Category Archives: AGD

Czas wolny w PRL cz.2: na trzepaku, przed tv, wideo i Atari

Czas wolny w PRL… spędzało się chyba przede wszystkim na podwórku. Przynajmniej jeśli chodzi o młodych ludzi. Trzepak, boisko, ślizgawka, huśtawka z opon samochodowych, piaskownica, klatka schodowa. To był nasz cały arsenał. Oczywiście oprócz tego, co nam przyszło do głowy. A przychodziły rzeczy dziwne.

To na trzepaku wolny czas spędzała Jagoda, córka inżyniera Karwowskiego z „Czterdziestolatka” i bohaterowie młodzieżowych seriali sprzed lat, m.in. „Dziewczyna i chłopak” oraz „Tajemnica starego ogrodu”. Dziś większość trzepaków rdzewieje na pustych podwórkach. Do lamusa odeszło również wiele zabaw, które wtedy rządziły na podwórkach, pikuty, gra w kapsle, strzelanie z procy, ze spluwki.
Oczywiście haratało się też w gałę. Chyba nie było podwórka (albo ulicy), na którym nie grano w piłkę nożną.

Najlepsze drużyny podwórkowe, szkolne brały udział w turniejach „Świata Młodych” albo o Złotą Piłkę. Od połowy lat 60. rozgrywano go na błoniach Stadionu Dziesięciolecia. Brało w nim udział nawet ponad 100 podwórkowych drużyn. Jego pomysłodawcą był sportowiec i działacz Aleksander Zaranek. Rozgrywki piłkarskie – nielegalne – organizował już podczas II wojny światowej. Był też inicjatorem pierwszego powojennego meczu w Warszawie. 25 marca 1945 roku na boisku w Parku Skaryszewskim Polonia zremisowała z Okęciem 3:3.

Do rozgrywek o Złotą Piłkę przystąpili też Perełka, Mandżaro i inni kumple Paragona z książki i serialu „Do przerwy 0:1”. Adam Bahdaj w swojej książce wydanej w 1957 roku i Stanisław Jędryka (był fanem piłki, sam grał w drugoligowej drużynie Stal Sosnowiec) w serialu oraz jego kinowej wersji z końca lat 60. opowiadają o grupie chłopców z warszawskiego podwórka, która bierze udział właśnie w takim turnieju. Do tego mógł przydać się taki podręcznik, o którym pisałem już TUTAJ.

Ale wcale niepotrzebna była piłka, tak naprawdę wystarczył zdezelowany samochód, jakieś patyki. No i oczywiście rower.

Ale czas wolny w PRL to nie tylko podwórko. Jak wychodziło się poza dom, to na przykład do kina. Pamiętam jak moi rodzice chodzili na słynne Konfrontacje Filmowe, czyli przeglądy najciekawszych europejskich filmów. Przy okazji dorzucano też radzieckie produkcje. Wiele kin, a dokładnie ich wystrój i jakość były, mówiąc delikatnie z innej epoki.

O Konfrontacjach pisałem TUTAJ.

 

Zdezelowane krzesła, niedziałające ogrzewanie lub wentylacja, do tego słaba jakość kopii i nagłośnienia. Zdarzało się, że widzowie zamiast na krzesełkach siedzieli na ławkach. „Express Wieczorny” z 1949 roku relacjonował, że w kinoteatrze Stylowy ludzie podczas seansu co jakiś czas podnosili nogi, bo po kinie biegały szczury. I nie był to odosobniony przypadek.

Zawsze można było posiedzieć w domu i obejrzeć telewizję. Sporo o niej piszę w książce, o najciekawszych programach, jej początkach.

Był 25 października 1952 roku, godz. 19.00. W programie wystąpił mim Jan Mroziński, który przedstawił kreacje warszawskiego pijaka i bikiniarza. Jerzy Michotek zaśpiewał Balladę o kułaku, a Maria Nowosad Latarnie gazowe. Zatańczył Witold Gruca. Wszystko w małym studiu, przez zapalone lampy nagrzanym do kilkudziesięciu stopni Celsjusza.

Narodziny polskiej telewizji mogło obejrzeć kilkaset osób na 24 odbiornikach Leningrad umieszczonych w warszawskich świetlicach i klubach. Rok później program nadawano już regularnie. Trwał tylko pół godziny i emitowano go raz w tygodniu. Od 1955 roku już trzy razy w tygodniu. Przez pierwsze lata zasięg telewizyjnych nadajników ograniczał się do okolic Warszawy, dlatego powstawały świetlice z odbiornikami dostępne dla większej grupy widzów. Sytuacja z dostępnością poprawiła się w 1956 roku po rozpoczęciu produkcji telewizorów marki Belweder i Wisła przez Warszawskie Zakłady Telewizyjne.

W styczniu 1957 roku zarejestrowano w kraju ponad 5 tysięcy telewizorów, w tym ponad dwa tysiące odbiorników Wisła. Dekadę później, 21 listopada 1966 roku wyemitowano specjalny program na cześć dwumilionowego widza, został nim Mieczysław Słowik z Krakowa. Spikerką w tym programie była niezwykle urodziwa Alicja Bobrowska, Miss Polonia 1957. Dwa lata później zarejestrowano już trzymilionowego abonenta tv. W październiku 1970 roku uruchomiono drugi program telewizji, który w zamierzeniach miał być kulturalno-oświatowy

Pod koniec lat 80. w polskiej telewizji nie brakowało fragmentów z zachodnich programów satelitarnych, m.in. za sprawą programu „Bliżej świata”, który pojawił się w 1988 roku. Można było w nim zobaczyć m.in. pokazy mody i przygody Benny’ego Hilla. W połowie lat 80. fragmenty produkcji realizowanych za murem berlińskim pokazywano też w programie „Jarmark” Wojciecha Pijanowskiego, Krzysztofa Szewczyka i Włodzimierza Zientarskiego. Puszczano tam na przykład zagraniczne teledyski.

W latach 80. w naszej rzeczywistości pojawił się też świat wideo. Również sporo o nim piszę w książce. Wiedzieliście na przykład, że pod koniec lat 80. w Polsce były tylko 32 wypożyczalnie państwowe i 100 prywatnych. W 1985 roku Przedsiębiorstwo Dystrybucji Filmów dysponowało zaledwie 10 zagranicznymi tytułami na kasetach. Dlatego też kwitł czarny rynek. W 1988 roku w Polsce było około 800 tysięcy magnetowidów, których głównymi dostawcami były Baltona i Pewex. Na 12 milionach kaset można było obejrzeć blisko 3 tysiące tytułów

Fenomen wideo w latach 80. trafnie oddaje piosenka Kapitana Nemo z 1986 roku „Wideonarkomania”: Oto nowy szał, nowy hasz dla mas dziś wiedzie prym. Biały ekran drga, jeden tylko ruch i mieszkasz w nim. Wideo, Wideo, Wideo – Wideonarkomania. To nowy chwyt. Na dzień dobry – clips, po południu garść kowbojskich scen, A po Brusie Lee trochę seksu, nim zapadniesz w se

No i komputery! To był szał. Atari, Commodore i te wszystkie gry. Pisałem o nich sporo już na blogu, m.in. TUTAJ.

 

A pamiętacie programy drukowane w „Bajtku”, albo to, że można je było pozyskać  z radia. W 1986 roku w Rozgłośni Harcerskiej pojawiła się audycja Radiokomputer, w której puszczano program komputerowy w postaci sygnału dźwiękowego, pisków, i można było go zarejestrować na kasecie na swoim kasprzaku.

No, ale wtedy komputery nie dawały jeszcze możliwości kontaktu między znajomymi, rodziną. Forum wymiany informacji i komentarzy była prasa, chociażby „Świat Młodych”, ale też na przykład „Na przełaj”. Fani różnych popkulturowych dziedzin mogli na jej łamach dzielić się swoimi doświadczeniami, informować o nowościach. W zasadzie każde młodzieżowe czasopismo miało kącik dla hobbystów. Proponowano w nim wymianę przedmiotów z kolekcji, poszukiwano skarbów, miłośników określonego gatunku muzycznego, filmów, umawiano się na spotkania. Kilka przykładów z czasopisma „Na przełaj” z 1989 roku:

Poznam miłego i przystojnego mena z Wielunia – miła i przystojna.
Kochani! Pomóżcie mi zakupić maszynę do pisania. Brakuje mi tylko 20 tysięcy złotych. Proponuję składkę po 1 zł wzwyż.
Chcę poznać ludzi rasta – nauczcie mnie siebie.
Zbieram fajne odzywki w rodzaju: schowaj się, bo na małpy polują. Za jedną prześlę pięć. Warunek – znaczek i koperta. Poza tym poznam fajną dziewczynę z Rzeszowa.

 

Dorośli mięli często inny pomysł na spędzenia wolnego czasu. Chodzi na przykład o „tradycyjne Lizanie Śledzia”, czas w salonach z automatami do gier, albo relaks przy budce z piwem.

Było to miejsce wymiany poglądów, rozwiązywania konfliktów, namiętnych romansów, a nawet edukacji. Jeden z takich słynnych kiosków znajdował się w stolicy przy Krakowskim Przedmieściu. O interdyscyplinarnej misji piwnego przybytku pisał Olgierd Budrewicz:

Liczy sobie kilka zaledwie metrów kwadratowych, ale jej zasięg kulturalny i obyczajowy przekracza daleko krąg najwspanialszego fragmentu starej Warszawy. […] Dzięki niemu to zostało uświadomionych seksualnie kilka tysięcy dzieci, przechodzących tędy do szkoły […] lub po prostu zakupujących cukierki w piwiarni. Referaty wygłaszane przez klientów lokalu odznaczają się błyskotliwością i niezrównaną plastyką opisu.

Fenomenalnie rzeczywistość pod budką z piwem uwiecznił Jerzy Gruza w filmie „Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy” z 1973 roku (premierę miał dopiero w 1980 roku), według scenariusza Jana Himilsbacha. Bohater, genialnie zagrany przez Zdzisława Maklakiewicza, pod budką z piwem odpoczywał i nabierał sił. Musiał tylko uważać, by się nie upić, bo jak mówiła jego mama, był za ciężki do rozbierania.

A wy, jak spędzaliście czas wolny?

Kolejna opowieść o czasie wolnym w PRL na blogu za tydzień. Czekam również na Wasze opowieści.

Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

A przedsprzedaż TUTAJ.

Otagowane , , , , , , , , ,

Bezalkoholowy szał

Ustawiało się je na półce, jedna na drugiej, markami, kolorami. Te najbardziej poszukiwane na widoku, najbardziej popularne gdzieś z boku. Schowane były też te na wymianę. Pamiętam, że handlowałem nimi na Jarmarku Dominikańskim. Zarobiłem na zegarek elektroniczny z melodyjkami. Tylko jeden turysta z Niemiec się zdziwił, jak się przekonał, że sprzedaję pustę puszki. Tak, zbierało się puszki. Po napojach, piwie. A wśród nich musiały być puszki z napojami Sinalco.

Sinco Cola, Orange, Lemon – kilka było smaków tego napoju, który na pewno pamiętają dzisiejsi 40-latkowie. Dlaczego o nim wspominam? Ano zdobyłem ostatnio takie dwie szklanki tej marki.

Pojemności 0,3, z logo, które Sinalco wprowadziło na rynek w 1982 roku. Ale historia tego napoju sięga dużo wcześniej.

To napój wynaleziony w 1902 roku przez Friedricha Eduarda Bilza. Na początku nazywał się „Blitz Brause”. Był to pierwszy tego typu napój w Europie. Nazwę szybko zmieniono na Sinalco (skrót łacińskich wyrazów „sine” i  „alcohole”, czyli „bezalkoholowy”) i tak zostało do dziś.

Już przed I wojną światową napój sprzedawano m.in. w Ameryce Południowej, Chinach, Hiszpanii. W okresie międzywojennym był dostępny niemal w całej Europie. Także w Polsce. Znalazłem informację, że w tamtym czasie oranżadę Sinalco produkował Browar Kobylepole w Poznaniu.

Na przełomie lat 80. i 90. zachód smakował u nas właśnie Sinalco. Miałem puszki tych napojów, niestety nie miałem wtedy tych pięknych szklanek. Ale dzisiaj mogę sobie to odbić i napić się ze szkła z taką piękną panią Sinalco…

A TUTAJ przeczytacie więcej o historii Sinalco.

Otagowane , , ,

Dla Golarza Filipa

Fryzjer dla pań, panów i dzieci w każdym domu – takim hasłem producent reklamował ten wyjątkowy produkt. Oto Cyrulik – Przyrząd do cieniowania włosów.

 

Na zdjęciach na opakowaniu widać, że dla pań i panów. Składa się on z dwóch aparatów cieniujących i podgalających. Te były w różnych kolorach, czerwonym, niebieskim, żółtym, a nasz jest w jaskrawo zielonym.

Białe nakładki były zdejmowane, pewnie żeby było je łatwiej umyć. Na plastiku był nadruk logo producenta i nazwa „Cyrulik Polsilver”. Jak takie urządzenia działały, wyjaśniała szczegółowo instrukcja z ładnym panem.

Producentem tego przedmiotu były Łódzkie Zakłady Wyrobów Metalowych Wizamet. To w nich produkowano żyletki Polsilver, Karat, także maszynki do golenia Junior, Senior i Elegant.

Firma nazywała się Wizamet do 1992, kiedy to przejęło ją Gillette. Produkty Wizametu trafiały nie tylko do polskich obywateli, ale też do ZSRR i Iraku.

A we wkładce jeszcze kilka ładnych reklamowych haseł, przede wszystkim „zaoszczędza czas i pieniądze”.

A skąd nazwa cyrulik, tak po prostu nazywano kiedyś osoby, które zajmowały się m.in. goleniem.

To jeszcze na deser taki ładny wierszyk o tym urządzeniu znalazłem:

ani to przyrząd ani zabawka
i nie wiadomo czyja to sprawka
a kto wymyślił takie badziewie
chyba przeskoczył samego siebie

nie cieniowało to cudo włosów
w żaden możliwy podany sposób
raczej to przyrząd był byle jaki
najwyżej przyciąć mógł tylko baki

żyletka w środku ostra jak brzytwa
nazwa cyrulik też jakaś brzydka
lecz może była taka osoba
dla której przyrząd ten się podoba…

Otagowane , , , ,

Domgos i Kora

Pamiętacie, jak dotykało się językiem płaskiej baterii i sprawdzało czy kopie, znaczy działa? Albo jak bawiło się w podchody w nocy biegając z latarkami po lesie? A może jak wsadzało się latarki w usta i straszyło dziewczyny świecącą twarzą? Wystarczyła płaska bateria, latarka i była zabawa!

Mam kilka latarek i baterii sprzed lat w swojej kolekcji. Najbardziej pamiętam właśnie taką szarą. Miała z tyły metalowy zaczep. Wieszaliśmy ją podczas biwaków w naszym namiocie u góry, by móc jeszcze trochę pogadać przy świetle. Działała na baterię płaską, czyli 3R12, 4,5 V.

 

Latarkę produkowały w latach 80. Częstochowskie Zakłady Mechaniczne, które miały uroczy skrót CZM DOM-GOS. Założony na początku lat 60. zakład już nie istnieje. Produkował artykuły gospodarstwa domowego, ale też na przykład sprzęt dla milicji.

Latarka ma banalnie prostą konstrukcję. Łatwo się otwiera, by zmienić żarówkę czy baterię. Podobnie jak późniejsza latarka, czyli Kora.

Produkował ją zakład Elektron ze Starogardu Gdańskiego. Przed II wojną, te Zakłady Wytwórcze Ogniw i Baterii nazywały się Daimon i również produkowały podobne rzeczy.

 

Konstrukcja jest bardzo podobna do tej poprzedniej, tylko że wszystko mniej trwałe, bo z plastiku. Pochodzi najprawdopodobniej z przełomu lat 80. i 90. Z tego też okresu chyba pochodzi takie mistrzowskie dzieło.

Oto eko-latarka, produkt poznańskiego Wydawnictwa Towarzystwa Chrystusowego założonego w latach 30. XX wieku. To chyba najprostsza forma latarki w historii. W ten kartonowy pojemnik (autorstwa dyrektora Hlondianum, czyli Lecha Przybylaka) wsadza się płaską baterię, a od góry żarówkę i jest! Świeci się!

 

Prawda, że genialne w swojej prostocie.

Ale takie genialne wynalazki nie miałyby racji bytu, gdyby nie baterie 3R12. Mam kilka przykładów w kolekcji.

Produkcja polska i radziecka. Naszą wyprodukowały Poznańskie Zakłady Elektrotechniczne Centra. Ich historia sięga 1910 roku. Wtedy w Berlinie powstała firma produkująca baterie, która niemal dekadę później przeniosła się do Poznania. Po wojnie Centra także produkowała baterie, ale też na przykład akumulatory do samochód Syrena i Warszawa.

Kolejna bateria to już „baterija” z radzieckich zakładów Syrius. Wyprodukowano ją w 1969 roku.

 

A przy okazji, przypomnienie jeszcze jednej ekstra latarki, tym razem gadżetu reklamowego PEKAO.

Przeczytacie o niej więcej TUTAJ.

Otagowane , , , , , , , ,

Pora na bal

Pani Basia zawsze lubiła żywe kolory, dlatego tak spodobał się jej ten burgundowy kolor. Poszła do kosmetycznego. Niestety nie było jej ulubionego koloru. Ale przyszedł ratunek! Koleżanka Krystyna właśnie przypomniała sobie, że niedawno była za naszą wschodnią granicą. Tam dostała zaproszenie na randkę. Był dramat, bo okazało się, że nie ma lakieru do paznokci. Na szczęście znalazła jeden w miejscowym sklepie. Okazało się, że był to lakier naszej Polleny. Przywiozła go do Polski i teraz pożyczyła Barbarze. Dzięki niemu ta pięknie pomalowała paznokcie dla siebie i męża, pana Mietka.

Mam ten lakier w swoich zbiorach. Lakier z łódzkiej fabryki kosmetyków Pollena-Ewa. Jej początki sięgają 1919 roku. Produkowano tam m.in. mydła i wodę toaletową „Prastara”. Firma nazywała się wtedy PIXIN. Po wojnie otrzymała nazwę Ewa, w w latach 70. weszła w skład Zjednoczenia Przemysłu Chemicznego Pollena i uzyskała nazwę Pollena-Ewa. Dziś nie mieści się już w Łodzi i nie produkuje takich lakierów do paznokci.

Żeby każda pani dobrze wiedziała z czym ma do czynienia, etykieta jasno informuje, że to lakier (tu nazwany emalią) do paznokci. Niestety już wysechł, więc dzisiaj się nie sprawdzi. Ale z dużą radością powędrował do naszego działu ze starymi kosmetykami, o których pisałem już m.in. TUTAJ.

Otagowane , , , ,

Iskierka i cyk

98 zł – tyle trzeba było zapłacić za iskrę, która zapalała palnik gazowy. Po co zużywać zapałki, skoro jest Elektryczna zapalniczka do gazu Typ PJ-II.

Wygląda trochę jak średniowieczne narzędzie tortur, ale sprawdzała się świetnie. Mimo, że ma ponad 40 lat to wciąż działa jak nowa. Wyprodukowała ją Spółdzielnia Pracy z Bielska-Białej o pięknej nazwie ELEKTROGRZEJNIK. Firma produkowała też m.in. żelazka.

Aby zadziałała – jak informuje instrukcja – wystarczyło włożyć wtyczkę przewodu zasilającego zapalniczkę do gniazdka sieciowego, zbliżyć metalową kopułę zapalniczki do palnika, odkręcić zawór gazowy i równocześnie nacisnąć przycisk kontaktowy zapalniczki.

Ważne ostrzeżenie: utrzymanie zapalniczki typu PJ-II w stanie pracy ciągłej w czasie dłuższym niż 2 sekundy może spowodować przepalenie się uzwojeń zwojnicy. Czas działania zapalniczki, konieczny do zapalania gazu wynosi 0,2 – 1 sek.

 

Różne były kolory tej zapalniczki, czerwonawy, niebieskawy, ale oczywiście najładniejszy jest biały 🙂

Nasz zestaw zawiera oryginalną gwarancję, która została wystawiona w 1977 roku.

Oto dowód na to, że nasza zapalniczka elektryczna wciąż działa:

Otagowane , ,

Stosuje się do głowy

Mydła, mydełka… pisaliśmy już o nich parę razy TUTAJ i TUTAJ.

 

Na małym straganie starszego pana, na jednym z podwórek na warszawskim Muranowie, udało nam się kupić kolejne dwa okazy do kolekcji.

To mydła Junak i tataro-chmielowe, jak podaje producent, „specjalne”.

Jakież to genialne połączenie: tatar i chmiel 🙂 Jak zapewnia producent, „stosuje się do mycia głowy”.

Mydło z piękną leśną grafiką kosztowało 9 zł. Wyprodukował je zakład o ładnej nazwie „Barwa”. Firma powstała w 1949 r. jako Wytwórnia Artykułów Chemiczno-Gospodarczych Spółdzielnia Pracy BARWA. Od początku istnienia firmy w jej logo znajduje się papuga. Firma produkowała też m.in. ozdoby choinkowe, pasty do butów. W latach 70. firma zmienia nazwę na Przemysłowe Zakłady Chemii Gospodarczej Barwa – Spółdzielnia Pracy i taka widnieje na naszym mydle.

Jak można przeczytać na stronie firmy: „W 1977 roku do oferty weszły specjalistyczne mydła w kostce. Barwa produkuje wiele rodzajów mydeł, skierowanych do szerokiego kręgu odbiorców. Łącznie w ofercie znajduje się 11 gatunków tego produktu, w tym mydło siarkowe i undecylenowe (produkowane do dziś), salicylowe, ichtiolowe, tatarakowo – chmielowe i dziegciowe„. Z kolei w „W 1979 roku zostaje zakupiony automatyczny ciąg do produkcji mydła. Linia Mazzoni jest jedną z najnowocześniejszych w Polsce„. A oto skład naszego skarbu.

Drugie mydło to już wyrób poznańskiej Polleny Lechii. Podobno dobrze się pieni. Jeszcze nie próbowałem.

Nazwa Junak na pewno też kojarzy się wam z motocyklem, a samo słowo pochodzi od starosłowiańskiego określenia odważnego mężczyzny. A pamiętacie piosenkę o młodym junaku?

„Hej, młody junaku, smutek zwalcz i strach/ Przecież na tym piachu, już za kilka lat/ Przebiegnie, być może/ Jasna, długa, prosta/ Szeroka jak morze Trasa Łazienkowska/ I z brzegiem zepnie drugi brzeg/ Na którym Twój ojciec legł!/ La, la, la…”.

Otagowane , , , , , ,

Wakacje!

Wiem, wiem, już dawno się zaczęły wakacje… ale co tam, kolejny wakacyjny wpis nie zaszkodzi.

Tak to wyglądało w oryginale. Plaża w Ustce i relaks nad jeziorem. Kostiumy, gazeta, Grundig, było dobrze!

Jak widać, już wtedy było masę ludzi na plaży. Muszę przyznać, że rodzice mieli szałowe stroje: jednoczęściowy kostium w panterkę, gacie w amerykańską flagę. Nie było żartów.

Trochę odtwarzając tamten klimat zrobiliśmy takie zdjęcia z naszymi skarbami.

Jest tu kilka gadżetów. Jest gazetka (idealny na urlop „Express Wieczorny”), skórzana siatka babci Jaśki z lat 60., okulary chroniące oczy, syfon (pisaliśmy o tych sprzętach m.in. TUTAJ) i oczywiście MK 232 Automatic, czyli magnet Grundiga, o którym pisaliśmy TUTAJ.

Mamy też zestaw wczasowy w innej konfiguracji. Widzicie na pewno warcaby, oranżady z tym genialnym kapslem (pisaliśmy o nich TUTAJ), radio Biwak i wreszcie dmuchane zabawki.

Mamy kilka piłek i kółek dmuchanych. Ten schowany (czerwony) pochodzi z łódzkiej Spółdzielni Pracy Farmedia. Natomiast piłka pochodzi z innej łódzkiej Spółdzielni Pracy, Spójnia.

A wy, jaki mieliście zestaw na relaks na piasku?

Otagowane , , , , , ,

Wytrzeć plamę, dostać w twarz

Lata 80. to nie były łatwy czas w Polsce. Wydarzyło się jednak kilka ciekawych historii. Telewizja wyemitowała pierwszy odcinek „Kariery Nikodema Dyzmy” z genialnym Romanem Wilhelmim. W czerwcu odbył się pierwszy festiwal w Jarocinie, a w styczniu Stanisław Bobak wygrał pierwsze zawody Pucharu Świata w skokach narciarskich w Zakopanem.

Wtedy też, Dolnośląskie Zakłady Przemysłu Lniarskiego „Orzeł” w Mysłakowicach wyprodukowały takie piękne ściereczki, które mamy w kolekcji.

Z kolorowymi paskami, kosztowały 37 zł. Ich wymiary to 45×90. Mamy kilka sztuk. Wszystkie nowe, z oryginalnymi etykietami.

Zakłady Lniarskie w Mysłakowicach powstały już w XIX wieku. Niestety kilka zabytkowych budynków kilka lat temu zostało zburzonych. „To jedna najstarszych manufaktur przędzalniczych w Europie. Podobne, właściwie siostrzane obiekty, powstawały później na jej wzór w Niemczech i w Polsce np. w Żyrardowie. Straciliśmy jeden z ważnych elementów tego kompleksu. Obiekt równie cenny jak domy tyrolskie czy rezydencje w Dolinie Pałaców i Ogrodów” – takie słowa można było przeczytać o zakładach.

Na szczęście zostały chociaż ścierki. A do czego służyły? Było wiele przeznaczeń. Wytrzeć plamę na stole, zakryć rosnące ciasto na pizzę, niestety również zdzielić niesforne dziecko. Wisiały w kuchniach, toaletach. Na pewno u wielu babć jeszcze są w użyciu…

Otagowane ,

Latający kufer

Projektor, rzutnik… a tak naprawdę nazywa się diaskop. A dokładnie to Diaskop Jacek B-7. Urządzenia do oglądania filmów, które mamy w kolekcji.

Było – i jest – wielu słynnych Jacków. Jacek od Jacka i Agatki, Jacek Wszoła, Jacek Odrowąż (dominikanin), Jacek Cygan i oczywiście Jacek Gmoch. Ale taki Jacek był i jest tylko jeden.

Diaskop Jacek produkowały Łódzkie Zakłady Kinotechniczne „PREXER” na przełomie lat 70 i 80. Polskie baśnie, najpopularniejsze legendy, zabytki, różne były filmy, które można było obejrzeć na Jacku. Filmy, choć de facto, były to zdjęcia na kliszach. Film wkładało się do dziury u góry diaskopu i przewijało czarnym pokrętłem z boku. Ostrość można ustawić obiektywem.

Filmów mamy kilkadziesiąt. Wyświetlane w ciemnej sali na ścianie wciąż robią wrażenie. Na przykład „Latający Kufer” według Andersena. Jak on jest pięknie narysowany!

Muszę jednak przyznać, że kolory Jacka nie były najładniejsze. Czy to był brązowy jak nasz, czy niebieski albo zielonkawy to wszystkie wyglądały jak pomalowane przeterminowanymi plakatówkami.

Ale filmy wciąż działają!

Mamy takich filmów kilkadziesiąt. Pewnie jeszcze będziemy je tu umieszczali…

Otagowane , , , , ,
Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij