nasza maszyna pochodzi z lat 50. Zresztą przekonała nas o tym już tabliczka umieszczona wewnątrz niej. A wnętrze jest przepiękne. Widać w nim mechanizm z taśmą z tuszem, korby, wały i różne inne kosmiczne części. Widać też oryginalny, wiekowy załadowany papier.
Taśmę barwiącą do maszyny przygotowała firma Delfin, która produkowała w PRLu przeróżne przedmioty „papiernicze”.
Dźwięki jakie wydaje ta maszyna są kosmiczne, tak samo jak waga. Obudowę zrobiono z bakelitu, dodatkową wagę robi też oczywiście masa metalowych części w środku.
Tabliczka w środku informuje, że maszynę tą wykorzystywano w RUCHu. Firma powstała w 1918 roku jako Polskie Towarzystwo Księgarni Kolejowych RUCH. Od początku postawiono na kioski z prasą, tytoniem itp. W 1969 roku firma przekształciła się w Zjednoczenie Upowszechniania Prasy i Książki RUCH, a w 1971 w wyniku połączenia RUCHu i Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej „Prasa”, powstała Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza „Prasa-Książka-Ruch”.
Niestety nie wiemy czy nasza maszyna była wykorzystywana w kioskach RUCHu, czy może w centrali. Sama tabliczka zdradza, że była własnością Państwowego Przedsiębiorstwa Filatelistycznego RUCH. Ten oddział RUCHu zajmował się wydawaniem m.in. kopert, książek-katalogów o znaczkach.
Tu liczymy na Waszą pomoc. Może macie rodziców albo dziadków, którzy pracowali w kioskach albo w P.P.F. RUCH, może oni znają tą piękną Astrę?
A oto jakie piękne dźwięki wydaje nasza maszyna i jak błyska: