Miło nam poinformować, że już jutro (26.08) będziemy gościć w polskim radiu Czwórka,w audycji “Na cztery ręce”! O godz. 23.00 będziemy opowiadać o naszej pasji, kulisach bloga itp.
Zapraszamy serdecznie: http://www.polskieradio.pl/10/Audycja/7539
Miło nam poinformować, że już jutro (26.08) będziemy gościć w polskim radiu Czwórka,w audycji “Na cztery ręce”! O godz. 23.00 będziemy opowiadać o naszej pasji, kulisach bloga itp.
Zapraszamy serdecznie: http://www.polskieradio.pl/10/Audycja/7539
Opisywaliśmy tu już jeden piórnik z naszej kolekcji. Czas na kolejnego reprezentanta szkolnej rodziny.
Ten przedmiot jest wyjątkowy, bo zawiera tabliczkę mnożenia i dzielenia.
Plastikowy piórnik wyprodukowano w ZSRR. Kosztował 60 kopiejek. W środku ma instrukcję obsługi tabliczki mnożenia. Specjalnie skomplikowane to nie jest. Wystarczy przesunąć białym elementem na dane liczby i wynik pojawia się w małym kółku w lewym rogu albo w słupku – zależy od działania.
W środku mieści się kilka długopisów, ołówków, kredek, może wejść gumka i temperówka. Oczywiście takie piórniki powstawały w różnych kolorach. Produkowane są zresztą też dzisiaj, nawet z wbudowaną temperówką.
Używanie tego sprzętu w podstawówce w latach 80. było dość kontrowersyjne. Nauczyciele matematyki podczas sprawdzianów zazwyczaj kazali je chować do teczki, tornistra.
Oczywiście dzisiaj taki piórnik śmieszy, bo przecież kalkulatory są w każdym telefonie. W epoce przed komórkowej, w PRLu, nie było jednak zbyt wielu kalkulatorów dlatego ten piórnik bardzo ułatwiał życie. Poza tym ułatwiał naukę mnożenia i dzielenia, bo od razu można było sprawdzić wynik.
Kiedy jednak zaczęły się pojawiać u nas piórniki z materiału, zamykane na magnes z kolorowymi rysunkami takie plastikowe radzieckie perełki odeszły do lamusa….
Przyznajemy bez bicia. Na dzisiejszym bohaterze nie ma ani daty produkcji, ani producenta. Po wyglądzie, z pewnością sięgającą 99%, stwierdzamy jednak, że ten termometr pochodzi z PRLu, dlatego postanowiliśmy o nim napisać.
Udało nam się go zdobyć w warszawskim Emausie. Byłby zwykłym poręcznym, zgrabnym termometrem, gdyby nie fakt, że informuje nas o prawidłowych temperaturach kąpieli. Jak wiemy ta czynność nie było wtedy tak rozpowszechniona jak dzisiaj. W wielu domach porządną kąpiel brało się raz w tygodniu, często nie zmieniając wody między poszczególnymi członkami rodziny. Problem z higieną był powszechny, na co zwracały uwagę chociażby ówczesne gazety.
Najpewniej ten piękny termometr zbudowano żeby ułatwić rodzicom, oczywiście głównie mamom, opiekę nad dziećmi . Podaje on trzy temperatury, które wciąż można uznać za obowiązujące.
Kąpiel zimna to 20 stopni C. Kąpiel ciepła 32, a kąpiel dziecka 37 stopni C.
Sprzęt jest wciąż sprawny i po tym jak zapewne wiele lat dzielnie służył jednej z peerelowskich rodzin dziś służy z dumą nam. A może Wy wiecie czy takie termometry produkowała Kujawska Wytwórnia Termometrów założona w 1957 roku czy może powstała jeszcze przed II wojną światową Łódzka Wytwórnia Szkła Laboratoryjnego i Medycznego?
Byliśmy świadkami absolutnie wyjątkowego wydarzenia. Kamery naszego bloga pojawiły się bowiem na historycznym wyścigu.
Naprzeciwko siebie stanęły dwa pojazdy. Z jednej strony legendarny De Lorean DMC-12, z drugiej wyścigówka radzieckiej produkcji.
Radziecka konstrukcja nazwana Ymka to kabriolet zasilany na trzy baterie. Kiedy podczas jazdy trafia na przeszkodę mechanizm zamontowany pod podwoziem pozwala mu odbić się od niej i ominąć. Żeby kierowcy było miło na oponach znalazł się napis „Счастливого Пути”, czyli „szczęśliwej podróży”. Są różne kolory tych wyścigówek, oprócz żółtego także m.in. niebieski. Pochodzi najprawdopodobniej z lat 80.
W wyścigu po starcie prowadzenie objął przedstawiciel ZSRR.
Na prostej utrzymywał przewagę nad DMC.
Amerykański pojazd produkowano zaledwie przez dwa lata, na początku lat 80. Szef konstruktorów John DeLorean wymyślił sobie samochód przyszłości. Jak pokazała seria filmów „Powrót do przyszłości” w pełni mu się udało.
To właśnie po filmach o wehikule czasu DMC stał się kultową marką. Niestety w tym czasie nie był już produkowany. Problemy z popytem i zamieszanie w narkotykowy biznes właściciela doprowadziły firmę do upadku.
W naszym wyścigu De Lorean zaczął wyprzedzać radzieckiego przeciwnika na ostatnim zakręcie.
Za piękne drzwi otwierane do góry w DMC odpowiedzialny jest włoski stylista Giorgetto Giugiaro. Nasza wyścigówka opatrzona jest groźnymi napisami „non stop”, „turbo” i „world rallye champions”. Co ciekawe, w Teksasie wciąż działa firma, która sprzedaje te samochody oraz przeróżne gadżety z nimi związane.
W naszym wyścigu ostatecznie rzutem na taśmę wygrał samochód szalonego profesora z „Powrotu do przyszłości”! Publika szalała…
A na deser retro reklama pięknego De Loreana z lat 80.:
Na naszym blogu prezentowaliśmy już wyjątkowy kalendarz z naszej kolekcji:
Prezentowaliśmy też gadżety reklamowe z PRLu:
Czas na gadżet łączący obie funkcje. Oto wyjątkowy kalendarz reklamowy:
Działanie tego kalendarza jest banalnie proste. Przestawia się białe plastikowe części tak, aby ustawić konkretną datę.
To gadżet reklamowy powstałego w 1974 roku Warszawskiego Przedsiębiorstwa Turystycznego Syrena. Działało ono m.in. w hotelu Polonia-Metropol.
Zgrabny, wieczny, praktyczny i nie do zdarcia. To cechy tego wyjątkowego produktu reklamowego minionej epoki.
Uwaga, uwaga! Dowiedzieliśmy się, że oddziały radzieckiej armii z rakietami SS-7 wjechały na teren naszego kraju. Udało nam się uchwycić ich obecność na Muranowie. Ratuj się kto może!
Jak nie trudno zauważyć ta radziecka zabawka nie ma gąsienic. Zlikwidowali je polscy partyzanci operujący tuż przy granicy z Warszawą.
Ten pojazd przypominający wyrzutnię rakiet Katiusza to nie jedyne arcydzieło radzieckich konstruktorów zabawek. Powstawały też podobne mechaniczne pojazdy na przykład księżycowe. Podobne, czyli sterowane poprzez kabel. Nasza zabawka ma sprężynowy system odpalania rakiet, do tego regulowany z tyłu kąt nachylenia wyrzutni. Kolejne radzieckie perełki już wkrótce…
Studiował przyrodę, językoznawstwo, geografię, walczył w Powstaniu Styczniowym, był więziony, został bankrutem, pracował w gazecie, za chlebem wyruszył do Brazylii… No dobrze, dla tej historii istotne jest jednak, że Adolf Dygasiński to autor noweli „Psia dola”. To właśnie od niej tytuł zaczerpnęli twórcy takiego wydawnictwa:
Autorami tego zbioru są osoby pracujące przy „polskich” Fistaszkach, o których pisaliśmy tutaj: https://bufetprl.com/2012/12/16/kopia-godna-mistrza/
Historią Snoopyego i Mafaldy zajął się przerysowywujący z oryginału Fistaszki Mirosław Malcharek. Efekt jest delikatnie mówiąc dyskusyjny co widać na załączonym fragmencie:
Wydawnictwo otwiera jednak historia „Pim i Puś”, którą opracował Marek Lach. Zwróćcie uwagę na ostatni, zaskakujący rysunek:
Jest tu też opowiadanie pisane autorstwa Konstantego Siergiejenko, co pewien czas ozdabiane wyjątkowymi rysunkami. Oto przykład:
Całość została wydana jako nr 9 Literatury Na świecie dla dzieci i młodzieży w nakładzie 200 tysięcy egzemplarzy, w 1988 roku.
Do sięgnięcia po kolejną część kolekcji zachęca na ostatniej stronie „Psiej doli” taki rysunek:
Numer 19 z 25 lipca 1948:
Czas powrócić do pierwszego rocznika „Przyjaciółki” jaki jest w naszej kolekcji. Dzisiaj numer 19 z nakładem ponad 655 tysięcy! Dość oszczędny wizualnie, ale za to bogaty duchowo.
Już na początku wstrząsające podsumowanie plebiscytu „Czy pijacy mają być leczeni przymusowo?”. „Przyjaciółka” obliczyła, że wzięło w nim udział ponad 150 tysięcy osób. „Do wielu kuponów zostały dołączone wstrząsające opisy koszmarnego pożycia z alkoholikiem”. Obecność kuponów na „nie” gazeta tłumaczy tak: „Świadczy to o zorganizowanej akcji pijaków pragnących nie dopuścić do zmian w obecnej ich sytuacji”. Ilość głosów na „nie” nie przekracza jednak 1 procenta. Dokładne wyniki w kolejnym numerze.
W tym nie brakuje również ciekawego działu „Dobrze wiedzieć, że…”:
Tam m.in. informacja, że w Polsce w 1948 roku było czynnych aż 551 kin!
W „Przyjaciółce” oczywiście wyjątkowe reklamy. Oto przykład:
Jeszcze jedna ciekawostka, podbita znaną nam reklamą Strójwąsa.
W „Na wszystko jest sposób” chociażby sposób na czysty czajnik:
Kilkakrotnie pokazywaliśmy na blogu perełki z naszej kolekcji oznaczone znakiem niemieckiej firmy zabawkarskiej PIKO. Mamy odkurzacze: https://bufetprl.com/2012/10/09/kolorowy-swiat-malych-gospodyn/, kasę: https://bufetprl.com/2012/06/15/liczy-z-dzwiekiem/, samochód: https://bufetprl.com/2012/05/10/z-wloskich-bezdrozy-do-polskich-domow/ i pociąg: https://bufetprl.com/2012/07/16/pociag-laczacy-bratnie-narody/.
Czas na kolejny produkt – maszynę do szycia:
Nasza nazywa się Gabriela, ale Piko produkowało też mini maszyny do szycia o imionach Michaela czy Petra. Egzemplarze różnią się kolorami, bywają na przykład żółte.
Nasz jest w oryginalnym opakowaniu z instrukcją, wykrojem, jest nawet oryginalny materiał poprzednich właścicieli, nożyczki, ołówek i skrawki niemieckich gazet. Całość pochodzi z 1986 roku. Wyprodukowano ją w NRD.
Maszyna ma te same funkcje co większe, „prawdziwe” urządzenia. Działa na baterie.
A na deser piękna reklama maszyny do szycia z lat 50. Co prawda nie Piko, ale niemniej zacnej: